Przemierzając Hogwart, Draco w milczeniu obserwował profil McGonagall. Idąca obok niego kobieta rzadko się odzywała, ograniczając się do głównie mniej istotnych uwag. W ten sposób dowiedział się, że portret Bartłomieja Barebone’a został przeniesiony na trzecie piętro oraz że w zeszłym roku zmieniono klasę starożytnych run, ponieważ podłoga w poprzedniej sali z jakiegoś niewiadomego powodu topiła uczniom buty.
Większość pozostała bez zmian, co nie jest szczególnie zaskakujące, ponieważ po wojnie Hogwart został przywrócony do dawnej świetności — prace remontowe objęły wieżyczki, schody, a nawet zadbano o elementy dekoracyjne w postaci gobelinów i stojących na korytarzach zbroi. Szkoła wciąż pachniała świeżo otwartym atramentem, starymi arkuszami pergaminów, kamienną wilgocią i rozsiewanymi przez nastolatki feromonami.
Wspomnienia napływały doń ze wszystkich stron, wyraziste i chwilami bolesne, więc to oczywiste, że próbował się skupić na McGonagall, aby się rozproszyć. Jednocześnie się zastanawiał, jakim cudem postarzała się o zaledwie kilka lat, a mimo to wyglądała tak samo, jak zawsze.
— To pańskie kwatery, profesorze Malfoy — powiedziała, zatrzymawszy się przed drewnianymi drzwiami na czwartym piętrze. — Mam nadzieję, że przypadną panu do gustu. — Spojrzała na małą mosiężną kołatkę, a ta otworzyła swe zamglone oczy, gotowa do działania. — Draconis. — Gdy wrota stanęły otworem, czarownica gestem zaprosiła Draco do środka. — Może pan zmienić hasło. To było tymczasowe — wytłumaczyła, kiedy rozglądał się po pomieszczeniu, które przyszło mu zajmować przez następny rok szkolny. — Oczywiście, może pan dokonać również przemeblowania. Jakby nie patrzeć, to pańskie kwatery.
Skinął grzecznie głową, omiótłszy wzrokiem stojące przy wygaszonym kominku fotele i spory, obecnie świecący pustkami, regał wzdłuż przeciwległej ściany. Mieszkanie nie było olbrzymie i mało co przypominało skrzydła, które zajmował w posiadłości, ale wyglądało na wystarczająco wygodne.
— Tam jest sypialnia — kontynuowała McGonagall. — Za pejzażem Loch Lomond jest ukryta łazienka.
— Wspaniale. — Znów przytaknął.
— Proszę się rozpakować — powiedziała na odchodne. — Za około godzinę odbędzie się nieformalne spotkanie w pokoju nauczycielskim, na którym przedstawię pana współpracownikom. Znalezienie drogi będzie problemem, czy też podejść po pana za godzinę?
— Dziękuję, pani dyrektor. Stawię się punktualnie.
— Cała przyjemność po mojej stronie, profesorze Malfoy. — McGonagall odwróciła się, aby wyjść na korytarz, ale zanim wyszła, przystanęła i się doń odwróciła. — Cieszę się, że zdecydował się pan na to stanowisko. Wiem, że reszta kadry podzieli moje zdanie.
Jeszcze zobaczymy, podsumował, ale powstrzymał się od komentarza. W zamian ograniczył się do skinięcia głową.
Kiedy kobieta opuściła jego komnaty, został sam. I poczuł się straszliwie, żenująco osamotniony.
Draco powoli odetchnął, a potem machnął różdżką i rozpakował swój kufer. Wieszając ubrania w szafie i zapełniając półki w biblioteczce przywiezionymi książkami, uparcie starał się nie wracać myślami do sytuacji, która doprowadziła go do przyjęcia posady w szkole, wywołała w nim wstręt do przebywania we własnym domu oraz sprawiła, że perspektywa nauczania niesfornych nastolatków skomplikowanej sztuki warzenia eliksirów była o niebo lepsza, aniżeli życie w luksusie z żoną i nowo narodzonym synem.
Nie mam syna, przypomniał sobie z goryczą. Ani żony.
Ten wybór był bolesny, ale też prosty. W jednej chwili ściskał wilgotną dłoń Astorii, ocierając jej blade czoło z kropel potu, mówiąc: „Jeszcze tylko jedno pchnięcie, kochanie, tylko jedno”, a chwilę później zobaczył dziecko, na które czekał dziewięć miesięcy, rumiane, pomarszczone i zapłakane — tylko że… coś było nie w porządku. Chłopczyk miał ciemne włosy i skórę, co było praktycznie niemożliwe, biorąc pod uwagę bladą cerę rodziców i ich blond włosy.
Wszystkiemu przyglądał się w ciszy. Gdy niemowlę zostało naprędce umyte i wciśnięte w ramiona matki, Astoria przyznała się do zdrady. „Naprawdę miałam nadzieję… miałam nadzieję, że jest twoje”, powiedziała. Jak się okazało, chłopiec był Blaise’a Zabiniego, jego najlepszego przyjaciela.
Oczywiście, nie zamierzał wychowywać dziecka innego mężczyzny, nie w takich okolicznościach. Upokorzenie było dlań nie do zniesienia i zdecydowanie gorsze niż bycie pierwszym Malfoyem od trzech stuleci, który rozwiódł się z żoną.
Sprawa została załatwiona po cichu, a Astoria razem z synem przeniosła się do posiadłości Zabinich. W kolejnych miesiącach Draco błąkał się bez celu po pustym dworze, niczym duch, zastanawiając się, kiedy na nowo odżyje i przestanie płakać nad złamanym sercem.
Gdy nic podobnego się nie wydarzyło, po paru miesiącach zrozumiał, że trzeba coś z tym zrobić. Malfoyowie nie zwykli roztrząsać nieprzyjemnych spraw, ani nie użalali się nad własnym losem do usranej śmierci. Zaczął więc szukać czegoś, co skutecznie odwróciłoby jego uwagę od wspomnień utraconego domu i rodziny oraz pustki, którą pozostawiła po sobie Astoria.
Właśnie w ten sposób wylądował w Hogwarcie po siedmiu długich latach od ukończenia szkoły. W duchu postanowił sobie, że to będzie dlań nowy początek, ot szansa, żeby zacząć wszystko od nowa i uczynić swe dotychczasowe życie bardziej wartościowym. Liczył na to całym sercem.
Spojrzał na zegar stojący przy ścianie w salonie i zdał sobie sprawę, że spędził prawie całą godzinę na rozmyślaniu o nieszczęściu, które go spotkało. Najwyższy czas, aby dołączył do swoich nowych współpracowników. Choć nie był w nastroju do spotkań o charakterze towarzyskim, z radością pomaszerował do pokoju nauczycielskiego.
*
Skład personelu był podobny do tego, który zapamiętał z czasów uczniowskich. Flitwick wciąż uczył zaklęć, Sinistra astrologii, a Binns najwyraźniej nadal zanudzał swych podopiecznych na śmierć, paplając o rewolucjach goblinów i innych mało znaczących bzdurach. Babbling i Vector nadal były nierozłączne, prowadząc odpowiednio zajęcia ze starożytnych run i numerologii, a Trelawney i centaur dzielili się grupami z wróżbiarstwa. Na spotkaniu obecni byli również Sprout, Pomfrey, Hooch i Pince.
Stał z sokiem dyniowym w dłoni i zabawiał się uprzejmą rozmową z nowymi współpracownikami, kiedy przyuważył nowe twarze. Nauczycielem opieki nad magicznymi stworzeniami był szczupły, łysiejący, zaskakująca zadbany czarodziej o nazwisku Gibbs, a transmutacji nauczała niejaka Francesca Bianchi, będąca również opiekunką Slytherinu po odejściu Slughorna na emeryturę.
Bianchi była kilka lat starsza od niego i mniej więcej kojarzył ją z czasów szkolnych. Choć wcześniej tylko czasem mijali się na korytarzach, teraz zwykła niezobowiązująca pogawędka z prawie rówieśniczką sprawiała mu wiele przyjemności. Franceska niemal idealnie wpisywała się w typ czarownicy, która go fascynowała. Była oszałamiająca zarówno pod względem wyglądu, jak i inteligencji; szczyciła się opanowaniem, elokwencją i godnym podziwu poczuciem ślizgońskiej dumy. Na dodatek była czystej krwi, co w praktyce oznaczałoby, że zostałaby zaakceptowana przez jego rodziców.
Dopiero po dłuższej chwili patrzenia na jej ciemne oczy, pełne usta i uroczo kobiece kształty, zdał sobie sprawę, że budziła w nim tylko umiarkowaną zawodową ciekawość. Chociaż była dlań idealną kobietą, nie wzbudziła weń większych emocji.
W duchu przeklął Astorię i szkody, jakie mu wyrządziła w kontaktach z innymi, podczas gdy Bianchi wciąż tłumaczyła, jak próbowała ukształtować Slytherin, opierając się na zupełnie odmiennych metodach od swoich poprzedników.
— Strasznie mnie frustruje to, że nasz dom jest postrzegany jako najprawdziwsza wylęgarnia rozrabiaków — powiedziała w pewnym momencie. — W założeniu powinniśmy być domem godności i dobrego wychowania, zdobywającym to, co nasze i nam należne, dzięki sprytowi, a nie okrucieństwu. W tym roku jasno dam uczniom do zrozumienia, że znęcanie się i niesubordynacja nie będą w żadnym stopniu tolerowane. Niech Gryffindor sam się wkopie.
— Nie mógłbym się bardziej zgodzić — przyznał. — Jeżeli będziesz czegoś ode mnie potrzebować, mów śmiało.
— Doceniam chęć pomocy. — Uśmiechnęła się ciepło, może nawet lekko zalotnie, ale na Draco nie zrobiło to żadnego wrażenia — nawet nie drgnął poniżej pasa. Niech szlag weźmie cholerną Astorię, pomyślał z goryczą. — Jeszcze zobaczysz, że tym razem zdobędziemy Puchar Domów.
Zamierzał wygłosić jakiś dowcipny, może nawet czarujący komentarz, ale przeszkodziło mu poruszenie przy drzwiach. Ktoś właśnie wszedł, przepraszając za spóźnienie, i został powitany bardzo serdecznie, zupełnie jakby współpracownicy dawno go nie widzieli.
— Miałem małe opóźnienie przez Fiuu. — Głos był głębszy, aniżeli Draco zapamiętał, ale nadal szokująco znajomy. Momentalnie po kręgosłupie przeszedł mu dreszcz zmieszania, a potem musiał zwalczyć falę konsternacji, która uderzyła w żołądek, sprawiając, że zrobiło mu się najzwyczajniej w świecie niedobrze.
Harry Potter.
Miał wrażenie, że cofnął się do szkolnych czasów. Teraz gdy Potter zawitał do pokoju nauczycielskiego, wszyscy automatycznie się na nim skupili. Co gorsza, facet wydawał się w swoim żywiole — przeciskał się przez tłum profesorów, ściskając im dłonie i całując ich w policzki, z szerokim uśmiechem przylepionym do twarzy.
Cholerny Harry Potter.
Też uczył w Hogwarcie? Jakim cudem to przeoczył? Momentalnie rozejrzał się po pomieszczeniu i, dokonawszy naprędce szybkich obliczeń, doszedł do wniosku, że nie poznał jeszcze nauczyciela obrony przed czarną magią. Czemu mu to wcześniej umknęło?
Cholerny Harry Potter.
Prawdę powiedziawszy, szczerze wierzył, że za grubymi murami Hogwartu ukryje się przed swoją przeszłością; liczył na znalezienie bezpiecznego miejsca, w którym mógłby bez większych przeszkód lizać rany i zacząć wszystko od nowa. Teraz zrozumiał, że znów wykazał się naiwnością. Wszystkie znaki na niebie i ziemi jasno mu pokazywały, że nie sposób uciec od błędów starych czasów.
Oczywiście, gdy Potter przedzierał się przez salę, w pewnym momencie go zauważył. Sprawiał wrażenie zaskoczonego, ale mimo to natychmiast skierował się w jego stronę.
— Harry — przywitała się czule Bianchi, po czym pocałowała go w policzek.
— Franceska. — Mężczyzna odwzajemnił gest. — Wyglądasz wspaniale, jak zresztą zawsze. Jak minęły ci wakacje?
— Cudownie. — Uśmiechnęła się promiennie, a Draco prawie zmarszczył w dekoncentracji brwi. Czy nie narzekała właśnie na gryfonów? Jakim cudem Potter, najgorszy ze wszystkich, zdołał ją do siebie przekonać? — Wylegiwałam się w Toskanii razem z rodziną.
— Naturalnie. Jak tam winnica?
— Wspaniale. Tata twierdzi, że dla Chianti to będzie bardzo dobry rok.
— W takim razie muszę zawczasu zarezerwować skrzynkę.
Podczas tej rozmowy Draco przyglądał się Potterowi z niedowierzaniem. Nie miał przed sobą chuderlawego nastolatka w workowatych ubraniach i śmiesznych okrągłych okularach, a szerokiego w barkach mężczyznę w prostym, aczkolwiek stylowym mugolskim stroju, idealnie dopasowanym do jego sylwetki. Na nosie miał smukłe, owalne okulary w cienkich oprawkach, nadające mu jednocześnie typowo nauczycielski, jak i wyrafinowany wygląd. Nawet dyskretne szkła nie zdołały przyćmić jasnozielonych oczu (czy zawsze takie były?), w których błyszczała pewność siebie. Ciemne włosy, przedtem niesforne i nieokiełznane, wyglądały na gładkie i dobrze ułożone, pasujące do kształtu jego twarz i mocno zarysowanej szczęki.
Co się tutaj wyprawia?, zastanawiał się z przerażeniem Draco. Trafiłem do jakiegoś równoległego wymiaru?
— Och, zapewne znasz Draco Malfoya — powiedziała w pewnym momencie Bianchi, ponownie zwracając na siebie uwagę. — To nasz nowy nauczyciel eliksirów.
— Jasne. — Potter spojrzał nań uważnie, a potem się uśmiechnął. — Miło znów cię widzieć, Malfoy. — To stwierdziwszy, wyciągnął rękę.
Automatycznie uścisnął dłoń.
— Nawzajem — burknął, wciąż będąc w szoku. — Dobrze jest wrócić do Hogwartu — dodał, nie spuszczając wzroku z uśmiechniętej twarzy nowego współpracownika. Szczerze mówiąc, doszukiwał się nań kiepsko ukrytej niechęci lub złej woli. Ku swojemu zdziwieniu, facet wydawał się mówić prawdę.
Chwilę później Potter zapytał o Lucjusza i Narcyzę, jakby naprawdę interesowało go, czy nadal żyją, a kiedy odpowiedział, że przeprowadzili się do Francji, mężczyzna spytał, gdzie dokładnie.
— Malfoyowie od wieków posiadają ukrytą posiadłość w regionie Auvergne — odpowiedział.
— To w środkowej Francji, prawda?
— Owszem.
— Niedawno miałem przyjemność rozmawiać z kimś, kto ma słabość do Francji. Opowiedział mi, jak piękna jest środkowa Francja. — Potter spojrzał na Draco i Franceskę. — Wszyscy ciągle mówią o uroku Paryża, Prowansji i Nicei, ale inne rejony są równie wspaniałe. Środkowa Francja obfituje w całą masę zieleni i wygasłe wulkany, a przynajmniej tak słyszałem. Podobno wyrabiają tam też naprawdę wyśmienite sery.
— I równie doskonałe wino — dodała kobieta.
— Cóż, posługujesz się wiedzą ekspercką, więc wierzę ci na słowo. — Uśmiechnął się Potter, a potem pospieszył z wytłumaczeniem, dlaczego rodzina Bianchi, głównie jej ojciec i jedna z bliższych pokrewieństwem ciotek, uważana jest za wybitnych profesjonalistów w dziedzinie przyrządzania alkoholu. Jak się okazało, prowadzą interesy w regionie Chianti we Włoszech. — Rodzina Franceski wypracowała receptę produkcji wina w oparciu o połączenie magicznych i mugolskich metod. — Spojrzał na Bianchi, która uprzejmie mu przytaknęła. Następnie dodał, że powinien zarezerwować skrzynkę tego, co jest obecnie butelkowane i zapytał, czy jest może w obiegu karafka rocznika 2001, ot szczególnie dobrego wina, które mogłoby posmakować Draco.
Oczywiście czuł się zobowiązany odpowiedzieć: „Chętnie spróbuję”, nie tylko dlatego z grzeczności, ale też dlatego, że Potter w rzeczywistości wkręcił go do rozmowy, do której od kilku minut niczego nie wnosił.
To wszystko było po prostu dziwaczne. Gdzieś pomiędzy zabiciem Czarnego Pana i zakończeniem wojny a zabraniem się za nauczanie przyszłych pokoleń w Hogwarcie, Harry Potter zadbał o swój wygląd, ale też nabrał ogłady i stał się czarujący.
Szczerze mówiąc, to wyprowadzało Draco z równowagi i pozostawiało na języku gorzki posmak. W świecie naprawdę brakowało sprawiedliwości. Facet nie tylko został obwołany bohaterem za przetrwanie czegoś, nad czym niemowlę nie miało żadnej kontroli, a potem, dojrzawszy, stał się pewny siebie, obiektywnie atrakcyjny i nadal był wielbiony przez rzesze bez większego powodu (poza ocaleniem magicznej społeczności, ale to było przecież wieki temu). To, jak poukładany wydawał się Harry Potter, przypominało mu o życiu, które kilka miesięcy temu rozsypało mu się w dłoniach.
Na szczęście z opresji wyratowała go profesor Babbling, którą zawsze lubił. Chociaż była surowo wyglądającą czarownicą o ciemnych, lekko siwiejących włosach i spiczastym nosie, w rzeczywistości była bardzo miła i od razu zapytała go, co sądzi o nowym programie nauczania eliksirów i planowaniu lekcji, a potem zapewniła go, że może posłużyć pomocą, jeżeli będzie jakiejś potrzebował.
— To nie ma nic wspólnego z twoimi umiejętnościami, Draco, ale pierwszy rok w szkole na stanowisku nauczyciela może być przytłaczający — powiedziała dobrotliwym tonem. — Jestem po twojej stronie, podobnie jak reszta kadry pedagogicznej. Wspieramy się nawzajem.
W drodze powrotnej do swoich kwater Draco próbował uporządkować swe uczucia. Spotkanie zapoznawcze przebiegło całkiem dobrze. McGonagall najwidoczniej nie przekolorowała sprawy, kiedy stwierdziła, że zostanie przyjęty z otwartymi ramionami. To naprawdę świetnie rokowało na przyszłość, dlatego też był zadowolony z decyzji, którą podjął. Co więcej, naprawdę nie mógł się doczekać rozpoczęcia roku szkolnego i ponownego zanurzenia się w swoim ulubionym przedmiocie.
Niepokoił go jedynie Potter.
Byłoby o niebo prościej, gdyby facet traktował go z chłodem i dystansem, gdyby go po prostu unikał i dał mu jasno do zrozumienia, że wolałby ograniczyć kontakt do niezbędnego minimum. Prawdę powiedziawszy, zadowoliłby się podobnym rozwiązaniem problemu.
Niestety, Potter zachował się zupełnie inaczej. Był dlań miły i wyglądało na to, że chciał zakopać topór wojenny, który pielęgnowali od czasu pierwszego odrzucenia. Wiedział, że ta uprzejmość i lekkość konwersacji musiała być udawana, ot dla dobra reszty współpracowników (zwłaszcza Bianchi, z którą facet ewidentnie chciał się przespać, o ile jeszcze tego nie zrobił), ale nawet jeżeli była to maskarada, fakt, że dał się weń wciągnąć, oznaczał, że powinien się dostosować do reguł gry i również udawać. Strasznie go to irytowało. Skoro Potter postanowił być miły, jaką miał alternatywę, jak również odwdzięczyć się grzecznością?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz