49. MAGICZNE NACZYNIE

Zacisnął dłoń wokół kamienia, po czym ponownie skupił się na swoich podwładnych. Chłopcy automatycznie się przed nim skulili, jakby wyczuli, że znów się rozzłościł. Zatrzymał się wzrokiem na Primusie Lestrange’u, który zbladł ze strachu.

— Zabiję cię, jeżeli coś jej się stanie — obiecał. Zanim pobiegł korytarzem, zarejestrował jeszcze rozszerzające się w przerażeniu oczy.


Tom po drodze naprędce zbadał więź, która łączyła go z Hermioną. Zacisnął ze złości zęby, ponieważ z ledwością wyczuwał jej obecność. Albo była bardzo, bardzo daleko, albo... została ciężko ranna.

Na tę myśl jego magia szarpnęła się naprzód, ponaglając go do działania. Czarny kamień, który trzymał w dłoni, bliźniaczy do tego z naszyjnika, zapłonął z nową mocą, dając mu do zrozumienia, że dziewczyna znalazła się w prawdziwym niebezpieczeństwie. Zdeterminowany, pobiegł korytarzem. Musiał się spieszyć. Najwyraźniej opuściła teren Hogwartu i wpadła w poważne tarapaty.

Czemu nic mu nie powiedziała...?

Ze strachem przypomniał sobie, kiedy ostatnio miała podobne problemy. Została wówczas zaatakowana w Zakazanym Lesie przez dwóch mężczyzn w czarnych płaszczach. Nie dość, że wyszła z tego starcia mocno poturbowana, to jeszcze, o zgrozo, cudem uniknęła śmierci.

Czyżby ponownie spróbowali szczęścia...?

Chory z niepokoju, drżącą ręką wsunął kamień do kieszeni szaty i skręcił za następny róg. Musiał wydostać się ze szkoły, aczkolwiek zasadniczy problem polegał na tym, że zamek był chroniony tą pieprzoną barierą antydeportacyjną. Przekląwszy pod nosem, dotarł do Wielkich Schodów. Robiąc po dwa kroki naraz, zbiegł na dół. Gdy od parteru dzielił go zaledwie ostatni odcinek, wpadł na tłum uczniów, którzy z uśmiechami na twarzy szedł na kolację. Ponownie przeklął, przez co dwie dziewczęta z Hufflepuffu spojrzały na niego ze zgorszeniem, ale zupełnie to zignorował. Zdesperowany, zaczął się przepychać, ale korytarz był wąski, a uczniowie stanowili nie lada przeszkodę. Ostatecznie z ledwością poruszał się naprzód.

— Z drogi! — krzyknął gniewnie i staranował kilku pierwszorocznych.

Wtem dobrze znany mu głos zatrzymał go w miejscu, przywołując do porządku. Prawie krzyknął z frustracji, gdy zauważył Horacego Slughorna stojącego zaledwie kilka kroków od niego.

— Co to ma znaczyć, Tom?

Nauczyciel był wyraźnie zszokowany jego zachowaniem i oczekiwał jakiegoś wytłumaczenia. Jakby nie patrzeć, narobił małego zamieszania, dlatego też inni uczniowie przystanęli, żeby poprzyglądać się przedstawieniu — tym samym całkowicie zablokowali schody.

— Cholera! — warknął pod nosem, czując ponownie nagrzewający się kamień.

Slughorn sapnął, oburzony okazanym otwarcie brakiem szacunku i otworzył usta, żeby najprawdopodobniej go upomnieć, ale ślizgon po prostu wyciągnął różdżkę, chcąc zaoszczędzić sobie przynajmniej odrobinę czasu. Hermiona była w wielkim niebezpieczeństwie i musiał się doń natychmiast dostać, wszelkimi możliwymi sposobami. Jego magia przyklasnęła z aprobatą i z przyjemnością zawirowała w powietrzu. Dwóch gryfonów, stojących najbliżej, w momencie zostało odepchniętych na ścianę, zaś profesor się cofnął, porażony rozchodzącą się po korytarzu mocą.

— Tom... — wyjąkał z niedowierzaniem.

Oczy chłopaka zapłonęły czerwienią, a potem, bez dalszych ceregieli, rzucił się naprzód i, ominąwszy schody, przeskoczył przez kamienną balustradę. Gdy niespodziewanie znalazł się piętro niżej, kilka dziewcząt krzyknęło ze strachu. Zeskoczył z przynajmniej dziesięciu metrów i cudem uniknął złamania sobie karku. Tuż przed tym, jak miał dotknąć stopami ziemi, przywołał swą magię, która spowolniła upadek z wysokości, dzięki czemu opadł miękko na podłogę. Wylądowawszy na kuckach, skoczył na równe nogi i pobiegł ku drzwiom wyjściowym. Tutejszy korytarz również był zatłoczony, a uczniowie, których mijał, gapili się nań szeroko otwartymi oczami. Nie zatrzymał się nawet na sekundę, rozpychając kolegów i koleżanki na boki.

— Co tu się dzieje? — Usłyszał głos Dippeta, ale nie zareagował. Zaalarmowanym zamieszaniem dyrektor opuścił Wielką Salę, aby zaprowadzić porządek. — Proszę o spokój, panie Riddle! — dodał ostrym tonem, widząc przepychającego się przez korytarz ucznia.

Tom miał go gdzieś. Wciąż biegnąc, uniósł różdżkę i nią machnął, a elektryczna niebieskawa nić magii przeszyła powietrze i z impetem uderzyła w solidne, dębowe drzwi. Zabezpieczenia, które zostały nań nałożone, poddały się bez większego oporu, a wrota otworzyły się z głośnym hukiem. Ostatecznie opuścił zamek, całkowicie ignorując zszokowane westchnienia i rozmowy uczniów i nauczycieli.

Minąwszy hogwardzkie jezioro, skierował się ku bramie wejściowej. Prawdę powiedziawszy, słabo pamiętał ostatni raz, kiedy tędy szedł, zwłaszcza że był wówczas pijany i się ciągle zataczał. Teraz biegł w zupełnie przeciwnym kierunku, zdeterminowany jak nigdy dotąd.

Oddychał z trudem, a kiedy dotarł do bramy, miał wrażenie, że zaraz rozsadzi mu płuca. Machnięciem różdżki odblokował sobie drzwi, w duchu szczęśliwy, że znalazł na to sposób na trzecim roku. Szybko prześlizgnął się przez furtkę, zostawiając za sobą osłony Hogwartu. Pospiesznie wyciągnął z kieszeni czarny odłamek, który ponownie poparzył mu dłoń. Skoncentrował się na przyciąganiu, które łączyło bliźniacze kamienie i pozwolił mu wyznaczyć kierunek. Następnie obrócił się w miejscu i z głośnym trzaskiem rozpłynął się w powietrzu.

Zmaterializował się zaledwie kilka sekund później, na ścieżce prowadzącej do bliżej niezidentyfikowanej wsi. Wokół niego rozciągały się trawiaste pola, ogrodzone żywopłotem i niskimi kamiennymi murkami. Niedaleko zobaczył kościół, ot z pozoru opustoszały budynek, będący jedynym punktem zaczepienia z przybocznym cmentarzem, którego nagrobki były porośnięte mchem, niektóre przewrócone i zapomniane w trawie. O kościół opierał się stary, zgarbiony cis, którego korzenie wczepiły się w ścianę, tworząc pęknięcia w murze.

Wzmocnił uścisk na różdżce, bowiem chociaż katedra sprawiała wrażenie zaniedbanej i osamotnionej, wyczuwał nagromadzone w powietrzu drobinki. Całe to miejsce aż zionęło czarną magią, co sprawiało, że jego własna moc aż ryczała, prosząc o możliwość skonfrontowania się w tą drugą. Zdeterminowany, szybkim krokiem podszedł do kościoła. Im bardziej się zbliżał, tym mocniej był przytłoczony. Wkrótce stanął przed wejściem i zauważył, że we wrota została sprytnie wpleciona magia strażnicza, najwyraźniej mająca na celu zatrzymanie czegoś w środku.

Albo kogoś...

Zaniepokojony podobną możliwością, uniósł oręż i przypuścił atak na zabezpieczenia. Zajęło mu to trochę czasu, ale na szczęście osłona była słabsza od zewnątrz, aniżeli od wewnątrz. W końcu się poddała i zamek kliknął. Z największą ostrożnością, z różdżką w dłoni, pchnął drzwi i przekroczył próg. W środku było znacznie chłodniej, a powietrze pachniało stęchlizną i zgnilizną. Podłoga była wykonana z szorstkich, dużych kamiennych płyt, zaś ściany zdobiły olbrzymie okna.

Omiótł wzrokiem pomieszczenie i bardzo szybko zlokalizował przebywające tu osoby — w pełni na sobie skupione, dlatego też nie zauważyli jego przybycia. Odkąd poczuł, że czarny kamień rozgrzał mu się w kieszeni szaty, w duchu przygotowywał się na najgorsze. Mimo starań coś ścisnęło go boleśnie, kiedy ujrzał Hermionę rozłożoną bezradnie na podłodze. Zadrżał, kiedy zobaczył, iż była splamiona krwią i ze strachem pomieszanym z buntem patrzyła na stojącego przed nią mężczyznę. Był niezbyt wysoki i sprawiał wrażenie niepozornego. Oczywiście, buchała od niego potężna magia, dlatego też nie dał się zwieść pozorom. Jego własna moc zawrzała z podekscytowaniem, aby przyłączyć się do tego tańca śmierci.

Wtem blondyn podniósł różdżkę, a Hermiona była zbyt osłabiona, żeby się bronić i odwróciła głowę, najprawdopodobniej w oczekiwaniu na nadchodzący cios. Tom drgnął, a potem bez zastanowienia przeciął różdżką powietrze, formując pierwsze zaklęcie.

Protegeris.

Wyczarował niebieskawą tarczę, chroniącą dziewczynę przed przeciwnikiem. Wydawała się zakłopotana obrotem sytuacji, ale kiedy spojrzała na kościelne wrota, odetchnęła z widoczną ulgą. Riddle wciągnął oddech, zobaczywszy, że była dosłownie skąpana we krwi. Natychmiast doń podbiegł i opadł na kolano.

— Czy...?

Nie zdążył dokończyć pytania, bo Hermiona po prostu się na niego rzuciła. Szybko owinęła wokół niego jedno ramię, bo drugie najprawdopodobniej miała zranione. Wtuliła się w niego mocno i zadrżała. Automatycznie podniósł rękę i odwzajemnił uścisk. Jego magia, wyczuwając potrzebę ochrony, owinęła się wokół niej.

Spojrzał na nieznajomego. Mimo że wciąż oddzielała ich niebieskawa bariera, Tom miał wielką ochotę odwołać urok i zetrzeć mu z twarzy ten drwiący uśmieszek. Olśnienie przyszło dopiero po chwili. Znał tego człowieka, bo widział go na zdjęciach w Proroku Codziennym. Wtedy był pod wrażeniem jego osiągnięć, a dziś marzył, żeby rozerwać go na strzępy.

— Och, następny gość? — zapytał czarodziej odpychająco przymilnym tonem. — Liczyłem, że się zjawisz damie na ratunek.

Drań!, podsumował, z ledwością kontrolując swą magię. Tylko i wyłącznie drżąca mu w ramionach Hermiona powstrzymywała go od przypuszczenia ataku.

— Zakładam, że mam przyjemność z Gellertem Grindelwaldem — zagaił, obnażywszy zęby.

— Oczywiście — odparł przyjaznym głosem. — Twoja godność, chłopcze?

— Tom Riddle.

Grindelwald się uśmiechnął.

— Zaryzykuję stwierdzenie, że to mugolsko brzmiące nazwisko.

Tom zgrzytnął zębami, w duchu walcząc ze swoją magią, która pragnęła krwawej zemsty. Przez cały ten czas facet szczerzył zęby, a nonszalancja, którą wszem wobec pokazywał, niesamowicie działała mu na nerwy. Gdy Hermiona znów zadrżała, przyjrzał jej się badawczo. Wciąż była zakrwawiona i przyciskała do siebie prawą rękę.

— Pokaż tę ranę.

Zrobiła, co jej kazano. Gdy zobaczył, co w międzyczasie wycierpiała, prawie stracił nad sobą panowanie. Najprawdopodobniej oberwała zaklęciem tnącym, które praktycznie pozbawiło ją dłoni. Z kikuta nadal lała się krew, więc wziął głęboki oddech i zmusił swą rozjuszoną magię do chwilowego uspokojenia się, ponieważ musiał ustalić priorytety. Pomoc dziewczynie była teraz najważniejsza. Machnął w powietrzu różdżką w dość skomplikowany sposób i z satysfakcją obserwował, jak zaklęcie tworzy zamiennik utraconej dłoni. Zadowolony z rezultatów, z radością odnotował, że Hermiona przestała cierpieć.

— Mam nadzieję, że to wystarczy — wyszeptał, a te słowa dopełniły rytuału.

— Dziękuję.

Tom delikatnie podciągnął ją do góry. Wiedział, że było jej ciężko, dlatego też objął dziewczynę zaborczo w pasie i skoncentrował się na Grindelwaldzie. Mężczyzna wciąż się uśmiechał, przez co naprawdę zaczął tracić zimną krew. Wtem przeciął powietrze różdżką i z powrotem zapieczętował drzwi kościoła, a potem znów machnął ręką i zneutralizował niebieską tarczę. Zrobił to bez żadnego wysiłku, więc jednak gazety nie kłamały i rzeczywiście był potężnym czarodziejem.

— Jakże dziwacznie — stwierdził z satysfakcją, a potem miał czelność zwrócić się do Hermiony: — Wysłuchałaś wszystkiego, co miałem do powiedzenia na temat moich wierzeń i przekonań oraz szłaś w zaparte, iż jesteś im szczerze przeciwna. Nie spodziewałem się, że twój rycerz w lśniącej zbroi okaże się mrocznym czarodziejem.

Czując, że dziewczyna się spięła, wzmocnił swój uścisk.

— Skończ te pogaduszki.

— Miło mi cię poznać, chłopcze. — Uśmiechnął się Grindeldwald. — Mam nadzieję, że nie będzie ci przeszkadzać, jeżeli od razu przejdziemy sobie na ty.

— Zapłacisz za to, co jej zrobiłeś — syknął.

— W pełni rozumiem twoje zdenerwowanie. Uwierz mi, że głęboko żałuję swojego wcześniejszych postępków. Gdybym się wcześniej zorientował, z kim mam właściwie do czynienia, okazałbym więcej szacunku. Wybacz mi prymitywne zachowanie. Zanim się dziś spotkaliśmy, tropiłem zwyczajną dziewczynę, która zwinęła mi coś cennego sprzed nosa. Nie miałem najmniejszego pojęcia, że w rzeczywistości daleko jej do przeciętnej. To byłeś ty, prawda?

Ostatnie stwierdzenie sprawiło, że poprzez wściekłość Toma przebiło się zaniepokojenie. Zmrużył oczy.

— Nie rozumiem, o czym mówisz — odpowiedział i wzmocnił swój uścisk na talii dziewczyny.

Czy Gellert dowiedział się o prawdziwej naturze Hermiony? Zaczął gorączkowo rozważać najróżniejsze możliwości, ale właśnie wtedy jego obawy zostały potwierdzone.

— Zdecydowanie ty — krzyknął czarnoksiężnik. — Jest między wami specyficzne połączenie. Wyczuwam to w twojej magii.

Usilnie próbował się kontrolować. Jakim cudem Grindelwald poznał prawdę? Najgorsze, że sama Hermiona żyła w nieświadomości i pragnął, aby tak pozostało. Nie mogła dowiedzieć się w taki sposób, bo to przysporzyłoby mu masę problemów. Musiał wyeliminować przeciwnika z gry i za wszelką cenę zatuszować sprawę.

— O co ci chodzi? — syknął z chłodem w głosie. Wiedział, że udawanie ignoranta w niczym nie pomoże, ale warto było spróbować.

Gellert nie dał się zbyć.

— Jak rozumiem, użyłeś manuskryptu Ignotusa Peverella — stwierdził. — Jestem naprawdę ciekaw, jakim cudem stworzyłeś tę istotę. Skąd czerpałeś moc? Wyczuwam nawet te same zaklęcia wiążące.

— Nie twój interes.

Musiał za wszelką cenę uciszyć tego człowieka. Zdecydowanie zbyt dużo mówił i zdradzał.

— Wybacz mi, proszę, tę niegrzeczność, ale po prostu mam mnóstwo pytań. To takie ekscytujące — powiedział lekkim tonem Grindelwald, zupełnie jakby dywagował na temat pogody. — Niemniej jednak pojmuję twą niechęć do zwierzeń. To całkiem naturalne, że chcesz zatrzymać Hermionę dla siebie. — Wtem w jego oczach pojawił się twardy błysk. — Cóż, również pragnę tej istoty i pokonam cię, jeżeli staniesz mi na drodze.

Tom uśmiechnął się okrutnie. Hermiona od samego początku doń przynależała. To bardziej niż oczywiste, że nie poddałby swojej własności.

— Naprawdę uważasz, że możesz mnie zwyciężyć? — prychnął. — Nie oddam tego, co moje.

Mężczyzna pozostał niewzruszony.

— Zrozumiałe, że nie chcesz rozstawać się z czymś równie cennym. — Uśmiechnął się czarująco, zaś ślizgon warknął pod nosem, gdy rozmówca zaczął wykazywać coraz to większą chciwość. — Jest naprawdę imponująca i szczerze gratuluję ci stworzenia tak wyjątkowej istoty. Mimo to stanie u mego boku.

— Jesteś bardzo pewny siebie — syknął protekcjonalnie.

— Owszem. — Uśmiechnął się czarnoksiężnik. — Wygląda na to, że trochę nas łączy — dodał ze złośliwym błyskiem w oku, podczas gdy ślizgon schował za sobą dziewczynę, mając serdecznie dość tych podchodów. — Wcale nie musimy posuwać się do ostateczności. — W głosie mężczyzny zabrzmiał delikatny ton, który dodatkowo rozwścieczył chłopaka. — Jestem skłonny zapomnieć o naszym sporze, jeżeli oddasz mi Hermionę. Wiem, że jest cenna, dlatego też obiecuję ci godną rekompensatę.

Hermiona przysunęła się bliżej i zacisnęła dłonie na jego czarnych szatach. Warknął pod nosem, oburzony samą propozycją.

— To nie podlega negocjacjom.

——

Zacisnęła nową dłoń na szatach swojego chłopaka i mocniej doń przylgnęła. Szok spowodowany wszystkim, co się wydarzyło oraz znaczna utrata krwi sprawiały, że niekontrolowanie drżała. W głowie jej wirowało, a ból promieniujący z rozcięć na plecach powodował mroczki przed oczami. Nieprzytomność powoli szarpała jej umysł, kusząc zapomnieniem i osunięciem się w ciemność. Nie spuszczając wzroku z Toma, Hermiona ostrożnie zerknęła na Grindelwalda. Stał w dokładnie tym samym miejscu, co wcześniej, sprawiając wrażenie zrelaksowanego i całkowicie spokojnego. Na jego ustach błąkał się z pozoru nieszkodliwy uśmiech.

— Skąd to lekceważące podejście? — zapytał łagodnie napastnik. — Pomyśl o wszystkich wspaniałych możliwościach, jakie daje nam to spotkanie.

— Jakich znowu możliwościach?

— Nie widzisz nadarzających się okazji? — Uśmiechnął się Gellert. — Można śmiało powiedzieć, że to Hermiona umożliwiła nam to spotkanie. Jestem szczerze zachwycony tym, że wreszcie cię poznałem.

— Czemu mielibyśmy zacieśniać więzy? — prychnął Tom.

— Cóż, dla większego dobra, naturalnie. — Grindelwald wyglądał, jakby spijał śmietankę, co sprawiło, że dziewczyna zesztywniała ze strachu. Instynkt podpowiadał jej, że dzieje się właśnie coś, czego się obawiała. — Mamy wszak wspólne cele.

— Wątpię.

— Myślę, że tak. — Mężczyzna zrobił zamyśloną minę. — Nie władasz przypadkiem mroczną magią? To jej prawdziwa natura, prawda?

— Co z tego? — zapytał z chłodem w głosie ślizgon. — Czemu uważasz to za wielce istotne?

— Też kiedyś byłem na twoim miejscu, otoczony przez ludzi, którzy niczego nie rozumieli. Czarodziejów, którzy walczyli przeciwko tej mocy i wielkości.

Gdy Tom nie odpowiedział, Hermionę ogarnęło bardzo złe przeczucie. Zostało ono spotęgowane, kiedy Grindelwald zrobił krok naprzód, trzymając różdżkę czubkiem ku podłodze.

— Jestem w błędzie? — wyszeptał. — To nieprawda, że musisz się ukrywać, chłopcze?

W momencie poczuła, że zesztywniał. Zaniepokojona, spojrzała na Gellerta, który uśmiechał się zachęcająco.

— Masz ogromny potencjał, obecnie wstrzymywany przez wszystkich, którzy nie rozumieją. To samo dotyczyło i mnie. Ludzie powtarzali mi, że czarna magia jest zła, nienormalna i stanowi wynaturzenie. Grozili, że zostanę ukarany, jeśli kiedykolwiek jej użyję. — Spojrzał nań współczująco. — Przechodzisz przez dokładnie to samo, Tom — dodał miękkim tonem, zaś Hermiona z niepokojem zauważyła, że ślizgon nie odpowiedział, a słuchał, jakby urzeczony. Uprzejmość nie schodziła z twarzy Grindelwalda. — Naprawdę chcesz dalej żyć w ukryciu? Ministerstwo gardzi czarodziejami naszego pokroju. Robi wszystko, co może, aby zniszczyć nasz sposób uprawiania magii.

— Nie zostanę przyłapany. — Chociaż brzmiał na pewnego siebie, wyłapała w jego głosie nutę zawahania.

— Wszyscy popełniamy błędy. Jedni mniejsze, drudzy większe. Wystarczy maleńkie potknięcie, a znajdziesz się w poważnych kłopotach. Jakby nie patrzeć, żyjesz w kraju, w którym za rzucenie jednej klątwy grozi dożywotnie więzienie. Nie będzie ani sędziów, ani ławy przysięgłych. Uwierz, że nikt nie będzie zadawał zbędnych pytań. Zostaniesz porzucony bez zastanowienia i zgnijesz w celi. Nie otrzymasz żadnej litości, a strażnicy więzienni będą okrutnymi bestiami, ot potworami, których czysta obecność będzie dla ciebie torturą. — Uśmiechnął się ponuro czarnoksiężnik. — Wystarczy jedna klątwa, a zostaniesz zamknięty w Azkabanie i będziesz brutalnie torturowany do końca życia.

Hermiona chciała wrzasnąć, żeby się wreszcie zamknął, ale coś ją powstrzymywało — całkiem możliwe, że wymowne milczenie Toma. Była po prostu przerażona. Najgorsze jednak to, iż za próbą perswazji Grindelwalda, skrywała się prawda, której chłopak z pewnością nie przeoczył.

— Czemu to wszystko? — kontynuował wywód, tym razem ze współczującym uśmiechem. — Bo taki się urodziłeś? Bo inaczej postrzegasz magię? — zapytał. — Czy to pozwala im skrzywdzić cię w najgorszy możliwy sposób? W porównaniu do ich traktowania klątwa zabijająca byłaby miłosiernym wybawieniem. Nie uważasz, że są hipokrytami, ponieważ po tej całej niesprawiedliwości wciąż mają czelność nazywać się „dobrymi” czarodziejami? — kontynuował niskim tonem. — Wasze „Ministerstwo” jest prowadzone przez bandę kryminalistów. Nazywają czarną magią złą tylko i wyłącznie dlatego, że to oni definiują, czym właściwie jest zło. — Znów zrobił krok naprzód. — Nie chciałbyś uciec od tej zasady, chłopcze? Ja pragnę. Nie chcę dłużej żyć w ukryciu. Chcę wolności i jestem gotów o nią zawalczyć. Proszę, dołącz do mnie, trwaj u mego boku, a razem zburzymy ten reżim.

— Chcesz, żebym ci pomógł? — zapytał Tom, zaś Hermiona zadrżała, słysząc w jego głosie zaciekawienie. Ze strachu mocniej się doń przytuliła.

— Owszem. — Uśmiechnął się łagodnie Grindelwald. — Aby osiągnąć cel, potrzebuję twojej pomocy. Wiem, że jesteś potężnym czarodziejem — do tego stopnia, że poszedłeś w ślady Ignotusa Peverella — dodał, spojrzawszy na dziewczynę. — Jeżeli oddasz mi tę nadzwyczajną istotę, użyję jej mocy, żeby obalić skorumpowany rząd, dzięki czemu wszyscy odzyskamy wolność.

— Nie odpuścisz w tym temacie? — zapytał z troską w głosie.

— To ona nas połączyła, Tom. To znak. Może nam pomóc osiągnąć cel. Jak wielkie ma znaczenie, z którym czarodziejem jest związana? Jej obecność zapewni nam obu zwycięstwo.

Tom przez dłuższą chwilę milczał, ewidentnie pogrążony w myślach. Hermiona drżała ze strachu i z trudem zwalczała mdłości. Co, jeżeli połączą siły? W głowie miała niepokojące myśli. To wręcz niewyobrażalne — Lord Voldemort i Gellert Grindelwald zjednoczeni? Nawet Albus Dumbledore nie pokona takiego sojuszu. Merlinie, czy właśnie zniszczyła linię czasu?

— We troje możemy napisać historię od nowa — kontynuował czarnoksiężnik, kiedy nie otrzymał żadnej odpowiedzi. — Osiągnięcia Ignotusa Peverella są uznawane przez wszystkich. Wyobraź to sobie, chłopcze — społeczeństwo rządzone przez ludzi naszego pokroju. Jestem przekonany, że oddanie mi Hermiony to niewielka cena w porównaniu z tym osiągnięciem.

Tom przywdział beznamiętną maskę, zaś DeCerto zaczęła szybciej oddychać. Nie dołączyłby do Grindelwalda, prawda? Jeżeli jednak się zgodzi, co wtedy uczyni? Stanie naprzeciw niego? Nie chciała walczyć ze swoim ukochanym. Co, jeśli nie pozostawi jej żadnego wyboru? Czy miałaby w pierwszej kolejności jakiekolwiek szanse przeciwko temu aliansowi?

Zacisnęła na moment oczy i mocno przygryzła dolną wargę. W desperacji mocniej przytuliła się do stojącego przed nią chłopaka.

Wtem jego magia szarpnęła się naprzód, a z twarzy zniknęło uprzejme zainteresowanie, zastąpione złośliwym uśmieszkiem.

— Naprawdę myślisz, że moim marzeniem jest ulepszyć świat? — prychnął, kpiąc z podniosłych słów rozmówcy. — Szczerze mówiąc, nie mógłbym sobie mniej zawracać tym głowy.

Grindelwald przestał się uśmiechać.

— Nie bądź głupcem, Tom. W naszych rękach leży uwolnienie magii z okowów. Jakoś nie mogę uwierzyć, że chcesz być wiecznie prześladowany.

— Ci, którzy są na tyle głupi, aby dać się przyłapać i zamknąć w Azkabanie, w pełni zasługują na swoje przeznaczenie. Nienawidzę bezmyślności, więc popieram pomysł z rzuceniem idiotów na pożarcie dementorom. Nie zamierzam podejmować walki dla równie żałosnych imitacji czarodziejów.

Gellert zmrużył oczy.

— Czyli twierdzisz, że nie obawiasz się tego, co przydarzy się Hermionie, kiedy ludzie wreszcie się zorientują i zdadzą sobie sprawę, jak potężną włada magią? — zapytał z uniesionymi brwiami. — Jak myślisz, co zrobią, gdy poznają prawdę? Zostanie zamknięta w odosobnieniu i trzymana z daleka od społeczeństwa, a może stanie się obiektem doświadczalnym? Jeżeli będą wystraszeni, mogą posunąć się nawet do morderstwa.

— Zapewniam, że potrafię zapewnić jej bezpieczeństwo. — Jasnoszare oczy zmieniły swój kolor na krwistoczerwony. — Nikt nigdy nie odbierze mi Hermiony.

— Czemu jesteś tak krótkowzroczny? — W głosie mężczyzny słychać było pierwsze objawy prawdziwego gniewu. — Jeżeli nawiążemy współpracę, możemy coś zmienić.

Tom parsknął.

— Bez obaw. W odpowiednim momencie zmodernizuję, co należy. Niemniej jednak nie potrzebuję do tego twojej pomocy — odpowiedział i przeciął różdżką powietrze. Jego magia natychmiast przystąpiła do ataku. Grindelwald wyczarował cyjanową tarczę, aczkolwiek został odepchnięty na kilka kroków. Ślizgon zaśmiał się okrutnie i ponownie machnął ręką. Przeciwnik znów został zmuszony do obrony, tym razem zielonej. Niestety, wyszedł z tego bez szwanku.

Chcąc się odwdzięczyć Gellert posłał w kierunku Toma fioletową klątwę. Hermiona sapnęła, kiedy poczuła, jak bardzo była potężna. Ślizgon wzniósł siateczkową ochronę, która zatrzymała atak. Kiedy klątwa dotknęła magicznych nici, te się ugięły, przez co przekleństwo uderzyło w kamienny filar, który natychmiast pękł. Kolumna runęła, pociągając za sobą część łukowatego sufitu. DeCerto kaszlnęła, dławiąc się pyłem.

— Rozumiem. Nie dojdziemy do żadnego kompromisu — podsumował czarnoksiężnik, a jego głos odbił się echem od ścian kościoła. — Szkoda, chłopcze. Chciałem, żebyś do mnie dołączył.

— Skoro jesteś taki chętny do nawiązania współpracy, to dlaczego nie przyłączysz się do mnie? — zapytał ślizgon i przyciągnął dziewczynę zaborczo do siebie.

Chociaż Grindelwald się uśmiechnął, jego oczy pozostały chłodne i niedostępne. Było jasne niczym słońce, że walka była nieunikniona. DeCerto szybko stanęła na palcach i uczepiła się ramienia Toma.

— On ma Czarną Różdżkę — wyszeptała mu do ucha.

Nie odpowiedział, ale zesztywniał.

— Czyli nici z partnerstwa. — Mężczyzna nie był zrażony morderczym spojrzeniem oponenta. — Jak już mówiłem, szkoda, jednakże wciąż jestem zainteresowany Hermioną.

Z tymi słowami Gellert machnął różdżką i posłał ku Tomowi gwałtowny powiew magii. Z wściekłym wyrazem twarzy chłopak przeciął orężem powietrze. Klątwa, którą wyczarował, rozerwała na strzępy zaklęcie rzucone przez przeciwnika. Ślizgon puścił talię dziewczyny, ścisnął jej ramię i jeszcze bardziej skrył za sobą. Hermiona sapnęła, straciwszy równowagę pod wpływem równie gwałtownego ruchu i boleśnie upadła na podłogę. Szybko się ku niej obrócił, wycelował różdżką i wyszeptał pod nosem inkantację. Uniosła brwi, gdy z czubka jego różdżki wystrzeliła srebrzysta mgiełka, która szybko przybrała cielesną formę. Zwierzę z kocią gracją wylądowało na dużych łapach i natychmiast pogalopowało w jej kierunku. Srebrzysty ryś nastawił uszu i obnażył ostre zęby, groźnie warcząc i okrążając dziewczynę.

Wciąż drżała, skulona na podłodze. Mimo wciąż krwawiących ran na plecach i tańczących przed oczami czarnych plam spojrzała na Toma. Stał odwrócony doń tyłem i patrzył wprost na Grindelwalda. Wypuściła długo wstrzymywane powietrze, a potem skoncentrowała się na czarnoksiężniku. Uśmiech, dotąd stale goszczący na jego twarzy, zniknął, zastąpiony mrocznym, aczkolwiek nieczytelnym spojrzeniem. Ta dziwaczna bezbarwna magiczna aura, która go otaczała, tańczyła niczym szalona. Hermiona z trudem przełknęła ślinę. Nawet patronus nie był w stanie jej stłumić. Wcześniej ta mroczna moc była podsycana pewnego rodzaju figlarnością, ale teraz, kiedy miał nowego przeciwnika, całkowicie wyzbył się tej lekkości. Tym razem zamierzał walczyć nie na żarty.

Zdawszy sobie sprawę z powagi sytuacji, spróbowała podnieść się z kamiennej podłogi. Tom potrzebował jej pomocy. Z pewnością nie zamierzała pozwolić Grindelwaldowi go skrzywdzić i odnieść zwycięstwa. Zacisnęła zęby i przetoczyła się na boczek. Cierpienie odbierało zmysły, a ból był praktycznie nie do zniesienia, dlatego też, kiedy trochę się podniosła, upadła z powrotem na plecy. Szpony harpii cięły naprawdę głęboko. Najgorsze, że miała też poharataną prawą stronę talii. Zamknęła na moment oczy i pokryła swe rany częścią swojej magii, a chwilę później, gdy mocniej się skoncentrowała, rzuciła podstawowy czar leczniczy, aby zatamować krwawienie.

Tom nie zwracał na nią uwagi, zbyt skupiony na Grindelwaldzie. Z dzikim uśmiechem na twarzy i jarzącymi się na czerwono oczami, powoli uniósł różdżkę. Kiedy to zrobił, tuzin masywnych płyt posadzkowych zawisło w powietrzu i poleciało w kierunku celu, który, nieszczęśliwie, nawet nie mrugnął. To nie był jednak koniec, bowiem kamień został wsparty płonącą czerwoną klątwą. Gellert, nie przerywając kontaktu wzrokowego, uniósł Czarną Różdżkę. Utworzył ręką okrąg i rzucił na siebie czar osłaniający; płyty uderzyły weń z dużą mocą i roztrzaskały się na kawałeczki. Dopiero gdy szkarłatna klątwa się z nim zetknęła, tarcza się zachwiała. W chłodnych oczach Grindelwalda pojawiło się zaskoczenie, zwłaszcza że przekleństwo stopniowo się nasilało. Niewiele było potrzebne, aby zaraz pękła. Gdy zdał sobie z tego sprawę, prychnął, ewidentnie zirytowany. Jednym machnięciem oręża odpędził zaklęcie, przez co przeleciało obok i z impetem uderzyło w okno kościoła. Fragmenty kolorowego szkła nań spadły, ale zanim go pokaleczyły, zatrzymały się w powietrzu, zastygłe w bezruchu. Unosiły się w magicznej aurze, zupełnie jakby pływały w wodzie.

Gellert nie zwracał uwagi na odłamki szkła, rozgniewany tym, że rzeczy nie szły po jego myśli. Hermiona z niepokojem obserwowała, jak fragmenty zaczynają złowieszczo świecić, aż wreszcie drastycznie się rozgrzały. Niedługo potem szyba się stopiła, więc poruszył różdżką. Jednym machnięciem broni posłał pociski w kierunku Toma, który natychmiast wzniósł odpowiednią tarczę. Gdy uroki się zderzyły, osłonka pokryła się szklistą powierzchnią. Grindelwald uśmiechnął się nikczemnie i przeciął orężem powietrze, czym posłał w stronę przeciwnika strumień pomarańczowego światła. Warstwa szkła sprawiła, że wzniesiona naprędce tarcza stała się krucha, przez co nie wytrzymała ataku i się roztrzaskała.

Żołądek Hermiony zacisnął się ze strachu, gdyż ślizgon stał się bezbronny. W odpowiednim momencie odskoczył w bok, ale i tak został draśnięty. Klątwa przeszyła mu lewe ramię, które zaraz zalało się krwią. Tom nawet się nie skrzywił, mimo że z pewnością go zabolało. W jasnoczerwonych oczach zapłonął morderczy blask.

— Wygląda na to, że lubisz igrać z ogniem — syknął, podniósłszy się z podłogi.

Nie czekając na reakcję przeciwnika, machnął różdżką w skomplikowany sposób i wyszeptał pod nosem inkantację. DeCerto nie słyszała słów, ale rozpoznała ruchy nadgarstka. Powietrze wokół czubka oręża zaczęło migotać od gorąca.

Szatańska Pożoga!

Mroczna, bardzo mroczna magia.

Szczerze mówiąc, nigdy nie odważyła się wyczarować tych przeklętych płomieni. Ich przywołanie było niewiarygodnie łatwe, ale kontrolowanie ognia praktycznie niemożliwe. Jedyne, co mogła zrobić, to bezradnie patrzeć na to widowisko, mając nadzieję, że Tom wie, co robi. Inkantację zakończył jednym, prostym cięciem różdżki, a powietrze wokół czubka zapłonęło. W ciągu kilku sekund iskra urosła i zamieniła się w szalejącą ścianę ognia. Płomienie ryczały wściekle, wznosząc się tak wysoko, że prawie sięgały kamiennego sufitu. W pewnym momencie gęsty dym zaczął zmieniać religijny mural na osmolony, a Hermiona uniosła ręce ku twarzy, aby osłonić się przed rozprzestrzeniającym się gorącem. Zmrużywszy oczy, zobaczyła Riddle’a stojącego dosłownie przed wrotami piekieł, pozornie niezrażonego żywiołem, który wypuścił na wolność. Miał przygotowaną w pogotowiu różdżkę, na jego ustach błąkał się demoniczny uśmieszek, zaś krwistoczerwone oczy pieszczotliwie wpatrywały się w szalejące płomienie. Czarna magia wiła się i prężyła wokół niego, przyklaskując pożodze. Zimny dreszcz przebiegł jej po kręgosłupie, kiedy zobaczyła, jak tak naprawdę wyglądał Tom na tle płonącego kościoła. Zdecydowanie nie był kimś, kogo chciałaby spotkać po drugiej stronie barykady.

Z ledwością mogła dostrzec Gellerta Grindelwalda. Zadrżała, zapatrzona w ogień, ze świadomością, iż to magia podsyca płomienie, nadają im kształt. Najczęściej przybierały zwierzęcą formę, bliżej niezidentyfikowaną, bowiem pyski kreatur były wykrzywione i ohydne. Wszystkie krzyczały z wściekłości, pragnąc żywcem pożreć swą ofiarę. Szkarłatne oczy Riddle’a również płonęły z radości, podczas gdy zaklęcie, które rzucił, groziło spopieleniem budynku, w którym się we trójkę znajdowali.

Wyglądało na to, że ma pełną władzę nad pożogą, bowiem ani przez chwilę się nie zawahał. Rozwścieczone ogniste demony naginały się względem jego woli. Hermiona miała wrażenie, że przez ten koszmar słyszy wesoły śmiech, ale nie była tego w stu procentach pewna. Tom machnął różdżką i ściana ruszyła w stronę Grindelwalda, szybko go okrążając. Mściwe płomienie wyciągały swe pajęcze palce, pragnąc wciągnąć ofiarę do czyśćca. Dziewczyna wstrzymała oddech, widząc, jak bezbarwna magia Gellerta podejmuje desperacką walkę.

Takiej śmierci nie życzyła nikomu, nawet największemu wrogowi. Tylko mroczny czarodziej mógłby użyć równie potężnej magii. Zaniepokojona, spojrzała na ślizgona, który z przyjemnością wypisaną na twarzy przyglądał się, jak płomienie tańczą i próbującą spalić Grindelwalda żywcem. W tym momencie dym był tak gęsty, że przesłaniał jej widok, dlatego też nie mogła zobaczyć prób obrony przeciwnika. W zamian skupiła się na swoim chłopaku, który uśmiechał się złośliwie i patrzył, jak ogień, który wyczarował, trawi ostatnie cząstki magii, będące obroną Gellerta. Zanim jednak nastąpiło unicestwienie bariery, mężczyzna zabrał głos.

Incende quod tu obedivit.

Wtem bezbarwna moc nagle nabrała siły. Nie zniszczyła Szatańskiej Pożogi, ale doń dołączyła. Z początku podjęła walkę, ale potem wszystko się zmieniło — płomienie zaprzestały prób spopielenia celu i odwróciły się ku czarodziejowi, który je przywołał. Skonfrontowany z własną klątwą, Tom cofnął się o krok. Hermiona zacisnęła dłonie w pięści tak mocno, że wbiła sobie paznokcie w skórę. Była chora z niepokoju. Chociaż próbował odzyskać kontrolę nad ogniem, demony nie dały się uspokoić, przypuszczając atak za atakiem. Naprawdę mało brakowało, aby zniszczyły ochronę, którą wzniósł ślizgon. Wreszcie ze wściekłą miną przeciął różdżką powietrze i odwołał Szatańską Pożogę. Ogniste płomienie zawyły z gniewu, gdy zostały pozbawione mocy. Z głośnym sykiem eksplodowały, pozostawiwszy po sobie zaledwie kościelne zgliszcza.

Kiedy ogień zniknął, znów mogła zobaczyć Grindelwalda. Uśmiechał się drwiąco i chociaż podłoga wokół niego była poczerniała, miejsce, w którym stał, pozostało nienaruszone. Mimo że sprawiał wrażenie zwycięzcy, nawet z oddali było widać, że ogień poparzył mu lewą dłoń.

— Całkiem zmyślnie, chłopcze — podsumował z chłodem w głosie. — Śmiem jednak twierdzić, że podjąłeś daremne wysiłki.

To powiedziawszy, wystrzelił ku Tomowi strumień żółtego światła. Hermiona tym razem nie czekała, czy zdoła się obronić, tylko wkroczyła do akcji. Zacisnęła z bólu zęby i machnęła ręką, czym wyczarowała przed nim chmurę skumulowanej magii. Gdy klątwa zderzyła się z obłokiem, została weń wessana. Widząc, że jego atak został odparty, Grindelwald spojrzał na nią uważnie. Była zaskoczona, gdy zobaczyła w jego chłodnych oczach coś na kształt nuty sympatii. Ten blask zniknął, kiedy ponownie skupił się na Riddle’u.

— Zyskałeś wsparcie. — Uśmiechnął się z pozoru łagodnie, ale wiedziała, że było zupełnie odwrotnie. — Sprawiedliwie byłoby, gdybym również otrzymał protekcję. — Machnął różdżką, a wokół niego zebrała się i zaczęła wirować magia. Hermiona zacisnęła usta, gdyż rozpoznała te ruchy i okrąg — znów przyzywał harpię. Wkrótce w powietrzu rozległ się charakterystyczny trzask, a z portalu wypłynęła falami mroczna moc. — Ligeia! — dodał czarodziej, ewidentnie zadowolony.

Nie minęło wiele czasu, nim Hermiona zobaczyła wyłaniającą się z przejścia postać. Wiedziała, kogo powita ten świat. Gdy istota się pokazała, zamrugała ze zdziwienia, bowiem z portalu wyłoniła się piękna kobieta, w niczym nieprzypominająca uskrzydlonej demonicy, z którą musiała się wcześniej zmierzyć. Miała popielatoblond włosy, opadające jej falami na plecy, a na czubku głowy wianek z kwiatów. W dłoni trzymała małą, skromną harfę. Uśmiechała się ponętnie, naga i powabna. Promieniowała jakimś dziwnym złotym blaskiem oraz hipnotyzowała kocim spojrzeniem. Gdy postawiła stopy na podłodze, natychmiast skoncentrowała się na ślizgonie.

— Znam cię — powiedziała śpiewnym tonem i ruszyła ku niemu. Wyglądała, jakby unosiła się nad ziemią, a nie po niej stąpała. — Tom Marvolo Riddle — dodała, gwoli wytłumaczenia, a potem się roześmiała.

DeCerto widziała, że zacisnął dłoń na uchwycie różdżki, ale powstrzymał się od przypuszczenia ataku, zapatrzony w tę kobietę, jakby był nią zauroczony. Oczywiście, połowicznie mogła to zrozumieć, ponieważ blondynka była naprawdę przepiękna, niemniej jednak wciąż stali pośrodku pola bitwy. Powinien wziąć się w garść, pomyślała, szczerze zirytowana postawą, którą prezentował. Naturalnie, chłopak nie zauważył oburzonego spojrzenia, którym go obrzuciła, zbyt zafascynowany przywołaną pięknością.

— Czy wiesz, kim jestem, Tomie Marvolo Riddle’u? — zapytała głosem słodkim niczym miód, a ślizgon potrząsnął głową. — Żaden problem. — Uśmiechnęła się czarująco, co sprawiło, że nawet Hermionie przebiegł po kręgosłupie przyjemny dreszcz. — Moje imię nie ma najmniejszego znaczenia. Ważne jest jednak to, co mogę dla ciebie zrobić. — Zrobiła krok naprzód, a szmaragdowozielone oczy zabłyszczały. — Jestem wszechwiedząca. Nic na tym świecie nie ukryje się przed moim wzrokiem. Widzę przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. — Zaśmiała się uwodzicielsko i zaczęła bawić strunami harfy. — Wysłuchaj mej pieśni. Usłyszysz w niej samą prawdę.

Z niepokojem obserwowała, jak różdżka Toma wysuwa mu się z uścisku i grozi upadkiem na podłogę, podczas gdy Grindelwald, ewidentnie zadowolony, bawił się swoją. To wystarczyło, aby poczuła się zmotywowana. Zacisnąwszy zęby, chwiejnie podniosła się z ziemi. Plecy straszliwie jej dokuczały, a w głowie wirowało, jednakże wiedziała, że musi zignorować własny ból. Szczerze mówiąc, cierpienie okrutnie przypominało jej, że stworzenia przyzwane przez przeciwnika są szalenie niebezpieczne i nie należy opuszczać przy nich gardy.

Machnęła ręką i wyczarowała olbrzymią świetlistą barierę pomiędzy Tomem a uwodzicielką, dzięki czemu kobieta wreszcie zarejestrowała jej obecność. Spojrzenie, którym została obrzucona, tylko dodało jej sił. Szczęśliwie, czarny splot pomógł zwalczyć zawroty głowy. Najprawdopodobniej została uznana za niegodną poświęconego czasu, bowiem kobieta szybko skupiła się z powrotem na Riddle’u. Uśmiechnęła się kusząco, zrobiła krok naprzód i dotknęła dłonią tarczy. Gdy ta po prostu opadła, Hermiona prawie wytrzeszczyła oczy.

Ślizgon stał w bezruchu, zapatrzony w stojącą tylko metr od niego kusicielkę. Serce dziewczyny ścisnęło się ze strachu, zwłaszcza że zauważyła pierwszą zmianę. Ręka istoty od łokcia w dół pokryła się srebrzystymi rybimi łuskami, a palce przeobraziły się w szpony, niebezpiecznie połyskujące w świetle. Tom niczego nie zauważył, ponieważ był zahipnotyzowany. Kobieta uśmiechnęła się uwodzicielsko i uniosła pazury, w pełni przygotowana do ataku. Odrzuciwszy wahanie, DeCerto poderwała się z podłogi i, ignorując ból pleców, ruszyła sprintem. Zanim chłopak padł ofiarą ostrych niczym brzytwa szponów, uderzyła go w bok i przewróciła na ziemię.

Syknęła z bólu, kiedy upadła na podłogę i mimowolnie wzmocniła uścisk. Spanikowana, zauważyła, że blondynka ponownie zaczyna czarować, bowiem kiedy podeszła bliżej, usłyszała cicho nuconą melodię, której towarzyszyły zawroty głowy. Bolesny upadek na kamienną posadzkę sprawił, że ślizgon drgnął, jakby wyrwany z odrętwienia, zamrugał i potrząsnął głową.

— Tom...?

Istota była już tuż–tuż, kiedy chłopak wrócił do rzeczywistości. Jego jasnoszare oczy ponownie przybrały krwistoczerwoną barwę, a magia szarpnęła się naprzód.

— Nie wiem, jak z nią walczyć — wyszeptała. — Zwyczajne zaklęcia nie działają.

Nie odpowiedział, tylko sięgnął do kieszeni szaty i wyciągnął z niej srebrzysty sztylet. Hermiona zamrugała, szczerze zdezorientowana, podczas gdy Tom wymamrotał pod nosem bliżej niezidentyfikowaną inkantację, wyraźnie oplótłszy ostrze czarną magię. Co właściwie planował? Tej kobiety nie sposób skrzywdzić żadną formą magii, w czym była bardzo podobna do wcześniejszej harpii.

Riddle zacisnął dłoń na rękojeści sztyletu i szybkim ruchem odrzucił go od siebie. O dziwo, nie był wymierzony w uwodzicielkę, a w Grindelwalda, który dotąd ze spokojem obserwował całe zajęcie, a teraz przestał się uśmiechać. Ostrze było wymierzone celnie, ale uderzyło we wzniesioną naprędce tarczę. Ostrym czubkiem przebiło się przez ochronkę, minęło ją i popędziło dalej. Zaskoczony Gellert próbował zrobić unik, ale nie był wystarczająco szybki. Sztylet przeciął mu ramię, skropił krwią i upadł na podłogę kilka metrów dalej.

W chwili, gdy pierwsze krople osocza dotknęły kamiennej płyty, blondyna zatrzymała się w miejscu, przestała się kusząco uśmiechać i śpiewać. Jej oczy natychmiast stały się matowe i pozbawione wszelkich emocji. Chwilę później rozbłysła jasnym światłem i zniknęła z kościoła. Tom podniósł się na nogi i pociągnął za sobą Hermionę.

— Jak trzeba nisko upaść, żeby zaprzęgnąć do pracy nawet biedną syrenę? — zapytał z szyderczym uśmieszkiem na twarzy.

Usłyszawszy jawną drwinę, Grindelwald wykrzywił się ze złości, a jego magia niebezpiecznie zapłonęła. Z morderczym wyrazem twarzy smagnął różdżką, wysyłając ku nim ogromną falę mocy. Unosił rękę prosto, aby podtrzymywać przepływ energii, co sprawiło, że dziewczyna mimowolnie się skuliła. Tom wycelował weń bronią, a z jej czubka wydobyła się ciemna tarcza, wspierana przez surową moc. Gdy zaklęcia się ze sobą zderzyły, sapnęła od nadmiaru nagromadzonych w powietrzu emocji. Obie magie zaczęły ze sobą walczyć, zderzać się i płonąć niemalże prawdziwym ogniem.

Czarna ochronka powoli traciła na swej sile, ponieważ Grindelwald miał kilkudziesięcioletnią przewagę. Najwyraźniej nie tracił czasu na bezczynne kręcenie się w kółko, a pogłębiał swą wiedzę i poprawiał umiejętności. Mimo to całkiem prawdopodobne, że przegrałby to starcie, gdyby nie wsparcie Czarnej Różdżki. Hermiona wiedziała, że miała rację, bo czuła w sobie połączenie z ciemnym splotem.

Wstrzymała oddech, kiedy zobaczyła pierwsze pęknięcia, a potem na moment przymknęła powieki. Zadrżała ze strachu i przysunęła się bliżej Toma. Była cholernie bezradna i sfrustrowana własną słabością. Chłopak warknął wściekle pod nosem, gdy się zorientował, że jego tarcza długo nie wytrzyma i popchnął ku niej większą ilość mocy. Niestety, to nadaremne, ponieważ drobinki magii Gellerta przeniknęły przez czarną obronę i gniewnie wdzierały się do środka.

Zostaną rozerwani na strzępy, gdy tylko tarcza upadnie.

— Nie wygram w ten sposób. Potrzebuję czegoś więcej — wyszeptał ślizgon, czym zwrócił na siebie uwagę. Wciąż trzymał uniesioną różdżkę, skoncentrowany jak nigdy dotąd i zapatrzony w przeciwnika po drugiej stronie. Zmarszczywszy brwi, zerknął w przelocie na dziewczynę, która zesztywniała, widząc niebezpieczny błysk w czerwonawych oczach. — Mógłbym spróbować... — powiedział ściszonym głosem, jakby rozważał możliwości. W chwili, kiedy podjął decyzję, znów spojrzał na Grindelwalda. — Wybacz, Hermiono — dodał z chłodem. — On używa Niezwyciężonej Różdżki, więc potrzebuję czegoś równie potężnego.

— Co takiego...? — zapytała, zaniepokojona barwą jego głosu i w przelocie zerknęła na Gellerta, który ciągle podtrzymywał swą klątwę. Był naprawdę straszliwym wrogiem, dzierżącym w dłoni jeden z najpotężniejszych magicznych artefaktów, jakie kiedykolwiek stworzono. — Nie dysponujemy podobną mu mocą — dodała z rozpaczą.

— Nie mówię o różdżce — odpowiedział. — Mam na myśli zamkniętą w niej magię.

Zamrugała, szczerze zdezorientowana. Skupiał się na mocy Czarnej Różdżki...? Owszem, była w niej, ale już próbowała swoich sił i czego nie wskórała.

— To bezużyteczne — odparła zgodnie z prawdą. — Nie jestem w stanie go pokonać, nawet przy pomocy tej magii. Już walczyłam i zawiodłam.

Twarz Toma wykrzywił nieprzyjemnym uśmieszek.

— Jesteś tylko naczyniem — podsumował.

— Co takiego...?

— Może i związałaś się z magią Ignotusa Peverella, ale nie jest twoją własnością — wytłumaczył.

Usłyszawszy to, prawie wytrzeszczyła oczy. W jej głowie pojawiły się potworne podejrzenia, których pewną część potwierdzenia znalazła w krwistoczerwonych oczach.

— Prawdziwa moc Niezwyciężonej Różdżki może być aktywowana wyłącznie przez jej prawowitego właściciela.

— Właściciela...?

— Owszem — mruknął, przez co zakręciło jej się w głowie. — Jesteś związana z tą mocą tylko ciałem, zaś ja duchem. Okiełznałem magię Ignotusa Peverella.

— Jesteś panem tej magii...?

— Nie ma potrzeby mnie tytułować — stwierdził z uśmiechem na twarzy, ponownie skoncentrowawszy się na Grindelwaldzie.

Hermiona napięła mięśnie, próbując ogarnąć wszystko, co właśnie usłyszała. Czy naprawdę straciła kontrolę nad czarnym splotem...? Tom przywłaszczył sobie jej magię...? Kiedy dokonał praktycznie niemożliwego? Czyżby wtedy, gdy przeprowadził prawie czarnomagiczny rytuał i pomógł jej odzyskać moc? Żołądek dziewczyny zacisnął się z nerwów, a olśnienie przyprawiło ją o lekkie mdłości.

Różdżka jest niczym bez Mistrza.

Czy jej kości były niczym drewno, z którego wykonano Czarną Różdżkę...? Stała się zaledwie narzędziem, będącym pośrednikiem między magią a czarodziejem?

Miała swojego właściciela...?

Z ledwością mogła złapać oddech.

— Czy ty wtedy...? — jęknęła. — Ten rytuał...?

— Odtworzyłem eksperyment Peverella. Związał swoją magię z drewnem i stworzył posłuszną mu Niezwyciężoną Różdżkę — wyznał, nawet na sekundę nie spuściwszy wzroku z Grindelwalda. — Tylko i wyłącznie jemu — dodał z chciwym błyskiem w oku.

— Chcesz powiedzieć, że... — urwała, nie mogąc wydusić słowa. — Mówisz, że jesteśmy w ten sposób związani...?

Wreszcie nań spojrzał, niestety, bez cienia skruchy.

— Tak — odparł zwięźle, na co gwałtownie wciągnęła powietrze, porażona powagą sytuacji. — Teraz, mój drogi magiczny przedmiocie, nadszedł czas, abym użył twej mocy.

Sapnęła, doświadczywszy równie wielkiej bezduszności. Potrząsnęła w niedowierzaniu głową, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami.

To po prostu niemożliwe.

— Dlaczego...?

Zacisnęła usta, gdy czarna tarcza niebezpiecznie się ugięła pod wpływem ataku Grindelwalda. Nie mogąc się powstrzymać, spróbowała się na nim skupić, ale miała niemały problem. Czarodziej roześmiał się dźwięcznie i zwiększył siłę natarcia, czym powiększył pęknięcia bariery.

— Naprawdę jesteś przekonany, że możesz wygrać to starcie? — zapytał z drwiną w głosie. — Zginiesz, chłopcze, a Hermiona będzie moja.

Z trudem przełknęła ślinę, bowiem dopiero teraz zrozumiała, czego w rzeczywistości chciał od niej Grindelwald. Czy podzieliła los Czarnej Różdżki? Czy w przyszłości również będzie rozchwytywana przez żądnych władzy i potęgi czarodziejów? Gdy zobaczyła szkarłatne tęczówki Toma, coś chłodnego osiadło jej na żołądku. Zwalczywszy następną falę mdłości, odepchnęła na bok zranione uczucia. To zdecydowanie nie był dobry czas na rozmyślanie o oszustwie, którego padła ofiarą. Została okłamana i wykorzystana w najgorszy możliwy sposób, ale musieli nawiązać współpracę, żeby wyjść z tego kościoła cało.

— Co zrobimy? — zapytała, w duchu przeklinając drżenie własnego głosu.

— Pokonamy go, naturalnie. — Uśmiechnął się arogancko.

Zmarszczyła brwi, widząc powoli kruszącą się czarną tarczę i spojrzała na przeciwnika, który wciąż trzymał oręż w górze i kontynuował atak z triumfalnym wyrazem twarzy.

W jaki sposób zwyciężyć?

Otworzyła usta, żeby zapytać o dokładniejsze instrukcje, ale wtem, bez żadnej zgody, jej magia została przywołana. Wybałuszyła oczy, ponieważ było to tak intensywne uczucie, że aż paliło. Moc wirowała wokół, silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Czuła dziwaczne przyciąganie względem Toma, co tylko potwierdzało wszystko, co powiedział. Nie minęło wiele czasu, zanim ich magie się połączyły, tworząc jedną potęgę. Sapnęła pod nosem, kiedy uczucie się zintensyfikowało, wciąż owinięte wokół prawowitego właściciela. Kamienna podłoga zaczęła pękać pod wpływem mocy, tworząc okrągłe wgłębienia wokół Hermiony. Im mocniej była związana z Tomem, tym stawała się silniejsza.

Czy to nadal była jej magia — obecnie dzika i niemożliwa do okiełznania? Trzaskała w powietrzu, wysuwając swe maski coraz to dalej i dalej, testując granice. Niczym dzika, gotowa do ataku bestia, ta moc wyła ze wściekłością i warczała, domagając się uwolnienia. Chciała polować na zwierzynę i rozkoszować się własną wielkością. Była nieokreśloną, potężną siłą, kierowaną przez czysty instynkt. Gdyby nie te przywary, można by ją nazwać nieokiełznaną, aczkolwiek niewinną.

Czuła się oszołomiona nowym doznaniem i w momencie zapragnęła, aby doń dołączyć. Pragnęła być wolna i pozbawiona wszelkich ograniczeń.

Mimo zwierzęcej natury, jej magia wciąż sięgała po Toma i go wzmacniała. Tańczyła figarnie, zapraszając do wspólnych wygibasów. Wtem Hermiona, obecnie ściśle związana ze swoim właścicielem, wyczuwała moc chłopaka jakby była jej własną. Dopiero teraz zrozumiała, jak był wyjątkowy. Jego magia była niepohamowaną siłą, nieskończoną i niezwykle mroczną. Brakowało jej niewinności. To wręcz niesamowite, jak łatwo mu przyszło zdominowanie tej straszliwej potęgi, rozdzierającej ją od środka. Moc nią szarpała, szukając słabego punktu, który mogłaby wykorzystać dla własnej korzyści. Gdy magia Toma owinęła się wokół jej umysłu, Hermioną zawładnął okropny chłód. Legilimencją kazała jej przejść do działania i przypuścić atak. Gdyby została pozbawiona wsparcia swego właściciela, z pewnością by się poddała. Szczęśliwie, była powstrzymywana przed utratą samokontroli.

Nie wiedziała, gdzie kończy się jej magia, a gdzie zaczyna jego. Wszystko zdawało się mieszać i łączyć. Ta nowa siła przekształciła się w coś nieskrępowanego, wspieranego przez mrok. Oddychała z trudem, chociaż pragnęła utonąć. Ponad chaosem, który groził wciągnięciem w głębiny, wyczuwała obecność drugiego człowieka, ot swojego właściciela, który sprawował władzę. Podczas gdy magia Hermiony była ognista i mogłaby wyrządzić jej krzywdę, dominująca obecność Toma przypominała lodowatą morską toń.

Była mu całkowicie podporządkowana. Mógł zrobić z nią, co tylko chciał, więc musiała wykazywać się posłuszeństwem. Co interesujące, chociaż miał pełną władzę, nie wydawał się skory do pokazania swej dominacji. Tom nie nadużywał podporządkowanej mu potęgi. Chociaż połączenie było silne, gdy podszedł bliżej, trochę się rozluźniło.

Wzięła głęboki, uspokajający oddech. Od nadmiaru emocji zmiękły jej kolana, ale spróbowała się pozbierać. Odwróciła głowę i zauważyła, że chłopak nań nie patrzył. Z przerażającym wyrazem twarzy spoglądał wprost na Grindelwalda. Usta wykrzywiał mu złośliwy uśmieszek i zadrżała, skonfrontowana z rubinową czerwienią tęczówek. Po raz pierwszy naprawdę poczuła siłę, która płonęła za tym karmazynowym kolorem.

Tom machnął różdżką, a nowa magia zaczęła falować, pragnąc natychmiast wypełnić wydane polecenie. Szeleściła zaciekle, wzmacniając czarną tarczę. Wszelkie pęknięcia zniknęły, zastąpione nową powłoką ochronną, dzięki czemu z łatwością odparła atak przeciwnika. Tom był cholernie zadowolony z osiągniętego rezultatu i rozbawiony zmaganiami wroga. W przeciwieństwie do niego Gellert przestał kipieć triumfem i musiał się wysilić, bowiem czoło zrosił mu pot. Ewidentnie walczył, aby utrzymać swój atak.

W szkarłatnych oczach błyszczała najprawdziwsza złośliwość, a Hermiona zadrżała, gdy poczuła szalejącą wokół agresywną magię. Jej własna z radością dołączyła do tego podniebnego tańca. Szczerze mówiąc, była rozdarta między potrzebą ukrycia się przed mrocznym czarodziejem, a pragnieniem połączenia sił i towarzyszenia Tomowi. Najprawdopodobniej potrafił rozczytać jej uczucia, albo miał doń wgląd, ponieważ w zaborczym geście przyciągnął ją bliżej i wzmocnił uścisk na talii.

— Jesteś naprawdę cudownym artefaktem — mruknął, po czym ukierunkował jeszcze więcej jej magii w stronę czarnej tarczy. Ta ochoczo wchłonęła moc i wybuchła jasnym, białym światłem. Fala uderzeniowa ogarnęła cały kościół, z łatwością rozbiła atak Grindelwalda i uderzyła w niego. Ochronił się tradycyjnym cyjanem, aczkolwiek został rzucony na przeciwległą ścianę.

Hermionie zakręciło się w głowie, a kiedy się ponownie skupiła, zerknęła na swojego chłopaka. Wciąż się złowrogo uśmiechał. Nie wiedziała, czy podoba jej się kontrola, którą nań sprawował, ale w tej chwili nie miała żadnego wyjścia.

— W porządku — stwierdził, puściwszy jej talię i zrobiwszy krok naprzód. — Czy zmieniłeś zdanie na temat dołączenia do mnie? — zapytał z udawaną grzecznością, ale usłyszał zaledwie pogardliwe prychnięcie. Zaśmiał się chłodno, zapatrzony w wymalowaną na twarzy rozmówcy wściekłość. — Nie? Jaka szkoda. — Machnął w skomplikowany sposób różdżką i skorzystał z przyciągania mocy. Otworzył nawet usta i wypowiedział pod nosem inkantację, co samo w sobie było czymś niezwykłym, bowiem najczęściej posługiwał się magią niewerbalną. — Tenebrae sum.

Magia nagięła się wedle jego woli, gdyż bez zezwolenia Hermiony z podekscytowaniem otoczyła cały kościół. Nie wiedziała, jakie konkretnie rzucił zaklęcie, bo nigdy wcześniej o nim nie słyszała. Wtem pomieszczenie ogarnęła nienaturalna ciemność. Wpadające przed okno światło stało się przytłumione, jakby na zewnątrz  zapała najprawdziwsza noc. Mrok był wręcz namacalny. Wyczarowany wcześniej patronus podbiegł do dziewczyny i zaczął ją okrążać, dzięki czemu cokolwiek widziała. Tom stał zaledwie kilka metrów dalej, pewny swego zwycięstwa, zaś Grindelwald przyjął postawę do pojedynku.

Czarnoksiężnik machnął różdżką i wystrzelił purpurową klątwę, która na moment rozjaśniła kościół. Chwilę później sięgnęła celu prosto w klatkę piersiową, ale nie wyrządziła mu najmniejszej krzywdy. Riddle stał nieruchomo i ze świstem szat zamienił się w czarny dym, dzięki czemu zaklęcie po prostu przezeń przeniknęło i zgasło, ponownie pogrążywszy pomieszczenie w ciemności.

Hermiona próbowała dostrzec gdzieś Toma, ale nie potrafiła, nawet nadwyrężywszy wzrok. Z pozoru stopił się z mrokiem, ale wiedziała lepiej, ponieważ wyczuwała jego obecność poprzez mentalne połączenie. Co więcej, nieustannie karmił się jej mocą. Najwyraźniej urok, który rzucił, wymagał o wiele większego nakładu magii i musiał być ciągle podtrzymywany. Miała podejrzenie, że nawet przy pomocy czarnego splotu w pewnym momencie zrezygnowałby z tej strategii, ponieważ była całkiem wykańczająca. Może to był właśnie powód, dla którego zaatakował Grindelwalda z pełną mocą.

Jęknęła, kiedy Tom sięgnął po więcej magii. Wokół Gellerta zebrała się ciemna mgła i przypuściła swój atak. Mężczyzna gorączkowo machał różdżką, chcąc się wyzwolić, ale zabrakło mu sił, aby przełamać ciemność. Cyjanowa tarcza natychmiast ruszyła mu na ratunek, ale została otoczona przez mrok. Unieszkodliwienie jej wymagało znacznie większego pokładu mocy, przez co Hermionie zrobiło się słabo. W momencie zmiękły jej kolana i prawie by upadła na ziemię. W duchu liczyła, że to starcie zakończy się, zanim straci przytomność i przestanie być przydatna. Szczęśliwie, wkrótce bariera zaczęła się kruszyć i zamigotała pod wpływem nieustannego natarcia. Nawet Czarna Różdżka nie mogła pomóc swojemu właścicielowi, kiedy tarcza roztrzaskała się na kawałeczki.

Gellert stęknął z bólu, gdy dym nań napadł. Na jego skórze znikąd pojawiły się głębokie, krwawiące rany. Opadł na kolana, powalony cierpieniem, a mimo to uniósł w obronie oręż.

Zacisnęła zęby z nadzieją, że to wystarczy, aby stąd uciec. Z niepokojem obserwowała, jak mroczna mgła bezlitośnie kontynuuje swoje natarcie, zadając celowi kolejne obrażenia.

Wtem Grindelwald wystrzelił krwistoczerwoną klątwę, która znów tylko na chwilę rozproszyła ciemność. W przeciwieństwie do poprzedniej jednak nie rozpłynęła się w powietrzu, bowiem nie była wycelowana w dym, a w Hermionę. Patronus zareagował błyskawicznie. Skoczył naprzód i przyjął na siebie ciężar ataku. Gdy oba zaklęcia się zderzyły, eksplodowały i zniknęły. Odepchnięta przez wybuch, dziewczyna upadła na podłogę, przejechawszy po kamiennej posadzce poranionymi plecami. Nie próbowała się podnieść i po prostu dalej leżała, tym razem w prawdziwej agonii. Niewiele widziała, ponieważ wzrok zaczął jej się rozmazywać. Zanim zdążyła stracić przytomność, poczuła powrót swojej magii, co trochę oczyściło jej głowę i rozjaśniło myśli. Sekundę później została złapana za ramiona.

— Hermiono?

Otworzyła oczy, wciąż zbolała i spojrzała na zmartwioną twarz Toma. Zakończył swą klątwę, ale oddychał z trudem, zupełnie jakby przebiegł maraton. Ostrożnie usiadła na podłodze i, potrząsnąwszy głową, zobaczyła, że chłopak znów staje twarzą w twarz z Grindelwaldem. Mimo że mocno krwawił, czarnoksiężnik trzymał się całkiem dobrze, gdyż nie upuścił swojej broni. W jego oczach pojawił się iście morderczy błysk, a potem powietrze przecięło gniewne, żółte przekleństwo.

Zachłysnęła się, kiedy zrozumiała, że ponownie padła celem klątwy. Zamrugała, zauważywszy coś dziwnego. Z czubka Czarnej Różdżki wydobywało się inne, prawie niewidoczne światło, widziane zaledwie jako drgania powietrza.

Zareagowała instynktownie. Gdy Tom posłał ku niej strumień magii, szybko uniosła ręce i złożyła je niczym do modlitwy. Następnie rozsunęła dłonie i wyczarowała grubą tarczę, w pełni przygotowaną do obrony przed żółtą klątwą, ale również drugim, bardziej podstępnym atakiem. Na sekundę przed tym, jak pierwsze przekleństwo weń uderzyło, zarejestrowała triumfalny błysk w oczach przeciwnika i zrozumiała, że coś było nie w porządku. Właśnie wtedy zaklęcia zmieniły swój kierunek. Ominąwszy ochronę, którą naprędce wzniosła, poszybowały w stronę Toma. Jasnoszare oczy rozszerzyły się ze zdziwienia, bo chłopak nie spodziewał się podobnego obrotu sytuacji. Natychmiast machnął różdżką i wyczarował własną tarczę, aczkolwiek nie była na tyle silna, żeby odeprzeć klątwę. Hermiona desperacko spróbowała posłać ku niemu wiązkę magii, ale było na to za późno. Żółty urok przebił się przez osłonkę z głośnym trzaskiem, torując drogę drugiemu zamaskowanemu zaklęciu. Serce dziewczyny ścisnęło się ze strachu, bo zrozumiała, iż widziała te drgania tylko i wyłącznie dzięki mocy Ignotusa Peverella, co zaś znaczyło, że Tom był ich nieświadomy. Naturalnie, był bardzo zaskoczony, kiedy oberwał.

— Nie! — krzyknęła, patrząc, jak urok uderza go prosto w klatkę piersiową, tworząc głęboką ranę, która odrzuciła go na bok. Czym prędzej ku niemu pospieszyła. Upadła na kolana i szybko machnęła ręką, wznosząc wokół nich następną tarczę, ot na wszelki wypadek. Podejrzewała, iż Grindelwald nie zaprzestał swojego natarcia, co udowodniło jej następne uderzenie w barierę. — Tom! — szepnęła ze zgrozą i pociągnęła go za ramiona do pozycji siedzącej.

Jęknął z bólu i dotknął swej piersi. Koszulę miał mokrą od krwi, ale nie to było najgorsze. Sapnęła z przerażenia, kiedy zobaczyła chorobliwie zieloną poświatę wokół brzegów urazu. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że otrzymał właśnie przeklętą ranę.

— Tom! — powtórzyła.

Spojrzał na nią. Chociaż w oczach wciąż płonął mu karmazyn, dostrzegła również sporo bólu. Zadrżała, kiedy poczuła, że ich połączenie słabnie. Wyglądało na to, że był zbyt słaby i wyczerpany, żeby podtrzymać więź.

— Zostań ze mną! — dodała, spanikowana.

Uśmiechnął się bez większego przekonania.

— Jakbym kiedykolwiek pozwolił ci uciec — wyszeptał zachrypniętym głosem.

Szalała z niepokoju, zwłaszcza że więź ulegała osłabieniu. Im bardziej się wycofywał, tym mniej panowała nad własną magią, uwolnioną na potrzeby sytuacji. Bez odpowiedniego przewodnictwa stawała się coraz to dziksza, co groziło nawet rozerwaniem na strzępy od środka.

Wzięła głęboki, uspokajający oddech i ponownie skoncentrowała się na chłopaku. Tracił naprawdę dużo krwi, co skutkowało tym, że powoli traciła kontrolę nad otaczającym ją wirem magii. To było szalenie niebezpieczne. Nie mogła zatracić się w swoich emocjach, bo to oznaczałoby pewną zgubę. Zdeterminowana, odepchnęła od siebie zmartwienie i uczuciowy bagaż. Oczyściwszy myśli, zerknęła na ślizgona i zauważyła, że odwzajemnił spojrzenie.

Potrzebuję twojej pomocy, pomyślała, postawiwszy na mentalne połączenie.

Uśmiechnął się arogancko i wyciągnął ku niej rękę. Wciągnęła gwałtownie powietrze, kiedy poczuła falowanie mocy i odprężyła się, gdy została otoczona dodatkową osłoną. Ich magie się zmieszały, dzięki czemu nie musiała walczyć o zachowanie samokontroli. Odzyskała wewnętrzny spokój, dlatego też nabrała pewności, iż nie zostanie złamana i wypatroszona. Moc, wcześniej podporządkowana komuś innemu, teraz czekała na jej rozkaz.

Nie, jest inaczej, pomyślała i prawie się wzdrygnęła, zobaczywszy zarozumiały uśmieszek na ustach chłopaka. Nawet najwspanialszy magiczny przedmiot jest niczym bez swojego pana.

Mimowolnie się uśmiechnęła, gdy dostrzegła jego pokręcone samozadowolenie.

— Mam nadzieję, że zdołasz mnie okiełznać, mistrzu — powiedziała protekcjonalnie.

— Skończ się martwić, najdroższa — odparł, zrozumiawszy przesłanie, mimo że całkiem dobrze zamaskowała swój strach.

Wtem wyczuła następną nadlatującą klątwę. W momencie zneutralizowała tarczę i odparła przekleństwo. Z niechęcią puściła Toma i podniosła się z ziemi, stając twarzą w twarz z Grindelwaldem. Czarodziej ciężko oddychał i wciąż krwawił po tamtym imponującym ataku, co znacząco wpłynęło na jego zachowanie. Zamiast tradycyjnego, uprzejmego uśmiechu na twarzy, paskudnie się krzywił. Wysunęła się naprzód, ot tak na wszelki wypadek.

— Muszę przyznać, że zostałaś całkiem nieźle wyszkolona — powiedział ostrzejszym głosem, patrząc nań z chłodem. — Mam nadzieję, że i dla mnie będziesz tak zaciekle walczyć.

Zacisnęła zęby.

— Nigdy!

— Jakbyś miała wybór. — Wybuchnął śmiechem i machnął różdżką, chcąc uwięzić dziewczynę swoją magią. Niestety, nie poskutkowało. — Wiesz, że nie potrzebuję się z tobą ścierać, moja droga — dodał, kiedy wyczuł jej obronę.

Hermiona zneutralizowała atak.

— Mówisz tak tylko dlatego, bo wiesz, że zaraz przegrasz — syknęła, nie mogąc utrzymać swojego temperamentu na wodzy.

— Nie. — Potrząsnął głową. — Mogę cię zranić, a tego wolałbym uniknąć.

W odpowiedzi rzuciła w niego klątwą, ale została zablokowana bez żadnego wysiłku. Wtem się doń uśmiechnął, na poły łagodnie, na poły drwiąco. Jej serce zamarło, gdy uzmysłowiła sobie, że aż za dobrze poznała to przeklęte, zielone światło unoszące się w powietrzu. Avada Kedavra była nie do zatrzymania. Spanikowała, kiedy zobaczyła, że nie ona była celem, a Tom, który wciąż leżał na podłodze. Zareagowała instynktownie. Machnęła dłonią w kierunku chłopaka, a magia zrobiła swoje i odepchnęła go na bok. Jęknął z bólu, gdy uderzył o kamienną posadzkę, ale przynajmniej był żywy. Zaledwie sekundę później klątwa zabijająca roztrzaskała kamień w miejscu, gdzie przed momentem leżał.

Moc Hermiony zawyła w proteście, bowiem istniało prawdopodobieństwo, że odpowiadała za zwiększenie się krwotoku. Odrzuciwszy wyrzuty sumienia, dziewczyna spojrzała z powrotem na przeciwnika, który dalej z niej drwił, w pełni przygotowany do wyprowadzenia następnego ataku. Stanęła przed Tomem, aby w razie potrzeby móc zasłonić go własnym ciałem. Wiedziała, że od utraty samokontroli powstrzymywało ją tylko luźne połączenie, jakie zawczasu nałożył na zdziczałą magię. Emocjonalne pobudzenie infekowało jej myśli, co zaś sprawiało, że wszystko się mieszało. Wściekłość pulsowała w niej tak mocno, że miała ochotę rzucić się na Grindelwalda i rozerwać go na strzępy gołymi rękoma.

W międzyczasie Tom chwiejnie usiadł na podłodze. Wciąż szargał nim ból, a mokra od krwi koszulka przylepiła mu się do piersi. Oddychał z większym wysiłkiem, a mimo to spojrzał na Hermionę. Jeszcze nigdy nie była piękniejsza. Wokół niej trzaskała czysta, niczym niezmącona magia, śpiewając w powietrzu. Dzięki więzi, którą nawiązali, odczuwał ją intensywniej, aniżeli wcześniej. Wiedział, że był potrzebny, ponieważ moc dziewczyny aż krzyczała o pomoc w zachowaniu kontroli. Prawdę powiedziawszy, nigdy nie spotkał się z czymś podobnym. Miał w swoich rękach najprawdziwszy skarb i mógł rozkoszować się poczuciem niezachwianej lojalności. Zdołał się uśmiechnąć, pomimo okropnego bólu w klatce piersiowej.

Magiczne połączenie sprawiało, że mógł czuć targające Hermioną emocje. Gdy przymknął powieki, rozróżnił strach i potrzebę opiekuńczości, ale przede wszystkim wściekłość. Jej magia była napędzana niczym innym, jak gwałtownym pragnieniem zemsty, co idealnie odzwierciedlały jej zmarszczone brwi i wykrzywione w gniewie usta. Praktycznie mordowała Grindelwalda wzrokiem. Tom z zafascynowaniem patrzył, jak wyciąga przed siebie prawą rękę, a dłoń kieruje ku podłodze. W jego kierunku wystrzeliła nić mocy z prośbą o przyzwolenie na atak. Oczywiście, wyraził zgodę. Zdecydowanie nie chciał przegapić cudownego widoku w postaci rozgniewanej kochanki, wyładowującej swą złość na kimś innym, aniżeli on.

Warknęła z wściekłości, zapatrzona w przeciwnika. Uniosła rękę i pozwoliła, aby magia powędrowała ku jej dłoni. W głębi umysłu wciąż słabo wyczuwała obecność swojego właściciela, ale wystarczająco, aby poczuła się uspokojona. Skumulowała moc bezpośrednio pod dłonią, rozłożyła palce i uformowała magię w srebrzysty nóż o ostrym, siedmiocalowym ostrzu. Następnie chwyciła za rękojeść i cisnęła bronią w Gellerta. Ten machnął różdżką, aby osłonić się przed atakiem, ale wspomagany wściekłością sztylet z łatwością przebił się przed naprędce wzniesioną tarczą i zanurzył się w ciele wroga. Sekundę później rozpłynął się w powietrzu, a czarodziej syknął z bólu. Krew trysnęła mu z brzucha, więc przycisnął rękę do rany, aby przynajmniej chwilowo zatamować krwawienie. Ewidentnie był zdziwiony tym, co właśnie zaszło. Nie spodziewał się takiego rozwoju sytuacji.

Salus est in mortem — wyszeptał, smagnąwszy orężem.

Gdy wypowiedział inkantację, cząstka jego magii została wessana w podłogę. Chociaż cmentarz znajdował się na zewnątrz, pochowani na poświęconej ziemi duchowni i szlachcice z dawnych czasów postarali się, że zostaną pogrzebani w środku kościoła, aby być bliżej pana, którego wyznawali. Ich szczątki spoczywały w krypcie, wzniesionej bezpośrednio pod kamiennymi podłogowymi płytami. Życie dawno opuściło ich ciała, ale mimo to zareagowali na wezwanie Grindelwalda. Otwór prowadzący do krypty znajdował się w nawie kościoła, bardzo blisko ołtarza, a podczas pojedynku drzwi zostały częściowo zniszczone.

Hermiona z przerażeniem obserwowała, jak z podłogi wychodzą zgniłe zwłoki w różnym stopniu rozkładu. Na chwilę obecną zobaczyła pięć inferiusów, ale kto wie, ilu jeszcze skrywało podziemie. Dwoje zmarło dawno, dawno temu, gdyż wynurzyli się z ciemności jako wysuszone mumie, pozbawione bandaży, które skrywałyby ich rozpadające się i ukruszone kości. Najprawdopodobniej były utrzymywane w całości wyłącznie dzięki magii, która ich tutaj przyzwała. Pozostała trójka zmarła stosunkowo niedawno. Wciąż mieli na sobie gnijące resztki ubrań i wysuszoną, woskową skórę, naciągniętą na szkieletowe ciała. Wszyscy patrzyli nań pustymi oczodołami, ot czarnymi, jakby bezdennymi dziurami. DeCerto cofnęła się o krok, wystraszona pokazem mocy przeciwnika. Nigdy wcześniej nie widziała, żeby ktoś z taką łatwością przywołał zmarłych. To tylko potwierdzało mit krążący wokół Czarnej Różdżki — umożliwiała dokonanie niemożliwego i nie miała żadnych ograniczeń. Szczęśliwie, niegdyś walczyła z inferiusami i wiedziała, że byli naprawdę trudni do pokonania. Nie sposób ich zniszczyć, ani zranić żadną magią, ponieważ przynależeli do świata zmarłych, nie żywych. Ogień mógł ich opóźnić, ale nie zatrzymać natarcie. Aby przełamać zaklęcie, należało zwyciężyć czarodzieja, odpowiedzialnego za wskrzeszenie.

Zerknęła nerwowo na Toma. Wciąż klęczał na podłodze, przyciskając jedną rękę do krwawiącej klatki piersiowej; drugą trzymał wyciągniętą przed siebie, aby podtrzymywać połączenie. Od jakiegoś czasu drżał z wysiłku i był bardzo blady, więc to oczywiste, że niedługo straci przytomność i zostanie pozostawiona sama sobie. Musiała szybko pokonać Grindelwalda, bo miała na to szansę tylko dopóki jej magia była kontrolowana przez właściciela — polegnie bez aktywowanej więzi.

Czerpiąc z obu mocy, skrzyżowała ręce na piersi. Sekundę później rozrzuciła je na boki i cisnęła pierwszą niszczycielską falą w przywołane inferiusy. Magia uderzyła w martwe ciała i odepchnęła je na boki. Na pergaminowej skórze pojawiły się głębokie cięcia, które z pewnością zabiłyby żyjącą osobę, jednakże zwłoki wciąż parły naprzód.

Hermiona wciągnęła głęboko powietrze. Byli tuż–tuż, a walce wręcz nie miała najmniejszych szans. Co więcej, Tomowi naprawdę kończył się czas, więc nie powinna niczego przedłużać. Musiała szybko pokonać inferiusy i Grindelwalda. Zamknęła na moment oczy i skoncentrowała się na walczących w powietrzu różnych mocach. Bezbarwna, potężna masa należała do Gellerta, zaś mroczna, obecnie słabsza do Toma po prawej stronie. Ostatnie źródło znajdowało się pomiędzy nią a wrogiem. Najprawdopodobniej wyczuła w ten sposób mroczną obecność nieumarłych. Nie uniosła powiek, bowiem skoncentrowana na inferiusach, zgromadziła wokół nich swoją magię. Gdy zostali otoczeni chmurą, przypuściła atak i pozwoliła, by wniknęły weń niezliczone ilości cienkich nitek mocy.

Gdy otworzyła oczy, wciąż się zbliżali, jednakże ich ciała były penetrowane od wewnątrz. Uniosła obie ręce i ugięła palce, niczym najprawdziwsze szpony, a pajęczyna przyczepiła jej się do opuszków. Trupy zastygły w bezruchu, dzięki czemu wcieliła się w rolę sprytnego marionetkarza, pociągającego kukiełki za niewidzialne sznurki. Odpowiednio poruszyła palcami, a inferiusy się odwróciły. Chwilę później wydała polecenie zaatakowania Grindelwalda. Tyle dobrego, że przywołane istoty nie posiadały wolnej woli i nie znały słowa lojalność — bez wahania rzuciły się w stronę nowo wyznaczonego celu.

Niestety, była to ich ostatnia deska ratunku, gdyż najprawdopodobniej nie będą mogli sobie pozwolić na następną próbę. Hermiona z sekundy na sekundę traciła coraz to więcej mocy, a przez to, że Tom się wykrwawiał na podłodze, mieli ograniczony czas na zwycięstwo. Szczęśliwie, wróg również nie był w najlepszej formie.

Zgięła serdeczny palec lewej ręki i inferius, który stanowił zlepek pokruszonych kości, rzucił się naprzód. Uniósł prawie ramię, nie przejmując się faktem, iż brakowało mu kości promieniowej i częściowo ramiennej, po czym się zamachnął. Czarnoksiężnik jęknął z bólu, gdy został zraniony w pierś, ale zanim kościotrup wyprowadził następny atak, machnął różdżką i odesłał go w niebyt. Widząc to, dziewczyna pociągnęła magicznie sznurki i przypuściła zmasowany atak. Grindelwald zdołał zniszczyć jeszcze jednego, a potem został zepchnięty pod ścianę kościoła. Było jasne niczym słońce, że z trudem trzyma Czarną Różdżkę. Aby utrzymać się na nogach, musiał znaleźć sobie oparcie. Dostrzegłszy niepowtarzalną okazję, Hermiona rozkazała inferiusowi w długiej, niegdyś wspaniałej szacie, sięgnąć ku jego oczom. Kiedy uniknął okaleczenia, posłała ku niemu pozostałych nieumarłych. Gdy jeden ze stworów go ścisnął, odmówiwszy tym samym możliwości nabrania powietrza, krzyknął z bólu, podczas gdy drugi, mający na sobie szczątki mnisiego habitu, chwycił go za ramiona i otworzył paszczę, żeby zatopić zgniłe zęby w jego szyi.

Zdesperowany, Gellert machnął różdżką. Chwilę powalczył, ale zdołał odwołać swoje zaklęcie. Inferiusy z powrotem stały się zwyczajnymi zwłokami i bez życia przewróciły się na podłogę. Nici, które dawały dziewczynie kontrolę, zostały natychmiastowo odcięte, przez co cofnęła się o krok. Czarnoksiężnik chwiejnie oparł się plecami o kamienną ścianę, cały pokrwawiony i wytarmoszony. Mimowolnie odczuła ulgę, zrozumiawszy, że przez osłabienie nie będzie w stanie stawiać większego oporu. Wystarczy jedna, silniejsza klątwa, a wreszcie zakończą to starcie.

Uniosła rękę, aby rzucić zaklęcie, ale właśnie wtedy Grindelwald sięgnął do kieszeni spodni, wyciągnąwszy nieśmiertelnik zawieszony na z pozoru kruchym łańcuszku. Wciągnęła ze świstem powietrze, rozpoznawszy w nim świstoklik, którego używali jego żołnierze w sytuacji zagrożenia życia. Mężczyzna uniósł blaszkę do ust i coś wyszeptał pod nosem. Zawieszka zapłonęła niebieskim światłem, ale Gellert nie zniknął. Zamiast tego w kościele rozległo się kilka charakterystycznych pyknięć. W momencie zostali otoczeni przez grono czarodziejów w czarnych płaszczach — na każdej szyi był zawieszony nieśmiertelnik. Naliczyła łącznie dziesięć osób. Co gorsza, wszyscy zgodnie wycelowali w nią i Toma.

Wymierzyła sobie mentalnego kopniaka i przeklęła głupotę. Zupełnie się nie spodziewała, że Grindelwald zwoła posiłki. Mogła przewidzieć tę opcję, bowiem stawka była zbyt wysoka, żeby postawić wszystko na jedną kartę i przestrzegać zasad pojedynków. Prawdę powiedziawszy, byłby najprawdziwszym idiotą, gdyby zbiegł z pola bitwy, nie wykorzystawszy asów z rękawa. Oczywiście, sama również skorzystałaby z podobnej możliwości.

Niestety brak mi armii na rozkazy, pomyślała ponuro, patrząc, jak jeden z żołnierzy wysuwa się naprzód. Miał rude włosy i nosił okulary. O ile dobrze pamiętała, nazywał się Rousseau.

— Jesteś ciężko ranny, dowódco? — zapytał, naprędce ogarnąwszy wzrokiem jego obrażenia.

— Ucierpiała wyłącznie moja duma. — Uśmiechnął się w odpowiedzi Grindelwald i przyjął pomocą rękę.

— Jakie są rozkazy?

— Schwytać dziewczynę. — Machnął dłonią w kierunku Hermiony.

— Co z chłopakiem?

— Zabić. Nie jest nam potrzebny.

Serce załomotało jej w piersi. Z trudem oderwała wzrok od czarnoksiężnika i skoncentrowała się na podchodzących bliżej żołnierzach. Natychmiast podbiegła do ślizgona i szybko wzniosła tarczę. Miała szczęście, bowiem sekundę później uderzyły weń pierwsze klątwy. Jeżeli wcześniej myślała, że znalazła się w niebezpieczeństwie, była w błędzie. Dopiero teraz wpadli w prawdziwe kłopoty.

Wtem straciła kontrolę nad swoją magią. Z paniką odwróciła głowę i spojrzała na Toma. Leżał na podłodze w ciągle się powiększającej kałuży krwi, blady niczym śmierć i z zamkniętymi oczami. Łączące ich magiczne połączenie uległo znacznemu rozluźnieniu, dzięki czemu wiedziała, że zaledwie sekundy dzieliły go od utraty przytomności. Przygryzła dolną wargę, zapatrzona w gotowych do ataku żołnierzy. Nie miała najmniejszych nadziei na pokonanie Grindelwalda, ale nie zamierzała się poddawać. Uformowała magię w ostatnie zaklęcie, będące najsilniejszą tarczą, jaką posiadała w swoim arsenale.

Protegat nos — wyszeptała, uprzednio wyciągnąwszy palec wskazujący. Wskazała nim na kamienną podłogę, a z opuszka wystrzeliła cienka, złotawa poświata. Gdy dotarła do płyty, utworzyła pierścień ochronny.

Hermiona opadła na kolana i przycisnęła Toma do piersi. Kiedy to zrobiła, poczuła, że zwiotczał, a jego głowa bezwładnie opadła jej na ramię. Natychmiast wyczuła różnicę w poziomie swojej mocy. W ostatnim desperackim ruchu podjęła walkę ze słabnącą magią, chcąc ostatkami nakarmić wzniesioną tarczę.

Quaeso.

Złoty pierścień zapłonął jasnym światłem. Niczym filar wzniósł się ku górze, aż zetknął się z sufitem kościoła, utworzywszy mur pomiędzy nimi a przeciwnikami.

Wzmocniła uścisk, przeczesała dłonią kruczoczarne włosy i zacisnęła mocno powieki. Czuła każdą klątwę, która sięgnęła bariery. Uderzenia wstrząsały nią raz za razem, a ich moc odczuwała nadzwyczaj boleśnie. W duchu błagała wszystkie jej znane bóstwa o pomoc, bowiem wiedziała, że długo nie utrzyma tej tarczy.

Chwilę później zaczęła słabnąć. Zdesperowana, skoncentrowała się jeszcze mocniej. Nie mogła pozwolić, aby Grindelwald dopadł Toma. Do oczu napłynęły jej łzy, a gardło ścisnęła ogromna gula. Nie chciała stracić swojego chłopaka. Sapnęła, szczerze przerażona, gdy następne przekleństwo uderzyło w tarczę, ponieważ wyrwało weń dziurę. Podtrzymała ochronę tylko i wyłącznie determinacją i czystą koncentracją.

Zaraz zawiedzie...

Otworzyła gwałtownie oczy.

Wciąż byli otoczeni, aczkolwiek Gellert stał z tyłu. Mimo że obficie krwawił, uśmiechał się triumfalnie, ponieważ wiedział, że zaraz wszystko się zakończy.

Ledwo mogła oddychać. Jęknęła cichutko i zanurzyła twarz w zagłębieniu szyi Toma, aby zaciągnąć się znajomym zapachem. Obawiała się, że to ostatni raz, kiedy może tego doświadczyć. Mając problem z zaakceptowaniem rzeczywistości, najzwyczajniej w świecie się rozpłakała.

— Tom... — wyszeptała, złożywszy pocałunek na jego czole. — Niczym się nie martw. — Zaszlochała. — Wszystkich powstrzymam...

Wiedział, że kłamie, a mimo to delikatnie musnęła ustami odsłonięty kawałek jasnej szyi. Cały czas czuła słabnące połączenie oraz rosnący napór na złocistą tarczę, ot ostatnią linię obrony. Właśnie wtedy Grindelwald machnął Czarną Różdżką, wystrzeliwszy raczej słabe zaklęcie, ale wystarczające, aby zneutralizować ochronkę.

W oczekiwaniu na przegraną przymknęła powieki.

Zamiast spodziewanego uderzenia, w kościele rozległ się ogłuszający huk. Natychmiast uniosła głowę i wytrzeszczyła oczy. Czarodzieje w czarnych płaszczach byli zdekoncentrowani i patrzyli na coś w okolicach wrót. Automatycznie podążyła za ich wzrokiem i zamrugała z niedowierzaniem. Najwyraźniej ogromne drewniane drzwi, wcześniej specjalnie zapieczętowane, zostały przed chwilą wyrwane z zawiasów, a teraz leżały roztrzaskane na kamiennej podłodze. W progu stał nie kto inny, jak Albus Dumbledore. Robił niesamowite wrażenie z różdżką w dłoni i trzeszczącą w powietrzu magią. Wszedł do pomieszczenia i zanim zielonkawa osłona zdążyła zareagować, do środka wślizgnęły się jeszcze dwie inne osoby. Hermionie opadła szczęka, kiedy rozpoznała nauczyciela obrony przed czarną magią, McGraya, oraz nauczycielkę uroków i zaklęć domowych, profesor Legifer.

Rousseau, zastępca Gellerta Grindelwalda, natychmiast przystąpił do działania i wydał reszcie żołnierzy nieme polecenie ataku. Mężczyźni posłusznie ustawili się w zapewne wyćwiczonym szyku, gotowi do stawienia czoła nowym przeciwnikom.

DeCerto zamrugała, nie mogąc uwierzyć swoim oczom. McGray wirował w powietrzu różdżką, ciskał klątwami i wznosił tarcze tak szybko, że ledwo nadążała. Legifer stała z nim ramię w ramię. Obserwując to, co pokazywała, dziewczyna doznała olśnienia. Nic dziwnego, że pani profesor zdała egzaminy na aurora, gdyż miała najprawdziwszy talent. Jej uroki były niewiarygodnie silne i precyzyjne. Najprawdopodobniej jedynym powodem, dla którego jeszcze nie wygrali, była znacząca przewaga liczebna żołnierzy Grindelwalda.

W przeciwieństwie do swoich ludzi Gellert nie brał udziału w walce. Zamiast tego po prostu gapił się na Dumbledore’a, który odwdzięczał mu się dokładnie tym samym. Wyglądało na to, że żaden z nich nie chce wykonać pierwszego ruchu.

Wtem zielonkawy okręg, którym został otoczony kościół, zamigotał i powoli zaczął zmieniać kolor. Tu i ówdzie pojawiły się pasma żółci, walczące z morzem szmaragdu. Wkrótce stały się jaskrawoczerwone, co stanowiło kontrast do stojących przy wejściu do budynku mężczyzn w niebieskich szatach, których Hermiona dopiero teraz przyuważyła. Wszyscy, niczym jeden mąż, mieli wyciągnięte różdżki i mruczeli pod nosem bliżej niezidentyfikowane inkantacje. Zmarszczyła lekko brwi, kiedy zrozumiała, że to najprawdopodobniej ministerialni łamacze klątw. Jej wzrok zatrzymał się na znacznie mniejszej postaci, mniej umięśnionej i średnio pasującej do przedstawianej scenerii — ot drobnej kobiecie. Jakoś nie była zaskoczona, spojrzawszy na jej twarz. Zawsze podziwiała opiekunkę Gryffindoru. Minerwa McGonagall była niezwykle utalentowaną i potężną czarownicą.

Łamacze doskonale się spisali i wkrótce przełamali nałożone na kościół czary ochronne. W momencie, gdy niegdyś zielonkawa ochrona opadła, wokół zrobiło się jeszcze głośniej. W budynku zmaterializowało się kilku mężczyzn w ciemnoczerwonych szatach.

Aurorzy!

Wszyscy byli uwikłani w walkę. Klątwy latały z jednego kąta kościoła do drugiego, różnorakie tarcze wznosiły się ku górze, a w powietrzu unosił się kurz. Hermiona, wciąż bezpieczna w złotawej ochronce, przyglądała się temu z niedowierzaniem. Żołnierze w czarnych płaszczach stracili na swojej przewadze liczebnej i zaczęli powoli przegrywać.

Właśnie wtedy Grindelwald przystąpił do walki. Chociaż był już ciężko ranny, machnął Czarną Różdżką, czym powstrzymał trzech aurorów. Następnym ruchem nadgarstka posłał bliżej niezidentyfikowaną klątwę ku najbliższemu przeciwnikowi, tak się składa profesor Legifer. Zanim przekleństwo sięgnęło celu, przed kobietą zmaterializowała się biała tarcza. Gellert odwrócił głowę i spojrzał wprost na Dumbledore’a, stojącego zaledwie kilka metrów dalej. Przez kilka dłużących się sekund mężczyźni po prostu się na siebie patrzyli, a potem jednocześnie unieśli oręża. Twarz czarnoksiężnika była blada, a ręka, w której trzymał różdżkę, trochę się trzęsła. Wciąż ściskał krwawiący bok oraz oddychał z wyraźnym trudem, ale mimo to sprawiał wrażenie gotowego do kontynuowania starcia. W przeciwieństwie do niego Dumbledore był w pełni sił, wypoczęty i zdeterminowany. Ręka mu nie zadrżała, kiedy wycelował w dawnego przyjaciela, który miał problem z zachowaniem równowagi z powodu znacznej utraty krwi.

— Wiesz, że to nie jest uczciwy pojedynek, prawda, Albusie? — Uśmiechnął się drwiąco Gellert.

— Sprawiedliwość jest przereklamowana — powiedział nauczyciel, przywdziawszy nieczytelny wyraz twarzy. — Zawsze lubiłeś to powtarzać.

W tym samym momencie smagnęli różdżkami i zaczęli się pojedynkować. Ich gniewna magia w okamgnieniu zalała cały kościół. Hermiona zamknęła na oczy i przyciągnęła wiotkie ciało Toma bliżej. Nie musiała oglądać tego starcia, zwłaszcza że migające światła sprawiały, iż włoski na karku stawały jej dęba.

Chociaż to wydarzenie przeszło do historii, wszystko wydarzyło się bardzo szybko, może między jednym uderzeniem serca a drugim. Wkrótce w kościele zrobiło się niesamowicie jasno, czemu towarzyszył odgłos upadającego na podłogę ciała. Najprawdopodobniej stanowiło to przełom, bowiem wszelkie walki ustały, a w pomieszczeniu zapadła kompletna cisza.

Ostrożnie uniosła powieki i natychmiast zlokalizowała Grindelwalda. Klęczał na podłodze z pustymi rękoma, podczas gdy przed nim stał Dumbledore z Czarną Różdżką w dłoni.

— Wiesz, co mówią o tej różdżce, Albusie? Że prowadzi ku destrukcji. — Uśmiechnął się szyderczo. — Teraz jestem skłonny wierzyć plotkom.

Profesor nie odpowiedział od razu. Zamiast tego przez chwilę patrzył na dawnego przyjaciela ze smutkiem w oczach.

— Chciałbym, żeby nasze spotkanie odbyło się w innych okolicznościach.

Gellert się zaśmiał.

— Zgadzamy się przynajmniej w jednej kwestii.

— Czemu to wszystko zrobiłeś? — zapytał z pobladłą twarzą. Sprawiał wrażenie szczególnie zmęczonego, chociaż w rzeczywistości zwyciężył bez większego wysiłku.

— Widzę, że rozdrapujesz stare rany. Nie żywię do ciebie urazy, Albusie. Wiesz o tym.

— Może nie do mnie, ale do reszty świata z pewnością — odpowiedział ze znużeniem. — Czemu zaryzykowałeś dosłownie wszystko tylko dla iluzji i pokręconych fantazji?

— Zapomniałeś, Albusie? — Uśmiechnął się Grindelwald. — Niegdyś się ze mną zgadzałeś.

Nauczyciel potrząsnął głową.

— Owszem, dotąd tego żałuję.

— Zamiast nurzać się w niepotrzebnych wyrzutach sumienia, powinieneś być dumny z tamtej decyzji. Wszystko, co zrobiłem i wszystko, co osiągnąłem, było dla większego dobra. — Uśmiechnął się szerzej, podczas gdy Dumbledore skrzywił się z obrzydzeniem. Zrzuciwszy bombę, spojrzał na Czarną Różdżkę. — Oto ona, Albusie. Najpotężniejszy artefakt na świecie — powiedział, a potem zerknął na Hermionę, która z uwagą przysłuchiwała się konwersacji. — Albo raczej drugi najpotężniejszy. — Skoncentrował się ponownie na rozmówcy. — Jakim prawem wyczuwasz tę nadzwyczajną moc, a jednak uparcie twierdzisz, że jestem w błędzie? Niegdyś fascynowało cię pojęcie Niezwyciężonej Różdżki. Wreszcie zdobyłeś nad nią władzę, dlatego też pozwól, że cię ostrzegę. Potęga, którą trzymasz w ręce, będzie cię kusić do końca życia. W głębi duszy doskonale wiesz, że mam całkowitą rację.

Dumbledore nijak to skomentował. Zamiast tego, po dłuższej chwili milczenia, odwrócił się do oddziału aurorów.

— Zabrać go.

Najbliżej stojący mężczyzna z szacunkiem pochylił głowę, gestem przywołał swoich kompanów i podszedł do wciąż klęczącego na podłodze Grindelwalda. Dwóch czarodziejów chwyciło go za ramiona i podciągnęło do pozycji stojącej, podczas gdy kilku innych celowało doń różdżkami. O dziwo, Gellert nie podjął żadnej walki, zapatrzony w Dumbledore’a. Wyglądał, jakby po cichu przechodził kryzys emocjonalny.

— Wiem, że nie zadasz tego pytania, przyjacielu, dlatego cię wyręczę — stwierdził ściszonym głosem, zanim został wyprowadzony z kościoła przez aurorów. — Owszem, to było twoje zaklęcie.

Albus się zachwiał, ale nie odwrócił.

Hermiona, dotąd w miarę skupiona, nagle poczuła się niesamowicie zmęczona. Złocista tarcza, która ostatecznie zapewniła jej przetrwanie, w momencie opadła. Westchnęła, odrętwiała i jakby pusta w środku.

— Hermiona...? — Usłyszała, dzięki czemu wróciła do rzeczywistości. — Hermiona DeCerto...?

Wzdrygnęła się, kiedy poczuła dłoń na ramieniu. Odwróciwszy głowę, zobaczyła zmartwioną twarz Minerwy McGonagall.

— Co tutaj robisz? — zapytał z troską w głosie kobieta, a potem skupiła się na znacznie ważniejszych sprawach. Najpierw sprawiła, czy nie otrzymała żadnych obrażeń i aż się zachłysnęła, ujrzawszy jej zakrwawione plecy. Chwilę później spojrzała na ślizgona. — Riddle? — spytała, ale nie uzyskała odpowiedzi. Zrozumiawszy, że dziewczyna jest na skraju załamania, dodała: — Niczym się nie martw. Zostań tu, sprowadzę uzdrowiciela.

To powiedziawszy, pospiesznie wstała z podłogi. Została jednak zatrzymana przez Albusa Dumbledore’a.

— Osobiście zajmę się panną DeCerto, Minerwo.

— Oczywiście, profesorze — odpowiedziała z czymś na kształt uwielbienia w oczach.

Mężczyzna uśmiechnął się uprzejmie.

— Może pójdziesz do matki i zapewnisz ją, że jesteś bezpieczna?

McGonagall zmarszczyła brwi, ale posłusznie się odwróciła. Odchodząc, wymamrotała pod nosem coś, co podejrzanie przypominało „Jakby była tym zainteresowana”.

Gdy zostali we dwójkę, Dumbledore spojrzał na swoją uczennicę. Kilku najbliżej stojących aurorów również się na nią zagapiło, najprawdopodobniej zastanawiając się, dlaczego nagle znalazła się w centrum uwagi.

— Hermiono? — Czarodziej przykucnął. — Strasznie mi przykro, że zostałaś w to wciągnięta.

Zamrugała, myśląc o czymś zupełnie innym.

— Skąd pan wiedział, gdzie…?

— Pan Lupin szybko mnie zaalarmował — odpowiedział z pocieszającym uśmiechem na twarzy. — Natychmiast zawiadomiłem aurorów, a potem użyłem świstoklika Gellerta, aby namierzyć twoją pozycję.

Skinęła głową.

— Przepraszam, profesorze. To wszystko moja wina. Powinnam była ochronić… — urwała, nie mogąc wydusić następnego słowa.

— Zapewniam, że nie jesteś odpowiedzialna za nic, co się tutaj wydarzyło — stwierdził z naciskiem. — Musisz wrócić teraz do Hogwartu. Zostałaś ranna.

 Nie odpowiedziała, tylko mocno przytuliła Toma do piersi. Dumbledore wyciągnął z kieszeni szaty starą klamkę i przeobraził ją w świstoklik. Bezwiednie odebrała od niego uchwyt, a potem z ledwością zarejestrowała ciepłą dłoń nauczyciela na swojej głowie. Czuła się po prostu okropnie pusta i osamotniona.

Gdyby nie trzymała się dla chłopaka w swoich ramionach, całkowicie by się załamała. Mimowolnie wzmocniła uścisk. Wciąż był nieprzytomny i się wykrwawiał, ale nie stracił na ciepłocie ciała i oddychał w miarę regularnie. Dziękowała za to Merlinowi.

— Świstoklik przetransportuje cię bezpośrednio do skrzydła szpitalnego. — Usłyszała zapewnienie profesora i uniosła głowę. Uśmiechał się uspokajająco.

— Idzie pan z nami? — zapytała słabo.

— Niestety, muszę tutaj zostać trochę dłużej. Niemniej jednak nie musisz się już niczym martwić. W szkole będziesz bezpieczna. — Zerknął krótko na Toma. — On również — dodał kojącym tonem, dlatego mu powoli przytaknęła. Gdy doszli do porozumienia, odwrócił się, aby kogoś zlokalizować. — Austeria? — zawołał, a chwilę później u ich boku stanęła profesor Legifer. — Czy mogłabyś towarzyszyć pannie DeCerto w drodze powrotnej? Myślę, że przydałaby się jej pomoc.

Kobieta zmierzyła dziewczynę wzrokiem i zatrzymała się dłużej na wciąż nieprzytomnym Riddle’u.

— Oczywiście. — Skinęła głową i podeszła bliżej.

Hermiona nie miała siły na słowne, czy nawet niewerbalne przekomarzanki. Zanim się zorientowała, Legifer wzięła ją za rękę i machnęła różdżką, uprzednio dotknąwszy świstoklika. Klamka natychmiast się rozgrzała, a potem raz na zawsze zniknęli z kościoła.

Gdy z największą ostrożnością otworzyła oczy, zobaczyła sterylnie białe ściany i sufit skrzydła szpitalnego Howartu. Nie zdążyła się przyzwyczaić do nowego otoczenia, kiedy podskoczyła w miejscu, zaalarmowana niespodziewanym krzykiem. Kiedy odwróciła głowę, ujrzała nadbiegających przyjaciół i dopiero wtedy zrozumiała, że wrzeszczeli z odczuwanej ulgi. W okamgnieniu opadali na podłogę i owinęli wokół niej opiekuńcze ramiona.

— Myśleliśmy, że już nie wrócisz, Hermiono! — zaszlochał Weasley.

Otworzyła usta, ale nawet nie stęknęła. Zamiast tego, jeszcze mocniej przytuliła do siebie Toma.

— Dlaczego tam zostałaś? — wykrztusił poprzez łzy Lupin. — Mogłaś skończyć martwa!

Ostatnie słowo, które wypowiedział, raz za razem rozbrzmiewało jej w głowie, a pustka w środku urosła do nieznośnych rozmiarów. Mark był martwy… Już nigdy nie zobaczy tego psotnego uśmiechu, blond czupryny, ani błyszczących niebieskich oczu. Zacisnęła powieki, znów pogrążywszy się w odrętwieniu. Dobrze znała to uczucie i szczerze go nienawidziła.

Wzmocniła uścisk.

— Uspokójcie się, chłopcy — powiedziała ostrzejszym tonem Legifer. — Wasza koleżanka potrzebuje trochę przestrzeni.

Hermiona nie otworzyła oczu, ale wzięła głęboki oddech. Kiedy przyjaciele rzeczywiście się odsunęli, powitała inny rodzaj pustki. W duchu cholernie się cieszyła, że wciąż miała Toma u boku.

— Panno DeCerto?

Uniosła powieki i zobaczyła pochyloną nad sobą nauczycielkę. Co interesujące, mars na czole kobiety podziałał nań dziwnie uspokajająco.

— Proszę puścić pana Riddle’a. Trzeba się nim zaopiekować.

Gorączkowo potrząsnęła głową i mocniej go objęła. Wtem poczuła dłoń na ramieniu, która chwilę później zaczęła pocierać jej plecy.

— Uzdrowiciel Perry musi wyleczyć ranę, którą otrzymał w walce — wytłumaczyła Legifer swoim tradycyjnym szorstkim tonem. — Możesz mu potowarzyszyć.

Zamrugała, czując rozlewającą się po ciele ulgę.

— Dobrze… — wydusiła łamiącym się głosem.

Uzyskawszy przyzwolenie, nauczycielka na kogoś skinęła, a Hermiona sapnęła, kiedy Tom został jej odebrany. Ciepło, które czuła przy piersi zniknęło, zastąpione niewyobrażalnym chłodem, dlatego też znów pogrążyła się w odrętwieniu i przerażającej pustce.

Mimowolnie zaczęła drżeć. Chociaż miała ściśnięte gardło, z jakiegoś powodu się nie rozpłakała. Oderwana od rzeczywistości, ledwo zauważyła, że została złapana pod ramiona, podniesiona i poprowadzona w kierunku szpitalnego łóżka.

— Tom… — wyszeptała rozpaczliwie.

— Spokojnie, jest tutaj — odpowiedział uprzejmy, bardzo troskliwy głos, w którym po chwili rozpoznała szkolną pielęgniarkę. — Wszystko będzie dobrze. Czas się położyć, odpocząć i zregenerować siły. — Usłyszała i skuliła się na posłaniu. — Proszę, wypij to.

Madam przystawiła jej do ust fiolkę, więc bez większego zastanowienia posłusznie wykonała polecenie. Sekundę później z przyjemnością się odprężyła i przywitała rozchodzące się po ciele ciepło. Mimo że była naprawdę wyczerpana, zdołała uchylić powieki i spojrzeć na sąsiednie łóżko. Uzdrowiciel Perry pochylał się właśnie nad Tomem i z poważnym wyrazem twarzy zajmował się opatrywaniem rany. Gdy zauważyła unoszącą się regularnie ku górze klatkę piersiową, odetchnęła z ulgą i uśmiechnęła się pod nosem. Mimo że był wręcz chorobliwie blady, oddychał i miał się dobrze. To było najważniejsze.

Z trudem oderwała spojrzenie od swojego chłopaka i przeniosła je na znajdujące się na drugim końcu sali łóżko — zajęte, aczkolwiek puste.

Uzmysłowiwszy sobie, iż właśnie tam spoczywa Mark, z trudem mogła złapać powietrze. Ciało Longbottoma zostało przykryte białym szpitalnym kocem, dokładnie takim samym, jakim sama była opatulona. Oczywiście, uzdrowiciele zadbali o zakrycie mu twarzy.

Gdy zacisnęła powieki, zobaczyła roześmianą twarz przyjaciela i błyszczące, psotliwe niebieskie oczy. Na szczęście eliksir słodkiego snu miał działanie niemalże natychmiastowe, dlatego też chwilę później osunęła się w nieświadomość.


Obudziła się z cichym sapnięciem. Otworzyła oczy, ale jeszcze nie doszła do siebie, ponieważ nawet nie drgnęła. W chwili, gdy odzyskała przytomność, pogrążyła się w samotności i smutku. Na początku nie wiedziała, dlaczego czuje się tak okropnie, ale potem wróciła wspomnieniami do tego przeklętego kościoła i Gellerta Grindelwalda. Jęknęła z żałością, chcąc się rozpłakać, ale nie uroniła ani jednej łzy. Całkiem możliwe, że wczoraj wylała z siebie wszystkie krople.

Powoli przewróciła się na bok. Zasłony sąsiedniego łóżka były zaciągnięte i nie mogła zobaczyć, kto leży obok. Natychmiast spanikowała. Tom był cały i wracał do zdrowia, prawda? Drżąc, uniosła się do pozycji siedzącej. Właśnie wtedy zarejestrowała ciche szepty, zupełnie jakby ktoś rozmawiał w pobliżu. Odwróciła głowę i zobaczyła, że drugi koniec pomieszczenia okupują przy nikłym świetle trzy osoby.

Serce Hermiony zacisnęło się boleśnie. Jedną z nich był Albus Dumbledore, ale pozostałą dwójkę również rozpoznała. Spotkali się tylko raz, ale wywarli na niej naprawdę dobre wrażenie. Obserwując ich z daleka, postanowiła doń podejść. Z ciężkim sercem spuściła nogi na podłogę i wstała z łóżka. Z ledwością zarejestrowała chłód posadzki, zbyt skupiona na utrzymaniu się w pionie. Niczym w transie, stawiała krok za krokiem. W międzyczasie jej odrętwiały umysł rejestrował maleńkie szczegóły, które w normalnych okolicznościach mogłyby jej umknąć — lśniące w słabym świetle blond włosy mężczyzny, pomalowane na delikatny róż paznokcie kobiety, a także krwistoczerwoną maleńką plamkę na rękawie szarej szaty nauczyciela.

Całkiem prawdopodobne, że zarejestrowała te drobnostki, ponieważ desperacko unikała patrzenia na zakrytego białym kocem przyjaciela.

— Żadne słowa nie są w stanie wyrazić, jak bardzo nam przykro — powiedział Dumbledore.

Pan Longbottom próbował zachować spokój, aczkolwiek na jego bladych policzkach widniały ślady łez. Obejmował kurczowo żonę, która łkała. Hermiona nie mogła uwierzyć, że to się dzieje naprawdę — nie dość, że było bolesne, ale również pod każdym względem niewłaściwe.

Wtem poczuła ciepłą dłoń na ramieniu i drgnęła.

— Co tutaj robisz, Hermiono? — zapytał nauczyciel, ewidentnie zatroskany. — Czemu wstałaś z łóżka? Powinnaś odpoczywać.

Uniosła głowę.

— Ja…

Nie mogąc się powstrzymać, spojrzała na rodziców Marka. Trzymali się desperacko za ręce, jakby tylko to chroniło ich przed upadkiem w ciemność.

Pani Longbottom pierwsza przełamała ciszę.

— Byłaś z nim, prawda…? — załkała. — Kiedy on…

Skinęła głową, nie mogąc wydusić słowa. Ojciec Marka mocniej objął żonę i wreszcie oderwał wzrok od szpitalnego łóżka.

— Jak umarł? — zapytał zbolałym głosem i nań spojrzał. To po nim syn odziedziczył jasnoniebieskie oczy.

— To była klątwa zabijająca… — odpowiedziała zgodnie z prawdą, walcząc o zachowanie równowagi.

Pan Longbottom zapłakał, ale gdy się odezwał, brzmiał na człowieka, który potrzebował nadziei.

— Czyli nie cierpiał?

— Odszedł szybko.

Usłyszawszy potwierdzenie, gwałtownie skinął głową i przymknął na moment oczy. Kiedy je otworzył, ponownie skoncentrował się na szpitalnym łóżku. Wtem pani Longbottom położyła dziewczynie dłoń na ramieniu — dotyk był delikatny, ale jednocześnie palił żywym ogniem.

— Dziękujemy za tę informację… — Kobieta opuściła rękę i również spojrzała na zakryte kocem ciało. Automatycznie pomasowała swój brzuch. — Chciałabym, żeby mógł zobaczyć brata — dodała, oparłszy się o męża.

Hermiona po prostu tam stała, czując się bezużyteczną. Chciała coś powiedzieć, cokolwiek, żeby tylko podnieść ich na duchu, ale nie potrafiła wykrztusić słowa. Ci ludzie stracili właśnie najcenniejszą osobę na świecie.

— Hermiono. — Usłyszała i odwróciła się ku Dumbledore’owi. — Może wrócisz do łóżka i odpoczniesz? — W jasnoniebieskich oczach był żal i smutek. — Wiem, że pragniesz im pomóc, ale nie możesz. Muszą samodzielnie poradzić sobie z bólem.

Z wahaniem skinęła głową. Rzuciła ostatnie spojrzenie zrozpaczonemu państwu Longbotttom oraz leżącemu pod kocem Markowi, po czym odwróciła się i odeszła.

Gdy stanęła przed własnym łóżkiem, nie potrafiła się położyć. Chociaż stała po drugiej stronie skrzydła szpitalnego, mając na sobie wyłącznie cienką piżamę, nie mogła się zmusić, aby wskoczyć pod koc. Biała pościel wydawała się przynosić smutek i wzmagać cierpienie, dlatego też zrezygnowała ze snu. Zamiast tego spojrzała na sąsiednie łóżko, wciąż zasłonięte kotarami. Z mocno bijącym sercem podeszła bliżej, a następnie drżącą ręką uchyliła zasłony.

Na moment przymknęła oczy, a potem zebrała się na odwagę i uniosła powieki. Tom był przykryty tym samym kocem, co Mark, jednakże tylko do połowy. Wyciągnęła rękę i położyła mu dłoń na brzuchu. Z westchnieniem ulgi zarejestrowała miarowy oddech, więc, nieco uspokojona, powędrowała spojrzeniem wyżej. Klatkę piersiową miał obandażowaną, a nad miejscem, gdzie został zraniony, unosiła się srebrzysta magiczna mgiełka, najprawdopodobniej będąca samowystarczalnym zaklęciem leczniczym lub nadzorującym. Głowę miał przekrzywioną lekko w bok, a oczy przymknięte.

Spał.

Z największą ostrożnością wspięła się na łóżko. Nie był mowy, żeby zostawiła go samego. Delikatnie wzięła go za rękę i przytuliła się do boku, aby być jak najbliżej. Ciepło, którym promieniował, było dlań uspokajające. Mimo że wciąż dręczyło ją poczucie wewnętrznej pustki, milcząca obecność Toma pozwoliła jej na przymknięcie oczu i odpłynięcie w niebyt.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz