HARRY POTTER
FANFICTION
[Marauders Era]
MINISTER SCRIMGEOUR NIE POCHWALA!
Przekład: Glenka, 2024
Oryginał: „Addicting Stage Presence" Heartnipnops, 2023
Pairing: Syriusz Black/Remus Lupin
Rodzaj: Miniatura
Zgoda: Jest
Streszczenie: Remus wybiera się do baru z grupką przyjaciół, gdzie przez pół nocy, lekko podpity, pożera wzrokiem basistę z uprzyjemniającej zabawę kapeli — drugą połowę spędza zaś w ciemnej alejce na klęczkach przed sekundą wspominanym basistą
Disclaimer: This story is based on characters and situations created and owned by JK Rowling, various publishers including but not limited to Bloomsbury Books, Scholastic Books and Raincoast Books, and Warner Bros., Inc.
No money is being made and no copyright or trademark infringement is intended.
Alternative Universe Story.
UZALEŻNIAJĄCA OBECNOŚĆ
W barze nawet na chwilę nie przestawała grać muzyka. Światło było przygaszone, przez co Remus z trudem odróżniał od siebie kontury ludzi i stolików; naturalnie, za wyjątkiem rażących oczy wybuchów kolorowych neonów. Klub, do którego jakimś niewyobrażalnym wręcz cudem zaciągnęła go Lilka, zupełnie nie przypadł mu do gustu. Szczerze mówiąc, wciąż się zastanawiał, jakich argumentów użyła, żeby go wywabić z domu. Idąc za przyjaciółką, mając swoją grupkę w zasięgu wzroku, starał się unikać wpadania na innych, czy deptania nieznajomym po stopach, ale w tym tłumie było to nierealne. Gdy przeciskał się przez chmarę ludzi, usłyszał przynajmniej kilka oburzonych „ała!”.
Gwoli ścisłości, Remus lubił bary i spędził niejedną noc w podobnych miejscówkach, ale po prostu znudził się po kilku godzinach okupowania różnych kątów i zapragnął wrócić wcześniej do domu. Gdy kiedyś wychodził ze znajomymi, ci skarżyli się potem, że szybko wpada w dołek, ale szczerze mówiąc, zupełnie mu to nie przeszkadzało. Szkoda czasu, jeżeli niczego nie ugram, pomyślał.
Lily i Mary szczebiotały o tej knajpce już od kilku miesięcy. Chociaż dotąd próby skrzyknięcia wszystkich przyjaciół spalały na panewce, dziś się udało. Remus znał tylko trzy z pięciu dziewcząt. Z Lilką, Mary i Marlene uczęszczał na jedne zajęcia, ponieważ były razem z nim w grupie, zaś Dorcas i Pandora chodziły do równoległej klasy.
Dorcas była wysoką panną o ciemniejszej karnacji i, och, no tak, dziewczyną Marlene. Włosy zazwyczaj splatała w dwa grube warkocze, a oczy podkreślała czarnym eyelinerem. Nie oszczędzała na kosmetykach, czym stanowiła przeciwieństwo do McKinnon, która zawsze wyglądała, jakby nie zmywała makijażu przed dwa–trzy dni.
Pandora była w gruncie rzeczy nieznajomą, ot koleżanką Dorcas. Z tego, co orientował się Remus, niedawno zaprzyjaźniła się również z Lily. Miała najdłuższe włosy z całej grupy, bujne i trochę splątane — jej luźno splecione warkocze zdobiły różnego rodzaju świecidełka i koraliki. Była blada niczym trup i często odpływała w czasie rozmowy, czym wyprowadzała go z równowagi. Oczywiście, starał się zachowywać pozory nonszalancji.
Kiedy przepychali się przez tłum, grupka tańczących rozproszyła się po lokalu. Jakby wyczuwając remusowe intencje, Lilka złapała przyjaciela za rękę i pociągnęła w stronę baru, gdzie zamówiła podwójne drinki. Mary, która wydawała się znać zespół o wiele lepiej, niż pozostali, zakradła się za scenę i okupowała kulisy. Pandora dość szybko zaczęła wywijać na parkiecie, najprawdopodobniej poproszona do tańca przez kolegę z klasy. Marlene i Dorcas również przecisnęły do się baru, gdzie zaczęły się obscenicznie całować.
Remus zerknął w stronę pustej sceny. Lily często opowiadała mu o zespole, który miał dzisiaj występować, ale — w przeciwieństwie do Mary — przyszła na koncert pierwszy raz. Była bardzo podekscytowana i co chwilę upewniała się, że przyjaciel rozumie powagę sytuacji.
— Chodź, napij się ze mną! — zawołała, przekrzykując muzykę; jednocześnie podsunęła mu drinka. Co prawda, nie planował się dziś schlać, ale nie potrzebował też większej zachęty. Niczym profesjonalista, przyłożył szkliwo do ust, odchylił głowę do tyłu i na raz opróżnił kieliszek. Nie wiedział, czego próbował, ale mu posmakowało. Zanim podeszła do nich Pandora, usiadł na stołku i zamówił następnego shota.
— Słyszysz tę piosenkę, Lily? — zapytała z błyszczącymi oczami blondynka. Gdy zauważyła, że koleżanka rozpoznała utwór, dodała, cała w skowronkach: — No dalej, zatańczmy! — Nie czekając na odpowiedź, chwyciła Lilkę za rękę i pociągnęła ją na parkiet; ruda szaleńczo chichotała i próbowała się nie przewrócić. Zanim zniknęła w tłumie, odwróciła głowę, aby spojrzeć na Remusa, który mrugnął doń porozumiewawczo.
— Spoko! — krzyknął, chociaż wątpił, aby go usłyszała i machnął nań ręką. Gdy spojrzał na ladę, dostrzegł następną zamówioną kolejkę, tym razem podwójną. Zaproponowałby drinka Dorcas i Marlene, ale dziewczęta wciąż były zajęte wyłącznie sobą. Przez chwilę patrzył, jak koleżanki chichoczą, a potem ponownie się całują. W normalnych okolicznościach uznałby tę scenę za całkiem uroczą, ale właśnie wtedy panny zderzyły się nosami. Odnosząc wrażenie, że ogląda coś intymnego — akt wieńczony zazwyczaj w sypialni — odwrócił wzrok, akurat w momencie, gdy Marlene wsunęła swojej dziewczynie ręce pod koszulkę.
Z trudem powstrzymał śmiech i potrząsnął głową. Bez większego wahania sięgnął po kieliszek, a następnie go opróżnił; potem zerknął w stronę, gdzie zniknęła Lily. Najwyraźniej nie zamierzała wkrótce do niego wrócić, bo świetnie się bawiła. Kolorowe światło co chwilę omiatało jej włosy, nadając dzikszego wyglądu.
Wszyscy dobrze się bawili, więc wypił drugiego shota.
Zanim wróciła Mary, minęło dobre dziesięć minut. Remus zauważył ją, dopiero kiedy go szturchnęła. Włosy miała w nieładzie, gdzieniegdzie poskręcane, zaś powieki podkreślone misternym makijażem.
— Miło, że wreszcie zdecydowałaś się dołączyć do nudnych, normalnych ludzi — zagaił kpiącym tonem i uśmiechnął się, gdy przyjaciółka przewróciła oczami.
— Żaden z ciebie przeciętniak — odpowiedziała swobodnie, a Remus, nie znalazłszy dobrego argumentu, wzruszył ramionami. — Zaraz wyjdą na scenę — dodała. — Syriusz właśnie kończył dostrajać swój bas — kontynuowała, po czym poprawiła top, ot brązowy gorsecik z futrzastym wykończeniem. Ciężko było pojąć, jakim cudem się jeszcze nie przegrzała — po prostu nigdy nie przejmowała się zmiennością temperatur.
Chcąc wybadać sytuację, rozejrzał się po parkiecie. Jeżeli ci goście naprawdę byli tacy wspaniali, wolał mieć pewność, że zdobędą najlepszą miejscówkę przed sceną. Lily była niska, więc tym bardziej powinna stać z przodu.
— Chodźmy poszukać reszty. — Spojrzał na Mary, niepewny, czy go słyszała, a następnie zsunął się z krzesła, podał dziewczynie rękę i wyznaczył kierunek. Macdonald wzmocniła uścisk, gdyż na parkiecie znów stało się tłoczno.
Remus był pewien, że wokół tłoczyło się zbyt wielu ludzi, ale obsługa lokalu nie przejmowała się takimi szczegółami. Alkohol lał się strumieniami, a klienci wyglądali na zadowolonych.
Lilka tańczyła niedaleko sceny, ale wciąż zbyt daleko, aby cokolwiek dostrzec. Gdy podeszli bliżej, obdarzyła ich radosnym uśmiechem. Górując nad większością ludzi, chłopak był zauważalny z daleka.
— Remus! Mary! — zaszczebiotała na powitanie i rzuciła się im w ramiona.
— Zespół zaraz wejdzie na scenę — oświadczyła Macdonald, a z Lily z trudem powstrzymała cisnący się na usta pisk.
— W porządku, chodźmy. — Wyszczerzyła się, po czym przeskanowała wzrokiem tłum, aby wyłapać Pandorę. Gdy zauważyła koleżankę, pociągnęła ją ku grupie.
Kiedy przepychały się przez tłum, dziewczęta były naprawdę wdzięczne, że wyciągnęły Remusa z domu. Ostatecznie wylądowali przed główną sceną, niemal w centralnym strategicznie miejscu. Chłopak nie zdążył dobrze przyjrzeć się oświetleniu, bo lecąca z głośników muzyka ucichła, zmuszając widownię do tego samego. Oddane fanki, sterczące w pierwszym rzędzie, nie mogły jednak powstrzymać jęku zachwytu.
Gdy zespół wreszcie wkroczył na scenę, Lily ścisnęła Remusa za ramię. Ten rzucił przyjaciółce rozbawione spojrzenie, po czym skoncentrował się na gwiazdach wieczoru. Muzyków było trzech, każdy wycięty niemal z innej bajki, co uznał za niesamowicie zabawne.
Perkusista był najniższy z nich wszystkich i, ubrany w luźną koszulkę i szorty, stawiał na wygodę. Słomkowe, proste włosy przepasał krawatem, który wyglądał na ostatnią założoną część garderoby i zupełnie nie współgrał do reszty stroju. Szczerze mówiąc, bardziej pasował do gitarzysty, aniżeli prawowitego właściciela.
Wyżej wspominany gitarzysta miał najbardziej rozwichrzone włosy, jakie Remus kiedykolwiek widział. Mógł poszczycić się też całkiem przyzwoitą opalenizną i czarnymi kręconymi włosami. Występował w uczniowskim stroju, ale w stylu niegrzecznego chłopca. Był przystojny, więc nic dziwnego, że gdy podszedł do mikrofonu i puścił tłumowi oczko, fanki pisnęły z zachwytu. Widoczniej był liderem zespołu oraz piosenkarzem.
Zbyt skupiony na basiście, Remus nie słuchał prezentacji kapeli; zanotował tylko, że nazywali się Huncwotami. Facet, który wpadł mu w oko, był przystojny, ale w dość niechlujny sposób. Miał długie, czarne włosy, związane w wysokiego koczka, a ubrania w różnych miejscach porozdzierane. Możliwe, że był w trakcie zapuszczania bródki, która dobrze komponowała się z masą tatuaży.
Nawet kiedy rozbrzmiała muzyka, a tłum zaczął wrzeszczeć, Remi wciąż pożerał go wzrokiem. Chociaż sprawiał wrażenie najmniej okrzesanego z całej trójki, basista wręcz promieniował pewnością siebie i seksapilem. Wyróżniał się na tle grupy, przez co czuć było jego obecność na scenie.
— Jak się nazywa? — zapytał, uprzednio szturchając Mary i szarpiąc głową w kierunku basisty.
Dziewczyna była wyraźnie zirytowana zaczepką, bo przerwał jej śpiew, ale szybko pospieszyła mu z odpowiedzią.
— Syriusz Black — wytłumaczyła. — To James Potter — dodała, wskazując na wokalistę. Z góry założyła, że był zainteresowany wszystkimi członkami zespołu. — Na perkusji gra Peter Pettigrew. — Otrzymawszy ciche podziękowania, wróciła do wesołego fałszowania.
Remus nie znał tekstu piosenki, dlatego też odpadł w śpiewaniu, ale za to kołysał się do rytmu. Muzyka była skoczna i szybko wpadała w ucho, więc zanotował w myślach, aby potem popytać o możliwość kupna płyty. Jeżeli zespół nie zarządzi awaryjnej ewakuacji od strony zaplecza, może nawet uderzy z problemem do wykonawców — może zagada do Syriusza. Skłamałby, gdyby powiedział, że nie uważa gościa za atrakcyjnego. Ze świecącymi się oczami obserwował, jak ten bawi się na scenie, zręcznie szarpiąc za struny swojej gitary. Chociaż neony trochę w tym przeszkadzały, z przyjemnością śledził wzrokiem kropelki potu spływające mu po skroni.
Mimo że sporo wypił przy barze, poczuł się odurzony, dopiero kiedy zmieszał się z tłumem. Coś trzepotało mu w żołądku, ale nie był pewien, czy to wina alkoholu, czy też tego, że po skończonej piosence Black wyskoczył z koszulki i się uśmiechnął.
— Och, no proszę, proszę. Oto przedsmak tego, co Syriusz pokaże dziś komuś w sypialni — wyszeptał do mikrofonu James, zaś wyżej wymieniony wybuchnął gromkim śmiechem. Choć stwierdzenie wokalisty mogło być zwyczajnym przytykiem do śmiałości przyjaciela, ten zaczął wodzić wzrokiem po widowni rozchichotanych fanek, gdy tylko zaczęli grać następny kawałek. Wyglądało na to, że jest skoncentrowany przede wszystkim na pierwszych rzędach, zatrzymując się na co ładniejszych dziewczętach. Gdy wyłapał pożądliwe spojrzenie Remusa, puścił mu oczko i ponownie skupił się na występie, jakby zaspokoiwszy swój apetyt.
Gardło szatyn wyschło na wiór. Zanim się obejrzał, do grupy dołączyły Dorcas i Merlene, a kołysanie, które wcześniej nazywali tańcem, zamieniło się w prawdziwy szał ciał. Lily zatraciła się w wariactwie z Pandorą i w rezultacie, razem z dwójką mężczyzn, którzy sugestywnie się o siebie ocierali, zagarnęły znaczną część parkietu — w ten właśnie sposób trzymali wszystkich w bezpiecznej odległości. Jeden z gości musiał być spokrewniony z Pan, bo ich podobieństwo było uderzające, zwłaszcza w temacie włosów.
Remus, chcąc złagodzić dziwaczne uczucie w brzuchu, pozwolił się pociągnąć Mary za rękę. W tańcu poruszał się co najmniej niezręcznie i co kilka chwil deptał zarówno po swoich stopach, jak i partnerki, ale nie przestawał się uśmiechać. Tłum śpiewał piosenkę razem z wokalistą, a Remi, nawet tego nie zarejestrowawszy, zaczął zdzierać sobie gardło na refrenie. Szczerze mówiąc, nie pamiętał, kiedy tak dobrze się bawił. Gdy zespół przestać grać, z trudem łapał oddech.
— Słyszałam, że nie umiesz tańczyć! — Lily objęła Mary ramieniem.
— Bo to prawda. — Uśmiechnął się Remus.
— Serio? — Marlene zasadziła mu kuksańca w bok. — Wyglądałeś jak jedna z tych nadmuchanych maskotek sprzed salonów samochodowych! — zażartowała, kontynuując szturchanie.
— Och, to szczyt mego talentu — stwierdził i przewrócił oczami. — Myślę, że masz na myśli airdancera. I niezależnie od tego, jak wyglądałem, czuję się teraz niczym umierający starzec — wyznał. Świat dookoła wirował i się kręcił, a światła nabrały na intensywności.
Marlene zawisła mu na szyi i stanęła na palcach.
— Musisz się napić, dziadziuniu — podsumowała, po czym pociągnęła go za sobą do baru.
Remus starał się zachować równowagę podczas chwiejnego przemarszu. Następny drink brzmi fantastycznie, pomyślał, siadając na dokładnie tym samym stołku, co wcześniej. Oparł się o ladę i grzecznie poczekał, aż dziewczyny złożą zamówienie. Nie wiedział, co popijał, ale smakowało wyśmienicie.
Obserwował zespół z daleka. Muzyka wciąż dźwięcznie wypełniała całe pomieszczenie, więc nie wątpił, że by ją słyszał nawet z najodleglejszego kąta.
Rzadko się upijał, bo — w zależności od natężenia irytujących ludzi i ilości wypitych shotów — stawał się agresywniejszy. Nienawidził tej szczególnej części siebie, bo wracał wówczas myślami do niewinnych czasów dzieciństwa, kiedy to wszyscy dorośli wokół mówili mu, że jest temperamentny. Na każdej alkoholowej imprezie starał się zachować trzeźwy umysł i dystans, ale dziś miał obawy, że w końcu przeciągnie strunę i wypije o jeden łyk za dużo. Szczęśliwie, wciąż był daleko od przekroczenia granicy, co nie zmieniało faktu, że nadal nie mógł oderwać wzroku od sceny, na której Syriusz molestował swoją gitarę. Patrząc na niego, czuł rozchodzące się po ciele ciepło.
— Są naprawdę dobrzy, prawda? — zagaiła Marlene, wyłapawszy jego spojrzenie.
— Yhym — automatycznie przytaknął, po czym przyłożył kieliszek do ust.
— Basista to niezłe ciacho, prawda? — kontynuowała drażniącym tonem, a Remus natychmiast wrócił do rzeczywistości. Gdy zerknął z niedowierzaniem na przyjaciółkę, ta, przy akompaniamencie Dorcas, wybuchnęła śmiechem. — Cóż, wezmę to za potwierdzenie — dodała i poklepała go po wyciągniętej dłoni. — Jeżeli masz zamiar wziąć sprawy w swoje ręce, idź zapalić po koncercie. Może dopisze ci szczęście, kochaniutki.
Remus wiedział, że nie poświęci rozważaniu tej sprawy nawet sekundy. Jego ochota na papierosa rosła z każdą wysłuchaną piosenką.
Remus miał niemałą zagwozdkę, gdyż Huncwoci naprawdę mieli wzięcie. Był wewnętrznie rozdarty, bo muzyka była świetna i zachęcała do tańca, ale przez cały wieczór marzył, żeby zamienić choćby kilka słów z facetem, którego pożerał wzrokiem. Wychodząc przed knajpkę na wietrzną alejkę, gdzie zazwyczaj gromadzili się palacze, czuł się niczym rozdygotana panienka. Chodne powietrze przyniosło trochę orzeźwienia i przegnało poczucie wszechogarniającego, palącego od środka gorąca.
Gdy zespół skończyć grać ostatnią piosenkę, Syriusz bąknął usprawiedliwienie i wypadł na zewnątrz, aby zapalić — zgodnie z przewidywaniami. Oparł się plecami o zimny mur, nie zaprzątając sobie głowy założeniem koszulki. Chłód przyjemnie owiewał jego rozgrzane od gry ciało, przez co zadrżał, ale nie miał nic przeciwko. Sięgnął do tylnej kieszeni spodni, wyciągnął paczkę papierosów i staromodną zapalniczkę z herbem z przodu. Z przyjemnością odpalił fajkę i odchylił do tyłu głowę, aby rozkoszować się chwilą.
Właśnie ten moment wybrał sobie Remus, aby podejść bliżej, wyciągnąć własną paczkę.
— Masz ognia? — zapytał, uprzednio włożywszy papierosa między wargi. Czuł się niczym szczwany lis, decydując się na podobne podchody.
— Jasne, trzymaj — odpowiedział Syriusz, po czym odbezpieczył zapalniczkę, nie przekazując jej zainteresowanemu.
Remus ponownie się zbliżył, a kilka kosmyków rozwichrzonych włosów opadło mu na czoło, zasłaniając część twarzy. Odpalił fajkę i głęboko się zaciągnął.
— Nieźle ci poszło — powiedział po dłuższej chwili milczenia. Gówno wiedział o muzyce, ale skomentowanie umiejętności gitarzysty było znacznie lepszym sposobem na rozpoczęcie rozmowy, aniżeli bezmyślnie gapienie się na jego zroszoną potem klatkę piersiową.
— Jesteś moim fanem? — Uśmiechnął się Syriusz i uniósł prowokująco brew.
Remus się zaśmiał.
— Właściwie to dziś pierwszy raz was słuchałem — wyznał z przekorą.
— Och.
Chcąc obrać wygodniejszą pozycję, oparł się plecami o ścianę. Nie zawracał sobie też głowy odgarnianiem włosów z twarzy. Oderwawszy wzrok od towarzysza, zapatrzył się w księżyc, będący świadkiem ich zbliżenia.
— W sumie mogę rozważyć tę opcję. — Zamilkł, czekając na odpowiedź, która nie nadeszła. Syriusz po prostu mu się przyglądał, a w jego oczach błyszczało zainteresowanie. Rozmówca zyskiwał na atrakcyjności przy każdym szczerym uśmiechu. — Czuć twoją obecność na scenie — kontynuował. — Jest… uzależniająca — wyznał i strzepnął fajkę, a zabłąkany popiół rozprysnął się na chodniku.
— Obczajałeś mnie cały wieczór.
Remus przygryzł dolną wargę. Nie starał się ukryć swojego zauroczenia, będąc pewnym siebie jak nigdy. Gdyby nie alkohol, najprawdopodobniej wcześniej zaprzestałby podziwiania, ale dziś brakło mu jasności umysłu. Co ciekawe, milczenie się przedłużało, a intensywna wymiana spojrzeń nie była zawstydzająca.
— Ano — odpowiedział zgodnie z prawdą.
— Bo uznałeś, że jestem interesujący?
— Też. — Uśmiechnął się Remi. — Ale głównie dlatego, że jesteś cholernie uroczy — dodał.
Syriusz wyglądał na zaskoczonego, ale w pozytywny sposób. Otworzył szerzej niebiesko–szare oczy, a policzki pokrył mu delikatny rumieniec. Aby ukryć cisnący się na usta uśmieszek, zacisnął wargi. Zanim zdążył się odezwać, chłopak ponownie się zbliżył. Black, co prawda, był wysoki, ale wciąż musiał zadzierać do góry głowę, jeżeli chciał patrzeć wprost na rozmówcę.
— Masz jakieś plany na resztę wieczoru? — zagaił Remus.
Syriusz parsknął śmiechem i zgasił peta na ceglanej ścianie, o którą się opierał, po czym wrzucił go do metalowego kosza; potem spojrzał w niebo. Miasto żyło własnym życiem, przez co gwiazdy nie były szczególnie widoczne, ale za to księżyc wciąż ich podglądał.
— Wieczoru?
Remus także zadarł głowę.
— Nocy — poprawił się, zdając sobie sprawę z pomyłki i wrócił do studiowania twarzy rozmówcy.
Syriusz przez chwilę milczał. Był zaskoczony tym, że jeszcze żaden z jego kumpli nie ruszył jeszcze na poszukiwania oraz faktem, że tak dobrze rozmawia mu się z nieznajomym, którego spotkał na dymku. Całkiem ładnym nieznajomym, zanotował w myślach. Chłopak sprawiał wrażenie twardego faceta, ale w zupełnie niesyriuszowym stylu. Wyglądał jak ktoś, kto desperacko pragnął być miły i grzeczny, ale był z natury prawdziwym drapieżnikiem. Sprytnie ukrywał swą naturę — głównie pod zieloną, flanelową koszulą, o kilka rozmiarów za dużą. Choć oczy chłopaka potrafiły przyciągnąć, twarz zdradzała muskulaturę. Zamiast cierpieć na sukowatość, najwyraźniej zapadł na kapryśność, bowiem sprawiał wrażenie kogoś z wymaganiami.
Wyglądał całkiem, całkiem.
Syriusz odgarnął włosy z twarzy i wsunął kosmyk za ucho, odsłaniając srebrny kolczyk, chociaż wiedział, że był trochę nie na miejscu.
— Cóż, planowałem posiedzieć trochę przy barze — odpowiedział, rzucając rozmówcy wymowne spojrzenie. Był naprawdę ciekaw, do czego to wszystko zmierza, zwłaszcza że w brzuchu zatrzepotały mu motyle.
— Yhym.
— Yhym?
Szatyn rzucił papierosa na ziemię i zgasił go butem.
— Cóż, miałem nadzieję, że zainteresuję cię tańcem — zarzucił przynętę i patrzył, jak gitarzysta z trudem powstrzymuje śmiech.
Prawda była taka, że Syriusz również rzucał Remusowi skanujące spojrzenia, o wiele zbyt często, jak na jeden występ. Obserwował, jak jest prowadzony na parkiet, a potem próbuje dopasować się do muzyki — z piosenki na piosenkę wychodziło mu to tylko gorzej. Kiedy dotarli do ostatnich pozycji na liście, wygibasy chłopaka ciężko było uznać za taniec.
— Widziałem cię w akcji. — Uśmiechnął się z przekonaniem. — I nie mogę powiedzieć, że jestem pod wielkim wrażeniem, y…? — urwał, gdyż zdał sobie sprawę, że rozmówca wciąż mu się nie przedstawił.
— Mam na imię Remus.
— Nie mogę powiedzieć, że jestem pod wielkim wrażeniem, Remusie — powtórzył, uzupełniając zdanie o brakującą sentencję.
Szatyn przez moment chciał dać upust emocjom i zapytać, czy uważa się za lepszego tancerza, ale potem, gdy ochłonął, doszedł do wniosku, że tylko by się zbłaźnił. Wnioskując po jego ruchach na scenie, Syriusz z pewnością miał do tego dryg. Aby wyrzucić z głowy nieprzyjemne myśli, skupił się na uroczym sposobie, w jaki chłopak marszczył nos.
Wciąż pewny siebie, zakołysał się na piętach.
— To ciekawe, bo mam wrażenie, że jest wręcz przeciwnie — odpowiedział. — Widzę, że pijesz do czegoś innego — dodał i się zachwiał. Może z perspektywy postronnego obserwatora wyglądało to za w pełni zamierzone działanie, ale po prostu stracił równowagę. Od zawsze był wysoki i chudy, a chociaż wydoroślał, wciąż odnosił wrażenie, że ma za długie kończyny i porusza się niezdarnie niczym ledwo narodzony szczeniak. — Cóż, czasem zdarza mi się mieć problemy z nogami. — Wzruszył ramionami.
Syriusz przeczuwał, dokąd zmierza ta konwersacja, ale pozwolił popłynąć sobie z prądem. Ten facet, kimkolwiek był, mistrzowsko opanował doprowadzanie go do śmiechu. Mimowolnie się zastanowił, czy jutro nie będzie cierpiał na ból policzków od tego ciągłego szczerzenia się.
— Och, ale rozumiem, że jesteś w czymś dobry.
Remus był cholernie zadowolony, bo liczył na podobną zachętę. Oblizał sugestywnie wargi, po czym zachichotał. Wbił pożądliwe spojrzenie w nagą klatkę piersiową Syriusza i powoli przesunął wzrokiem w dół, zatrzymując się dokładnie na jego kroczu. Basista miał na sobie spodnie, które podczas gry odrobinę mu zjechały i pokazywał teraz światu ponętną linię ciemnych włosków, zaczynających się przy pępku.
— W różnego rodzaju robótkach.
Aby stłumić chichot, Black natychmiast zasłonił usta. W niedowierzaniu potrząsnął głową, a czarne loki rozsypały mu się po twarzy. Nie miał żadnych wątpliwości, że Remus próbował wybadać teren, ale był w tym po prostu okropny. Na przestrzeni lat był adorowany w najrozmaitszy sposób, słyszał naprawdę wiele tekstów na podryw, więc sądził, że jest przygotowany na każde zagranie, a tu proszę — został wzięty pod włos.
— To najgorsza próba zachowania pozorów subtelności, jaką kiedykolwiek widziałem — wyznał, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co przed momentem usłyszał.
— Kto powiedział, że próbowałem być subtelny? — Remus był niewzruszony. Sięgnął dłonią do włosów i przeczesał jasne pasma palcami. Starał się i poległ na całej linii, ale nie zamierzał bardziej się odsłaniać. Widział w swojej porażce jedno sensowne rozwiązanie — wyłożenie kawy na ławę, ot podejście na wskroś bezpośrednie. — Właśnie zaoferowałem ci obciąganie.
Gdyby Syriusz był silniejszym facetem, od razu zacisnąłby usta i skinąłby głową, a następnie podzieliłby się tą historią z Jamesem i Peterem. Zamiast tego, zakrztusił się własną śliną i prawie popluł; potem wybuchnął donośnym śmiechem. Aby utrzymać równowagę, złapał się drugiego chłopaka za ramię, bo potrzebował dłuższej chwili, żeby się uspokoić. Nim się obejrzał, rozbolał go brzuch.
— Jesteś naprawdę zabawnym gościem, wiesz? — zapytał, z trudem łapiąc oddech.
— Mam swoje momenty. — Uśmiechnął się Remus, aczkolwiek nie był rozbawiony. — Mówię serio — dodał po chwili milczenia.
Syriusz wziął kilka głębokich wdechów, a potem znów się wyszczerzył.
— To jest nas dwóch, koleżko* — parsknął. To był głupi żart; tak głupi, że aż śmieszny.
Remi zamarł w bezruchu, po czym spróbował odczytać intencje stojącego przed nim faceta, ale miał twardy orzech do zgryzienia. Nie był pewien, czy chodziło o sposób, w jaki Syriusz się właśnie odezwał, czy też sposób, w jaki się zachował, ale stanowił niełatwą zagadkę. Czuł się sfrustrowany własną niedołężnością, bowiem zawsze uważał się za człowieka, który z wyprzedzeniem potrafi przewidzieć kroki innych.
— Mam rozumieć, że dajesz mi kosza? — zapytał, unosząc brew. Wypił, co prawda, sporo, ale potrafił zrozumieć odrzucenie oferty, niemniej jednak po cichu liczył, że za bardzo wybiega w przyszłość i zaraz zostanie skorygowany.
Gdy Remus cofnął się o krok, Syriusz natychmiast się doń zbliżył. Sięgnął w górę, złapał go za podbródek i zmusił do spojrzenia w dół. W oczach chłopaka zobaczył złośliwy błysk, więc postanowił bardziej go sprowokować.
— Jestem zdziwiony, a nie głupi — stwierdził.
Szatyn zamrugał, zdezorientowany, ale jego wątpliwości zostały rozwiane, gdy Syriusz sięgnął do paska swoich spodni i odpiął sprzączkę. Sapnął, kiedy ten rozpiął rozporek, a następnie rozejrzał się po okolicy — stali, co prawda, w ciemnej alejce, ale nie byli jedynymi palaczami na imprezie.
— Tutaj? — zapytał z niedowierzaniem, czym zasłużył sobie na kpiące spojrzenie partnera.
— Szczerze wątpię, abyś w klubie znalazł kabinę ze sprawnym zamkiem — odpowiedział gitarzysta z rozpiętymi już spodniami. — Możesz spróbować szczęścia, jeżeli naprawdę pragniesz więcej prywatności. Gdy będziesz szukał, najprawdopodobniej zamówię sobie drinka, pewnie trochę potańczę, a potem pójdę do domu. Kto wie, może zgadamy się na kolejnym koncercie? — zaproponował z zarozumiałym uśmieszkiem. Wiedział bowiem, że wygrał tę potyczkę.
Remus ponownie rozejrzał się po alejce. Jak do tej pory, nikt im nie przeszkodził, a nie wyszli na papierosa przed chwilą. Jakie były szanse, że teraz ktoś postanowi zajarać?
Z nadzieją, że ewentualni gapie będą mieli na tyle przyzwoitości, aby odwrócić wzrok, opadł na kolana. Ciepłymi dłońmi prześledził najpierw nagą skórę na podbrzuszu, a potem przytrzymał się uda, aby nie polecieć do przodu. Jednocześnie drugą ręką chwycił za gumkę od bokserek i sprawnym ruchem ściągnął mu majtki w dół. Wątpił, aby to dzięki bezceremonialności aktu, ale przywitał go na wpół twardy członek. Gdy skrzyżował z Syriuszem spojrzenie, w jego oczach dostrzegł wyłącznie zachętę.
— Jednak jesteś zawstydzony, co? — zapytał drażniącym tonem brunet.
Podjąwszy wyzwanie, Remus powoli wypuścił powietrze, nagle szczęśliwy z hojności matki natury, która obdarzyła go dużymi dłońmi. Black również podziękował jej w duchu, szczególnie gorąco, gdy poczuł pierwsze muśnięcia palców.
Gdy język chłopaka dotknął samiutkiego czubeczka, Syriusz z trudem stłumił jęk, ale nie wygrał potrzebą przymknięcia z przyjemności oczu. Smakowanie było bardziej nieśmiałe i niezdecydowane od jakichkolwiek wyobrażeń, ale zanim się na nim skupił, poczuł, że jest popychany do tyłu, wprost na ceglaną ścianę, na której wcześniej zgasił peta.
Remus postanowił najpierw podrażnić główkę, a dopiero potem zabrać się do prawdziwej robótki. W głowie mimowolnie stanęła mu migawka ze sceny, kiedy to Syriusz zaczął walczyć z Jamesem o mikrofon, aby najprawdopodobniej powiedzieć coś głupiego — basista nie mógł się teraz zdecydować, czy dać upust rozkoszy, czy też na siłę powstrzymywać westchnienia. Chcąc pozbawić go dylematu, Remi wziął do ust więcej, aniżeli przedtem. Fiut wypełnił mu gardło, ot dziwaczne uczucie, ale nie nieprzyjemne. Automatycznie dostosował się do ruchów bioder Blacka i natychmiast pożałował, że jednak nie znaleźli sobie bardziej ustronnego miejsca — na odludziu mógłby chociaż posłuchać jęków partnera, teraz stłumionych przez zaciśniętą na ustach dłoń.
Rytmicznie poruszał głową, starając się wziąć więcej i więcej, i może zawdzięczał to wypitemu alkoholowi, ale bez większego trudu pokonał odruch wymiotny. Chcąc sobie pomóc, złapał członka u podstawy i przytrzymał go w miejscu. Kciukiem lekko dociskał odstającą od spodu żyłkę, a resztę palców wplątał w czarne loczki.
Kiedy pomyślał, aby zwolnić tempa, Syriusz wplątał mu dłoń we włosy i dłuższymi paznokciami zaczął dostarczać mu przyjemności. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz i wypuścił nosem powietrze.
— Jasna cholera, Remusie! — westchnął brunet i było to pierwsze spójne zdanie, które wypowiedział od początku robótki.
Szatyn podniósł wzrok, oczywiście na tyle, na ile pozwalała mu niewygodna pozycja, chcąc trochę popatrzeć. Syriusz w międzyczasie odgarniał mu włosy z twarzy i prowadził głowę w rytm narzuconego wcześniej tempa.
Wyglądał pięknie. Jego klatka piersiowa unosiła się z każdym oddechem, a na twarzy malował się leniwy, rozmarzony uśmiech. Co ciekawe, z tego dziwacznego kąta i o tej nieludzkiej godzinie, Remus dostrzegł kilka pieprzyków, których istnienie wcześniej przeoczył. Wypuścił członka z ust, aby pozwolić sobie na zaczerpnięcie porządnego oddechu. W duchu pogratulował sobie dużego sukcesu, bo nie zakrztusił się nadmiarem śliny.
Syriusz chciał się go zapytać, czy wszystko w porządku, ale chłopak właśnie wtedy zaczął składać mokre pocałunki wzdłuż trzonu.
— Też ładnie wyglądasz — wydyszał.
— Że niby z twoim fiutem w ustach? — Uśmiechnął się Remus.
Black wzruszył ramionami, zachowując pozory nonszalancji i wypchnął biodra do przodu.
— Cóż, nie jest już w twoich ustach — podsumował szyderczym tonem.
Szatyn przewrócił oczami, bardziej z rozbawienia, niż irytacji. W tym facecie było coś naprawdę niesamowitego — bliżej niezidentyfikowane coś, co sprawiało, że bez wahania zignorował ból w kolanach i ponownie zaczął mu obciągać.
Tym razem wolniej poruszał głową, chłonąc przyjemność wypisaną na twarzy partnera. Jego własny członek drżał w spodniach, pobudzany gorącym widokiem.
Oj, niebezpieczna to gra.
Gitarzysta wciąż nadawał tempo, a opadające na czoło włosy dodawały Remusowi drapieżności.
— Mogę dojść w twoich ustach? — zapytał, aczkolwiek wolałby spuścić mu się na twarz. Na szczęście, rozum zwyciężył nad sercem, bowiem wciąż stali w tej przeklętej alejce, gdzie każdy mógł wyjść na fajkę. Tego typu ekscesy nie były dziś najlepszym pomysłem, zwłaszcza że po wszystkim będą musieli wrócić do knajpki i przyjaciół.
Mając zajęte usta, Remus nie miał jak odpowiedzieć, więc zamruczał. Wibracja przeszyła Syriusza na wskroś i właśnie wtedy, kiedy spojrzał w zachęcające oczy partnera, zrozumiał, że naprawdę nie wytrzyma długo.
Black nie ostrzegł go w porę, ale Remi się nie odsunął. Zamiast tego, wziął go głęboko, niemal po same jądra, jakby nie chcąc uronić ani jednej kropli. Z miejsca odrzucił możliwość finiszu na chodnik, gdzie zaraz wdeptaliby spermę w kostkę, zacierając wszelkie ślady — po prostu chciał pokazać, na co go stać.
Gdy Remus się odsunął i przełknął, puścił udo, którego się dotąd przytrzymywał. Syriusz mimowolnie się zastanowił, czy będzie miał jutro siniaki, gdyż kiedy pomagał chłopakowi wstawać z ziemi, zauważył, że jest całkiem ciężki. Spodnie miał brudne od kolan w dół, zaś włosy w całkowitym nieładzie, niemniej jednak nie wyglądało na to, aby przejmował się podobnymi szczegółami.
Zapiąwszy własne gacie, zamrugał.
— Żaden problem — powiedział szatyn, zanim Syriusz zdążył wybąkać podziękowania. Głos miał troszkę zachrypnięty, a uśmiech, którym go po wszystkim obdarzył, należał do najcudowniejszych, jakie ten dotąd widział.
Remus pochylił się, pobieżnie otrzepał spodnie i zerknął w stronę drzwi do baru. Nie wiedział, jakim cudem nikt nie pofatygował się na papierosa, ale był wdzięczny za to zrządzenie losu. Z pewnością poczułby się niezręcznie, gdyby ktoś przyłapał go z na klęczkach z fiutem innego faceta w ustach.
— Wracając do tematu drinka — zagaił bez skrępowania. — Co powiesz na jednego? Na mój koszt — kontynuował, gdy otworzył drzwi i przytrzymał je dla chłopaka.
Syriusza przeszył dreszcz, tym razem spowodowany powiewem chłodnego powietrza. Otrzepał się niczym pies, po czym zrobił krok naprzód. Zanim wszedł do środka, ostatni raz poprawił spodnie, wdzięczny, że przyciemnione światło zakrywało wszelkie niedoskonałości.
Remus wyznaczał drogę do lady. Nigdy nie był dobrym nawigatorem, dlatego też wcześniej trzymał się blisko dziewcząt. Syriusz wydawał się jednak znać tą knajpkę lepiej od niego, bo szedł pewnym krokiem. Mimo to co kilka sekund odwracał się, aby zobaczyć, czy towarzysz jest tuż za nim.
Ledwo zdążył zamówić drinki, gdy dopadły go przyjaciółki, a Blacka wyniuchali koledzy z zespołu; Marlene niemal zmiażdżyła go w uścisku.
— Tu jesteś, staruszku! Już myśleliśmy, żeby wysłać za tobą ekipę poszukiwawczo–ratowniczą. — Uśmiechnęła się szeroko.
— Skończ mną potrząsać, próbuję się napić — parsknął.
— Ciekawe — wtrącił się wokalista, którego Remus mgliście pamiętał jako Jamesa. — Z naszym basistą, co…? — wybełkotał i poruszał sugestywnie brwiami, z trudem klejąc poszczególne słowa. Jakim cudem nawalił się w tak krótkim czasie?
Usłyszawszy chichot, szatyn odwrócił głowę. Zupełnie nie rozumiał, o co chodziło dziewczynom, ale Mary, Lily i Pandora najwidoczniej zauważyły coś bardzo zabawnego. Doznał olśnienia, dopiero kiedy Lilka wskazała palcem na jego spodnie.
— Mam brudne kolana, Remusie! — wybuchnęła śmiechem i to wystarczyło, aby gwałtownie się zaczerwienił. W ekspresowym tempie schował nogi pod ladą, ale to tylko pogorszyło sytuację — wszyscy dosłownie ryli, zaś Syriusz rzucił mu zadowolone spojrzenie, któremu nie mógł się oprzeć, nawet zażenowany do granic możliwości.
— Kiedy znowu gracie? — zapytał z pozoru swobodnym tonem, stawiając wszystko na jedną kartę.
— W następną sobotę.
— W takim razie założę ciemniejsze spodnie.
* Nieprzetłumaczalna na język polski gra słów, związana z brzmieniem imienia Syriusz
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz