Draco spuścił głowę, poddając się wysiłkom nakarmienia Teddy'ego. Dziecko nie połknęło nawet pół łyżeczki niemowlęcej papki, a on męczył się już przeszło pół godziny. Co więcej, chłopiec ewidentnie się z niego śmiał. To obłąkane. Mały zapewne odziedziczył to po Potterze. Bądź co bądź, ale wspólne mieszkanie na Grimmuald Place najwidoczniej pozostawiło jakieś naleciałości.
— Rozczarowujesz mnie, Edwardzie.
Teddy nadął swoją pulchną twarz.
— Nienawidzi, gdy tak do niego mówisz — powiedział Potter, stawiając na stole herbatę. Potem pochylił się i wciągnął dziecko w głupie gadki–szmatki, na co Teddy klaskał z radości. Draco z roztargnieniem podziwiał tyłek Harry'ego, a potem zauważył, że ten z łatwością wepchnął łyżkę wprost do buzi chłopca.
Przewrócił oczami. Potter wciąż był tym samym podejrzanym gościem, jakim był w Hogwarcie. Ku jego ogromnej irytacji, ostatnio popisywał się również swoimi wspaniałymi umiejętnościami rodzicielskimi. Ślizgon był co najmniej bezużyteczny. Teddy najprawdopodobniej uznał go za skrzata domowego, ducha lub jakiegoś dziwnego ptaka, który zamieszkiwał dom jego ojca chrzestnego. To nie było tak, że mu to przeszkadzało. Absolutnie nie!
— Da, da da, dada, dada! — paplał radośnie Teddy, zanim Potter włożył mu do buzi kolejną łyżeczkę.
Harry usiadł i zaczął przeglądać podręcznik dla aurorów traktujący o zaklęciach obronnych. W międzyczasie wolną ręką wciąż karmił chłopca. Gdy przy czwartej łyżce Teddy odwrócił buzię w odmowie jedzenia, Draco nutę satysfakcji.
Mały odwrócił się, wyciągnął palec w kierunku blondyna i wybełkotał coś, co brzmiało jak „owies”.
Obydwaj mężczyźni zamarli w miejscu. Potem Potter uśmiechnął się, obserwując reakcję towarzysza.
— Dlaczego on nazywa mnie „owsem”? — zapytał Draco, podnosząc głowę.
— Powiedział „ojciec”, kretynie!
Prychnął.
— Coś długo mu to zajęło.
— Hej, to trudne słowo. Mogłeś zaakceptować „tatę”, powiedział to już dawno temu. — Potter przekazał mu z powrotem niemowlęcą papkę.
Draco zmarszczył nos na tę myśl.
Harry pochylił się i pocałował dziecko w czubek głowy.
— Dobra robota, Teddy — pochwalił malucha, a ten uśmiechnął się nieśmiało i zmienił kolor swoich oczu na zielony.
Draco jęknął w duchu. Edward z pewnością nie ułatwiał mu zadania.
— Hej — powiedział niezdarnie Harry, przyglądając się blond włosom chłopca, jego szmaragdowym oczom i bladej cerze. — Wygląda raczej jak...
— Ano, owszem — burknął Draco i pospiesznie schował twarz za filiżanką herbaty.
Tamtego popołudnia Draco odpuścił sobie zielarstwo, a Harry ledwo powstrzymywał się przed wypadnięciem z klasy. Dopiero później miał czas na pognanie do skrzydła szpitalnego. Madam Pomfrey siedziała w swoim biurze, więc zaczął zaglądać za każdą kotarę łóżka, ignorując przy tym sprzeciwy, krzyki pacjentów i okazjonalne szturchania. W końcu trafił we właściwe miejsce.
Malfoy spał. Harry przez chwilę stał i po prostu się na niego gapił. Był taki piękny — z jego twarzy zniknęło całe szyderstwo, napięcie i niechęć, pozostawiwszy po sobie delikatność i urok. Leżał na posłaniu, oddychając miękko, za miękko, by odgłosy te można było uznać za chrapanie.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Draco jest obandażowany — opatrunki pokrywały mu całe ramiona, palce, gardło i klatkę piersiową. Twarz szpeciły ledwo widoczne poparzenia, co sugerowało, że świeżo zdjęto gazę. Gdy Harry ostrożnie dotknął miękkiego policzka, chłopak otworzył oczy.
Przez moment wyglądał na oszołomionego, ale potem się zreflektował i spróbował usiąść. Potter wspomógł go delikatnie ramieniem, podczas gdy łóżko dostosowywało się do nowej pozycji swojego pacjenta.
— Dlaczego Pomfrey po prostu cię nie uzdrowi? — zapytał z zakłopotaniem.
Malfoy wzruszył ramionami i trochę się odsunął. Harry westchnął i zajął stojące obok łóżka krzesełko — najwidoczniej ślizgon wciąż miał zły humor.
Wtem przyszło mu coś do głowy. Sięgnął do plecaka i wyciągnął podręcznik do eliksirów.
— Hej, widziałeś to? — zapytał, otwierając książkę i przejeżdżając palcami po ruchomych rysunkach. — To jest...
Draco rzucił okiem na książkę i jego oczy rozszerzyły się.
— Mój cholerny podręcznik do eliksirów? Oczywiście, że go widziałem, idioto! Te bazgroły zdobią praktycznie połowę moich książek, ale tamte przynajmniej nie zostały skradzione. Ty przeklęty dupku! Cud, że nie zawaliłem wszystkich przedmiotów!
Harry zamrugał obojętnie.
— Draco, mówię o obrazkach...
— Nie przypominaj mi — burknął z obrzydzeniem.
— Co...?
— Jesteś jej bohaterem — skomentował drwiąco blondyn, biorąc od Harry'ego książkę. Skrzywił się i upuścił ją na kolana.
— Ona nie...
— Żyłeś w przekonaniu, że cię nie lubiła? Czasem traktowała cię jak piąte koło u wozu? — Uśmiechnął się złośliwie i otworzył podręcznik akurat na rysunku, na którym wpadał wprost w ramiona Harry’ego. Wszystkie malowidła Molly kończyły się właśnie w ten sposób. — Dlaczego nie mogę od ciebie uciec? Gdziekolwiek nie spojrzę, jesteś ty, ty i jeszcze raz ty…
Harry pochylił głowę i pękł. Nie mogąc się powstrzymać, przeczesał dłonią potargane włosy, zadrżał i zaszlochał. Spróbował przełknąć ślinę i jakoś powstrzymać nadchodzący wybuch, ale nie starczyło mu sił i po prostu się rozpłakał. To było takie zawstydzające. Był naprawdę wdzięczny, że Draco powstrzymał się od komentarza i milczał, dopóki nie złapał ponownie oddechu. Gdy podniósł wzrok, zobaczył, że ślizgon siedzi na łóżku, udając obojętnego, choć w rzeczywistości był cały spięty.
— Przepraszam — wybełkotał cicho.
Chłopak skinął powoli głową.
— Możesz wziąć ten podręcznik — powiedział, zamykając oczy i opierając głowę na poduszkach.
Harry uśmiechnął się smutno.
— Dlaczego mnie ochroniłeś podczas wybuchu? — wyszeptał. — To nie był quidditch. Świadomie wybrałeś mnie ponad siebie.
Draco zacisnął usta w cienką linię i nie odpowiedział.
— Coś jest z nim nie tak — powiedział wieczorem Harry. — Czasem się na mnie dziwnie patrzy i zamyka w sobie. Wygląda, jakby nieźle główkował... — Zacisnął nerwowo dłonie.
Hermiona otrząsnęła się z małej zadumy.
— To… raczej dobrze, prawda?
— Nie jestem pewien — mruknął ze świadomością, że Draco miał skłonność do zbytniego rozmyślania nad wszystkim, co ma z nim związek i to zazwyczaj kończy się negatywnymi myślami.
Ron obserwował ich z chorobliwym wręcz zainteresowaniem wypisanym na twarzy, bezwiednie wsuwając do ust widelec z nabitym na niego mięsem.
— Nie rozumiem sprawy z tymi oparzeniami — kontynuował, myśląc, że tak naprawdę to nie rozumie wiele rzeczy związanych z Draco Malfoyem. — Dlaczego normalnie ich nie wyleczyli? Wyglądał okropnie.
Hermiona przybrała spekulacyjny wyraz twarzy.
— Magia niektórych czarodziejów jest ściśle związana z ich emocjami. To one mogą odpowiadać za opóźniony proces gojenia się ran. Mugole, którzy nie posiadają magii, potrzebują sporo czasu, żeby się wykurować.
Harry zmarszczył brwi.
— Jego stan emocjonalny, mówisz... Sugerujesz, że Draco ma depresję...?
— Na to wygląda.
— W porządku. Zrozumiałem — powiedział zdecydowanie, wstając od stołu.
— Harry? — zapytała Hermiona.
Nie odpowiedział — był już w połowie drogi do drzwi. Sprawa była pilna i nie mógł dłużej zwlekać. Jak dotąd, wydawało mu się, że chwila odsapnięcia od siebie będzie dobrym pomysłem, ale teraz zrozumiał, że popełnił błąd. Kiedy doszedł do skrzydła szpitalnego, okazało się, że Draco zniknął. Madam Pomfrey zdradziła, że go wypisała i najprawdopodobniej wrócił do pokoju wspólnego. Harry’emu opadły ramiona, ale nie zamierzał rezygnować przy pierwszym potknięciu. Rozmyślał podkradnięcie się do lochów w swojej animagicznej postaci, gdy nagle oddech uwiązł mu w gardle.
Malfoy obserwował go z końca korytarza, opierając się o ścianę ze skrzyżowanymi rękami. Na twarzy przywdział apatyczną maskę. Znów miał na sobie piękne szaty, choć Harry dostrzegł pod nimi białe bandaże. Wyglądał na absolutnie nieszczęśliwego.
Szare oczy zlustrowały gryfona od dołu do góry, zatrzymawszy dłużej wzrok na czerwono–złotym krawacie. Gdy w końcu skrzyżowali spojrzenia, nagle się zdenerwował. Gniewnie odepchnął się od ściany i spróbował czmychnąć, ale Harry był szybszy.
Złapał go, zanim mu uciekł i objął najostrożniej, jak tylko potrafił. Draco stał nieruchomo z rękami opuszczonymi po bokach i potrzebował dłuższej chwili, żeby się rozluźnić i poddać dotykowi. Wyglądał cholernie kusząco.
Gdy brunet usłyszał, że z tyłu nadchodzą inni uczniowie, odsunął się, po czym wziął go delikatnie za poparzone palce.
— Chodź — wyszeptał i pociągnął chłopaka. Z westchnieniem ulgi zarejestrował, że ten posłusznie spełnił prośbę.
Późnym popołudniem sprawy się nieco skomplikowały.
— Stary, spóźnimy się na... — Do dormitorium wszedł Ron i, widząc rozgrywającą się przed nim scenę, momentalnie zamilkł.
Harry obudził się akurat w porę, by zobaczyć, jak przyjaciel bordowieje na widok śpiącego Draco.
— Przepraszam — burknął Weasley, odwracając wzrok.
— W porządku. Śpi jak kamień — powiedział i naprędce skontrolował ten stan rzeczy. Malfoy wciąż był weń wtulony, a obecnie opierał się głową o jego klatkę piersiową. Ron opadł na przeciwległe łóżko, wciąż ewidentnie zaniepokojony. — Do niczego nie doszło — zaczął się tłumaczyć Harry. — Po prostu nie chciałem, żeby był sam — powiedział, nie chcąc się przyznać, że też nurzał się w samotności.
— Stary. — Kumpel podrapał się z niezadowoleniem po głowie. — Sprawy stają się coraz poważniejsze.
— Chyba — burknął, nie mając stuprocentowej pewności.
— Ludzie snują swoje domysły — stwierdził Ron, zagryzając dolną wargę. — Jestem zdziwiony, że Prorok Codzienny jeszcze na was nie napadł. Co, jeśli…
— Dziękuję, potrafię o siebie zadbać — przerwał przyjacielowi. — Wiesz, że jestem chroniony. Sęk w tym, że Draco... — Wciągnął ze świstem powietrze, czując, jak jego klatka piersiowa zaciska się z bólu. Nie mógł sobie nawet wyobrazić, jak zareagowałaby rodzina Malfoyów na wieść, że jedyny dziedzic był uwikłany w miłosny związek z ich największym wrogiem. Co więcej, ojciec Draco jest znanym śmierciożercą. Zbliżają się letnie wakacje i Harry nie chciał, by jego przyszły mąż przebywał w miejscu, w którym nie jest bezpieczny.
Prawdę powiedziawszy, nawet nie wiedział, jak poruszyć ten temat. Jak dotąd, starannie go unikali w rozmowach. Nie dywagowali również na temat wojny i prawdziwej przyszłości. Chociaż dużo przemilczeli, Malfoy był jej integralną częścią.
— Remus powiedział mi, że wyczarował patronusa — wymamrotał. — Żaden śmierciożerca tego nie potrafi. Draco jest inny od swojej rodziny. W przeciwieństwie do niej jest bardziej… ee, czuły.
— Tak myślisz? — zapytał z powątpiewaniem Ron.
Harry skinął głową.
— Nie jest oddany nienawiści, on po prostu... papuguje. Pomyśl logicznie. Jest dla niego nadzieja — będzie miał półkrwi córkę.
— Jestem przekonany, że... — zaczął przyjaciel, ale przerwał, widząc, jak Draco zaczyna się poruszać. — Do zobaczenia na Transmutacji…?
— Tak — powiedział pospiesznie.
Ron natychmiast wyskoczył z dormitorium, zostawiając chłopców tylko we dwoje. Wcześniej Malfoy oddychał rytmicznie i spokojnie, ale teraz było jasne niczym słońce, że wrócił do rzeczywistości.
— Harry...
Twarz chłopaka zapłonęła żywym ogniem. Nie był pewien, czy zareagował w ten sposób na swoje imię, ale odniósł wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi.
Draco uniósł powieki, ukazując światu te wspaniałe szare oczy, a bandaże, którymi był owinięty, natychmiast zaczęły się kruszyć, odsłaniając nienaganną skórę.
Ślizgon uniósł się na łokciach, żeby go pocałować i było to najcudowniejsze uczucie, jakiego w życiu doświadczył. Najcudowniejsze. Harry czuł, jakby wpadł do jakiegoś morza przyjemności i zadowolenia. Nie było żadnych reguł, żadnej walki — były tylko te wspaniałe usta, język i odsłonięta, jakże kusząca szyja.
— Spóźnimy się na nasze pierwsze zajęcia — powiedział z zakłopotaniem Harry, czując narastający dyskomfort między nogami.
— Owszem.
To oświadczenie sprawiło, że wytrzeszczył oczy. Sekundę później porzucił myśli o lekcjach i skupił się na tym, co najważniejsze. Uniósł się nad blondynem i żarliwie go pocałował. Kochał te nabrzmiałe od pieszczot wargi, gładkie ramiona, wyeksponowaną szyję, a nawet ten kształtny płatek ucha. Gdy w pośpiechu zrzucali z siebie ubrania, starał się naznaczyć każde z tych miejsc.
Draco był po prostu piękny. Włosy miał niemal tak jasne, że zlewały się ze skórą, która była dosłownie nienaganna — gładka i niczym nieskażona. Nie mogąc się powstrzymać, przejechał ręką po jego biodrach.
— Ee... nigdy wcześniej tego nie robiłem — wyznał, mocno zażenowany.
— To oczywiste — szepnął Draco i go poprowadził. Wszystko mu na spokojnie wytłumaczył i podpowiedział. Był taki cierpliwy miły, taki ciepły. Harry miał go przed sobą w najbardziej bezbronnej formie.
Z roztargnieniem przejechał palcami po jego klatce piersiowej, kierując się w dół i z niemałym zainteresowaniem patrzył, jak chłopak się czerwieni. Uwielbiał, kiedy marszczył brwi, a policzki nabierały kolorów. Uwielbiał, gdy był przyciągany bliżej, a Draco szeptał żarliwie „Właśnie tam, Harry!”.
Z czasem słowa stały się mniej wyraźne. Obaj drżeli i poruszali się we wspólnym rytmie, mrucząc z rozkoszy. Kiedy Malfoy odrzucił do tyłu głowę, a z jego ust wydobył się ochrypły, głośny jęk — Harry całkowicie się zatracił.
Po wszystkim kreślił szlaczki po kręgosłupie partnera, wielce rozradowany. Nie mógł się powstrzymać przed otwieraniem i zamykaniem ust.
Spojrzał na Draco, który aktualnie leżał z głową na jego piersi, wciąż cudownie zarumieniony i uroczy. On również był zadowolony, spokojny i przede wszystkim spełniony — inny niż na co dzień. Harry wiedział, że taki stan rzeczy nie będzie trwał wiecznie, dlatego też postanowił smakować przyjemności, dopóki trwa.
Rozczulony, odgarnął chłopakowi kosmyk włosów z twarzy.
— Jak było? — zapytał nerwowo.
— Całkiem przyzwoicie. — Uśmiechnął się zadziornie Malfoy.
— Och. — Harry się zaczerwienił.
Draco chwycił swoją różdżkę i rzucił na nich zaklęcie czyszczące. Gdy usiadł, krzyknął.
— Zrobiłem ci krzywdę? — Natychmiast się zaniepokoił i również podniósł do siadu.
— Wszystko w porządku — odpowiedział lekceważąco.
— No tak. — Harry przygryzł niepewnie wargę. Jego doświadczenie seksualne ograniczało się… tylko do tego. Nie wiedział, jak odpowiednio zareagować. — Czy chcesz się może poprzytulać...?
— Potter.
Gryfon zmarszczył brwi, ponownie słysząc swoje nazwisko. Skupił się na partnerze, ale ten patrzył w ścianę.
— Jesteś moim boginem. W wersji zombie — wyszeptał. Całkiem prawdopodobne, że przemilczałby ten temat, gdyby był w lepszej formie.
— Och. — W okamgnieniu zrozumiał, w czym leży problem i automatycznie wrócił myślami do wypadku na boisku quidditcha, a następnie do rzuconego na eliksirach zaklęcia tarczy. W zamyśleniu spojrzał na policzek chłopaka, który został osmolony. — Ee... nie musisz się martwić? — zasugerował słabo, świadomy kiepskiego argumentu. Obaj wiedzieli, że jego konfrontacja z Lordem Voldemortem zbliża się nieubłaganie.
Bardzo pragnął go zapewnić, że wszystko będzie w porządku, ale jednocześnie nie chciał składać obietnic bez pokrycia i kłamać. Ich związek dopiero raczkował i wolał rozkoszować się dniem dzisiejszym.
Przez dłuższą chwilę po prostu siedzieli obok siebie w ciszy, przyglądając się ścianie, a następnie Draco wstał i się ubrał. Harry został w dormitorium, oscylując pomiędzy błogością a strachem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz