6. ROZDZIAŁ SZÓSTY

Nauczyciel obrony przed czarną magią wyglądał, jakby ledwo co uciekł rogogonowi węgierskiemu. Zdumiewające było to, że ten wynaturzony czarodziej był w stanie wyczarować idealnego wilczego patronusa i uznał, że szósty rok również powinien nauczyć się tej umiejętności. Profesor Lupin* powiedział im, że zaklęcie patronusa jest niezwykle trudnym urokiem i że jedynie mała część dorosłych czarodziejów jest w stanie wykonać go poprawnie. Jak mówił te słowa, spojrzał ze współczuciem na wszystkich ślizgonów.

Draco ćwiczył w kącie razem z Blaise’em. Nie widział sensu w tej całej szaradzie. Patronus był kiepskim zaklęciem. Malfoyowie zawsze go lekceważyli, gdyż nie miał większego zastosowania. Gdy kiedyś zapytał o to ojca, ten powiedział mu, że Malfoyowie nigdy nie potrafili wyczarować swojego patronusa, niezależnie od poziomu mocy. Najwidoczniej byli niekompatybilnie zaprogramowani genetycznie. Ojciec wyjaśnił mu to dawno temu.

Mimo to Draco ćwiczył. Nie wkładał w praktykę wiele wysiłku, raczej udawał, że się stara. Co jakiś czas profesor Lupin rzucał mu smutne spojrzenia, a potem wracał do pomocy puchonom, którzy radzili sobie zdecydowanie lepiej.

Expecto Patronum! — powiedział głośno i zdziwiony patrzył, jak z końca jego różdżki wyłoniła się smuga niebieskawego światła.

Blaise zmarszczył brwi i wymamrotał coś pod nosem, jednak Draco zignorował go i pozostał skupiony.

Expecto... — powiedział stanowczo, szukając w umyśle jakiegoś szczęśliwego wspomnienia... Matka podarowała mu nowego skrzata domowego...patronum...

Tym razem smuga była słabsza.

Expecto...Ojciec nie uderzył go za „zadowalającego” z Eliksirów... — patronum. — Mgła nie wyłoniła się z różdżki.

Expecto...Snape upokorzył Pottera na eliksirach, kwestionując jego umiejętność czytania...patronum. — Cień był większy i bardziej lśniący.

Expecto...Potter utknął o ropuchę Longbottoma i uderza twarzą o krawędź stołu Gryffindoru... — patronum. — Cień przybrał mglisty kształt.

Expecto...Potter w jednym ze swoich ataków furii krzyczy na swoich przyjaciół. Zielone oczy błyszczą ze wściekłością...patronum!

To, co wydarzyło się później, było zadziwiające. Srebrna chmura przybrała cielesny kształt. Draco gapił się zaciekawiony na kota, którego oczy błyszczały mieniącym się srebrem. Sierściuch okrążył go po niewidzialnej powierzchni, krocząc z dumnie podniesionym ogonem. W pewnym momencie otarł się nawet o jego szaty, sprawiając wrażenie piekielnie zadowolonego. Następnie skinął głowę i zniknął.

Gdy Draco podniósł wzrok, zobaczył, że reszta klasy wciąż ćwiczy, choć profesor Lupin patrzy na niego wielce zdziwiony.


Wieczorem Zabini cały czas rzucał mu sugestywne spojrzenia.

— Musisz przestać go uni...

— Słonia w pokoju? — przerwał mu Goyle.

Draco i Blaise spojrzeli na niego bez zrozumienia.

— Nie — odpowiedział Zabini. — Bogina w skrzyni.

— Co?

— Bogina w skrzyni — powtórzył przyjaciel. — Chodzi już w moich ubraniach od tygodnia.

— Och, to dlatego wyglądasz tak kusząco — parsknęła Millicenta Bulstrode, leżąca na łóżku Notta z powodów, których Draco kompletnie nie pojmował.

— Nie unikam — wycedził, poprawiając nieswój krawat. — Po prostu...

Blaise w gniewie kopnął kufer stojący w pokoju wspólnym, z którego wyleciał bogin.

Bulstrode krzyknęła, gdy podleciał najpierw do niej. Szybko wstała z łóżka i próbowała uciec, ale zamarła z przerażenia, gdy bogin zamienił się w... Harry'ego Pottera uśmiechającego się w wyrazie adoracji i oferującego jej bukiet kwiatów.

Draco omal się nie roześmiał.

Ri... riddikulus! — krzyknęła Millicenta, trzęsąc się niczym osika, a  stworzeniu odpadła głowa.

Bogin podszedł do Blaise'a, który przylgnął plecami do ściany. Kiedy postać się zmieniła, ślizgoni zobaczyli bezwłosego Czarnego Pana. Podczas gdy Zabini wyglądał, jakby zaraz miał zemdleć, Draco dyskretnie i powoli przesuwał się w stronę drzwi.

Do pokoju wspólnego wszedł Nott, momentalnie zamierając na ten niecodzienny widok. Zareagował instynktownie i szybko podniósł różdżkę. Skóra Czarnego Pana stała się neonowo różowa, przez co Crabbe parsknął.

Kiedy bogin zwrócił się ku Draco, ten zamarł w bezruchu. Stworzenie pochyliło głowę i wyhodowało sobie ciemne włosy. Chociaż skóra pozostała chorobliwie blada, pojawiły się na niej rany i krosty. Krew i ropa rozbryzgnęła się na podłogę, a okolice cięć poczerniały; gdzieniegdzie ciało odpadało od kości.

Gdy bogin uniósł głowę, ukazując blade, mięsiste usta i szmaragdowe oczy, Malfoyowi opadła szczęka, zaś w pokoju wspólnym wybuchł najprawdziwszy armagedon.

— Merlinie!

— Zombie–Potter!

— W nogi! W nogi!

— UCIEKAĆ KOMU ŻYCIE MIŁE!

Crabbe i Goyle rzucili się do drzwi, a że próbowali przecisnąć się jednocześnie, zablokowali wyjście na korytarz. Nott zaczął szarpać się z oknem, zaś Bulstrode padła jaka długa na ziemię, uprzednio wywracając oczy białkami do przodu.

Głośno przełknąwszy ślinę, Draco uniósł różdżkę.

Riddikulus!

Potter poślizgnął się na ropie i rąbnął na ziemię, rozkwaszając sobie twarz. Gdy uniósł głowę, znów był normalny i szalenie irytujący.

Nie czekając długo, Malfoy złapał swą torbę i uciekł z pokoju wspólnego tuż za Nottem.


— Czy powinniśmy się odwołać do faktu, że twoim największym strachem jest Harry Potter w wersji zombie? — zapytał poważnie Blaise, gdy wszyscy byli już bezpieczni.

— Obrzydzają mnie te dwie rzeczy, więc to logiczne, że się połączyły, prawda? — zareagował naturalnie.

Draco przebrnął przez orszak ślizgonów, udających się na astronomię. Tym razem towarzyszyła mu razem z Molly. Najgorsza była wiedza, że raczej nie ominie wszystkich niesmacznych i dość irytujących plotek o sobie i Potterze.

— Po prostu się przyznaj. Pieprzycie się jak króliki.

— Język, Nott — burknął, świadomy obecności dziewczynki.

— Dobrze się spisałeś na meczu — powiedziała Greengrass. — Chciałabym lepiej widzieć wasze zderzenie.

— Jaki jest twój ulubiony smak lodów? — zapytała nagle Molly.

— Ja… co?

— Słyszałam, że pielęgnowaliście ptaszki w skrzydle szpitalnym. — Uśmiechnęła się drapieżnie Pansy.

Draco dołożył wszelkich starań, żeby nijak zareagować. Zamiast się rozzłościć, wykrzywił usta w szyderczym uśmieszku.

— Już ci mówiłem, Parkinson. Potter praktycznie się na mnie rzucił, to było paskudne. Czuję, że powinienem skontaktować się z moim prawnikiem... — przerwał, czując, że jego nogi działają bezwiednie. Idący po jego bokach ślizgoni również przystanęli, teraz zdezorientowani. W przeciwieństwie do nich Molly okazała się całkiem zorientowana w sytuacji. W momencie się rozpromieniła, po czym wskazała palcem na przechadzającego się w pobliżu czarnego kota.

— Och, to Specs!**

Specs?

Zdając sobie, że zostało zauważone, zwierze zamarło, a potem zaczęło uciekać. Z jakiegoś powodu Draco miał wrażenie, że kot specjalnie go unika.

Strasznie się skrzywił. Nie wiedział dlaczego, ale wepchnął torbę w ramiona Zabiniego i rzucił się za kotem, zapomniawszy o córce. Nie wiedział dokładnie, co zamierzał z nim zrobić, gdy już go złapie. Zamordowanie kota wydawało mu się całkiem dobrym pomysłem, zwłaszcza że był podejrzany. Może wtedy przestanie całować się z Potterem, polować na zwierzę i widywać gryfona w formie zombie.

— Draco! — krzyknęła za nim Pansy.

Kot wcześniej go śledził — był tego pewien. Ich spotkania nie mogły być przypadkowe. Zależało mu na uzyskaniu odpowiedzi — problem w tym, że nie wiedział, jak je uzyska. Dlaczego czarny sierściuch był dla niego taki ważny? Jak był z nim w rzeczywistości powiązany? Czemu jego przyszły odpowiednik tulił tak bezwstydnie tego przeklętego kota? Od kiedy właściwie zależy mu na kotach?

Czy czarne czworonogi nie przynoszą przypadkiem pecha? Nie zwiastują zbliżającego się nieszczęścia? To by miało sens. Zdecydował, że potem rozwiąże sprawę Pottera raz na zawsze.

Być może to pod wpływem stresu, w jakim niewątpliwie żył przez ostatnie dni, ale z zaskoczeniem odnotował fakt, że wyskoczył z zamku i zmierza w kierunku Zakazanego Lasu. W panujących ciemnościach zwierzę stało się niemal niedostrzegalne.

— Specs! — zawołał, przeskakując nad jedną z dyń Hagrida. W jaki sposób ten kot jest powiązany z przyszłością, która go czeka? Czemu w pierwszej kolejności zdecydował się na adopcję pupila?

Sierściuch nagle skręcił z trasy i skręcił za róg chatki gajowego. Tam niemal zderzył się z innym uczniem, który szybkim ruchem złapał go za ręce.

— Co się dzieje?

Draco zamrugał, szczerze zdezorientowany. Przed nim stał Potter, a co gorsza, był silniejszy, niż wyglądał. Z trudem wyrwał się z uścisku, po czym dzikim wzrokiem rozejrzał się wokół — po zwierzynie nie było żadnego śladu. Zniechęcony, skoncentrował się z powrotem na uciążliwym gryfonie.

— Dlaczego opuściłeś skrzydło szpitalne? — zażądał, nagle zirytowany. Ze zmarszczonym nosem próbował też wyjść z paćki pomidorów, którą właśnie stworzył. Ostatecznie gonił za kotem aż do chatki Hagrida.

— Już wydobrzałem. Zostałem zwolniony.

Draco z niedowierzaniem spojrzał na szpitalną piżamę, w którą ubrany był Potter. Przecież on stał tam na bosaka.

— No dobrze, potrzebowałem zaczerpnąć świeżego powietrza — poprawił się szybko chłopak z poczuciem winy wypisanym na twarzy.

Ślizgon patrzył na niego z zainteresowaniem, zastanawiając się, jakim cudem zdołał przechytrzyć uzdrowicielkę i wymknąć się tuż przed jej nosem.

— Czemu jesteś taki umorusany? — zapytał, patrząc na jego dłonie i bose stopy. Niemal z irytacją zrozumiał, że ogląda jego ciało, szukając śladów kontuzji.

Chłopak zachichotał niezręcznie.

— To długa historia. A co ty tutaj robisz? Jest już po północy.

— Nie, żeby to był twój interes, Potter, ale szukam mojego kota — powiedział dobitnie.

— Twojego kota? — Gryfon był wyraźnie rozbawiony, dlatego też Draco rzucił mu gniewne spojrzenie. — Nie wyglądasz mi na wielkiego miłośnika kotów. Jak wyglądał? Hm... Może był taki puszysty i ciemny? Uroczy?

Zamrugał, gdy policzki Pottera poczerwieniały.

— Ee... to moja animagiczna postać — dodał, wyglądając na zawstydzonego.

Ślizgon zbladł.

— Co? — zapytał, do cna oszołomiony. Potter był kotem, którego na zdjęciu wyprowadzał na spacer; kotem, którego widział w okolicach boiska. Śledził go przez naprawdę długi czas. Z opóźnieniem zauważył, że jego szczęka leży gdzieś na ziemi. Zamknął buzię, ale nie zdołał pohamować rumieńca. Co z patronusem? Musiał się upewnić, że chłopak nigdy się o nim nie dowie. — Dlaczego mnie prześladujesz?

— Czemu mnie goniłeś? — próbował się wykręcić.

Zamiast odpowiedzieć, Draco podniósł dłoń i chwycił Pottera za twarz, odgarniając mu włosy i szukając hipotetycznych obrażeń. Wydawał się w porządku… Oczywiście, wyłączając tendencję do zadawania irytujących pytań i prób unikania odpowiedzi.

— Powiedziałeś mi o swojej animagicznej postaci — skomentował z roztargnieniem. To było dość osobiste wyznanie.

— Uznałem, że powinieneś wiedzieć. — Uśmiechnął się brunet, oplatając go rękami w pasie. — Twój kot, co? — wymruczał.

Draco skrzywił się i spróbował odsunąć na bezpieczną odległość, ale dosłownie chwilę potem już cię całowali.

— Potter — jęknął

— Harry — zachęcił go gryfon.

To było wysoce nieodpowiednie. Nawet nie byli przyjaciółmi. Nie umawiali się ze sobą.

— Nie chcę cię przestraszyć, ale strasznie się ekscytuję, gdy jestem z tobą — wymruczał chłopak.

Pod wpływem impulsu Draco chciał uciec. Potter traktował to zdecydowanie zbyt poważnie. Nie miał jednak jak — owinięte wokół niego ramiona skutecznie uniemożliwiały jakikolwiek taktyczny odwrót. Gdy mógł zaczerpnąć oddechu, bo chłopak skoncentrował się teraz na skubaniu płatka jego ucha, przygryzł dolną wargę i zadrżał w oczekiwaniu.

— Draco? Draco, gdzie je... Och. — Pansy stanęła jak wryta.

— Potrzebujecie konewki do tego ogródka? — zapytał beznamiętnie Blaise.

Chłopcy kompletnie ich ignorowali do momentu, aż do rozmowy nie przyłączył się trzeci głos.

— Tato? Ojcze? — zapytała dziewczynka i dopiero to ich otrzeźwiło.

— Molly. — Uśmiechnął się nieśmiało Potter i trochę się odsunął. Malfoy wykorzystał sposobność i mocno go odepchnął. Gryfon stracił równowagę i się przewrócił, lądując centralnie w jeszcze niezniszczonych pomidorach Hagrida.

Cholerny Potter, pomyślał Draco. Jak on śmiał wyglądać tak seksownie, leżąc na ziemi?

Nieświadomie ruszył naprzód, ale przyjaciele powstrzymali go przed dalszymi rękoczynami.

— Nic z tego — powiedziała Pansy, z całych sił ciągnąc go do zamku.


Draco czuł się powodu źle przy śniadaniu następnego dnia. Wszystkim wmawiał, że to tylko zmęczenie, lecz tak naprawdę toczył wewnętrzną walkę. Niczym na złość, wszechświat wydawał się go popychać w kierunku Harry’ego Pottera. Ciągnął ku niemu, jak nigdy przedtem, co było cholernie dezorientujące i sprawiło mu więcej problemów.

— Nigdy wcześniej go takiego nie widziałam — powiedziała Pansy z uderzającym wręcz brakiem zainteresowania. Mówiła, jakby wcale nie siedział obok.

— To musi być coś głębszego — zauważył Blaise, smarując sobie tosty.

Goyle zachichotał głupio, a Draco wrócił do rzeczywistości.

— Nie, nie lubię go! — syknął i złapał rękę przyjaciółki, gdy ta chciała popieścić go po policzku. — Nie dotykaj mnie! — warknął, a ślizgoni spojrzeli na niego z zaskoczeniem. — Hm, to znaczy... — mruknął. — Mam na myśli…

— O? — Uśmiechnęła się szeroko Pansy. — Uzgodniliście wyłączność? — zakpiła, na co Crabbe i Goyle zachichotali idiotycznie.

Z ledwością przełknął ślinę.

— Potter to hańba, mniej niż zero... Ludzki śmieć… Spleśniała kapusta… Dziwaczny nerd… — wymamrotał zażenowany, po czym wyprostował się gwałtownie. — Idę się uczyć! — zakomunikował, wstając od stołu. Wziął Molly za rękę i wyszedł z Wielkiej Sali, unikając tym samym kolejnych natrętnych pytań.

Nie wiedział z jakiego powodu, ale skierował się do skrzydła szpitalnego. Po drodze próbował sobie wmówić, że robi to dla dobra Molly, gdyż dziewczynka powinna odwiedzić ojca. To wszystko. Szybkim krokiem podszedł do odpowiedniego łóżka.

Potter podniósł wzrok.

— Draco. — Uśmiechnął się ciepło, co sprawiło, że po kręgosłupie chłopaka przeszedł cudowny dreszcz. Nie mogąc sobie poradzić z natłokiem emocji, Malfoy opadł na łóżko. — Draco? Draco! Co z nim nie tak, Molly?

Szybko się podniósł, częściowo opierając się na nogach gryfona.

— Tak bardzo gardzę byciem tutaj, ale Molly chciała...

— Co się stało? — Usłyszał.

Niepewny, przygryzł wargę.

— Nadużywasz swojej magii — wytłumaczył gładko. — Jestem teraz na nią wrażliwszy.

— Czemu?

— To tajemnica — powiedział, unikając wzroku chłopaka.

— Jesteś pewien, że wszystko w porządku? — dopytywał zaniepokojony gryfon.

Ignorując tę troskę, Draco sięgnął po pudełko, które trzymała Molly. Następnie wyciągnął rękę.

— Przynieśliśmy ci ubrania — stwierdził krótko.

Potter natychmiast się rozpogodził. Zaczął przebierać odzież, po czym zatrzymał się, jakby zdezorientowany.

— To nie są moje rzeczy — powiedział, rzuciwszy mu zdziwione spojrzenie.

— Tak, twoje zdecydowanie są stare i brzydkie — parsknął, a potem zacisnął usta, zgromiony urażonym wzrokiem. — Jak często zmieniasz szaty szkolne? — zapytał, próbując nowej taktyki.

— Jak urosnę.

— Zatem nieczęsto.

— Draco... — Skrzywił się Potter.

Malfoy z roztargnieniem pogładził go po włosach. Wciąż były miękkie i rozczochrane. Przez moment zastanowił się nad pomocnymi w tej dziedzinie zaklęciami, a potem uzmysłowił sobie, że chłopak mamrotał coś pod nosem.

— ...naprawiłeś mi wzrok... zmieniłeś moją garderobę...

Draco delikatnie przesunął palcami po włosach w okolicach jego uszu, co sprawiło, że Potter się zaczerwienił. Wszystko wskazywało na to, że naprawdę był cholernie niedoświadczony. Żałosne.

— Niektórzy twierdzą, że mnie przygotowujesz — kontynuował chytrze gryfon.

— Co? Do czego niby?

— Do bycia twoim mężem — odpowiedział, a Draco zesztywniał i natychmiast cofnął rękę. — Szczerze mówiąc, nie mam nic przeciwko. To całkiem urocze — dodał z uśmiechem, oglądając bliżej jedną z nowych szat.

— Zupełnie mi się nie podobasz. Nie mogę cię znieść, Potter — powiedział zimno.

— Co w takim razie tutaj robisz? — Brunet uniósł wysoko brwi.

— Upewniam się, że nie wyskoczysz z okna, próbując ratować jakiegoś zabłąkanego pająka.

— Nie jestem aż tak lekkomyślny.

— Jesteś imbecylem.

Chłopak momentalnie się zjeżył.

— Stwierdził to zimny i nieczuły prześladowca!

— Idiotyczny męczennik!

— Jesteś słaby!

— Normalnie cię zabiję! — warknął, wyciągając różdżkę. Zanim jednak zdążył cisnąć niewybaczalnym, Potter złapał go za nadgarstki i zaczęli walczyć o kontrolę. Nie panował nad swoją mocą, dlatego też z gniewu strzelał iskrami, które odbijały się od ścian; jedno zaklęcie zniszczyło lampę w ambulatorium.

Ich sprzeczka przykuła uwagę Madam Pomfrey, która wparowała do sali, słysząc podniesione głosy.

— Wystarczy! — powiedziała, rzucając urok, który przygwoździło Pottera do jednego łóżka, a Draco do krzesła. — Nie pozwolę, żeby wasze kłótnie małżeńskie zniszczyły skrzydło na moim dyżurze! — dodała ostrzejszym tonem, naprawiając kilka żarówek.

Obaj chłopcy gwałtownie poczerwienieli.

— To nie była... — zaczął, ale nie miał szansy dokończyć zdania.

— Odzyskał pan zdrowie, panie Potter. Proszę was, żebyście obaj już wyszli — kontynuowała, mierząc ich stanowczym wzrokiem; potem wróciła do swojego gabinetu.

Draco przez moment patrzył wściekłym wzrokiem, jak Potter wygrzebuje się z pościeli, a następnie dyskretnie rzucił odpowiednie zaklęcie na podłogę. Gryfon wstał i bezceremonialnie poślizgnął się na niezauważonej wodzie. Gdy z ledwością uratował się przed upadkiem, oburzony Draco wypadł ze skrzydła szpitalnego.


Harry znalazł Rona i Hermionę w pokoju wspólnym Gryffindoru, a pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było opowiedzeniu im o wszystkim, skupiwszy się szczególnie na dziwnym omdleniu Draco. Przyjaciółka myślała nad tym przez dłuższą chwilę, wyglądając na zdezorientowaną.

— Wygląda mi to na miłość, Harry — stwierdziła w końcu.

— Co? — zapytał, szczerze zaniepokojony.

— Cóż, świadomie lub nie, otworzył dla ciebie swoją magię, która chętnie korzysta ze sposobności. Wydaje się dość agresywna, więc może powinieneś spróbować łagodniejszego podejścia?

Wściekle się zarumienił.

— Czyli Draco naprawdę mnie lubi.

— Przynajmniej jego magia — doprecyzowała.

— Och, ciało też — palnął, czerwieniejąc się jeszcze bardziej. Chociaż pragnął, nie zdołał powstrzymać cisnącego się na twarz uśmiechu.

— Merlinie, Harry! — krzyknął Ron. — Za dużo informacji, stary! — Potrząsnął w niedowierzaniu głową. — Ty i Malfoy, nadal tego nie rozumiem!

— Także mam pewne problemy — przyznał. — Wszystkiemu winna jest Molly. Jej pojawienie się w naszych czasach jakby otworzyło mi oczy na nowe możliwości. Nagle przestałem patrzeć na niego jak dotąd. Nie mam pojęcia, jak wykrzesałem z siebie to uczucie, ale jest realne. Molly mnie natchnęła.

— To nie czyni ich mniej ważnymi, Harry — powiedziała mądrze Hermiona.

Gwałtownie pokiwał głową.

— Niespodziewanie dostrzegam w Draco cechy, których wcześniej nie widziałem. No wiece, te pozytywne. Mój punkt widzenia zmienił się o 180 stopni. Zauważyłem, że na siłę szukam wymówek. Jest taki delikatny i cierpliwy dla Molly. Co prawda, nadal jest osłem... ale nawet dla mnie zrobił się milszy…

— Stary, drugiego dnia próbował cię udusić! — przerwał mu przyjaciel.

— Jest inny, Ron! — zaprzeczył. — Nie widziałeś sposobu, w jaki dotykał moich włosów i miny, którą zrobił, kiedy naprawił mi wzrok.

— Zaryzykował oślepienie cię dla własne widzimisię! — wytknęła mu z dezaprobatą Hermiona.

— Jakbyśmy my nigdy nie podejmowali ryzyka! — powiedział defensywnie.

— Jaka była stawka, stary? Dalsze noszenie okularów?

— Nie jest ich fanem.

— No, to ewidentnie olbrzymia stawka — parsknął sarkastycznie Ron.

— Właśnie. — Harry postanowił zignorować ironię. — Im szybciej zaczniemy działać, tym szybciej przestanę się czuć...

— Niepewny? — wtrąciła dziewczyna. — Och, Harry. Po prostu się martwisz.

— To Draco Malfoy. Czy możesz mnie winić?

— Nie. — Zmarszczyła brwi. — Oboje wiecie zbyt dużo na temat swojej przyszłości.

— Co, jeżeli naprawdę go odpycham? — zapytał nagle, owładnięty strachem. — Co, jeśli nie będzie chciał być w związku? Jest moją rodziną. To znaczy... będzie nią.

— Naprawił ci wzrok — zauważył z przekąsem Ron. — I kupił ci nowe ubrania.

— Ochronił cię za pomocą magii rodzinnej — dodała Hermiona. — I sam to powiedziałeś — Molly jest jego oczkiem w głowie. Zawsze są razem, a teraz dodatkowo otworzył się na ciebie. Naprawdę ci się wydaje, że on się gdzieś wybiera?

Harry odwrócił wzrok i przygryzł wargę.

— Och, ty głuptaku — powiedziała czule przyjaciółka, biorąc go za rękę i ciągnąc za sobą.


Cholerny Potter. Cholery kot. Cholerny patronus. Cholerny zombie drań...

To był długi dzień. Draco miał się uczyć na starożytne runy, ale zamiast tego całą swoją uwagę skupiał na Molly. Dziewczynka spoglądała na niego z podejrzliwym wyrazem twarzy. Szybko się dekoncentrowała.

Nie chciał spać. Zamknął oczy i starał się odsunąć od siebie wszystkie myśli. I właśnie wtedy zobaczył siebie. Wyglądał jakoś inaczej. Miał dłuższe włosy, cienie pod oczami i ostrzejsze rysy twarzy. Sprawiał wrażenie zmęczonego i nieszczęśliwego. Kolana przyciskał do klatki piersiowej, a głowę chował w szatach.

To przyszłość, zrozumiał.

Cholera. Gdzie ona jest?

— Tutaj — mruknął sennie, po czym zamrugał zdezorientowany, gdy Molly zachichotała pod nosem. Był w bibliotece i właśnie zasypiał na stole. To nie przystało Malfoyowi.

Wciągnął gwałtownie powietrze, gdy uświadomił sobie, że przed nim stoi Granger i gapi się nań intensywnie.

— Tu jesteś — powiedziała, zakładając ręce na biodra.

— Czego chcesz? — zapytał, wstając.

Wyglądała, jakby rozmyślała nad czymś.

— Zabieram Molly — odpowiedziała i podniosła dziecko, które zapiszczało z radości. — Nie zobaczysz jej przez dłuższy czas. Mam zamiar nauczyć ją robić masło, płacić podatki i robić inne mugolskie rzeczy — dodała stanowczym tonem, odwracając się i pospiesznie odchodząc.

Draco przez chwilę był w szoku.

— Do diabła! — warknął, po czym wstał i pobiegł za nią, ignorując przy tym dezaprobatę pani Pince.

Gryfonka szła szybko. Co jakiś czas oglądała się za nim, jakby sprawdzała, czy nadąża.

Draco się skrzywił.

— Granger, nie...

— Gdzie do cholery jesteś...?

— Molly?

Granger była bardzo zdeterminowana. Za każdym razem, gdy próbował ją złapać, chichotała jak mała dziewczynka.

Całkowicie ignorował fakt, że używa Molly jako przynęty i dopasował się do niej tempem. Musi zachować największą ostrożność. Nagle zatrzymała się na korytarzu, gdzie stał też niepewny Potter i rozbawiony Weasley.

— Co tu się, do jasnej cholery, dzieje? — zapytał jadowicie. Czy była to zasadzka? Sięgnął po Molly, ale Granger odepchnęła jego dłonie i wręczyła dziewczynkę Weasleyowi. Potem zaczęła chodzić w kółko, wyglądając jak wariatka. Była ewidentnie wytrącona z równowagi. Draco niemal warknął z desperacji. Gryfonka sprawiała wrażenie nawiedzonej, zupełnie jakby budziła do życia jakieś pradawne instynkty. Co więcej, mógł się obyć bez wiedzy, czemu w rzeczywistości chciała uczyć Molly o maśle i mugolskich sprawunkach.

Gdy obok zmaterializowały się drzwi, Granger uśmiechnęła się zwycięsko i pchnęła wrota. Zanim blondyn zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, został wepchnięty do środka. Sekundę później dziewczyna wciągnęła też do niego Pottera.

— Uporządkujcie swoje uczucia — powiedziała dobitnie. — Nienawiść, miłość, wstręt, cokolwiek to jest!

Draco zamrugał i dopiero wtedy zorientował się, że został epicko wystrychnięty na dudka. Pokój Życzeń był inny — uroku dodawało mu przyjemne ciepło bijące z dużego kominka. Ściany miały ciemny kolor, a w powietrzu unosiło się kilkadziesiąt świeczek. Przed kominkiem leżał puchowy dywanik, a w tle leciała wolna melodia Fatalnych Jędz.

— Granger, ty zboczeńcu! — powiedział.

— Hermiono? — wyjąkał Potter.

— Szukałam miejsca, gdzie moglibyście porozmawiać — odpowiedziała szybko, a chłopcy wymienili ze sobą niepewne spojrzenia. — Poradzicie sobie! — dodała, zamykając za sobą drzwi. Ostatnim, co ujrzał Draco, była chorobliwie ciekawska mina Weasleya; potem drzwi zlały się ze ścianą i zniknęły.

Z trudem zwalczył chęć uduszenia towarzysza. Kto wie, co sobie myślał. Może lubił być zamykany w pokoju bez wyjścia. Głupi półkrwi prostak, obłąkany śmieć…

— Więc... — Cisza odeszła w niepamięć. Tyle dobrego, że Potter wyglądał mniej przerażająco, odziany w nowiuśkie szaty. — Będziemy razem — powiedział z uporem, po czym rozejrzał się płochliwie i się zarumienił. — Znaczy, nie teraz, ale potem!

— To subiektywna opinia — burknął.

— Jak dla mnie sytuacja jest prosta — powiedział łagodnym, lecz stanowczym tonem chłopak.

— Twoje domysły nie mają dla mnie znaczenia.

— W porządku, ale będziemy się bzykać.

Draco otworzył w szoku usta, chcąc zaprzeczyć perfidnemu oskarżeniu, ale w okamgnieniu zrozumiał, że to niewykonalne. Potter uśmiechnął się smutno, sprawiając wrażenie człowieka, który nie wierzy w zachodzący między nimi progres.

— I będziemy...

— Mieć dzieci — burknął z goryczą.

— Dzieci? — zapytał pogodnie gryfon.

— Dziecko — natychmiast się poprawił.

Chłopak skinął głową.

— Nie miałbym nic przeciwko kolejnym pociechom — powiedział bezceremonialnie. Wydawał się przyjemnie zainteresowany tą całą rodzinną otoczką.

Draco sapnął z zaskoczeniem.

— Pieprz się.

— To znaczy… wiesz, ewentualnie.

Nie mogąc się powstrzymać, machnął ku niemu niegrzecznie ręką. Chłopak w odpowiedzi przewrócił oczami i się wyszczerzył.

— Zawsze chciałem mieć dużą rodzinę. Czy nasza przyszłość naprawdę jest dla ciebie taka niewygodna? W końcu będziesz zawodowym graczem quidditcha, a ja zajmę się wychowaniem dzieciaków i prowadzeniem domu.

Draco westchnął wewnętrznie i odwrócił wzrok.

— Serio, myślę, że dam radę — dodał brunet entuzjastycznie.

— Nie mam zupełnie nic do powiedzenia? — parsknął sarkastycznie.

Potter wzruszył ramionami.

— Jakoś cię przekonam. I tak pewnie odwalam całą brudną robotę w domowym zaciszu.

Draco parsknął.

— Będziesz aurorem — mruknął bezbarwnym tonem. Wbrew temu, co podpowiadało mu serce, praca Pottera była ważniejsza — o wiele ważniejsza niż jego kariera sportowa.

— Co? — Gryfon wytrzeszczył oczy. — Będę aurorem? Skąd wiesz?

— Z gazety Molly — odpowiedział cierpko.

— Co? Gdzie ona właściwie jest?

— Zniszczyłem ją.

— Ty co? Zniszczyłeś? Dlaczego? Co jeszcze przeczytałeś? — Potter podszedł doń bliżej.

— Nic… — burknął niepewnie.

— Nic o wojnie? I...

— Wiesz, że nie powinieneś o to pytać.

Potter aż się zapowietrzył na ten jawny pokaz hipokryzji.

— To wszystko zmienia — podsumował, rozważając możliwości. Jego zaskoczenie zmieniło się w zachwyt nad przyszłą karierą zawodową. — Jak mam pogodzić ze sobą prowadzenie domu i ściganie przestępców? — zapytał, a Draco mruknął coś niewyraźnie. — Z czym masz znowu problem? — Skrzywił się z oburzeniem. — Przecież to świetna sprawa! Będziesz zawodowo grał w quidditcha, a ja zostanę aurorem i… Och.

Jasna cholera. Wygląda na to, że wreszcie połączył kropki.

— Nasza praca... Hm, to nie ja będę nosił dziecko, prawda...?

— Co sprawia, że tak myślisz? — zapytał spokojnym głosem, aczkolwiek w środku przeżywał najprawdziwszy dramat.

— Ee, quidditch jest sezonowy. — Potter był już pewien swojej teorii. Draco rzucił mu rozwścieczone spojrzenie, ale to go nie powstrzymało. — Jako auror będę miał wielu wrogów, a więc może być zagrożone, nawet podczas pracy biurowej...

— Zamknij się wreszcie — warknął.

— Gdy się dotykamy, to ty przyjmujesz bardziej... — tu usta chłopaka drgnęły — pasywną postawę...

Draco wyciągnął różdżkę i Potter oberwał, zanim się zorientował. Zaklęcie uderzyło go prosto w klatkę piersiową. Gryfon jęknął i się uchylił, unikając jednocześnie oszałamiacza. Następnie szybko wyczarował duży stół, używając go jako swojej tarczy. Imbecyl postąpiłby lepiej, gdyby postawił wokół sobie mur ochronny.

Malfoy ponownie machnął różdżką i cisnął weń urokiem galaretowatych nóg, dzięki czemu zyskał przewagę. Sekundę później nasłał na niego stado białych ptaków, które zaczęły go dziobać. Z początku Potter zamachnął się rękoma, chcąc odgonić ptaki, a potem, najwyraźniej sfrustrowany, skoczył do przodu, ostatecznie przewracając się na Draco. Tyle dobrego, że zauważywszy, co się święci, chłopak przygotował się na upadek na podłogę.

Zamiast tego opadli na miękkie... łóżko? Zarumienił się gwałtownie, gdy spostrzegł satynową pościel i intymność tej sytuacji.

— Złaź ze mnie, Potter.

— Nie mogę. — Usłyszał niezdarną odpowiedź.

Zaklął pod nosem, po czym zdezaktywował zaklęcie. Oczywiście, brunet nie zamierzał rezygnować i szybko wykorzystał okazję, usiadłszy na nim okrakiem. Malfoy również się podźwignął, a następnie popełnił jeden z największych błędów w swoim życiu — spojrzał mu prosto w oczy.

Najpierw zetknęły się ich nosy, a potem usta. Całowali się namiętnie i nie było nikogo, kto by im przeszkodził. Draco miał wrażenie, że znów tonie w morskich odmętach. Owładnięty pożądaniem, chwycił chłopaka za szaty i zaczął błądzić dłońmi po szczupłym ciele. O, tak. Tak jest dobrze. Tak cholernie dobrze. Jęknął, kiedy Harry ścisnął go mocniej za biodra.

— Potter... — wydyszał chrapliwie, gdy kątem oka zobaczył rysujące się na ścianie drzwi.

— Mmm? — mruknął leniwie gryfon, pocałunkami schodząc na jego szyję.

— Zejdź!

Chłopak w momencie zamarł.

— Ja… jasne! — powiedział, po czym rzucił mu pełne cierpienia spojrzenie.

Wykorzystawszy sposobność, Draco w okamgnieniu zeskoczył z łóżka, poprawił szaty i wyszedł. Pomaszerował ku najbliższej łazience.


Godzinę później, będąc w dormitorium, po raz szósty z rzędu poprawił szaty. Chociaż pozbył się wszystkich pozostawionych przez Pottera śladów, wciąż czuł się zbrukany.

I właśnie wtedy, gdy myślał, że osiągnął sukces, nad kołnierzykiem koszuli zobaczył niewielką malinkę. Odegram się za to.

Wtem usłyszał stukanie w szybę, więc podszedł do okna, gdzie zobaczył siedzącą na parapecie białą szkolną sowę. Wpuściwszy ptaka, odwiązał przyczepioną do nóżki notkę i odebrał pocztę. Szybki rzut oka na pergamin uświadomił mu, że został zaproszony na spotkanie do gabinetu dyrektora.

— Idziemy do Dumbledore'a — powiedział do córki.

Molly podniosła wzrok znad podręcznika do historii magii, gdzie zawzięcie coś gryzmoliła. Kredki dała jej Granger.

— Och, okej. — Uśmiechnęła się i zeskoczyła z krzesła.

Draco podszedł ku drzwiom i zatrzymał się praktycznie w progu.

— Jak było z Weasleyem i Granger?

— Z kim?

— Z wujkiem… Ronem i ciocią… Hermioną? — zapytał, wciąż nie mogąc zdzierżyć tego nazewnictwa.

— Super!

— Mhm — mruknął niezobowiązująco. Najlepiej było nie wchodzić zbytnio w szczegóły. Zresztą najprawdopodobniej i tak nie chciałby ich zgłębiać.

Parę minut później stali w gabinecie dyrektora, gdzie czekał na nich Potter, nerwowo wiercąc się na swoim krześle. Draco zajął najdalsze od niego miejsce, starannie unikając nawiązania kontaktu wzrokowego. Molly siadła między nimi, radośnie machając nogami.

— Dziękuję za tak szybkie przybycie, chłopcy — powitał ich Dumbledore z niesamowicie podejrzanym błyskiem w oku. Na jego biurku stała duża srebrna misa wypełniona po brzegi jakąś bliżej niezidentyfikowaną połyskującą substancją. — Biorąc pod uwagę brak postępu powrotu Panny Potter do jej rzeczywistości, proponuję, abyśmy na własną rękę spróbowali zgadnąć, w jakich okolicznościach została tutaj przeniesiona. Możemy posłużyć się dość niekonwencjonalną metodą. Za waszą wzajemną zgodą chciałbym, żebyśmy obejrzeli wspomnienia dziewczynki.

Harry przygryzł dolną wargę, zaś Draco przełknął ciężko ślinę. Ich wzrok padł na myślodsiewnię.

 

* „Profesor Lupin” — w oryginale pojawia się nazwisko „Larper”, a potem „Lecher”, ale są to najprawdopodobniej literówki autorki. Opis postaci, jej zachowanie, słowa i ćwiczone zaklęcie wskazują bezprecedensowo na Lupina ;)

** „Specs” — zdecydowałam się zostawić imię kota takie samo jak w oryginale. „Specs” oznacza „okulary”, a ja nie byłam w stanie wymyślić odpowiedniego zamiennika imienia, tak by pasował do reszty historii — przyznaję się bez bicia. Co do wcześniejszego „Pana Blacka” — Harry zareagował w swojej animagicznej postaci, bo jakby nie patrzeć, zna Syriusza

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz