5. PIĘĆ PALCÓW

Harry wziął głęboki oddech i rozejrzał się wokół. Miejsce, w którym wylądowali, nie było szczególnie opustoszałe. Gdzieniegdzie rosło kilka drzew, a ziemia pod stopami była pagórkowata. Co więcej, słyszał też niespokojny szum wiatru nad wodą, a więc nieopodal musiało być jakieś jeziorko lub po prostu zbiornik wodny. Zmaterializowali się w miejscu, które równie dobrze mogłoby być najprawdziwszą sielanką dla spragnionych ciszy i natury czarodziejów.

Z jakiegoś powodu po kręgosłupie przebiegł mu lodowaty dreszcz. Zdawszy się na instynkt, natychmiast wyciągnął różdżkę i okręcił się wokół własnej osi, próbując dostrzec potencjalne niebezpieczeństwo. Jednocześnie upewnił się, że nie nadepnął na żadne dowody w sprawie lub wskazówki, które mogłyby być potrzebne na dalszym etapie ich prywatnego śledztwa.

Malfoy nie tracił czasu i poszedł w swoją stronę. Obecnie pochylał się nad czymś, co mogło być tylko pozostałością po palenisku. Z największą ostrożnością przesunął palcami po spalonej trawie, a następnie przechylił głowę i zaczął nasłuchiwać. Kiedy uśmiechnął się maniakalnie, Harry ponownie się zastanowił, czy pomysł zemsty rzeczywiście był taki wspaniały.

To coś, czego Draco potrzebuje, stwierdził po dłuższym namyśle. Cierpi z powodu klątwy i gdybym mu odmówił, mógłby przestać ze mną współpracować. Zemsta nijak mu pomoże zachować zmysły, ale przynajmniej poprawi mu samopoczucie.

— Zgodnie z przypuszczeniami. Napastnicy nie mogli się oprzeć pokusie symbolicznej egzekucji poprzez spalenie — podsumował ściszonym głosem blondyn.

Zmarszczył brwi. Nie słyszał o czymś takim ani podczas szkolenia aurorów, ani później.

— To znaczy?

Malfoy odwrócił się ku niemu i wyciągnął umorusaną popiołem dłoń. Harry go powąchał, ale nie wyczuł nic nadzwyczajnego ani niecodziennego. Nie wyglądał też, jakby różnił się od zwyczajnego popiołu z czarodziejskiego kominka.

Wyraził swoje zdanie, a Draco potrząsnął głową.

— Nie powinienem był zakładać, że wyciągniesz poprawne wnioski. To czarna magia. Najprawdopodobniej podsycali ogień czymś, co sprawiało, że płonął jaśniej niż zazwyczaj. Jestem przekonany, że chcieli mnie tym przestraszyć i skuteczniej ukryć swe twarze, jakby kaptur nie wystarczył. Wszystko przemyśleli, bo po spojrzeniu w takie płomienie, ciężko jest coś dostrzec pod osłoną nocy — stwierdził. — Co więcej, sam ogień jest narzędziem ich zemsty, ponieważ wzmaga moc rzucanej klątwy, a dodatkowo potęguje poczucie rozpaczy wśród złapanych ofiar.

Zamrugał.

— Na pewno? Myślałem, że mamy do czynienia z fanatykami mugolskiego pochodzenia. To dziwne, że zdecydowali się odprawić obrządek, który jednoznacznie kojarzy się z praktykami czarodziejów czystej krwi.

— Nova Cupiditas została wynaleziona przez czystokrwistego — odpowiedział Malfoy, patrząc nań uważnie. — Czemu mugolacy mieliby gardzić rytuałem, który, choć mroczny, doskonale służy ich celom? — zapytał, a Harry skinął głową, aczkolwiek wciąż mu się to nie podobało. Draco podszedł bliżej paleniska. — Jest jeszcze jedna właściwość symbolicznych płomieni, przekazywana z pokolenia na pokolenie wśród starych, arystokratycznych rodzin. Mugolacy zazwyczaj nie posiadają tej wiedzy, co działa teraz na naszą korzyść. Ogień przechowuje i odzwierciedla wspomnienia tego, co się wokół niego wydarzyło. Kiedy wygaśnie, popiół staje się więc nośnikiem podobnym do myślodsiewni. — Ukląkł na jedno kolano i wziął garść prochów. Następnie wstał i wyciągnął rękę. — To wymaga krwi, Potter. Nie ma żadnego znaczenia czyjej. Czy dotrzymasz słowa?

Harry zacisnął zęby. Nie wiedział, dlaczego jego oddanie sprawie jest nagle kwestionowane, ale rozumiał, że Draco jest pod silnym wpływem przywołanych wspomnień. Aby pokazać, że nie łamie raz złożonego przyrzeczenia, odwrócił się i bez słowa naciął swoje ramię.

Malfoy potrzebował chwili, żeby to zauważyć. Wydawał się lekko nieobecny. Wyglądał, jakby trochę się zatracił, chociaż nie rzucił jeszcze żadnego zaklęcia.

— Ach, no proszę. — Nie powiedział nawet słowa podziękowania, po czym zanurzył czubek swej różdżki w zaoferowanej krwi, a następnie dotknął nim popiołu.

Harry przewrócił oczami i znów rozejrzał się po okolicy. Zawsze istniała szansa, że zobaczy coś, co Draco przeoczył. Czuł również, że najlepiej zrobi, jeżeli nie będzie się przyglądał jego poczynaniom.


Draco syknął pod nosem. Potter stał się niewytłumaczalnie uparty, odkąd skorzystali z przejścia — a może raczej od momentu, kiedy po raz pierwszy naciął sobie ramię. Czy naprawdę miał mu za złe, że nie mógł przejąć kontroli nad rytuałem? To oczywiste, że skoro posługiwał się tym dziwacznym magicznym polem, musiał się czuć co najmniej nieswojo, widząc innych posługujących się wiedzą dlań niedostępną.

Uśmiechnął się szyderczo i skropił popiół krwią, a następnie zanurzył różdżkę w mieszankę, która powstała. To właśnie użycie ludzkiego osocza sprawiało, że zaklęcie było skomplikowane, gdyż sama inkantacja jest całkiem prosta.

Flamma — powiedział.

Mieszanka wydała dźwięk przypominający rechot i dała początek płomieniowi podobnemu do tego, który pojawił się w srebrnej misie w pracowni po zmieszaniu krwi z solą. Draco usiadł na piętach i odchylił ręce, żeby nie wdychać oparów. Nowo powstały ogień szybko się rozrósł.

Patrzył na to z niemałą fascynacją. Wcześniej tylko słyszał o tym zaklęciu, ale nigdy nie widział jego zastosowania w praktyce. Kiedy płomienie zamarzły i zmieniły swą barwę na czarne, palenisko wyglądało, jakby zostało zasypane odłamkami obsydianu.

Zadrżał i oblizał spierzchnięte wargi.

Szkliste płomienie lśniły odbiciami wspomnień. Zobaczył w nich twarze, których nie znał, pojawiające się i zaraz znikające, aż wreszcie obraz samego siebie, leżącego na trawie, z odchyloną do tyłu głową, próbującego się uwolnić i krzyczeć.

Starając się zignorować tę część, skoncentrował się na stojącym gdzieś z boku przywódcy grupy. Ogień prędzej czy później pokaże wszystko, co się wydarzyło, więc wystarczyło po prostu poczekać.

Oczywiście, zakładając, że lider zrzucił kaptur w pobliżu paleniska.

Draco potrząsnął głową i skupił się na odbiciach w płomieniach.

Mimo spływającego mu po karku potu, drżących dłoni, co było dlań niezwykle rzadkie, przyspieszonego oddechu i szaleńczo bijącego serca, pozostał wpatrzony we wspomnienia.

— Draco?

Dobrze, że Potter był w pobliżu. Zamrugał i opuścił rękę, którą wcześniej uniósł ku twarzy. Gdyby nie widział, nie dostrzegłby oblicza przywódcy.

Ostatecznie Harry przykucnął obok i spojrzał nań ze zmarszczonymi brwiami. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale wreszcie zamknął usta i sam sobie przytaknął, również skupiony na ciemnych płomieniach.

— Nigdy o czymś takim nie słyszałem — mruknął pod nosem i machnął ręką. Najprawdopodobniej była to niezamierzona reakcja na brak czystego zwoju pergaminu.

Draco się zapatrzył, głęboko przekonany, że jeżeli mrugnie, Potter może rozpłynąć się w powietrzu i porzucić go, jak wielu innych, odkąd został przeklęty, niczym uzdrowiciele ze Świętego Munga, Hermiona Granger, a nawet Narcyza, która wydawała się uważać sprawę za przesądzoną. Czemu on, ze wszystkich możliwych ludzi, przy nim pozostał?

Potter nie odwrócił wzroku od tańczących płomieni. Machnął różdżką, a na trawie i piasku narysowały się znaki. Niezadowolony z rezultatu, zmarszczył nos i pokręcił głową. Całkiem prawdopodobne, że uważał ludzi, których poczynania zobaczył w ogniu, za obrzydliwych i nienawidził sposobu, w jaki wymierzali sprawiedliwość.

Oczywiście, słusznie. Jakby nie patrzeć, był ostatnim przyjacielem, który mu pozostał, ostatnim, który rozumiał, przez co przechodzi; był jedynym mu bliskim, przy którym czuł się na tyle swobodnie, aby zwierzyć się z katuszy spowodowanych klątwą. Uzdrowiciele twierdzili, że nie ma dlań ratunku i pytali go o samopoczucie, żeby uzyskać więcej informacji na temat Novy Cupiditas. Matka oczekiwała, że ukryje swe prawdziwe emocje i przywita śmierć z godnością. Granger z kolei… Właściwie to nie wiedział, czego oczekiwała, ale z pewnością mu nie kibicowała.

Zamrugał, odegnawszy krople potu. To dziwne, że się pocił, ponieważ czarne płomienie nie wydzielały żadnego ciepła.

— Wszystko w porządku, Draco? — Potter zerknął nań ze zmarszczonymi brwiami. Kiedy nie zareagował, machnął mu dłonią przed oczami, chcąc przywrócić do rzeczywistości.

Jest dobrze, pomyślał i otworzył usta, żeby przypomnieć o migoczących w ogniu obrazach, ale nie wydobył z siebie ani jednego słowa. To wspaniale, że Harry się o niego troszczył i emanował zmartwieniem. Jak kiedykolwiek mógł być przekonany, że jest inaczej? Ponownie zamrugał, a potem westchnął, usatysfakcjonowany obecnym stanem rzeczy.

Coś mu się przestawiło w głowie. W momencie przepłynęła przez niego fala ciepła, rozprzestrzeniając się po całym organizmie. Skulił się z bezgłośnym krzykiem i poczekał na nieuniknione.

Nie wytrzymał, kiedy Potter położył mu dłoń na ramieniu. Zaspokojony chwilowym kojącym dotykiem głód odpowiednio go ukierunkował. Wyciągnął rękę, wyrwał mężczyźnie różdżkę i odrzucił ją na znaczną odległość. Nie chciał jej złamać, ponieważ niejasno zdawał sobie sprawę, że później może być przydatna do rzucania zaklęć. Naturalnie, nie mógł jednak pozwolić Harry’emu na zatrzymanie oręża, na wypadek, gdyby próbował użyć go do zwiększenia dystansu.

Zaślepiony żądzą, popchnął mężczyznę na ziemię i przycisnął go do podłoża własnym ciężarem. Musiał go zaraz wziąć i po prostu nie mógł się powstrzymać.


Harry był całkowicie zaskoczony atakiem i doszedł do wniosku, że zbyt opuścił gardę. Wiedział, na czym bazuje Nova Cupiditas oraz miał świadomość, iż urok Chłodnego Prysznica przestanie działać przed upływem trzech dni. Powinien był mieć Malfoya na oku, a stracił czujność i skończył na plecach, bezbronny i zdany na łaskę partnera, przytrzymywany za nadgarstki nad głową.

Przez chwilę zawładnął nim czysty strach. Został unieruchomiony, nie przeszedł pełnego szkolenia aurorskiego i przez nieuwagę stracił różdżkę. Jeżeli tak dalej pójdzie…

Draco wolną ręką sięgnął ku jego fiutowi i zaczął go pocierać przez materiał spodni. Harry zareagował, dopiero gdy zostały mu zdarte spodnie.

Wiedział, czego pragnie Malfoy.

Instynkt i przerażenie stanowiły dlań siłę napędową. Uniósł głowę i walnął go z dyńki.

Facet krzyknął, ale nie z bólu, a frustracji, że odmówiono mu nagrody, po którą sięgał. Szybko jednak do siebie doszedł, bo minutę później znów się pochylił, rozchylił partnerowi nogi i spróbował się pomiędzy nimi usadowić, jednocześnie wciąż trzymając jego nadgarstki w uchwycie.

Szczęśliwie, nie zaciskał mocno palców, dlatego też Harry zdołał się przewrócić i uderzyć go kolanem w brzuch. Draco z jękiem zgiął się w pół, ale to jeszcze nie zapewniło mu wolności. O to, czy w jakiś sposób go zranił, będzie się martwił później.

Sięgnął po różdżkę.

Incarcerous!

Jasny gwint.

Malfoy przypomniał sobie, że ma własną różdżkę. Tyle dobre, że odrzucił ją i podszedł doń bliżej z pewnym siebie uśmiechem na twarzy. Harry natychmiast chwycił liny i spróbował się uwolnić, ale nadaremnie, chociaż były przymocowane tylko do trawy, która nie stanowiła stabilnego podłoża.

— Kazałeś mi się wysilić — wymruczał Draco z paskudnie czerwonymi policzkami. Całkiem możliwe, że tylko tak je odebrał, choć wyglądały całkiem normalnie, bo po prostu widział w nim teraz gwałciciela, a nie kochanka. — Zaraz sprawię, że poprosisz mnie o więcej — dodał i namiętnie go pocałował, od razu pracując językiem. W szale namiętności zaczął też zrywać z niego ubranie.

Harry skorzystał z szansy i go ugryzł, aby sprawić mu przynajmniej odrobinę bólu, który może sprowadzić go na ziemię. Od dawna nie ćwiczył magii niewerbalnej, więc nie wiedział, czy intryga, którą naprędce uknuł, ma rację bytu.

Skoncentrował się na swoich zębach i skumulował w nich magię. Gdy cisnął ładunkiem mocy, ból spowodował, że Malfoy syknął i się szarpnął, jakby ktoś poradził go prądem, a potem się wycofał — ciężko dysząc, spojrzał nań z czymś, co przypominało nienawiść.

Splunął krwią i w duchu pomodlił się, aby to zadziałało. Jego nadzieje roztrzaskały się na kawałeczki, kiedy Draco się rozpromienił.

— Mogłem się domyślić, że lubisz ostrą zabawę — podsumował ochrypłym tonem i sięgnął, aby złapać go za włosy.

Harry potrząsnął głowę, pragnąc się uwolnić z uścisku i jednocześnie wykombinować coś, co zwróciłoby mu wolność. Niestety, facet wyciągnął wnioski z poprzedniego błędu i zapobiegł wszelkim knowaniom, lekko go oszołomiwszy uderzeniem w ziemię.

Zobaczył gwiazdy i sapnął z przekonaniem, że zaraz zemdleje. Utrzymał się przy świadomości tylko dlatego, że przygryzł do krwi wargę. Nie zamierzał osunąć się w ciemność i stracić wolę walki. Wkrótce się uwolni i nie pozwoli się zgwałcić.

 Wszystko działo się zbyt szybko, bo zanim się zorientował, Draco rozpiął własne spodnie. Oczy miał szkliste i odległe, skupione wyłącznie na jego tyłku. Na moment znieruchomiał i się rozejrzał, najwyraźniej rozkojarzony brakiem różdżki potrzebnej do rzucenia zaklęcia nawilżającego, a potem wzruszył niedbale ramionami i splunął na palce.

Co dziwne, właśnie to najbardziej rozwścieczyło Harry’ego i zmotywowało go do podjęcia zacieklejszej walki. Już pal licho, że Malfoy wtargnąłby do środka bez względu na zgodę lub jej brak, ale nie zdzierżyłby myśli, gdyby wydarzyło się to przy użyciu zwyczajnej śliny, a nie porządnego lubrykantu.

Strach, który odczuwał, został zastąpiony przez gniew, który niegdyś spowodował nadmuchanie ciotki. Draco został od niego odrzucony i uderzył plecami o ziemię pięć stóp dalej. Kiedy spróbował się podnieść, magia bruneta przyszpiliła go do podłoża i unieruchomiła na dłuższą chwilę.

Odzyskawszy siły, Malfoy chwiejnie podźwignął się na nogi. Szkliste spojrzenie zamigotało i powróciło, ale tym razem o wiele słabsze.

— Harry? — zapytał i zmarszczył brwi, jakby zdekoncentrowany.

— Draco. — Szczerze mówiąc, pragnął wstać i uciec, gdzie pieprz rośnie; chciał wskoczyć pod prysznic i wyszorować się do krwi, ale rozum zwyciężył nad szeptami serca i pozostał spokojny. Wreszcie miał szansę dotrzeć do prawdziwego Malfoya, a poza tym miał naprawdę nikłe szanse na samodzielnie wydostanie się z więzów, zwłaszcza jeżeli zafundowano mu wstrząs mózgu. — Klątwa znów przejmuje nad tobą kontrolę — powiedział naprędce, chcąc wytłumaczyć sedno sprawy. — Słyszysz mnie? Rozumiesz, co mówię?

Facet wciągnął ze świstem powietrze i natychmiast pokiwał głową, jakby zamierzał parsknąć, że wystawia jego cierpliwość na próbę.

— Przestań traktować mnie jak dziecko, Potter. — Zamilkł, ale Harry usłyszał wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że blondyn wrócił do zmysłów — sugerował to jego ton głosu i ilość włożonego weń jadu. — O Boże! — sapnął Draco.

— Uwolnij mnie wreszcie z tych lin — burknął, starając się przemawiać neutralnym tonem, jak gdyby nigdy nic. Uznał, że to najlepszy sposób na rozładowanie napięcia.

Nie przewidział, że jego ciało zareaguje instynktownie i się wzdrygnie, kiedy zostanie dotknięty. Malfoy znieruchomiał i wydał z siebie cichy, żałosny dźwięk, podobny do pisku głodnego psa. Harry wziął kilka głębokich wdechów, od których rozbolała go klatka piersiowa, a potem uzmysłowił sobie, że niepotrzebnie zwlekają, bo klątwa może powrócić w każdej chwili.

— Użyj różdżki — zaproponował i cierpliwie poczekał na zwrócenie wolności. Potem wstał i poprawił ubranie. Nie spojrzał w stronę Draco, zdecydowanie nie chcąc teraz się zamęczać.

Zrobię to później, obiecał sobie, idąc po własną różdżkę. Potrzebuję chwili na wzięcie oddechu.


Draco czuł się co najmniej dziwnie. Miał wrażenie, że niedawno otworzył drzwi do swej duszy i zaprosił jakiegoś pożądliwego nieznajomego, który myślał wyłącznie o seksie.

Nie zaprosiłem, potrząsnął w niedowierzaniu głową. Nie rzuciłem na siebie klątwy. Niczym nie zawiniłem.

To przez porywczy Potter unikał jego spojrzenia i nie wdawał się w większe dyskusje; to przez nich starał się utrzymywać stosowny dystans; z ich winy pocierał i drapał paznokciami miejsca, w których był napastowany.

To przez fanatycznych napastników Draco był zadowolony z widzianych reakcji, zamiast być nimi zniesmaczony.

— Płomienie gasną — zakomunikował wszem wobec Harry, wskazawszy różdżką szkliste czarne odłamki w palenisku. Nie rzucił żadnego zaklęcia, co było dobrym znakiem. — Czy możemy ponownie zobaczyć tę wizję?

W odpowiedzi potrząsnął głową. Skupił się prowadzonym śledztwie, aniżeli na obwinianiu się za napaść seksualną lub zadręczaniu się myślą, że wszystko spaprał.

— To jednorazowy urok. Straciliśmy szansę, aby dowiedzieć się, kim byli ci mugolacy — o ile kiedykolwiek takową mieliśmy — stwierdził i wbił paznokcie w zaciśnięte pięści. Tym razem ból był właściwy.

— Mam podejrzane przeczucie, że nie bez powodu urok Chłodnego Prysznica stracił na mocy. Stało się to dosłownie w okamgnieniu — zagaił Potter. — Wcześniej mówiłeś, że ten symboliczny ogień wzmacniał rzucane w pobliżu zaklęcia. Czy uważasz, że to powód nagłego powrotu Novy Cupiditas?

Stłamsiwszy przypływ nadziei, pokręcił przecząco głową.

— Szczerze wątpię. Żeby wysnuć podobną teorię, mamy zbyt dużo zmiennych do rozważenia — odpowiedział. — Czy w księdze, w której przeczytałeś o zastosowaniu uroku Chłodnego Prysznica, znalazłeś jeszcze jakieś przydatne informacje?

— To nie tak — odpowiedział ostrzej, niż chwilę temu Potter. — Po prostu zaryzykowałem i byłem zaskoczony, że się udało. Gdy klątwa ponownie się uaktywniła, byłem nieprzygotowany i dlatego zareagowałem szokiem.

Usłyszawszy gorycz w jego głosie, Draco gwałtownie się doń odwrócił. Mężczyzna grzebał w popiele z mocno zmarszczonymi brwiami.

— Nie możesz się poddać — powiedział, chcąc krzyczeć na samą myśl o podobnej ewentualności. — Obiecaj mi, że to się nie wydarzy.

Potter zamrugał.

— Nie zamierzam się poddawać, ale klątwa jest potężniejsza i bardziej podstępna, niż się spodziewałem. — Objął się ramionami i odwrócił głowę w bok. Jeszcze nigdy nie wyglądał na tak zagubionego i opuszczonego. Odkąd nawiązali współpracę, Malfoy nawet nie przypuszczał, że jest zdolny do przybrania takiej postawy.

— Kontynuuj — poprosił ściszonym tonem, bo kiedy zapadła cisza, powietrze stało się po prostu przygnębiające. Z jakiegoś powodu poczuł potrzebę przywołania w pamięci ostatniego dźwięku.

Tęsknię nawet za głosem Harry’ego, podsumował z najprawdziwszą mieszaniną uczuć. W sercu zaświtała mu odraza przeplatana fascynacją. Pochylił głowę, przygryzł wewnętrzną część policzka i cierpliwie poczekał, aż impuls, żeby coś dodać, minie.

— Nie zdawałem sobie sprawy, że Nova Cupiditas to tak twardy orzech do zgryzienia — stwierdził brunet. — Wykazałem się ogromną głupotą. Żyłem w przekonaniu, że będę… przygotowany, kiedy przypuścisz atak.

— Mógł nie nadejść. — Wiedział, że powinien milczeć, bo to nie czas na żarty. Ostatecznie uznał to za sposób na poradzenie sobie ze stresem i przepracowanie tego, co się wydarzyło. Prawdę powiedziawszy, Potter całkiem dobrze się trzymał, aczkolwiek ewidentnie nie chciał o tym rozmawiać.

Jakim cudem tak świetnie się dogadujemy? Klątwa nie tworzy więzi zrozumienia pomiędzy ofiarą a obiektem pożądania — inaczej od razu wiedziałby, co jest na rzeczy.

— Owszem. — Facet przytaknął. — Powinienem był jednak mieć na uwadze, że możesz mnie zaatakować, kiedy opuszczę gardę. — Wypuścił gwałtownie powietrze i potrząsnął głową. — Przepraszam — dodał, co było niemałym zaskoczeniem. — Chciałbym lepiej wyrazić swe uczucia, bo w rzeczywistości nie ty mnie przyszpiliłeś do ziemi, a Nova Cupiditas, swobodnie wykorzystująca twoje ciało.

— Wciąż… posłużyła się mną — moim głosem i moimi rękoma — odpowiedział ze smutkiem. — Nie mogę cię winić za to, że teraz się boisz.

— W porządku, dzięki. — Potter skinął z powagą głową. — Myślę, że… najlepiej zrobimy, jeżeli wrócimy do domu i popracujemy nad zaklęciami oraz zabezpieczeniami, które pomogą ci wrócić do zmysłów przy okazji następnego opętania. Spróbujemy też wykombinować sposób na ostrzeżenie przed przypływem pożądania. Możemy przeprowadzić więcej badań. — Spojrzał na Draco lekko nawiedzonymi oczami. — Wiem, że pragniesz zemsty, ale chyba będzie musiała poczekać.

— Naturalnie — powiedział, starając się nadać swemu głosu mocniejszy ton i bez zastanowienia wyciągnął rękę do aportacji łącznej.

Harry się cofnął.

To sprawiło, że przez chwilę po prostu się na siebie gapili przy akompaniamencie wiejącego wiatru. Właśnie wtedy Draco powiedział coś przeczącego zdrowemu rozsądkowi i konceptowi zwanemu sumieniem.

— Jeżeli chcesz zrezygnować, to…

— Nie, pieprzyć klątwę! — Potter zrobił zdeterminowaną minę. — Wciąż zasługujesz na pomoc, chociaż jestem przekonany, że minie trochę czasu, zanim zdzierżę twój dotyk. — Skinął głową. — Liczę, że wiesz wystarczająco dużo o moim domu, żeby go sobie zwizualizować — dodał i się aportował, kiedy uzyskał potwierdzenie.

Zanim poszedł jego śladem, Malfoy przez moment patrzył na rękę, która wyrządziła krzywdę. Była to dokładnie ta sama dłoń, której palce miał stracić tamtego wieczoru. W życiu nie przypuszczał, że kiedyś będzie nią zdzierał z Pottera ubranie.

Lepiej stracić kilka palców niż kontrolę nad własnym ciałem.

Lepiej skończyć z okaleczoną dłonią, aniżeli skrzywdzić Harry’ego.

Gdy uformował ostatnią myśl, zastanowił się, czy to nie Nova Cupiditas przez niego przemawiała. Dla kogo, poza rodzicami, byłby w stanie poświęcić swe dobro?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz