7. LICZNE ATAKI

Gwałtownie się odwrócił, kiedy Draco wyskoczył z kręgu.

To nie powinno być w pierwszej kolejności możliwe, ale kiedy rzucił się na barierę, która się wokół niego rozstąpiła, Harry zdał sobie sprawę, że zawsze była bezużyteczna.

Albo od pewnego czasu, pomyślał spostrzegawczo, gdy Ron znalazł się na celowniku. Nie oznaczało to jednak, że mógł sobie tu stać oszołomiony, ponieważ Malfoy zaprezentował niebywały talent magiczny i przełamał wielokrotnie wzmocnioną barierę. Całkiem możliwe, że to właśnie ten dryg albo klątwa sprawiły, że wyrwał się z kręgu, ale fakt pozostawał faktem, że po takim czasie Harry był przyzwyczajony do walki z przekleństwem.

Natychmiast wystąpił naprzód i stanął pomiędzy Draco a Ronem, który wydawał z siebie średnio zrozumiałe, aczkolwiek zdecydowanie niedowierzające dźwięki. Szczerze mówiąc, właśnie tego się obawiał. Przyjaciel dał się zaskoczyć, ale zaraz odzyska rezon i rzuci się na napastnika. Już parokrotnie był świadkiem podobnych sytuacji.

Malfoy się zatrzymał i przechylił głowę, jakby zdezorientowany obecnością Harry’ego. Zgodnie z przypuszczeniami, szare oczy były zasnute charakterystyczną mgłą. Wyciągnął niepewnie rękę i zgiął palce, badając ceglaną ścianę, która niespodziewanie przed nim wyrosła.

Cudownie, podsumował, podczas gdy Ron poruszał się za nim niespokojnie. Jestem jedyną osobą w tym pomieszczeniu, która pozostała przy zdrowych zmysłach i nie poddała się złości.

— Wysłuchaj mnie, Draco — poprosił spokojnym i cierpliwym tonem. Była to sztuczka, którą podpatrzył u Hermiony. Gdy się denerwowała, zazwyczaj przemawiała z pozoru opanowanym, ściszonym głosem, który zmuszał do milczenia, zamiast do krzyku. — On nie zamierza mnie skrzywdzić. Nie wiem, dlaczego wyciągnąłeś taki wniosek, ale nie po to tutaj przyszedł. Obiecuję.

— Wiem, że cię nie skrzywdził — odpowiedział natychmiast blondyn, brzmiąc na wciąż rozjuszonego. — Nawet o tym nie pomyślałem — przyznał. — On cię dotykał — warknął tak soczyście, że ślina pomoczyła mu brodę. Wbił w Rona świdrujące spojrzenie, bardziej złowrogie, niż Harry kiedykolwiek widział, nawet za czasów wojny z Voldemortem. — Normalnie go zamorduję.

— Wykluczone. W żadnym wypadku — stwierdził stanowczym tonem i odrobinę się przesunął, żeby zasłonić przyjaciela własnym ciałem ze wszystkich możliwych stron. Oczywiście, Malfoy nie przyjął tego zbyt dobrze, gdyż zareagował niedowierzającą miną i wytrzeszczem oczu. Nie zamierzał jednak pozwolić, aby którykolwiek z nich ucierpiał z powodu klątwy i długo utrzymującej się nawzajem niechęci. — Inni mogą mnie dotykać, Draco — kontynuował. — To nie oznacza jednak, że chcą się ze mną pieprzyć.

— Możemy się dotykać, bo jesteśmy przyjaciółmi — dodał awanturniczo Ron i śmiało położył mu dłoń na ramieniu.

Harry gwałtownie się odsunął, nie wiedząc, co się dalej wydarzy. Otworzył usta, żeby zrugać kumpla za brak rozwagi, ale właśnie wtedy Malfoy cisnął weń klątwą, która z łatwością przeleciała mu nad głową.

Gdy Ron krzyknął z bólu, natychmiast przy nim przykucnął i machnięciem różdżki wyczarował bańkę ochronną, która sekundę później ich otoczyła. Następnie rzucił zaklęcie sondujące, które ujawniało, czy przyjaciel oberwał mroczną klątwą, czy mniej szkodliwym urokiem. W międzyczasie próbował zignorować narastającą w piersi panikę.

Draco ponowił swój atak, kiedy Harry zawiódł. Zrozpaczony, zaklął pod nosem i spróbował innego zaklęcia wykrywającego. Cholernie żałował, że nie zna odpowiedniego przeciwzaklęcia, bo teraz patrzył na skręcającego się z bólu kumpla, zupełnie jakby wił się pod Cruciatusem.

— Wyjdź stąd, Harry.

Malfoy brzmiał naprawdę okropnie. Oszalały, cisnął w Rona kolejną klątwą, ale szczęśliwie bańka ochronna wytrzymała, choć została osłabiona. Co się stanie, gdy wkrótce pęknie?

Nie dopuści do takiej możliwości.

Skoncentrował się wyłącznie na dobru przyjaciela i zaczął mruczeć pod nosem trzecie zaklęcie, skupiające się na nieoczekiwanych i potencjalnie niebezpiecznych składowych jasnych przekleństw. Szczerze mówiąc, urok, pod którym wił się Ron, przypominał mu trochę czar, którego używa się do rozwieszania i suszenia prania. Dopóki nie wymyśli czegoś innego, będzie bazował na tym spostrzeżeniu.


Sprawy, zamiast się poprawić, tylko się pogorszyły. Harry klęczał na podłodze przy Weasleyu, trzymając jedną dłoń na jego klatce piersiowej, a drugą muskając materiał szaty.

Niedobrze, bardzo niedobrze.

Ten widok sprawił, że czuł rozprzestrzeniający się po ciele ból, ale również miał problemy z oddychaniem.

Harry nie mógł mu tego zrobić. Draco cholernie pragnął, aby częściowo odwzajemnił uczucie, którym go obdarzył, albo przynajmniej je uszanował. Jeżeli nie zamierzał chętnie wskoczyć mu do łóżka, to powinien unikać bliskich kontaktów z innymi ludźmi, aby dać mu wystarczająco dużo czasu na zwalczenie tej niewytłumaczalnej odrazy. Jeśli działał na przekór i nie unikał towarzystwa, te patałachy zasługiwały na karę.

Naprawdę nie pojmował, dlaczego tak to tak trudne do zrozumienia.

Wtem Weasleya ogarnęła zielona poświata. Harry wymruczał coś pod nosem — coś, co przypominało modlitwę, ale przez bańkową barierę ciężko było mu rozróżnić poszczególne słowa — po czym położył obie dłonie na piersi gnojka, wskazując czubkiem różdżki na jego mostek.

Draco z całej siły kopnął ochronkę, przepełniony niepohamowaną zazdrością. To było okropne, widzieć faceta swoich marzeń dotykanego przez innego mężczyznę. Czy nie rozumiał, że to sprawiało mu ogromny ból? On sam nigdy nie doświadczył tych cudownych, zatroskanych rąk na swej piersi i w gruncie rzeczy inicjował wszystkie kontakty pomiędzy nimi, gdyż Harry ograniczał się tylko do odprawiania go z kwitkiem.

Wtem brunet nań spojrzał, a w zielonych oczach pojawił się bliżej niezidentyfikowany błysk, który przywodził na myśl to, co wydarzyło się na łące. Wtedy się wzdrygnął. Nie chciał być dotykany, tylko dlatego, że lekko go poniosło i był odrobinę zbyt natarczywy chwilę wcześniej.

Mimo to bez niczego dotykał Weasleya.

Zaczął się ponuro przygotowywać do rzucenia następnego zaklęcia, tym razem niszczącego obronną bańkę. Nie chciał używać go wcześniej, bo mogło rykoszetem zranić także Harry’ego, ale musiał udowodnić swe racje. To było najważniejsze.


Dzięki Merlinowi.

Zaklęcie ujawniające wreszcie potwierdziło hipotezę, którą wcześniej postawił — to urok pomagający rozwiesić pranie na dworze ze sprytnym dodatkiem w postaci elementu bólowego. Harry nie chciał się skupiać na skomleniu, tak różnym od normalnego ludzkiego głosu, które wydobywało się z gardła Rona i w zamian skoncentrował się na usunięciu czaru. Gdy osiągnie sukces, nafaszeruje przyjaciela serią eliksirów leczniczych, które pomogą mu stanąć na nogi, a potem odeśle go do szpitala Świętego Munga.

Szuranie z boku podpowiedziało mu, że Draco również nie próżnował — był blady z tęsknoty i co chwilę wzmacniał uścisk na swojej różdżce, jakby to pomagało mu zrekompensować brak bliskości Harry’ego, albo ćwiczył przed rozerwaniem Rona na strzępy. Nie wiedział wystarczająco dużo na temat klątwy, żeby stwierdzić to ze stuprocentową pewnością.

Zanim wrócił do przyjaciela, zauważył, że Malfoy znów przygotował się do ataku.

Co powie Ron, kiedy do siebie dojdzie? Że każdy, kto używa mroczniejszych zaklęć powinien wylądować w Azkabanie? Że ciśnięcie klątwą w aurora równa się natychmiastowemu aresztowaniu?

Ciężko powiedzieć, co się stanie z Draco, kiedy na kilka dni się rozdzielą.

Gdy przeciwzaklęcie wreszcie zaczęło działać, kumpel przestał się miotać po podłodze i z trudem otworzył oczy. Harry momentalnie wyszeptał kilka uzdrawiających inkantacji, które miały na celu złagodzenie bólu mięśniowego i zastanowił się, czy byłby w stanie przesunąć bańkę ochronną wokół swojej pracowni, żeby mógł sięgnąć po kilka eliksirów leczniczych bez narażania się na dalszą część malfoyowskiego gniewu. Udoskonalił, co prawda, to zabezpieczenie, kiedy odkrył, że niektóre z uroków ujawniających w połączeniu z zaczarowanymi przedmiotami miały nieprzewidywalne konsekwencje, ale dołożył wszelkich starań, aby boki kuli ochronnej były przepuszczalne, a więc, gdy tylko znajdą się pod regałem z miksturami, bez najmniejszego problemu sięgnie ku półce i skorzysta z odpowiedniej fiolki.

Coś uderzyło w bańkę.

Z początku miał wrażenie, że przez chwilę nic się nie działo, a potem wokół rozbłysło oślepiające białawe światło, po którym nastąpiło następne uderzenie. Usłyszał odgłos tłuczonego szkła i łamanych desek, dzięki czemu zdał sobie sprawę, że ma niemal zniszczoną pracownię. W momencie ogarnęła go rozpacz na myśl o utraconej pracy i znikomych szansach na pozbycie się tej przeklętej klątwy.

Kiedy odzyskał wzrok, z ulgą stwierdził, że źle ocenił sytuację i spodziewał się czegoś znacznie gorszego. Bańka, owszem, zniknęła, ale większość fiolek, zwojów pergaminu i przedmiotów, na których dotąd ćwiczył, pozostawała nienaruszona na regałach. Jedna półka ugięła się i pękła mniej więcej w połowie, ale znajdowała się po drugiej stronie pomieszczenia i w dużej mierze była pusta.

Co ważniejsze, Ron wciąż leżał na podłodze i cichutko pojękiwał, zamiast krzyczeć, czyli uroki uzdrawiające się sprawdziły. Harry’ego cieszyła go każda lepsza reakcja.

Kiedy się podnosił z podłogi, zrozumiał, że znów źle ocenił sytuację, bo o ile laboratorium przetrwało wybuch, to on skończył marnie — leżąc na plecach z Draco siedzącym mu okrakiem na biodrach i patrzącym nań niczym przyczajona do ataku kobra; w ręce trzymał różdżkę, której czubek przyciskał do jego piersi, tuż nad sercem.

Zamrugał i skupił się na szarych oczach. Były szkliste, ale w inny sposób, aniżeli zazwyczaj podczas opętania przez klątwę. Wydawały się… żywsze? Jaśniejsze? W każdym razie sprawiały, że bardziej przypominał siebie.

Może nie wszystko stracone.

— Draco? — zapytał ostrożnie.

— Przepraszam. — Usłyszał w odpowiedzi, co sprawiło, że się zagapił, bo spośród wszystkich słów, jakich się teraz spodziewał, te były ostatnimi. — Musiałem się przedrzeć przez tę bańkę, bo dotknąłeś Weasleya. — Wypluł to nazwisko z pogardą i chwilę się powiercił. Ostatecznie usiadł Harry’ego prawie na klatce piersiowej. Z pewnością chciał go mocniej unieruchomić. Uświadomiwszy sobie podstawowe zależności, powoli wypuścił wstrzymywane powietrze i potrząsnął głową.

— Już go nie dotykam.

— Wiem. — Malfoy spojrzał nań z czymś na kształt zachwytu, a potem przejechał mu dłonią po szyi, aby wpleść palce w czarne włosy. Chwilę później zacisnął pięść. Harry pozostał nieruchomo, dopóki nie poluzował uchwytu i się wycofał. — W porządku — dodał głębokim, kojącym głosem. — Wszystko będzie dobrze, o ile nie będziesz dotykał nikogo innego.

Oblizał spierzchnięte wargi.

— Muszę uleczyć Rona. Jest poważnie ranny.

Draco energicznie potrząsnął głową. Wygiął usta w podkówkę, niczym smutne dziecko, któremu odmówiono ulubionego cukierka, podczas gdy w szarych oczach wił się mrok.

— Nie. — Szyderczy ton upodabniał go do prawdziwego Malfoya. — Możesz mu pomóc, jeżeli naprawdę tego potrzebujesz, ale nie będziesz go więcej dotykał.

Zerknął ukradkiem na Rona i z ulgą zauważył, że ten z trudem podnosi się na łokciach, patrząc na nich z oszołomieniem, które powoli zaczynało przeradzać się w szczere oburzenie.

— Jesteś zazdrosny, Draco? — spytał. — Czy właśnie dlatego nie mogę dotknąć przyjaciela?

— Należysz do mnie.

Oczywiście, że „tak”, pomyślał i spróbował jeszcze bardziej uspokoić oddech. Jeżeli wyglądał, jakby nie był w niebezpieczeństwie, obaj mężczyźni również sprawiali wrażenie mniej spanikowanych.

— W porządku. Czy mogę się teraz podnieść? Boli mnie głowa od tego leżenia na podłodze — zaimprowizował.

Twarz Malfoya pociemniała, ale szczerze wątpił, aby naprawdę chciał wyrządzić mu krzywdę.

— Och, naturalnie — odpowiedział miękko blondyn, a następnie pochylił się i delikatnie go pocałował. Usatysfakcjonowany, zsunął się na podłogę, a Harry usiadł i odwrócił się w kierunku Rona. Draco w międzyczasie zaszedł go od tyłu i objął w pasie, a potem zaczął składać czułe pocałunki na jego szyi i karku.

Mimowolnie przymknął powieki, ponieważ, pomimo okoliczności, zawsze miał wrażliwą szyję. Gdy był tam pieszczony, cóż… po prostu reagował.

— Harry…? — Głos Rona był niepewny.

— Nie rozmawiaj z nim. Nawet nie waż się go dotykać. — Chociaż Malfoy brzmiał całkiem zwyczajnie, wycelował w Weasleya różdżką. Uśmiechał się też w szczególnie niepokojący sposób. — Bez żadnych sztuczek wyjdź z pracowni, a może pozwolę ci żyć.

Facet natychmiast zerwał się na nogi, chociaż twarz zdobił mu rozległy rumieniec. Na ten widok żołądek Harry’ego zacisnął się w supeł z nerwów. Jakby nie patrzeć, Ron przeszedł szkolenie aurorskie, a więc bez większych problemów mógł poważnie zranić Malfoya, nawet jeśli odpowiedziałby zaklęciami z dziedziny czarnej magii.

— Wystarczy, Draco — powiedział i wstał, a mężczyzna poszedł za jego przykładem, nieustannie go dotykając — kładł mu dłoń to na ramieniu, to na talii, zupełnie jakby chciał się upewnić, że rzeczywiście może położyć na nim ręce. — Ron nie zamierzał skrzywdzić mnie ani ciebie, ale tak się stanie, jeżeli nie puścisz mnie na kilka minut. — Spróbował się wyszarpać, ale ucisk okazał się zbyt mocny.

Jesteś mój. Tylko i wyłącznie mój. — Blondyn wydawał się rozdarty pomiędzy chęcią pokazania Ronowi, że stanowi zagrożenie, a wyszeptaniem tych słów do ucha Harry’ego.

— Ludzie to nie przedmioty, Malfoy. — Weasley spojrzał nań z pogardą i zmrużył oczy. — Oczywiście, taki buc, jak ty, nie ma najmniejszego problemu z niewolnictwem. — Rozejrzał się po warsztacie, zapamiętując położenie wszystkich przedmiotów na wypadek, gdyby musiał się nagle wycofać lub ruszyć naprzód podczas pojedynku. To niestety nie wróżyło zbyt dobrze. Ewidentnie nie myślał tylko o aresztowaniu Draco, ale również o podjęciu aktywnej walki. Fakty pozostawały faktami — kiedy auror decyduje się ma dobycie różdżki, najczęściej ktoś ginie.

— Nie mówi tego od serca — powiedział naprędce brunet. — Wiesz, jaka paskudna jest ta klątwa.

— Już raz cisnął we mnie czarną magią. — Rudzielec nie mrugnął nawet okiem. — Zdajesz sobie sprawę, że to wbrew prawu, bez względu na motywację.

Naprawdę próbował dotrzeć do Rona. Gdyby mógł, złapałby go za ramiona i potrząsnąłby nim, ot dla opamiętania, żeby przywrócić mu zdrowy rozsądek.

Draco całkowicie go zignorował, skupiwszy się na Harrym. Na moment ponownie przywarł ustami do jego wrażliwej szyi, a potem się odsunął i wymierzył doń różdżką. Co gorsza, stracił na delikatności na rzecz mroku.

— Dlaczego zmuszasz mnie, abym cię krzywdził? Nie rozumiesz, że nie chcę, żebyś go dotykał? — zapytał z pozoru rozmownym tonem, aczkolwiek dwa ostatnie słowa wypowiedział chrapliwie. Następnie dźgnął go czubkiem oręża w grdykę.

To przypomniało mu, że przecież wciąż ma własną różdżkę i w najgorszym wypadku po prostu po nią sięgnie.

— W porządku, Draco — odpowiedział. — Tym razem zastosuję się do twojej prośby, ale wiesz, że Ron ma rację, prawda? Musimy wykombinować sposób, żeby poradzić sobie z zazdrością, która cię zżera od środka.

Malfoy ni to warknął, ni to sapnął. Harry nie wiedział, czy to klątwa pozwalała mu na wydawanie takich dźwięków, czy też może zawsze potrafił zrobić coś podobnego. Zaczęło się od cichego warkotliwego pomruku, a skończyło na czymś przypominającym półjęk. Chwilę później złapał go za podbródek i obrócił jego głowę w swoim kierunku. Harry niechętnie poddał się temu ruchowi, ponieważ uznał, że tak będzie najlepiej. Zanim to jednak zrobił, rzucił Ronowi ostrzegawcze spojrzenie, bo wiedział, że przyjaciel uzna ten moment za najodpowiedniejszy do ataku.

Draco długo patrzył mu w oczy. Odwzajemnił gest i to najwidoczniej wystarczyło, bowiem blondyn wydał z siebie cichutkie westchnienie, po czym się doń przytulił, zakopawszy twarz w zagłębieniu jego szyi. Mimowolnie się zaczerwienił, boleśnie świadomy widowni w postaci najlepszego przyjaciela. To już drugi raz, kiedy jest molestowany w obecności bliskiej sobie osoby. Praktycznie płonął ze wstydu również za Malfoya, prawdziwego Malfoya, ponieważ dobrze wiedział, że też czułby się upokorzony.

— Zazdrość jest w porządku. — Usłyszał ciche wyznanie. — Jeżeli chcesz, przeproszę za czarną magię. Rzuciłem to zaklęcie tylko i wyłącznie po to, aby cię chronić. — Wzmocnił uścisk, gdy Harry otworzył usta, żeby ze spokojem wyłożyć swoje argumenty. — Przeproszę, jeśli pójdziemy się zaraz pieprzyć do naszej sypialni.

— Co takiego? — Ron nie wytrzymał. — Dzielicie jeden pokój, Harry?

— Och, niedługo będziemy — odpowiedział prawie normalnym głosem Draco. — To nie twoja sprawa, z kim Harry chodzi do łóżka, Weasley — dodał agresywniejszym tonem, a następnie zacisnął ramiona tak mocno, że brunet miał wrażenie, że zaraz zostanie zgnieciony. — Skoro wykazujesz tak ogromne zainteresowanie, podzielę się z tobą jeszcze jedną nowiną — od tej pory Harry jest mój na wyłączność. Wybacz, ale muszę zniweczyć nadzieje twojej młodszej siostry — kontynuował z nieskrywanym sarkazmem. — I twoje. — Uśmiechnął się okrutnie.

Ronowi puściły nerwy. Krzyknął wojowniczo i cisnął w Draco zaklęciem. Harry zrobił dokładnie to samo, co wcześniej, a mianowicie stanął pomiędzy nimi.

Tym razem został trafiony.


Gdy ukochany zwiotczał mu w ramionach, a jego oddech stał się nierówny, coś chłodnego osiadło mu na żołądku. Nie wiedział, czym właściwie oberwał, bo wygląd i kolor uroku pasował do kilku, które znał, ale jedno było pewne.

Weasley przeholował.

Z największą ostrożnością ułożył wiotkiego Harry’ego na podłodze. Właśnie wtedy mężczyzna jęknął, powoli uniósł powieki i przechylił ku niemu głowę.

— Draco? — wymamrotał. — Dokąd idziesz?

Malfoya przeszyła fala przyjemności. Oczywiście, że w pierwszej kolejności martwił się zdrowiem miłości swego życia, ale cudownie było poczuć, że odwzajemnia ona troskę i pragnie, aby był przy nim w trudnych momentach. Uszczęśliwiony, pochylił się i ucałował ukochanego czule w czoło.

— Skarcić Weasleya. Niedługo wrócę — powiedział.

Harry przewrócił się na bok, a Draco, tknięty niepokojącym przeczuciem, zawisł obok niego, pewien, że rudzielec rzuci następne zaklęcie. Właśnie dlatego przeoczył coś znacznie istotniejszego, a mianowicie moment, kiedy brunet dobył swej różdżki i weń wycelował.

 Memoria sanguinis.

Zachwiał się, gdy oberwał zaklęciem, ale szybko zepchnął obrazy rodowej posiadłości i rodziców na dalszy plan. Nie da się łatwo spławić.

— Nie. — Delikatnie potrząsnął głową. — Zupełnie nie rozumiem, dlaczego za pierwszym razem tak łatwo dałem się otumanić. W końcu jesteś dla mnie ważniejszy niż rodzina.

— Znów zawładnęła tobą klątwa — powiedział Harry. Wydawał się zapominać, że Weasley wciąż jest z nimi w pracowni. Draco odwrócił głowę z czystej przyjemności, żeby zobaczyć jego minę, ale zrezygnował, doszedłszy do wniosku, że utrzymywanie kontaktu wzrokowego z ukochanym jest istotniejsze. — Wysłuchaj mnie, proszę. Nade wszystko cenisz swą krew i dziedzictwo. To właśnie dlatego fanatycy rzucili na ciebie przekleństwo. Nie jesteś kimś, kto w okamgnieniu zrezygnowałby z wyznawanych wartości na rzecz pierwszego lepszego czarodzieja półkrwi.

— Starczy tych nonsensów. — Zmarszczył brwi. — Jeżeli jeszcze raz wyrazisz o sobie tak nędzną opinię, będę naprawdę niezadowolony. Dbam również o twój honor i dobre imię, więc zrozum, że zasługujesz na to, aby mówiono o tobie z szacunkiem. — Harry się nań zagapił z otwartymi ustami. Draco wykorzystał ten moment, żeby musnąć mu palcami policzek i przymknąć rozdziawioną buzię. — Czemu jesteś zdziwiony? — wyszeptał. — Nie możesz uwierzyć, że zależy mi na tym, co myślisz i czujesz?

— Zaraz zwymiotuję — burknął z drugiego końca pokoju Weasley.

Spiorunował go wzrokiem, a następnie znów skupił się na ukochanym. Ucałował go w policzek.

— Szczerze mi zależy. Naprawdę. Zawsze będziesz dla mnie ważny — dodał ściszonym głosem. — Teraz jednak się nie ruszaj. Czegoś potrzebujesz? Czy mogę coś dla ciebie zrobić, zanim pójdę skarcić Weasleya?

— Nie, ale… — Harry zamilkł, kiedy Draco, zaniepokojony, wyciągnął rękę i sprawdził mu puls. Jego serce biło zbyt szybko.

— Spróbuj odpocząć — polecił łagodnie.

— Chyba coś zrozumiałem. Zazdrość jest oddzielona od reszty zaklęcia. Urok, którego użyłem, żeby pomóc ci pozbyć się pożądania, nie zadziałał, bo najzwyczajniej w świecie bazujesz obecnie na zgoła innym uczuciu. Zazdrość nie równa się żądzy, chociaż jest z nią powiązana. Sprawia, że zachowujesz się irracjonalnie, ale w zupełnie inny sposób. — Brunet chwycił go za nadgarstek z nietypową niecierpliwością. — Spróbujmy innego podejścia.

Uniósł brwi i cierpliwie poczekał. Mógł sobie pozwolić na chwilowe zabawienie ukochanego.

Memoria mentis.

Na sekundę uniósł się w powietrze, jakby niesiony silnym podmuchem wiatru, a potem opadł na podłogę. Kręciło mu się w głowie, a myśli układały się nowymi torami. Otworzył usta, żeby zapytać, co Harry sobie wyobraża, próbując namieszać mu w umyśle, ale właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że klęczy. Wszystko sobie przypomniał — słowa, które wypowiadał i motywację, jaka nim kierowała.

Znów był przy zdrowych zmysłach.

Był zazdrosny o Harry’ego Pottera.

Z trudem podniósł się na nogi i odwrócił. Wzrok wbił we własne stopy, nie chcąc nikomu spojrzeć w oczy.

Za sobą słyszał, że Potter wstaje, podchodzi do Weasleya i coś doń mówi.

— Nie obchodzi mnie, że ci go żal, Harry — odpowiedział ostro rudzielec. — To nie w porządku, że prosisz mnie o przymknięcie oka na czarnomagiczne zaklęcie!

Draco zesztywniał. Był gotów na wiele, aby uzyskać pomoc, którą mu obiecano, ale nie zamierzał tolerować oskarżeń Weasleya. Gwałtownie uniósł głowę i się odwrócił, w pełni przygotowany do obrony.

Zatrzymało go zmęczone opadnięcie ramion Pottera. Nie chciał tego dotąd przyznawać, ale z drugiej strony facet był jedyną osobą, która zaoferowała mu prawdziwą pomoc i nie wciskała banialuk. Nie pragnął go zniechęcać.

— Zrozum. Malfoy cisnął w ciebie klątwą, a ty odpowiedziałeś atakiem na mnie — argumentował brunet. — Jeżeli naprawdę ci zależy na wyjaśnieniu tej sprawy, będziemy musieli przejść przez kilka kwestii prawnych. Pozwól tylko, że ci przypomnę, że biorąc pod uwagę wszystkie zaistniałe okoliczności, w tym uzdrowicielską diagnozę, to ty jesteś bardziej odpowiedzialny i racjonalny.

Draco się zirytował. Nie był przecież dzieckiem, aby chować się za matczyną spódnicą.

Sądząc po zmrużonych oczach, Weasley widział w tym wywodzie ziarno prawdy.

Obruszony, wyciągnął rękę, gotów stoczyć najprawdziwszy pojedynek.

— Odejdź, Ron — poprosił na zakończenie Harry.

Weasley, rozdarty czymś pomiędzy gniewem a gryfońskim poczuciem winy, stał przez moment, machając bez ładu i składu rękoma, po czym odwrócił się i wbiegł po schodach na piętro. Potter potrząsnął głową i nań spojrzał, ewidentnie zmęczony. Spróbował się uśmiechnąć, ale wyglądał po prostu żałośnie.

— Nauczyłem się dzisiaj czegoś ważnego. Nova Cupiditas składa się z dwóch elementów — pożądania i zazdrości, które są sobą przebiegle powiązane — powiedział powoli. — Co powiesz na kilka godzin odpoczynku? Obaj na to zasłużyliśmy.

Kiedy pomyślał o wszystkim, co się dziś wydarzyło — dwóch atakach na Pottera, ucieczce z zaklętego kręgu, ciśnięciu klątwy na Weasleya i „sesji przytulania” — musiał się z nim zgodzić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz