Draco z radością powitał początek semestru, gdyż przed przybyciem uczniów Hogwart był dlań zbyt cichy. Starał się jak najlepiej wypełnić sobie czas, z wyprzedzeniem planując zajęcia, zapoznając się z salą lekcyjną, składzikiem z ingrediencjami i spiżarnią, ale nawet wtedy miał zbyt dużo czasu wolnego, który sprzyjał użalaniu się nad własnym losem i popadaniu w zamyślenie, co zupełnie mu nie odpowiadało.
Gdy zaczęły się zajęcia, odkrył wiele czynników rozpraszających. Z racji tego, że w szkole nie praktykował żaden inny nauczyciel eliksirów, dostał pod opiekę wszystkie roczniki, a że zajęcia z warzenia trwały zawsze dwie godziny, miał zajętych większość poranków i popołudni. Czas wolny z kolei poświęcał na dalsze planowanie lekcji, inwentaryzację ingrediencji i przeglądanie starych rejestrów ocen uczniów Horacego Slughorna, aby lepiej zrozumieć potencjał studentów, których przyszło mu nauczać.
Przez cały tydzień z sentymentem wspominał swego ojca chrzestnego, Severusa Snape’a. Z lekkim uśmiechem na twarzy wracał myślami do momentów, kiedy dawny mistrz eliksirów nazywał podopiecznych (którzy nie byli ślizgonami i sporadycznie krukonami) „imbecylami” i narzekał na ich niekompetencję oraz brak podstawowych umiejętności krytycznego myślenia.
Żywił przekonanie, że najtrudniej będzie mu pracować z pierwszorocznymi, ponieważ większość z nich nie miała żadnej wiedzy na temat warzenia mikstur czy preparowania ingrediencji, jak również dlatego, że byli najbardziej niekompetentni ze wszystkich, ale miło się rozczarował. Nowi studenci okazali się zaskakująco znośni. Byli strasznie niscy, patrzyli nań szeroko otwartymi oczami i wydawali się zachwyceni samym pobytem w Hogwarcie, że robili dosłownie wszystko, co im kazał, szczerze chętni do wykazania się talentem i zadowolenia go. Na dodatek, choć nigdy by się do tego przyznał, ich słodycz i malutkość sprawiały, że prawie natychmiast skrycie obdarzył ich wszystkich sympatią. Lucjusz z pewnością odmówiłby zaakceptowania faktu, że Draco czasem mięknie serce.
Szybko odkrył, że najbardziej frustrujące były drugie i trzecie klasy, a więc uczniowie, którzy byli w szkole wystarczająco długo, aby nowości przestały ich fascynować, a także czuli się nadzwyczaj swobodnie. Niestety nie znali dobrze teorii eliksirów i brakowało im praktyki, aby uwarzyć coś sensownego, czy prawidłowo obrobić ingrediencje. To wszystko sprawiało, że byli najzwyczajniej w świecie niekompetentni i lekceważący, co nie stanowiło najlepszej kombinacji. Na tych zajęciach dużo krzyczał i co rusz odejmował domom punkty, zdeterminowany, że jeżeli uczniowie wciąż będą wykazywać się oślim uporem w dziedzinie eliksirów, to niech przynajmniej się wstydzą przed innymi.
Zaawansowane zajęcia, zwłaszcza ze studentami przygotowującymi się do owutemów, były po prostu przyjemne. Szósto– i siódmoroczni studenci byli pełni pasji, szczycili się bogatą wiedzą i byli względem siebie wymagający, co było zauważalne na pierwszy rzut oka. To oczywiste, że czas spędzony z ostatnimi rocznikami przyniesie mu najwięcej nauczycielskiej satysfakcji.
Lawirowanie po hogwardzkiej społeczności było zupełnie inną sprawą. Chociaż wszyscy wciąż zachowywali się przyjaźnie, starał się unikać niektórych osób, a konkretniej to Pottera, ale ten jakby wziął sobie za punkt honoru utrudniać mu zadanie. Facet nie miał żadnych skrupułów, żeby siadać obok niego podczas posiłków i wtrącać się do rozmów, które nijak go dotyczyły.
Prawdę powiedziawszy, nade wszystko pragnął móc go oskarżyć o celowe irytowanie i naprzykrzanie się, ale najzwyczajniej w świecie nie mógł. Potter się doń przysiadał, kiedy obok była Franceska (która po kilku dniach nalegała, aby zwracali się do siebie po imieniu), Flitwick albo pani dyrektor. W innych przypadkach zasiadał po drugiej stronie stołu nauczycielskiego, sprawiając wrażenie zadowolonego z możliwości pogawędzenia z Hooch o quidditchu lub z Gibbsem o podróżach po Azji; wtedy nie zwracał na Draco żadnej uwagi. Gdy mijali się na korytarzu, Potter uprzejmie kiwał mu głową lub przyjaźnie zagajał „profesorze Malfoy”, ale kiedy szedł z kimś — czy to ze współpracownikiem, czy też z uczniem — był tak zaangażowany w rozmowę, że w ogóle go nie zauważał, a co za tym idzie, całkowicie go ignorował.
Szczerze mówiąc, bycie niezauważonym irytowało Draco równie mocno, co tkwienie w centrum potterowskiej uwagi. Czasem zupełnie się nie rozumiał.
Może chodziło o to, że facet przechadzał się po Hogwarcie, jakby był właścicielem zamku. I znów ze smutną tęsknotą wrócił myślami do Severusa, który niejednokrotnie oskarżał gryfona o dokładnie to samo. Sęk w tym, że młodszy Harry, w porównaniu z obecnym, nieszczególnie się przechwalał — był raczej dość nieśmiały i powściągliwy, a przynajmniej w pierwszych latach; później stał się z jakiegoś powodu wzburzony i zadufany w sobie.
Teraz nadrabiał braki z młodzieńczych czasów, a zachowanie uczniów i współpracowników wydawało się tylko go zachęcać. Draco był świadomy sympatii, którą darzyli Pottera inni nauczyciele, ale nie spodziewał się równie wielkiego uwielbienia ze strony podopiecznych. W pierwszym tygodniu semestru podsłuchał zbyt wiele rozmów o tym, jak ekscytujące jest rozpoczynać nowy rok szkolny obroną przed czarną magią. Co więcej, dzieciaki nie patrzyły nań przez pryzmat sławy, a wbijały weń maślane spojrzenia, bo najzwyczajniej w świecie uważali go za dobrego profesora.
Faceta polubili nawet co poniektórzy ślizgoni. Zaledwie trzy dni po rozpoczęciu semestru Draco zobaczył, jak Potter zmierza do Wielkiej Sali na obiad, podczas gdy Artemis Flint, idąca obok niego siódmoroczna ze Slytherinu, mająca świetny start z eliksirów, dyskutowała z nim na temat teorii obrony, której się właśnie nauczyli na zajęciach. Twierdziła, że chciałaby napisać na ten temat dodatkową pracę zaliczeniową i nawet ośmieliła się zapytać, czy pan profesor znalazłby dlań trochę czasu w weekend, aby omówić zagadnienie przy filiżance herbaty.
Potter w odpowiedzi uśmiechnął się uprzejmie i poinformował dziewczynę, że będzie mu naprawdę miło oraz przypomniał jej, że nie powinna się forsować, ponieważ dopiero co zaczęli naukę. Wyglądał, jakby nie chciał zbyt szybko oglądać jej naukowego wypalenia.
Flint odwzajemniła uśmiech, a potem powiedziała, że niepotrzebnie się martwi. Chwilę później pobiegła do stołu Slytherinu z okrzykiem: „Jest pan najlepszy, profesorze!”.
Właśnie w tym momencie Draco doszedł do wrót Wielkiej Sali i spotkał się z Potterem. Ten pchnął drzwi, skinął mu głową na powitanie, po czym dodał: „Zapraszam przodem, profesorze Malfoy”. Szczerze mówiąc, nie miał większego wyboru, dlatego też przytaknął krótko i odparł grzecznie: „Dziękuję, profesorze Potter”, dodając temu spotkaniu przynajmniej piętnaście punktów do niezręczności i absurdalności.
Na litość Merlina, Draco Malfoy i Harry Potter nie odzywali się do siebie w ten nienaturalnie uprzejmy sposób, nie kłaniali się sobie i zdecydowanie nie otwierali sobie nawzajem drzwi.
Oczywiście, był zdeterminowany, aby kontynuować tę grę bez względu na wszystko, gdyż po dwóch tygodniach spędzonych w Hogwarcie czuł, że wpasował się w szkolną społeczność i wypracował sobie dobrą rutynę. Nauczanie eliksirów było o niebo lepsze, aniżeli siedzenie na tyłku w rodzinnej posiadłości i użalanie się nad utraconym szczęściem. Niech go diabli wezmą, ale nie pozwoli Potterowi tego zepsuć.
*
— Czy byłaby pani tak miła i została na chwilę, panno McNeal? — zapytał, patrząc na niską, jasnowłosą dziewczynkę, dotąd siedzącą w pierwszym rzędzie na wszystkich jego zajęciach.
Raisie McNeal spojrzała nań szeroko otwartymi niebieskimi oczami, ale posłusznie skinęła głową, podczas gdy inne dzieciaki pakowały swe rzeczy i kierowały się w stronę drzwi wyjściowych na korytarz. Był piątek, a na dodatek eliksiry kończyły blok uczniowskich zajęć, więc to nic nadzwyczajnego, że studenci byli bardziej niż zazwyczaj niecierpliwi, aby rozpocząć weekend. Draco zaś z trudem stłumił uśmiech na widok nagłej niecierpliwości dziewczyny.
— Nie ma pani żadnych kłopotów — powiedział na wstępie, kiedy zostali w pracowni tylko we dwoje. — Byłem po prostu ciekawy sposobu, jakim potraktowała pani dziś hełmówkę podczas przygotowania ingrediencji. Instrukcje wyraźnie mówiły, że powinna zostać sproszkowana, a pani posiekała ją nożem. W efekcie eliksir przeciwwymiotny, który pani przygotowała, okazał się silniejszy niż mikstury innych uczniów — wytłumaczył powoli. — Zastanawiam się, czy istnieje pomiędzy tymi dwoma rzeczami jakiś związek, ponieważ nigdy wcześniej nie spotkałem się z podobną metodą wzmocnienia eliksiru.
McNeal się zarumieniła. Była nieśmiałą dziewczynką, ale dość inteligentną. Urodziła się w mugolskiej rodzinie i została przydzielona do Gryffindoru, więc gdyby chodzili razem do szkoły, najprawdopodobniej rozmyślnie by ją ignorował (albo terroryzował). Szczęśliwie, spotkali się w zupełnie innych okolicznościach, a Draco wyrósł z dziecinnych uprzedzeń, a na dodatek potrafił rozpoznać czysty talent, gdy ten siedział tuż przed nim.
— Chciałam zobaczyć, co się stanie — wyznała ściszonym głosem dziewczyna. — W pewnym momencie przypomniało mi się, że profesor Slughorn w zeszłym roku powiedział nam, że grzyby pokrojone w poprzek włókien uwalniają więcej składników aktywnych podczas warzenia w kociołku. Pan z kolei na początku zajęć wspomniał, że liście asfodelusa neutralizują działanie niektórych trujących ingrediencji, dlatego też użycie hełmówki jest bezpieczne…
— Czyli celowo wzmocniła pani działanie hełmówki, wierząc, że asfodel zneutralizuje truciznę i jednocześnie wzmocni działanie przeciwwymiotne eliksiru — podsumował Draco.
— Zgadza się, profesorze.
— Absolutnie fenomenalne, panno McNeal — stwierdził, wciąż będąc pod wrażeniem, a uczennica uśmiechnęła się doń promiennie. Mimowolnie poczuł rozprzestrzeniające się po piersi ciepło. — W takim razie poproszę cię o zaniechanie pisania eseju, który zadałem na temat naparów ziołowych. W zamian wolałbym, żeby dostarczyła mi pani wypracowanie dotyczące teorii stojącej za tym eksperymentem. Proszę się w nim zastanowić, jak wykorzystać tę wiedzę również w innych okolicznościach.
Dziewczynka otworzyła szeroko oczy.
— W porządku, profesorze, ale nie rozumiem, dlaczego dostałam inne zadanie.
— Cóż, to, czego dziś pani dokonała, jest naprawdę przełomowe dla młodego umysłu. Zastosowała pani w praktyce interesującą teorię, która może być początkiem dłuższego projektu. Jeszcze daleko pani do owutemów, ale osobiście uważam, że warto przyłożyć się do tematu, ponieważ jest doskonałym zalążkiem dla zaliczeniowej pracy badawczej. To doskonała okazja, żeby wyprzedzić innych uczniów.
— Jasna sprawa, profesorze. — W jej oczach dostrzegł najprawdziwszy podziw. — Byłoby cudownie.
— Zatem napisz mi ten esej, a potem zobaczymy, co dalej.
— Oczywiście, profesorze. Bardzo dziękuję.
— Nie ma sprawy. Życzę miłego weekendu.
— I nawzajem, proszę pana — pisnęła i w okamgnieniu wypadła na korytarz.
Draco starał się nie szczerzyć, ale nie mógł się powstrzymać. W tych młodych umysłach było coś, co go uskrzydlało. Perspektywa kształtowania i doskonalenia młodzieży wydawała mu się bardziej ekscytująca, niż kiedykolwiek by się spodziewał.
— Zakończyłeś dobrze tydzień? — Usłyszał od strony otwartych drzwi i aż drgnął. Uniósłszy wzrok, zobaczył stojącego w progu Pottera, na widok którego natychmiast spoważniał.
— Czy mógłbyś powtórzyć? — zapytał, siląc się na obojętny ton. W międzyczasie zaczął sprzątać rzeczy z biurka.
— Zapytałem, czy miałeś dobry tydzień. — Mężczyzna wszedł do pracowni. — Uśmiechałeś się, więc pomyślałem, że wydarzyło się dziś coś dobrego.
Draco się zawahał, a potem zrozumiał, że nie ma żadnego powodu, aby kłamać.
— Owszem, tak właśnie było.
— Cieszę się. Wygląda na to, że świetnie i szybko się zaaklimatyzowałeś.
Z początku chciał rzucić jakąś ciętą uwagą, ale potem tylko przełknął ślinę i przytaknął, ograniczając się do minimum.
— W drodze tutaj spotkałem Raisie McNeal. Wręcz buchała z niej radość. Powiedziała mi, że jesteś najlepszym nauczycielem, jakiego kiedykolwiek miała, i że dajesz jej możliwość wykazania się na poziomie owutemów — kontynuował przyjaznym tonem Potter.
— To w pełni jej zasługa, nie moja. — Zmierzył współpracownika uważnym spojrzeniem. — Panna McNeal dysponuje wiedzą na poziomie zaawansowanym. Pomyślałem, że mogę pomóc rozwinąć jej skrzydła.
— Jest bardzo utalentowana, prawda? W mojej klasie też osiąga wyjątkowe wyniki. — Uśmiechnął się Potter. — Niemniej jednak zawsze mi się wydawało, że woli eliksiry od obrony. Uwielbia czytać i prowadzić badania. Szczerze mówiąc, strasznie przypomina mi Hermionę.
— Widzę pewną znaczącą różnicę. W przeciwieństwie do Granger panna McNeal nie musi się nieustannie upewniać, że wszyscy wiedzą, jaka jest inteligentna — odpowiedział, zanim przypomniał sobie, z kim właściwie rozmawia. Uzmysłowiwszy sobie pomyłkę i nieostrożność, po prostu wzruszył ramionami. W pierwszej kolejności w ogóle nie powinien się przejmować tym, czy jakkolwiek obraził Pottera, czy też tylko Hermionę Granger.
— To prawda. — Facet się roześmiał, ku jego całkowitemu zaskoczeniu. — Hermiona rzeczywiście często próbowała udowodnić coś światu. — Chociaż ewidentnie zgadzał się z Draco, podsumował przyjaciółkę z raczej sympatią, aniżeli pogardą. — Zawsze pragnęła być wywołana do odpowiedzi, a niejednokrotnie nawet prawie wstawała z krzesła, byleby tylko zwrócić na siebie uwagę.
Parsknął. Tak, też to pamiętał.
— Jak właściwie ma się Granger? — zapytał, zanim zdążył się powstrzymać. Czemu niepotrzebnie przedłużał tę rozmowę?
— Świetnie. Jest prawniczką w Ministerstwie, a Ron aurorem. Są teraz małżeństwem i zaczynają powoli myśleć o powiększeniu rodziny.
— To wspaniale — powiedział, jeszcze bardziej żałując, że zapytał. Nieszczególnie go interesowały szczęśliwe pary i ich plany rodzicielskie. Jeżeli się nad tym zastanowić, to Potter najprawdopodobniej ożenił się z najmłodszą Weasleyówną i dorobił się w międzyczasie gromadki własnych dzieciaków. Jego przyszłość zawsze wyglądała dla Draco niczym wycięta z bajki, choć nie zwracał zbytniej uwagi, czy mija się z rzeczywistością. Ukradkowo rzucone spojrzenie na serdeczny palec mężczyzny wszystko zweryfikowało. Z pewnego rodzaju zaskoczeniem zauważył brak złotej obrączki, a potem zastanowił się, dlaczego to dla niego tak istotne.
— Słuchaj. Ja… — zaczął niezręcznie Potter, nagle przypominając młodszą wersję siebie. To sprawiło, że Draco spojrzał nań, szczerze zaintrygowany. — Wiem, że nie masz dziś żadnego dyżuru. Pomyślałem sobie, że może… miałbyś ochotę wyskoczyć ze mną na drinka do Hogsmeade.
Zastygł w bezruchu i wbił weń niedowierzające spojrzenie. Facet w międzyczasie uniósł brwi, ewidentnie czekając na jakąś odpowiedź.
— Na drinka? Z tobą?
— Ano.
— I nikim innym?
— Właśnie tak.
— Skąd to zaproszenie? — zapytał.
Potter zaśmiał się nerwowo.
— Bo widzisz… — Znów parsknął śmiechem, co sprawiło, że Draco zacisnął zęby. — Sam musisz przyznać, że to trochę… dziwne, że razem wylądowaliśmy w Hogwarcie, prawda? Hm, biorąc pod uwagę naturę naszej dawnej szkolnej znajomości… po prostu bardzo chciałbym zamknąć tamten rozdział życia. Zobaczenie cię w pokoju nauczycielskim… przywołało niektóre wspomnienia, a naprawdę wolałbym ruszyć do przodu, zamiast się bezsensownie cofać.
Draco pogrążył się w zadumie. Za każdym razem, gdy wydawało mu się, że rozgryzł Harry’ego Pottera, ten znów go zaskakiwał. Najpierw, podczas spotkania integracyjnego, był przesadnie czarujący i uprzejmy, zupełnie jakby próbował zdobyć jego przychylność. Potem kiedy rozpoczął się semestr, zachowywał się przyjaźnie, jakby był zwyczajnym współpracownikiem. Teraz z kolei naszedł go po skończonych zajęciach i wylewał swe żale, jakby jego obecność przywoływała traumatyczne wspomnienia z przeszłości.
Najzwyczajniej w świecie nie zamierzał pozwolić, aby Draco się tutaj zadomowił.
— Widzę, że ty również czujesz się nieswojo, chociaż radzisz sobie całkiem dobrze — kontynuował Potter, praktycznie czytając mu w myślach. Ciekawe, czy zaczął ćwiczyć legilimencję. — Mimo wszystko pomyślałem, że… cóż, już raz widziałem, do czego może dojść, gdy dwóch profesorów się nie dogaduje. Naprawdę nie chciałbym stwarzać uczniom toksycznego środowiska i niepotrzebnie dokładać im stresu. Co więcej, biorąc pod uwagę sytuację po wojnie… może jest szansa, abyśmy obaj zrezygnowali z pielęgnowania szkolnego konfliktu. Nie twierdzę, że zaraz zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi, czy coś w tym rodzaju, ale… możemy spróbować przynajmniej normalnie się dogadać.
Czy facet otwarcie przyznał, że chce się z nim zaprzyjaźnić? To prawda, że pod koniec wojny i krótko po jej zakończeniu zawarli tymczasowy pokój i zrobili parę rzeczy, aby nawzajem sobie pomóc. Zrodziło się wówczas kilka długów wdzięczności, ale obie strony zgodnie uznały, że zostały one spłacone, kiedy to Potter zeznawał na procesie na korzyść Malfoyów i uchronił ich przed odsiadką w Azkabanie. Od tamtej pory nie utrzymywali praktycznie żadnych kontaktów.
Nie chce się zaprzyjaźnić, powiedział sobie w duchu. Chce zyskać pewność, że jeżeli będziesz tutaj dłużej pracował, to nie spieprzysz mu świata, który sobie stworzył.
Jakby nie patrzeć, byli podobni. Draco również lubił Hogwart i nie chciał, aby Potter podkładał mu kłody pod nogi.
— Co ty na to, Malfoy? Wyskoczysz ze mną na drinka? Ja stawiam.
— Przypomnę, że mam do dyspozycji rodową fortunę. Jestem w stanie wykupić cały zapas ognistej whisky.
— W takim razie ty stawiasz. — Wyszczerzył się Potter.
Draco wybuchnął śmiechem, zanim zdążył się pohamować. Jasna cholera. Nie powinien był pokazać, że jest rozbawiony.
— W porządku. Możemy się spotkać na drinka. — Usłyszał własny głos. — Ty stawiasz.
— Świetnie. Spotkamy się w Trzech Miotłach o dziewiątej?
— Jasne — odpowiedział, czując nerwowy supeł w żołądku. — O dziewiątej.
*
Draco poprawił krawat i zmarszczył brwi. Zupełnie nie rozumiał, dlaczego postanowił się wystroić, skoro miał się niezobowiązująco spotkać ze współpracownikiem w podrzędnej knajpce. Przynajmniej miał na tyle rozsądku, żeby pozostać w szatach nauczycielskich, zamiast wskoczyć w coś gustowniejszego, co jasno pokazywałoby, że zależy mu na tym, co może zyskać na wieczornej popijawie.
To się skończy katastrofą, pomyślał, bo naprawdę nie potrafił sobie wyobrazić, o czym będą właściwie rozmawiać. Całkiem prawdopodobne, że posiedzą godzinę, gapiąc się na siebie w niezręcznej ciszy, od czasu do czasu rzucając mdłymi komentarzami dotyczącymi niezmienności wystroju lokalu. Z pewnością obaj będą szybko sączyli swe drinki, żeby jak najszybciej wrócić do szkoły.
Może gdy wypad minie im drętwo, Potter wreszcie porzuci ideę „przyjaźni” i pogodzi się z nieuchronnością unikania się przez resztę roku.
Celowo wyszedł ze swoich komnat tuż przed dziewiątą, gwarantując sobie co najmniej dziesięć minut spóźnienia, ale nie chciał spotkać gościa w holu wyjściowym. Zdecydowanie wolał uniknąć usilnego szukania tematu do rozmowy przez całą podróż do Hogsmeade, chociaż byłby w stanie to przeboleć, gdyby facet mocno się spocił po drodze.
Niech się zastanawia, czy w ogóle przyjdę, uśmiechnął się w duchu na myśl o samotnie siedzącym przy stoliku Potterze, bębniącym niecierpliwie palcami po stole i spoglądającym na zegar co dziesięć sekund.
Wiedział, że to małostkowe, ale jeżeli chodzi o Harry’ego Pottera, to zastrzegał sobie prawo do przywiązywania wagi do mało istotnych drobiazgów.
Trzy Miotły w piątek nie były szczególnie zatłoczone. Z początku był tym zaskoczony, ale potem przypomniał sobie, że przecież pub obfitował w klientów tylko w sobotnie popołudnia, kiedy szkoła organizowała wycieczki dla uczniów. W pubie siedziało kilku najprawdopodobniej stałych bywalców, głównie starszych czarodziejów, popijających drinki przy barze lub rozmawiających cicho przy stolikach, relaksujących się po długim tygodniu.
Rozejrzawszy się po sali, dostrzegł okupującego mały stolik w rogu Pottera. Facet czytał, z tego, co można było dojrzeć, mugolską książkę w miękkiej oprawie. Wydawał się tak pochłonięty lekturą, że zupełnie nie zwracał uwagi na stojącą przed nim szklanką z ognistą whisky. Właśnie dlatego potrzebował kilka długich sekund, żeby się zorientować, że ma towarzystwo.
— Och, przyszedłeś — powiedział na wstępie, unosząc wzrok znad przyniesionej czytanki.
— Powiedziałem, że przyjdę, prawda?
— Owszem. — Uśmiechnął się Potter, a Draco pomyślał, że z pewnością skomentuje jego spóźnienie. Zamiast tego, mężczyzna skinął głową na barmankę. — Na co masz ochotę? — zapytał, odwróciwszy się od baru.
— Niech będzie ognista — odparł, a brunet jeszcze raz spojrzał na kobietę, po czym uniósł swoją szklankę, dając jej znak, aby przyniosła drugi kufel.
— Śmiało, siadaj.
Usiadł i omiótł kompana wzrokiem. Potter zrezygnował z szaty nauczycielskiej na rzecz dość swobodnego ubioru, a mianowicie obcisłych czarnych jeansów i fioletowego swetra z częściowo podwiniętymi rękawami, odsłaniającymi opaloną skórę i napięte, smukłe mięśnie przedramion. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu to mocno go rozpraszało. Był zirytowany, że Potter posiadał w swej kolekcji odzież, która tak dobrze pasowała do jego karnacji. Nie pamiętał, żeby w czasach szkolnych miał jakikolwiek gust.
To odkrycie sprawiało, że… poczuł się nie na miejscu z własnym ubiorem. Brak elegancji nie było czymś, co powinno nękać Malfoyów.
Czemu ograniczył się do nauczycielskiej szaty? Miał okazję, żeby pochwalić się stylem i wszystko zaprzepaścił. Uświadomiwszy sobie zmarnowaną okazję, momentalnie posmutniał.
Spojrzał na Pottera i zobaczył, że ten gapi się nań z oczekiwaniem. Najwyraźniej zadał mu pytanie i teraz czekał na jakąś odpowiedź.
— Czy mógłbyś powtórzyć?
— Zastanawiałem się, jak radzisz sobie z zajęciami.
— Och, całkiem dobrze.
— Masz ulubieńców?
— Ulubieńców? — Draco uniósł brew. — Wstydź się, Potter.
— W murach zamku wszystkich uczniów traktuję jednakowo. — Uśmiechnął się szeroko mężczyzna. — W knajpce przy wódce jestem tylko człowiekiem. Każdy z profesorów ma jakieś preferencje, ale w Hogwarcie się o tym nie mówi.
Odchylił się na krześle i przyjrzał brunetowi. Musiał przyznać, że iście ślizgońska odpowiedź bardzo go zaintrygowała — o wiele bardziej, niż był skłonny przyznać.
To najprawdopodobniej wpływ Franceski, podsumował i prawie się skrzywił, kiedy wyobraźnia podsunęła mu kilka niezbyt miłych dla oka obrazów dotyczących tej dwójki. Natychmiast wymazał je z pamięci.
— Lubię uczniów przygotowujących się do owutemów — przyznał.
Potter przytaknął.
— To rzeczywiście miłe, kiedy mniej zaangażowani są odsiewani, a w klasie zostają ci, którym naprawdę zależy na zdobywaniu wiedzy.
— Zgadza się, ale mam też kilku utalentowanych uczniów w czwartej i piątej klasie, w tym pannę McNeal.
— Masz szczęście. McNeal jest świetna, ale reszta po prostu doprowadza mnie do szału. Są przekonani, że pozjadali wszystkie rozumy świata.
— To brzmi jak eliksiry z trzeciorocznymi.
— Bezczelne małe gnojki — podsumował z ironicznym uśmieszkiem Potter.
— Oczywiście myśmy nigdy tacy nie byli. — Zanim się zorientował, zrobił dokładnie taką samą minę.
— Nasza dwójka była wzorowymi uczniami — dodał z pozoru poważnym tonem rozmówca.
Draco parsknął śmiechem, a potem przygryzł dolną wargę. Nie, zdecydowanie nie powinien dać się wciągać we wspominki.
W pewnym momencie barmanka podstawiła przed nim szklankę z ognistą. Zadowolony z jej doskonałego wyczucia czasu, uprzejmie podziękował, po czym od razu sięgnął po szkliwo. Upiwszy łyk, doszedł do wniosku, że nadszedł czas przekierować tę rozmowę na niedawną przeszłość.
— Od jak dawna uczysz w Hogwarcie?
— To mój szósty rok.
Draco przeliczył to w głowie.
— Wróciłeś do szkoły w wieku dwudziestu lat? Dość wcześnie wdziałeś nauczycielską szatę — zagaił, woląc przemilczeć fakt, że nie zdobył mistrzostwa w eliksirach, dopóki nie skończył dwudziestu jeden lat.
Potter wzruszył ramionami.
— Szczerze mówiąc, to był szczęśliwy zbieg okoliczności. W Hogwarcie ogłoszono wakat, a że miałem wymagane doświadczenie, postanowiłem się zgłosić. Wiesz, przez kilka lat byłem aurorem.
— W takim razie musiałeś zacząć szkolenie zaraz po wojnie.
— Owszem. — Facet mu przytaknął. — Z początku potrzebowałem trochę czasu, żeby dojść do siebie… hm, chodziłem głównie na pogrzeby. Oczywiście, uczestniczyłem też w procesach. — Upił łyka alkoholu. — Kiedy nadszedł sierpień, postanowiłem się wziąć za siebie. Całe szczęście, że razem z Ronem zostaliśmy przyjęci na szkolenie bez wymaganych owutemów.
Draco z trudem powstrzymał się przed przewróceniem oczami. Właściwie to mógł się spodziewać, że Potter i Weasley otrzymają specjalne traktowanie. Prawdę powiedziawszy, nawet nie był tym zaskoczony.
— Mimo wszystko zdecydowałeś się opuścić Ministerstwo.
— Ano. Jak się okazało, moje wyobrażenia o pracy aurora trochę rozmijały się z rzeczywistością. Przez pierwszych kilka miesięcy po zakończeniu szkolenia skupialiśmy się na łapaniu pozostałych na wolności śmierciożerców, co było bardzo satysfakcjonujące, bo było swego rodzaju domykaniem sprawy — powiedział Potter, a Draco zdał sobie sprawę, że nieświadomie mu przytakuje. — Później zaczęliśmy się zajmować czymś bardziej trywialnym. Łapaliśmy jednego przestępcę, a potem ruszaliśmy za następnym. Nasz pościg nigdy się nie kończył. — Westchnął przeciągle. — Najgorsze, że zawsze chodziło o łapanie i karanie kogoś po fakcie. Gdy minęło kilka miesięcy, zacząłem… popadać w lekką depresję.
— Właśnie to zmotywowało cię do odejścia? — zapytał, uzmysłowiwszy sobie, że w trakcie rozmowy nieświadomie pochylił się naprzód. Automatycznie zabrał łokcie ze stołu i trochę się odsunął, nie chcąc wyglądać na zbyt zaangażowanego.
— Wtedy zacząłem się zastanawiać nad zmianą pracy. — Uśmiechnął się lekko Potter. — Kiedy Minerwa się ze mną skontaktowała, uznałem to za pewnego rodzaju znak. Sam pomysł nauczania był sposobem na skupieniu się na przyszłości, zamiast tonięciu w przeszłości — jak również okazją, aby kształtować młode pokolenia i mieć przynajmniej minimalny wpływ na prawdziwą zmianę. Mam nadzieję, że pojmujesz, do czego zmierzam.
Draco skinął głową. Zdecydowanie rozumiał.
— Jak zareagował Weasley? — zapytał z czystej ciekawości.
— Hm, był troszkę rozczarowany, bo już w szkole planowaliśmy wspólną pracę i partnerstwo zawodowe. Musiałem mu wszystko wytłumaczyć, a wtedy wykazał się zrozumieniem. Hermiona z kolei od początku bardzo mnie wspierała. Ta praca po prostu mnie wykańczała. — Potter ponownie sięgnął po ognistą. — Kiedy przybyłem do Hogwartu, wystarczyło tylko kilka tygodni, abym poczuł się lepiej. To było naprawdę niesamowite. — Zaśmiał się pod nosem. — Może to zabrzmi głupio, ale… w Hogwarcie odnalazłem coś, czego naprawdę długo poszukiwałem. — Zacisnął usta w cienką linię i się zarumienił. Lekko zawstydzony, wyglądał… dość ujmująco. Merlinie, pomóż mi, poprosił w duchu Draco. — Inni nauczyciele też byli cudowni. Wszyscy strasznie się cieszyli, że szkoła została ponownie otwarta.
— Yhym, wyobrażam sobie, że to raczej… budujące — podsumował i prawie się wzdrygnął, ponieważ użył jednego z typowo gryfońskich słów.
— Owszem, choć pięć lat temu wszystko wydawało się jeszcze świeższe. Nawet na pierwszy rzut oka można było rozpoznać, które części zamku zostały odbudowane. Obecnie Hogwart wygląda jak dawniej.
— Zauważyłem.
— Nie odwiedzałeś zamku od czasu wojny?
— Nie miałem powodu, aby tu wracać. Aż do teraz, naturalnie.
— Myślałem, że zdawałeś tu owutemy.
— Nic z tych rzeczy. Skończyłem naukę w domu — odparł zgodnie z prawdą. Najwyraźniej Potter zapomniał, że Malfoyowie otrzymali roczny areszt domowy, przez który Draco nie miał możliwości powrotu do Hogwartu. Nie, żeby tego pragnął. Ukrywanie się przed światem i przeczekanie poprocesowej burzy było zdecydowanie lepszym rozwiązaniem, aniżeli wychodzenie na światło dzienne z szeroko otwartymi rękoma. — Zdałem owutemy, ale w trybie samodzielnym. Potem kontynuowałem naukę i uzyskałem mistrzostwo w eliksirach.
— Odbywałeś praktyki, prawda?
— Zasadniczo tak. Prowadziłem również własne badania.
— Czy wcześniej planowałeś karierę w dziedzinie eliksirów?
— Hm, rozważałem podobną opcję. Gdy uzyskałem dyplom, trochę eksperymentowałem, ale niczego nie opublikowałem. Nawet nie doszedłem do tego etapu.
— Straciłeś zainteresowanie? — Potter patrzył nań znad swojego kieliszka z wyraźną ciekawością.
— Nieszczególnie, po prostu się ożeniłem — odpowiedział, zaskakując samego siebie. — To odwróciło moją uwagę od pracy. — To wręcz niesamowite, jak łatwo było wpaść w małżeńską rutynę i coraz rzadziej dotykać kociołka. Biorąc pod uwagę, iż było to małżeństwo z rozsądku, to bardzo szybko dogadał się Astorią. Co więcej, naprawdę lubił spędzać z nią czas, chodzić na imprezy i się z nią kochać. Wydawało mu się, że to zainteresowanie jest obopólne. Szkoda, że była tylko pozorantką i przez ten cały czas sypiała z Blaise’em. Draco zamrugał i zauważył, że Potter dość sugestywnie spojrzał na jego dłoń i zrozumiał, że doszukiwał się obrączki. Uśmiechnął się złośliwie. — Już nie jestem żonaty — dodał złośliwie, gwoli wytłumaczenia. — To oczywiste.
— Zastanawiałem się nad tym — odpowiedział facet, a potem wyszczerzył się figlarnie. — Franceska trochę mnie wtajemniczyła. Była przekonana, że gdzieś słyszała o twoim ślubie, ale kiedy przyszedłeś na spotkanie integracyjne, zauważyła, że nie nosisz obrączki.
— Dlaczego właściwie dyskutujecie z Bianchi o moim życiu osobistym? — spytał, unosząc brwi.
Potter się zaśmiał.
— Jeszcze nie zauważyłeś? Franceska się w tobie podkochuje. — Wzruszył niedbale ramionami. — Dla mnie to oczywiste.
Draco zmarszczył brwi, szczerze zdezorientowany.
— Och. Myślałem, że wasza dwójka… — tu zawiesił znacząco głos.
Mężczyzna prawie się zakrztusił. Parsknąwszy, odstawił szklankę na stolik, a potem zmierzwił sobie włosy.
— Że ja i Francesca? — zapytał z niedowierzaniem.
— Nie rozumiem, co w tym zabawnego — powiedział wyniośle. — Czy pomysł umawiania się ze ślizgonką jest naprawdę tak absurdalny?
— Nie w tym problem. — Potter pokręcił głową. — Franceska jest… no wiesz, kobietą. Hm, powiedzmy, że to nie mój typ — dodał, a potem zmarszczył brwi, ewidentnie zmieszany, bo Draco wciąż nań patrzył ze zdziwieniem. — Jestem gejem — podsumował z rozbawieniem.
Malfoy zapadł się w szoku i zaskoczeniu, a potem zanurzył się w dziwacznym, aczkolwiek słodkim uczuciu przyjemności, której źródła nie zamierzał dokładnie analizować.
Harry Potter był homoseksualistą? Od kiedy?
— Przepraszam — burknął brunet, walcząc ze śmiechem. Nie wyglądał na szczególnie zmartwionego zaistniałą sytuacją. — Z góry założyłem, że wiesz.
— Skąd miałbym to wiedzieć?
— Bo wszyscy wiedzą. Prasa zadbała, aby poinformować swoich czytelników. Jak wyszedłem z szafy kilka lat temu, kiedy jeszcze byłem aurorem, to był naprawdę gorący temat. Nawet teraz Prorok Codzienny lubi się czasem rozpisać na temat moich randek. Na szczęście nie zdobię wizerunkiem pierwszej strony.
— Od wieków nie czytam Proroka — odpowiedział zgodnie z prawdą. — Unikam wszelkiego rodzaju mediów. — Żadna z gazet nie była przychylna Malfoyom po wojnie, więc szybko się odzwyczaił od przeglądania dzienników. Najwyraźniej tak głęboko zakorzenił w sobie nawyk unikania prasy, że przeoczył coś tak… intrygującego.
W momencie pożałował, że nie dowiedział się wcześniej. Nie, żeby miało to nań jakikolwiek wpływ.
— No cóż, teraz już wiesz. Lubię wyłącznie mężczyzn.
— Jestem pewien, że w Hogwarcie spotykałeś się z dziewczętami. Chyba nawet przez pewien czas chodziłeś z najmłodszą Weasleyówną — zauważył.
— Yhym, w szóstej klasie — odpowiedział Potter z zawstydzonym uśmiechem. — Myślałem, że może… Hm, nie miałem wtedy pojęcia, że pociągają mnie chłopcy. To skomplikowane, bo zawsze troszczyłem się o Ginny. Po prostu pomyliłem braterską nadopiekuńczość z romantyczną miłością. Co prawda, nie ciągnęło mnie w szkole do seksu, ale zrzuciłem to na karb innych problemów. Voldemort bardzo mnie absorbował. Z perspektywy czasu wiem jednak, że ten niecodzienny brak zainteresowania był pierwszą wskazówką.
Całkiem sensowne wytłumaczenie, podsumował Draco. W okresie dojrzewania dużo myślał o seksie, ale szóstoroczne wydarzenia, takie jak przyjęcie Mrocznego Znaku i otrzymanie misji zabicia Albusa Dumbledore’a, skutecznie ostudziły jego libido i odebrały ochotę na jakiekolwiek baraszkowanie. Biorąc pod uwagę fakt, że Czarny Pan terroryzował Harry’ego Pottera przez większość lat w Hogwarcie, to bardziej niż oczywiste, że jako nastolatek był równie rozproszony i przerażony.
— Nie zamierzasz brać teraz nóg za pas, prawda? — zapytał Potter, wciąż rozbawiony. — Mam nadzieję, że wiesz, że nie zaprosiłem cię na drinka z romantycznymi zamiarami. Wyszliśmy na miasto czysto platonicznie.
Draco uniósł brew, uznawszy, że i on może potraktować to wyznanie lekko lekceważąco.
— Zastanawiam się, czy powinienem poczuć się urażony. Nie jestem wystarczająco dobry dla wielkiego Harry’ego Pottera?
— Cóż, z pewnością niewystarczająco gejowski. — Uśmiechnął się zadziornie brunet.
— Jak bardzo gejowskich mężczyzn lubisz? — zapytał w zamian. Ognista whisky trochę rozluźniła mu język, ale miał to gdzieś. Zdecydowanie zbyt dobrze się bawił.
— Och, mam szeroki zakres upodobań. — Uśmiechnął się figlarnie Potter. — Jeżeli mój radar zawiódł i również lubisz mężczyzn, koniecznie daj mi znać. — Mrugnął doń porozumiewawczo.
Draco odwrócił wzrok, walcząc z uśmiechem.
— Więc kim jest ten szczęśliwy czarodziej? — zapytał z odpowiednią ilością sarkazmu w głosie. Każdy, kto skończył z Potterem, był godzien pożałowania. — Jestem pewien, że masz jakiegoś ukochanego.
— Nieszczególnie. — Facet przygryzł wargę, a w zielonych oczach zamigotało coś niezidentyfikowanego. — Nie mam żadnego… ukochanego.
Przez chwilę po prostu nań patrzył, próbując zrozumieć usłyszaną insynuację. Prawie sapnął, gdy doznał olśnienia.
— Masz kochanka? — zapytał z przekąsem.
— Kilku — odparł brunet, po czym dopił ognistą do końca.
— No proszę, to bardzo ciekawe — podsumował. — Wielki Harry Potter uprawia niezobowiązujący seks.
Facet zmarszczył brwi, ale zielone oczy błyszczały zbyt intensywnie, aby był prawdziwie zdenerwowany.
— Ano. — Uśmiechnął się nauczyciel, a następnie pochylił się naprzód. — Wszystko odbywa się w całkowicie uczciwy sposób. Wszyscy moi kochankowie wiedzą, że nie jesteśmy w stałym związku i również spotykają się z innymi osobami. Już na samym początku ustaliliśmy zasady i zachowujemy wszelką ostrożność. Nie jestem ani kłamcą, ani oszustem.
— Nigdy tego nie twierdziłem — stwierdził. Mimo lekkiego podejścia do tematu, w głębi duszy czuł, że Potter mówił poważnie — na tyle, że gdyby nacisnął nieodpowiedni przycisk, mógłby naprawdę wyprowadzić go z równowagi. Oczywiście, nie chciał się kłócić. Całkiem prawdopodobne, że to wpływ ognistej whisky. — Jeżeli mogę zapytać, ilu to „kilku” kochanków? — Mężczyzna był w tej chwili rozmowny, więc dlaczego by nie skorzystać i wyciągnąć z niego parę informacji?
— To zależy, bo pojawiają się i znikają — odpowiedział brunet i spojrzał w górę, jakby dokonywał obliczeń w głowie. — Z oczywistych przyczyn w trakcie roku szkolnego wybywam z zamku rzadziej. Zazwyczaj spotykam się z… może trzeba lub czterema kochankami. Latem wychodzę częściej, nawet kilka razy w tygodniu, więc jest ich zdecydowanie więcej.
— Jak bardzo więcej?
— Ze dwa razy więcej.
— I nie przeszkadza ci to, że prasa wszystko opisuje?
Potter zachichotał.
— Gazety rozpisują się głównie o mężczyznach, z którymi się umawiam. Zupełnie pomijają mugoli, którzy się napatoczą.
— Hmm. — Draco omiótł towarzysza uważnym spojrzeniem. Szczerze mówiąc, zupełnie się tego nie spodziewał.
— Na razie odpowiada mi taki układ — kontynuował po chwili milczenia brunet, zupełnie jakby miał wgląd w umysł blondyna. — Uważam, że zasłużyłem na odrobinę zabawy po wszystkim, co w życiu przeszedłem. Wiem, że czarodziejskie społeczeństwo, w tym również moi przyjaciele, byliby niezmiernie szczęśliwi, gdybym się ustatkował, może ożenił i założył rodzinę, ale to nie jest przyszłość, której dla siebie chcę. Nie jestem gotowy na stabilizację. Lubię mieć różne możliwości, poświęcać się nauczaniu młodych umysłów i spędzać czas z ludźmi, którzy znają mnie najlepiej. Nie spotkałem jeszcze partnera, którego obdarzyłem zaufaniem na tyle, aby zaproponować mu coś bardziej budującego niż szybki numerek. Uwielbiam uprawiać seks, więc…
— Znalazłeś dla siebie idealne rozwiązanie.
— Właśnie tak. — Potter spojrzał na pustą szklankę Draco. — Co powiesz na następną kolejkę?
Malfoy się zawahał. Umówili się na jednego drinka i rzeczywiście go wypili, czyli dotrzymał swej części umowy. Na spokojnie mógł odmówić i mieć święty spokój, ale… prawdę powiedziawszy, zaskakująco dobrze się bawił. Spodziewał się, że Potter okaże się świętoszkowatym, pruderyjnym, grzecznym małym gryfonkiem, który robi to, czego ludzie od niego oczekują; był pewien, że jest żonaty i dzieciaty, a przynajmniej jest na najlepszej drodze do zostania ojcem. Cholernie trudno byłoby mu przebywać w towarzystwie człowieka, który odniósł sukces we wszystkim, w czym Draco poniósł sromotną porażkę. Zdecydowanie nie oczekiwał wyzwolonego młodego mężczyzny, całkowicie nieskrępowanego własną odmiennością seksualną, będącego tylko i wyłącznie absolutnie… sobą. Wtem się zorientował, że takiego Harry’ego Pottera mógł nie tylko tolerować, ale nawet polubić.
Uśmiechnął się lekko, po czym uniósł swoją szklankę.
— Jasne — odpowiedział i w zamian otrzymał aprobujące spojrzenie. — Stawiasz też następną kolejkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz