1. PIERWSZE UDERZENIE

Gdy został zawołany, wychodząc z pubu na Pokątnej, obejrzał się przez ramię i to był błąd. Szczerze mówiąc, nawet nie pamiętał, z kim się wówczas spotkał, bo wypity alkohol i szok wywołany klątwą wyparły wszystko inne. Całkiem możliwe, że drinki również były częścią planu. Nie wiedział, czy to miało znaczenie, biorąc pod uwagę to, co mu się przytrafiło.

Zanim się zorientował, ktoś syknął mu coś do ucha, a potem zarzucił worek na głowę. Napastnik dźgnął go różdżką w żebra, a następnie rzucił niezwykle bolesne zaklęcie ogłuszające, przez które natychmiast się przewrócił. Nie stracił przytomności, więc wciąż słyszał i czuł, aczkolwiek nie mógł się ruszyć. To było naprawdę sprytne zagranie, ponieważ postronny obserwator nie zauważyłby niczego podejrzanego w dwóch pozornie pijanych ludziach, idących ulicą o późnej porze i się zataczających, zwłaszcza że jednemu nogi odmówiły posłuszeństwa.

Grunt uciekł mu spod stóp, a potem usłyszał, że napastnik wyszeptał coś niezrozumiałego szorstkim, zniesmaczonym tonem. Chwilę później był niesiony. Głowa mu opadła i dyndała przy każdym kroku nieznajomego. Bolała go szyja i ciorane po chodniku nogi. Po twarzy spływały mu łzy, mieszając się z wydzieliną z nosa, i nie mógł temu przeciwdziałać. Wisiał bezwładnie na napastniku i pozwalał mu zrobić wszystko, na co miał ochotę.

Charakterystyczne szarpnięcie w okolicach pępka podpowiedziało mu, że gdzieś się deportowali. Kiedy się zmaterializowali, wyczuł stłumiony przez worek silny zapach kwiatów. Wtem palce porywacza przejechały po jego głowie i ramionach, a następnie ściągnięto mu wór.

Zmrużył rozpaczliwie oczy, powoli dochodząc do siebie po brutalnym ogłuszeniu. Wokół płonął ogień, więc niewiele zobaczył. Dojrzał trawę i wysokie drzewo, będące najprawdopodobniej dębem. Prawdę powiedziawszy, mogli być dosłownie wszędzie — w ogrodzie, we dworze, a nawet przed mugolskim mieszkaniem. Gdyby aportacja międzykontynentalna nie była zakazana, wysnułby nawet przypuszczenie, że znaleźli się poza granicami Anglii.

— Zostaw go. — Jak się okazało, mieli towarzystwo. Głos był szorstki i zniekształcony silnym zaklęciem słuchowym glamour; był zmieniony do tego stopnia, że nie sposób stwierdzić, czy należał do kobiety, czy też mężczyzny.

Napastnicy nie szczędzili sobie brutalności, bo Draco został bezceremonialnie rzucony na ziemię. Sapnął, uświadomiwszy sobie, że może się nieco ruszać, więc, naturalnie, uniósł rękę, żeby sięgnąć po różdżkę.

Niestety, porywacze byli szybsi, zwłaszcza że zaklęcie ogłuszające jeszcze nie zeszło. Jeden z nich kopnął go w wyciągniętą rękę, a drugi przygwoździł ją do ziemi. Wtem ktoś podszedł doń bliżej z czymś, co wyglądało na piłę. Żołądek podszedł Draco do gardła, gdy uzmysłowił sobie, że ci ludzie zamierzają odciąć mu palce.

— Wystarczy! — zarządził szorstki, władczy głos i wszyscy się uspokoili.

Wyczuł, że nieprzyjaciele się odwracają, aby spojrzeć w kierunku nowo przybyłego i intuicyjnie wiedział, że to ich przywódca. Zamknął oczy, bo przecież i tak niczego nie widział, gorączkowo próbując wykombinować dobry sposób na wydostanie się z pułapki i w późniejszym czasie zidentyfikowanie wrogów. Owszem, czuł zapach płonącego drewna, ale czy coś poza tym? Przez jedną szaloną chwilę miał wrażenie, że wywąchał zapach wyszukanych perfum, ale potem zwątpił, zrzuciwszy to na karb wybujałej ze strachu wyobraźni, wymyślającej dlań wskazówki.

— Zgodziliśmy się, że możemy go torturować — powiedział bardziej charakterystyczny głos dochodzący gdzieś z lewej strony. Chociaż Draco nie znał tożsamości tego człowieka, z pewnością rozpozna go w tłumie, jeżeli jeszcze kiedykolwiek się spotkają.

— Znalazłem lepszy sposób — odparł przywódca grupy, co spowodowało, że porywacze zaczęli między sobą szeptać. Malfoy spróbował opanować oddech i przysłuchać się prowadzonej rozmowie, ale było to naprawdę trudne zadanie. Jedyne, co obecnie wywnioskował, to to, że najprawdopodobniej pozwolą mu żyć, skoro zadali sobie trud ukrycia swego następnego ruchu.

— Im wszystkim należą się najprawdziwsze tortury — argumentował ten charakterystyczny niski głos. — Wyobrażałem sobie coś specjalnego. Zasługuje na wszystko, co najgorsze, za to, co jego ojciec zrobił mojej rodzinie.

Oczywiście, że chodziło o Lucjusza. Strach, który czuł Draco, został na moment zastąpiony przez gorycz w gardle. Od czasu zakończenia wojny wszystko kręciło się i wracało do Lucjusza oraz faktu, że za swoją śmierciożerczą działalność otrzymał zaledwie trzymiesięczny wyrok w Azkabanie. Prawdę powiedziawszy, osobiście uważał, że ojciec powinien był dłużej posiedzieć w więzieniu, ale nie widział żadnego powodu, dla którego miałby odpowiadać za nieswoje zbrodnie.

— Uwierz, że będziesz zadowolony — oświadczył przywódca, a pozostali znów zaczęli szeptać. Chwilę później ktoś wybuchnął paskudnym śmiechem i Draco wiedział, że nie wyrzuci go z głowy aż do końca życia — zakładając, naturalnie, że postanowią zostawić mu nietkniętą głowę.

— Wspaniały wybór — podsumowała czarującym głosem bliżej niezidentyfikowana kobieta. Gdyby spotkali się w innych okolicznościach, bardziej przyznanych i neutralnych, może nawet uznałby go za atrakcyjny. — Czy mogę rzucić zaklęcie? Zgłaszam się na ochotniczkę.

— Wykluczone. Żądam zadośćuczynienia! — Draco potrzebował chwili, żeby dopasować głos do wcześniej usłyszanego — należał do mężczyzny, który pragnął go torturować. To była ważna informacja, którą w przyszłości można wykorzystać do odnalezienia porywacza.

— Obawiam się, że nasza koleżanka jest bardziej kompatybilnym kandydatem. Spokojnie, Abelardzie. Niedługo będziesz miał swoją szansę.

Abelard. Całkiem prawdopodobne, że posługiwali się fałszywymi imionami, ale i tak zrobił mentalną notatkę. Nawet jeżeli zabiorą mu wszystko inne, nie pozwoli sobie wydrzeć tej informacji.

Zarejestrowawszy ruch nad sobą, otworzył oczy i zobaczył klęczącą kobietę. Choć była opatulona grubą szatą z założonym na głowę kapturem, zauważył, że miała blade policzki i intensywnie niebieskie oczy.

Harry Potter — powiedziała czystym głosem, zawczasu unosząc różdżkę.

Gdyby duma mu pozwoliła, Draco by się rozejrzał. Czy Potter był częścią tego spisku? To wydawało się nieprawdopodobnie głupie, ale z drugiej strony szczerze go nienawidził w szkole.

Spróbował się uwolnić, ale napastnicy trzymali go w mocnym uścisku. Zrobił więc jedyną rzecz, jaką mógł, i splunął kobiecie prosto w twarz. Niestety, uniknęła znieważenia, a ślina wylądowała Draco na policzku; za nią poszły łzy.

Czarownica nie sprawiała wrażenia rozgniewanej. W zamian potrząsnęła tylko głową, jakby karciła nieposłuszne dziecko.

Nova Cupiditas — dodała łagodnym tonem.

Klątwa nie spowodowała żadnego bólu. Z czubka różdżki wystrzeliło czarne światło i wsiąknęło w skórę Draco. Chwilę później, zadowoleni z rezultatów, napastnicy podnieśli go i przetransportowali pod bramy dworu Malfoyów, gdzie porzucili go niczym śmiecia.

Wrzeszczał, kiedy został znaleziony przez skrzaty domowe.


Harry cofnął się o kilka kroków, przekrzywił głowę, a następne sobie przytaknął. Chochla leżała dokładnie pośrodku stołu, co nijak pomagało mu rozwiązać powstały problem, ale działało na jego korzyść. Nic nie stało na przeszkodzie, aby spróbować ponownie.

Videtur — wyszeptał, wyciągnąwszy różdżkę, z której czubka wystrzeliła iskra. Powietrze wokół chochelki zamigotało, więc wstrzymał oddech, przez moment patrząc na zwiewny obraz czegoś, co przypominało mapę Europy. Zdeterminowany i z nadzieją w sercu, zrobił krok naprzód, ale właśnie wtedy miraż zniknął, razem ze wszelkim poczuciem magii, jaki ze sobą niósł. Sztuciec wciąż leżał na stole, będąc zwyczajnym przyrządem kuchennym.

Mimo niepowodzenia Harry się uśmiechnął. Obraz, który mu się zwizualizował, był wyjątkowy, o wiele bardziej, aniżeli jakikolwiek inny, kiedy próbował tego konkretnego zaklęcia.

Krzyknął z radości, złapał chochlę i podrzucił ją w powietrze. Zacisnąwszy dłonie na chłodnym metalu, stał przez chwilę z zamkniętymi oczami, pragnąc delektować się triumfem.

Od miesięcy próbował zobaczyć Finite Incantatem na przedmiocie, który wcześniej specjalnie zaczarował, a następnie zdjął zeń zaklęcie. Na przemian zmieniał szybkość, z jaką rzucał urok ujawniający, przedmiot, będący obiektem zainteresowania, miejsce, a nawet nastawienie emocjonalne. To, czego dziś dokonał, było pierwszą oznaką spektakularnego sukcesu.

Harry parsknął. Yhym, jasne, spektakularnego.

Chochla była zwyczajnym narzędziem kuchennym, ale wyciągnął poprawny wniosek — położenie metalowego przedmiotu na drewnianej powierzchni oraz szybko rzucone zaklęcie ujawniające jest najlepszą metodą. Szczerze mówiąc, kształt obiektu również miał znaczenie, ponieważ łyżka lepiej się sprawdziła od noża. Całkiem możliwe, że zatriumfuje z metalową kulą.

Usatysfakcjonowany, odniósł chochelkę do warsztatu wypełnionego dosłownie wszystkim, począwszy od ostrzy, a skończywszy na haczykach, na których zawieszone były szaty, szaliki i podobnego rodzaju odzież. Ogromne biurko, stojące po jednej stronie pomieszczenia, było po brzegi zawalone papierami. Harry westchnął i przekopał się przez stos pergaminów z notatkami z eksperymentów. Gdy odszukał właściwy, dokładnie opisał obraz, który zobaczył.

Wdrożył swój projekt w życie motywowany możliwością dzielenia zaklęcia na części. Z początku zainteresował się czarną magią, ponieważ właśnie z tym walczyli aurorzy. Starał się zapobiegać pozostałościom po skażeniach, potem odczarowywać przypadki rzadkich klątw, których wynalazcy lub rzucający od dawna nie żyli, aż wreszcie skupił się na wymyślaniu nowych uroków. To skomplikowana i cholernie trudna procedura, zwłaszcza biorąc pod uwagę powszechnie znany fakt, iż najbystrzejsi czarodzieje tworzą maksymalnie dwa, a zazwyczaj jedno, unikalne zaklęcie przez całe swoje życie. Chociaż to wydawało się niewiarygodne, kiedy zaczął badania, dowiedział się, że większość klątw z marginesów podręcznika Księcia Półkrwi to wariancje na temat zwyczajnych czarów.

Wizualizacja zaklęcia albo poprzez efekt, albo przez obraz, który można poniekąd przyrównać do magicznego podpisu, jest pierwszym krokiem do stworzenia porządnej klasyfikacji, a ta zaś zaczątkiem czegoś zupełnie nowego.

Harry studiował czary ujawniające i ich sposób działania, dlatego też skoncentrował się przede wszystkim na zarejestrowanych przypadkach osób, które mogły zobaczyć magiczne sygnatury. Zebrawszy całą wiedzę, poszedł o krok dalej. Hermiona, choć podziwiała jego poświęcenie dla badań i eksperymentów (oczywiście, również mu gorąco kibicowała), powiedziała, że lepiej uczyniłby, gdyby zabrał się za analizowanie zaklęć z wieloma istniejącymi wariancjami; gdyby uczył się ich na bieżąco, doskonaląc każdą do perfekcji.

Szczerze zainteresowany i zaintrygowany tym tokiem myślenia, posunął się jeszcze dalej. Był cholernie zdeterminowany, aby osiągnąć swój cel. Choć uczył się od zaledwie dwóch lat, poczynił ogromne postępy.

Kiedy zegar wybił południe, zakończył opisywanie wyników eksperymentu. Przeciągnął się i sięgnął po szatę wierzchnią. Chciał zjeść szybki lunch w Dziurawym Kotle i od razu tutaj wrócić. W głowie wciąż miał migoczący obraz.

Kiedy znalazł się na Pokątnej, od razu wyczuł, że coś jest nie w porządku. Unoszące się wokół powietrze wydawało się niepokojąco chłodne, przeszywające aż do kości, co w praktyce oznaczało, że niedawno rzucono tu mroczne zaklęcie. Gdy się rozejrzał, zobaczył krew na chodniku. Wyciągnął różdżkę i przykucnął pod ścianą pubu, do którego przyszedł, gdybając, co się właściwie odpierniczyło. Jeżeli to rzeczywiście była czarna magia, aurorzy powinni już węszyć na miejscu.

 Kiedy się skoncentrował, usłyszał niespokojny oddech kilka przecznic dalej. Zmrużywszy oczy, wycelował czubkiem różdżki w bruk, gdzie znajdowała się krew.

Videtur — wyszeptał.

To zaklęcie było niezawodne w stosunku do skał, więc momentalnie stworzyło świecącą czerwoną półkopułę, która podpowiedziała mu, że klątwa wciąż wibruje wokół osocza. Harry wziął kilka głębokich wdechów, aby zgromadzić siły, po czym rzucił Finite bezpośrednio na ten czar.

Urok maskujący zniknął z trzaskiem przywodzącym na myśl przewracającą się szklaną miskę. Wtem dostrzegł kogoś skrytego pod szarą szatą, ale zanim nieznajomy podniósł się z ziemi, cisnął weń klątwą.

Choć Harry’ego zapomniał wiele z aurorskiego szkolenia, pamięć mięśniowa go nie zawiodła. Nim się zorientował, co właściwie robi, uskoczył w bok i zanurkował w dół, a następnie przetoczył się za róg pubu, gdzie usłyszał dźwięk pękającej szyby. Ktoś ze środka krzyknął, więc najprawdopodobniej oberwał przeznaczonym dlań urokiem.

Skrzywił się szpetnie.

Ostatnie lata poświęcił również na zwalczenie tego absurdalnego poczucia winy, które zżerało go od środka. Obiektywnie rzecz biorąc, nie mógł być odpowiedzialny za bezpieczeństwo czarodziejskiego świata przez resztę swego życia.

Wyjrzał zza rogu. Napastnik albo uciekł, albo rzucił na siebie zaklęcie kamuflujące, ponieważ nie zobaczył niczego podejrzanego poza krwią na chodniku. Zaczął się podnosić z ziemi, ale właśnie wtedy został złapany przez czyjąś rękę.

Instynktownie przekręcił głowę i użył innej broni, gdyż miał utrudniony dostęp do różdżki — po prostu ugryzł napastnika w odsłonięte ramię. Nieznajomy syknął z bólu, ale zamiast się odsunąć, zrobił coś zupełnie przeciwnego, a mianowicie przysunął się jeszcze bliżej, dzięki czemu wyczuł słabą barierę uroku maskującego.

Napastnik szarpnął nim i uniósł za fraki. Harry zamrugał, starając się nie czuć bólu głowy i nieprzyjemnego uwierania kołnierza szaty wrzynającej mu się w gardło. Urok wzmacniający siłę, pomyślał mgliście, bowiem nie było mowy, aby najzwyczajniejszy w świecie dorosły mężczyzna tych rozmiarów i wagi był w stanie utrzymać go tak długo w powietrzu bez nadwyrężenia mięśni.

Gdy wysnuł ten wniosek, zobaczył spiczastą twarz, szeroko otwarte, obłąkane szare oczy i charakterystyczne platynowe włosy. To całkowicie odebrało mu zdolność logicznego myślenia. Zupełnie zapomniał o wykrytym na ulicy czarnomagicznym zaklęciu.

— Malfoy…? — wykrztusił.

Facet wybałuszył oczy, jakby zaskoczony spotkaniem. Potter spodziewał się, że zaraz wyląduje na ulicy, a Malfoy zacznie uciekać, niczym goniony przez piekielne ogary, ale stało się coś odwrotnego.

Zamiast spieprzyć, gdzie popadnie, blondyn zastygł w bezruchu i wbił weń intensywne spojrzenie. Harry zadrżał, bo nigdy wcześniej nie spotkał nikogo, kto by mu się tak przyglądał. W gruncie rzeczy był przyzwyczajony do uwielbienia, pożądania i podziwu godnych światowej sławy bohatera oraz dowolnej liczby odmian nienawiści ze strony byłych śmierciożerców, ale gościu wyglądał, jakby wręcz kochał powietrze, którym obecnie oddychał.

Cholernie nienaturalne.

Mężczyzna uniósł drżącą dłoń i ujął jego podbródek, czule pogłaskawszy kciukiem policzek. Szare oczy pociemniały i to zdecydowanie nie ze strachu, powodując, że malutkie ciemne włoski, ot pozostałość po zgolonym zaroście, stanęły mu dęba.

— Malfoy? — Harry podniósł głos, chcąc przywrócić go do rzeczywistości, ale poległ na całej linii, ponieważ facet pochylił się naprzód i złączył ich usta w pocałunku.

Szczerze mówiąc, jeszcze nigdy nie czuł czegoś równie dziwacznego. W momencie odniósł niepokojące wrażenie, że są wieloletnimi kochankami, tak okazali się zgrani. Język blondyna ostrożnie sunął po jego wargach, od czasu do czasu próbując dostać się do środka; a dłoń pozostała delikatna i kojąca.

Jakby rozłączyła nas katastrofa statku, pomyślał mgliście.

Otrzeźwiał, gdy Malfoy przysunął się jeszcze bliżej i z cichym jękiem zaczął sunąć mu dłońmi po piersi.

— Nie wiem, co się tutaj dzieje — podsumował zdecydowanym tonem, chociaż w duchu pragnął brzmieć bardziej stanowczo. Odchrząknął, aby przeczyścić gardło. — Jestem przekonany, że padłeś ofiarą zaklęcia. Zabiorę cię do Świętego Munga. Tam zdecydujemy, co dalej…

Facet ponownie go uciszył, a potem wsunął mu kolano pomiędzy nogi.

Właśnie to przeważyło szalę. Nie było możliwości, aby Malfoy z własnej i nieprzymuszonej woli publicznie zachowywał się tak prymitywnie. Gdyby rzeczywiście mu zależało na szybkim numerku, gnojek z pewnością najpierw zaciągnąłby go do mało uczęszczanej bocznej uliczki i zawczasu dołożył wszelkich starań, żeby nikt im nie przeszkodził.

Szczęśliwie, nigdy nie upuścił swej różdżki, więc oszołomienie gościa obyło się bez żadnych problemów — wystarczyło przyłożyć mu czubek do żeber i niewerbalnie rzucić zaklęcie. Chwilę później zwiotczał mu w ramionach i się osunął; głowa dyndała mu na wszystkie strony, niczym u zarżniętej krowy. Harry nie miał większego wyboru, więc go złapał i zacisnął zęby, żeby nie stęknąć z wysiłku.

Kiedy spojrzał w dół, odniósł okropne wrażenie, że szare oczy patrzą nań z milczącą udręką, ale było to niemożliwe, ponieważ Malfoy był nieprzytomny.

Cholernie zaniepokojony, opatulił faceta szatą, po czym aportował się z nim do szpitala.


Wracanie do świadomości przypominało układanie puzzli. Elementy szarości i czerni, pustki i rzeczywistości, unosiły się jakby w powietrzu, a potem składały w całość. Wciąż nieświadomy, zaczął rozpoznawać swoje otoczenie, a potem zdał sobie sprawę, że przysłuchuje się toczonej o nim rozmowy.

— Rozumiem pańskie zmartwienie, to naturalne w zaistniałych okolicznościach — powiedziała bliżej niezidentyfikowana kobieta szorstkim, zniecierpliwionym głosem, który sprawiał, że Draco czuł przemożną potrzebę sprawdzenia, czy aby na pewno ma czyste i wyprasowane szaty, ot tak dla zasady. — Niemniej jednak to nie jest pański problem, panie Potter. Proszę wrócić do domu i przestać się przejmować.

Wtem doznał olśnienia. W momencie przypomniał sobie, co nawyczyniał, będąc pod wpływem niewyobrażalnej żądzy, i jęknął.

Naturalnie, zwrócił na siebie uwagę wokół zgromadzonych. Szczerze mówiąc, miał to głęboko gdzieś. Przez cały tydzień opierał się pragnieniu odszukania Harry’ego Pottera i naznaczenia go jako swojego. Czemu właściwie uległ? Nawet nie pamiętał momentu, kiedy jego wola osłabła.

— Malfoy?

Czas stawić czoła rzeczywistości, podsumował ponuro ze świadomością, że nie mógł wyobrazić sobie gorszego widoku na dzień dobry. Obrzydzenie na twarzy Pottera, gdy usłyszy o klątwie, którą oberwał, nie poprawi mu i tak parszywego humoru. Zebrawszy siły, odwrócił głowę i uniósł powieki.

Potter z założonymi rękoma opierał się o łóżko, patrząc nań bardzo uważnie. Nie sprawiał wrażenia zdegustowanego, a zaintrygowanego, zupełnie jakby miał zaraz zbadać jakiś skomplikowany akademicki problem. Draco zadrżał i zwalczył pragnienie ponownego zamknięcia oczu.

Z jednej strony widział go takim, jakim w rzeczywistości był, widział czarodzieja w niechlujnie założonych szatach, z potarganymi włosami i przekrzywionymi okularami, a z drugiej miał przed sobą mężczyznę swoich marzeń, będącego najprawdziwszą ucztą dla oczu. Marzył o polizaniu tych kuszących warg, kąsaniu gardła, obcałowywaniu powiek i mierzwieniu włosów. Zdeterminowany, wbił paznokcie w ramiona.

Na wpół histeryczny śmiech podszedł mu do gardła. Powstrzymywanie się poprzez danie zajęcia palcom było pierwszym, do czego prowadziła ta pieprzona klątwa.

— Co się właściwie stało, Malfoy? — Potter był daleki od oskarżyciela. — Chcesz mi coś powiedzieć?

Kobieta, która im towarzyszyła, chrząknęła.

— Nie musi się pan tłumaczyć — stwierdziła. — Pan zaś nie powinien naciskać na usłyszenie wyjaśnień. — Spojrzała surowo na bruneta. — Jak już mówiłam, uzdrowiciele zajmą się tym problemem.

— Myślę, że pan Malfoy nie stracił w międzyczasie języka. Jeżeli zechce, sam wytłumaczy mi sedno owego problemu — odpowiedział zgrabnie Potter. Uzdrowicielka, pomoc medyczna, czy kimkolwiek była ta kobieta, nie zdołała zbić go z pantałyku. — Przychodzi mi kilka zaklęć przymuszających do głowy, ale nie wiem, które zawiniło.

Draco zmarszczył ze zdziwienia brwi. Facet brzmiał jak naukowiec, który w przeszłości zgłębił temat uroków pożądania.

Zupełnie inaczej wyobrażał sobie tę rozmowę.

Oczywiście, wolałby po prostu gościa wyrzucić za drzwi, ale klątwa uniemożliwiała mu obojętność.

— To Nova Cupiditas, Potter — burknął. — Musiałeś o niej słyszeć, bo była naprawdę popularna wśród twoich półkrwi pobratymców i mugolaków. Wielu czystokrwistych padło ich ofiarą.

Mężczyzna wciągnął ze świstem powietrze i poruszył się niespokojnie. Draco wytężył słuch, oczekując pospiesznej ewakuacji na korytarz, dlatego też był zaskoczony, gdy poczuł pocieszający uścisk na ramieniu. Drgnął i uniósł głowę, którą nie wiadomo kiedy zwiesił.

— W istocie, obiło mi się coś o uszy. — Potter spochmurniał, aczkolwiek zielone oczy promieniowały siłą i determinacją. Chcąc nie chcąc, w piersi Draco zapłonęła nadzieja. — To klątwa, która sprawiała, że pożądasz osoby, której zazwyczaj nienawidzisz. Jeżeli nie zaspokoisz tej żądzy, zaczynasz się okaleczać.

Przytaknął.

— To najprawdziwszy głód — dodał ściszonym tonem. — Jeśli nie zaspokoisz go dobrowolnie, zostaniesz do tego przymuszony.

— W najgorszym wypadku zerżniesz osobę, którą ci przypisano — kontynuował Potter, tym razem z rumieńcami na twarzy, a powagę sytuacji podkreślało słowo, którego zdecydował się użyć. — Gdy to nastąpi, pożądanie ustępuje, ale po krótkim czasie powraca, mocniejsze i bardziej natarczywe. Wkrótce potem okres pomiędzy napadami staje się krótszy, prawda? Wszystko sprowadza się do tego, że ostatecznie zaczynasz wariować i rozrywać się na strzępy, bo nie jesteś w stanie pieprzyć się wystarczająco szybko.

Draco znów przytaknął. W duchu zastanawiał się, skąd taki nieskalany i niewinny Harry Potter wiedział o Novie Cupiditas. Z drugiej strony było o niej naprawdę głośno, kiedy rzucano ją w ramach zadośćuczynienia za grzechu przeszłości, więc rzeczywiście mógł poznać kilka szczegółów.

— Cóż, jest coś jeszcze. Skoro to rodzaj kary, to obiektem pożądania staje się osoba, której ofiara nie darzy wielką sympatią — dodał, gwoli wytłumaczenia. — Mówiąc prostszym językiem i podsumowując powszechnie znane fakty, to gwałt, a nie seks.

Facet skinął głową i zmarszczył brwi — wyglądał, jakby próbował się zdystansować od sprawy. Draco przewrócił się na bok, żeby móc zagapić się w ścianę i trzymać ręce przy sobie. Już teraz czuł potrzebę pocałunku.

— Jest nieusuwalna?

Westchnął, pogrążywszy się w rozpaczy. Miał wrażenie, że Potter na siłę próbuje znaleźć wygodną lukę, która umożliwiłaby im wewnętrzny spokój.

— Nie wynaleziono przeciwzaklęcia — odpowiedział zgodnie z prawdą. — Nawet rzucający klątwę nie może jej cofnąć.

Mężczyzna ponownie chwycił go za ramię, więc nie miał innej możliwości i musiał się odwrócić, aby na niego spojrzeć. Chociaż dotyk był krótki i oszczędny, Draco jakby wrócił do życia. To straszne, ale myślał trzeźwiej, aniżeli przez ostatni tydzień.

— Używam magii eksperymentalnej, aby widzieć sygnatury samych zaklęć. Nie jestem ekspertem, ale radzę sobie całkiem dobrze z bardziej powszechnymi urokami, więc mógłbym spróbować wybadać Novę Cupiditas. Chętnie bym coś wykombinował — powiedział Potter. — Gdy osiągam sukces, zazwyczaj wiem, jak zneutralizować urok.

Nadzieja jest łatwiejsza do przyswojenia, niż rozpacz, podsumował Draco i chwycił go za ramię.

— To niewykonalne.

— Nie zaszkodzi spróbować. — Mężczyzna zmrużył gniewnie oczy. — To niesprawiedliwe, aby doprowadzono cię do obłędu, albo zrobiono z ciebie gwałciciela, bo ktoś uznał, że nie wycierpiałeś wystarczająco podczas wojny. Nie godzę się na bycie ofiarą gwałtu, a tym bardziej mordercą. Stanowczo odmawiam też brania udziału w gwałcie, bo właśnie tym jest zgoda na seks z osobą niestabilną umysłowo. Obaj zasługujemy na człowieczeństwo.

Jak dotąd, tylko żartował z Pottera, nazywając do „Zbawcą”. Teraz bez wątpienia zacznie darzyć go większą powagą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz