— Co się stało, Mark? — zapytała, szczerze zaciekawiona. — Wpadłeś w kłopoty?
W odpowiedzi potrząsnął głową i rzucił jej uspokajający uśmiech.
— Więcej dowiesz się na zewnątrz.
Hermiona westchnęła. Longbottom zachowywał się dość tajemniczo, co do niego zupełnie niepodobne. Zaśmiała się pod nosem.
Nie minęło wiele czasu, nim dotarli do głównych wrót. Na dworze zmrużyła oczy, bowiem słońce mocno świeciło i trochę oślepiało. Uczniowie głównie spacerowali, rozmawiając i śmiejąc się w grupkach. Z przyjemnością wciągnęła świeże, letnie powietrze i na moment z rozkoszą zamknęła oczy, wystawiwszy twarz ku niebu. Wtem została pociągnięta, więc uniosła gwałtownie powieki. Najwyraźniej przyjacielowi dokądś się spieszyło.
— W porządku, zrozumiałam — powiedziała z rozbawieniem. — Wiesz, że potrafię chodzić samodzielnie, prawda? — zapytała i uniosła brew. To poskutkowało, bowiem rzeczywiście puścił jej nadgarstek i w milczeniu poprowadził w kierunku hogwardzkiego jeziora. Mimowolnie zmarszczyła brwi. Odkąd go lekko zrugała, przestał być rozmowny. — Chyba nie masz prawdziwych kłopotów? — spytała podejrzliwie.
— Nie, skończ się martwić. — Uśmiechnął się i potrząsnął głową.
Uniosła brwi, usłyszawszy równie niejasną odpowiedź. Teraz naprawdę stała się zaniepokojona. Chłopak jak nigdy zignorował jej troskę i kontynuował energiczny spacer w kierunku wody. Aby za nim nadążyć, musiała prawie biec.
— Mark, Hermiono! Zaczekajcie!
Odwróciła się i zobaczyła nadchodzących przyjaciół. Co dziwne, Longbottom zesztywniał, gdy zobaczył Weasleya i Lupina. Nie wydawał się szczególnie zadowolony, dlatego też zmrużyła podejrzliwie oczy. Może miał problemy sercowe i chciał na osobności zasięgnąć rady innej dziewczyny? Oczywiście, jeżeli miała rację, szczerze wątpiła, aby posłużyła mu dużą pomocą. Najprawdopodobniej miała jeszcze mniejsze pojęcie o czarownicach z lat czterdziestych, aniżeli on.
Niezrażony lekceważącym zachowaniem przyjaciela, Richard uśmiechnął się i mu pomachał. W rękach trzymał miotłę, a potargane rude włosy sterczały mu we wszystkich kierunkach. O dziwo, Amarys również dzierżył miotłę. Hermiona zachichotała, zobaczywszy, że był aż zielonkawy na twarzy. Jakim cudem dał się przekonać do latania? Nie był przecież wielkim fanem quidditcha.
Gdy do nich dotarli, Weasley poklepał Longbottoma po plecach.
— Czym się zajmujesz, stary? Myślałem, że chciałeś do nas dołączyć. — Uśmiechnął się do dziewczyny. — Czy ta młoda dama cię zatrzymała?
— Och, wybaczcie. Zupełnie zapomniałem.
Zmarszczyła lekko brwi, zauważywszy, że uśmiech, którym obdarzył przyjaciela, wydawał się wymuszony.
— Właściwie to chcieliśmy się przejść wokół jeziora… — powiedział niezręcznie.
— Żaden problem. Możemy się przyłączyć?
Hermiona z trudem się powstrzymała przed przewróceniem oczami. To było oczywiste, że Mark chciał z nią porozmawiać na osobności, ale Richard czasem strasznie przypominał jej Rona. Obaj cechowali się wrażliwością uczuciową mieszczącą się w łyżeczce do herbaty. Zachichotała pod nosem, zaś Longbottom wzruszył ramionami, nieszczególnie zachwycony perspektywą grupowego spaceru, a mimo to razem wznowili kroku.
Szła za przyjaciółmi z pogodnym uśmiechem na twarzy, pogrążona we wspomnieniach o poległym narzeczonym. Była bardzo zaskoczona, że zamiast dotychczasowego bólu, spotykała się z rozprzestrzeniającym się po ciele ciepłem.
— Gdzie zgubiłaś chłopaka? — zagaił konwersacyjnie Weasley.
— Hm? — Spojrzała nań nieobecnym wzrokiem. — Toma? W zamku. Najprawdopodobniej właśnie knuje coś niedobrego.
Chłopak roześmiał się, a to stwierdzenie rozbawiło nawet idącego z przodu Lupina, który wreszcie zwalczył mdłości. Tylko Longbottom nie zareagował, co przyjęła z pewnego rodzaju zaniepokojeniem. Coś musiało być naprawdę nie w porządku, skoro przepuszcza doskonałą okazję do obrażenia Riddle’a.
Gdy dotarli nad jezioro, opadli na miękką trawę. Hermiona uśmiechnęła się z zadowoleniem, mogąc po prostu odpocząć i porozmawiać z przyjaciółmi. To niesamowite, jak szybko mijał czas. Był czerwiec i rok szkolny chylił się ku końcowi. Pomyśleć, że za niecały tydzień wyjedzie razem z Tomem na wakacje.
— Nie powinieneś był próbować przyjmować kafla twarzą! — Zamrugała, wróciwszy do pogawędki chłopców. Weasley aktualnie nabijał się z Lupina. — To był zaledwie pierwszy błąd z wielu. Masz cholerne szczęście, że nie graliśmy tłuczkiem.
Amarys zgromił go wzrokiem.
— Na wypadek, gdybyś nie zauważył, starałem się nie zginąć przez tę śmiercionośną pułapkę, którą nazywasz pieszczotliwie miotłą.
Wybuchnęli śmiechem i nawet Hermiona się zaangażowała. Kiedy się uspokoiła, z niepokojem zauważyła, że Longbottom zachował kamienną twarz.
— W porządku, zdecydowanie wystarczy — powiedziała, przywdziawszy surowy wyraz twarzy. — W tej chwili mów, o co właściwie chodzi, Mark.
— Co masz na myśli? — zapytał niewinnie.
Przewróciła oczami.
— Ewidentnie coś cię niepokoi. Chcę wiedzieć, co takiego.
— Nie, wszystko w porządku — odparł, nie patrząc jej w oczy.
— O co chodzi? — Weasley sprawiał wrażenie zdezorientowanego.
— Coś jest z nim nie tak — odparła, wskazawszy na blondyna. — Nawet nie próbuj się wymigać — dodała, miażdżąc przyjaciela wzrokiem.
Longbottom wyrzucił ręce w powietrze.
— Dobrze, już dobrze! — krzyknął, podczas gdy reszta spojrzała nań z wyczekiwaniem. — Chodzi o to wypracowanie z zaklęć, które mieliśmy napisać dla Merrythought.
Hermiona zmrużyła oczy.
— Nie mów, że zapomniałeś — powiedziała. — Mieliśmy na to całe dwa miesiące! — dodała, kiedy znów zamilkł. — Czym zaprzątałeś sobie głowę, zamiast skupić się na podstawowych rzeczach?
Wzruszył ramionami.
— Coś tam naskrobałem, ale myślę, że to same bzdury — burknął. — Mama dostanie zawału serca, jeżeli obleję zaklęcia.
— Dlaczego skupiasz się na najważniejszym dzień przed końcem terminu? — zrzędziła.
— Wiesz, czasem jestem naprawdę zapominalski. — Uśmiechnął się przepraszająco. — Raz nawet zgubiłem przypominiajkę… — urwał, bo o mało nie oberwał z łokcia.
— W porządku — powiedziała, chcąc zażegnać spór. — Daj mi swoje wypracowanie. Przeczytam te wypociny i zobaczę, co da się jeszcze zrobić.
Mark odetchnął z widoczną ulgą i chwycił szkolną torbę, żeby pogrzebać w środku.
— Jest! — oświadczył z dumą, wyciągając zwój pergaminu.
Hermiona rzuciła mu ostatnie pełne wyrzutu spojrzenie, po czym wyciągnęła rękę. Prawie dotknęła zrulowanych kartek, kiedy Lupin podniósł larum.
— Stój!
Wiedziona instynktem, rzeczywiście zastygła w bezruchu. Zamrugawszy, zdezorientowana, odwróciła się do przyjaciela.
— Co…?
Amarys wziął ją za rękę. Wyglądał na naprawdę zaniepokojonego. Przez chwilę po prostu patrzył na Longbottoma, a potem mocno zmarszczył brwi.
— Co się stało…? — zapytała.
— Coś się nie zgadza — odpowiedział, sprawiając wrażenie przestraszonego.
— To znaczy…?
— Mark zachowuje się dziwnie — wytłumaczył, wciąż zapatrzony w równie zdezorientowanego przyjaciela. — Bo widzisz — tu wskazał na wyciągnięte wypracowanie — razem pracowaliśmy nad esejem. Można powiedzieć, że trochę go nadzorowałem, bo to długotrwała praca zaliczeniowa. — Znów zmarszczył brwi. — Sprawdziłem kilka akapitów i wydawały się naprawdę w porządku. Mark o tym dobrze wie.
Hermiona odwróciła się do Longbottoma.
— O co tu chodzi?
— Też nie rozumiem — odparł szczerze i spojrzał na Lupina z niewinnym zdumieniem wypisanym na twarzy.
Zachowywał się całkowicie normalnie, więc w czym tkwił problem? Zamrugała, po czym mocniej się skupiła. Z największą ostrożnością omiotła przyjaciela wzrokiem.
Westchnęła pod nosem, zauważywszy zasadniczą zmianę — coś, co wcześniej przeoczyła. Zazwyczaj jasnoniebieskie tęczówki chłopaka, tętniące radością i życiem, teraz były jakby zmatowiałe i podejrzanie szkliste, pozbawione wszelkich emocji. Amarys miał rację, że wyniuchał podstęp. Najwyraźniej działo się coś dziwacznego. Gdy się skoncentrowała, wyczuła przyczepione do ubrania przyjaciela resztki czarnej magii. Wciągnęła gwałtownie powietrze i się odsunęła.
Natychmiast starł z twarzy niewinne zakłopotanie i zmiażdżył trzymane w dłoni wypracowanie. Wtem rzucił się naprzód, bez żadnego wyraźnego ostrzeżenia. Krzyknęła z zaskoczenia i bólu, gdy została prawie przygnieciona do trawy.
— Mark, przestań!
Spróbowała się wyrwać, ale był silniejszy. Lupin pierwszy wyrwał się z szoku spowodowanego gwałtownym zachowaniem Longbottoma i wkroczył do akcji.
— Jasna cholera! Co jest z tobą nie tak?
Lupin chwycił chłopaka za ramię z zamiarem odciągnięcia i właśnie wtedy Weasley wrócił do rzeczywistości. Natychmiast skoczył na równe nogi i rzucił się do pomocy przyjacielowi. Niestety, Mark, napędzany jakby gniewem, miał znaczną przewagę fizyczną, dzięki czemu zdołał ich obu odeprzeć. Nagle podniósł rękę i przycisnął zwój pergaminu do policzka dziewczyny. Widząc to, Amarys szybko sięgnął po papier.
— Aktywacja — powiedział Longbottom, zanim którekolwiek z nich się zorientowało.
Hermiona gwałtownie wciągnęła powietrze, poddając się charakterystycznemu uczuciu ściskania. W trakcie podróży wciąż czuła przyciśniętego do siebie przyjaciela oraz ciepłą dłoń Lupina. Niestety, wszelki wysiłek poszedł na marne, ponieważ we trójkę się aportowali.
Materializacji towarzyszył krzyk, bowiem upadli mocno na twardą ziemię. Przez chwilę była zdezorientowana i musiała zwalczyć zawroty głowy, spowodowane niespodziewanym skokiem. Zanim doszła do siebie, została pochwycona przez szorstką dłoń i podciągnięta do pozycji stojącej.
— Puszczaj!
Zamrugała, a świat odzyskał swą ostrość. Jak się okazało, to Mark złapał ją za nadgarstek, zaś Lupin mierzył doń różdżką.
— Puszczaj! — powtórzył z naciskiem i nietypową dla siebie zaciekłością. Gdy nie doczekał się żadnej reakcji, podszedł bliżej i po prostu odciągnął dziewczynę. — Czemu to zrobiłeś? — zapytał ze złością.
Hermiona spojrzała z powrotem na Longbottoma. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu przestał się ruszać i zastygł w bezruchu z pustym wyrazem twarzy. Wyglądał, jakby nawet ich nie widział i patrzył w przestrzeń przed sobą. Gdy skrzyżowała z nim spojrzenie, zauważyła, że wciąż miał matowe, zaszklone oczy, a źrenice rozszerzone. Wtem wszystko zrozumiała. Czemu się wcześniej nie zorientowała? Chociaż uważała się za doświadczoną w boju, dała się podnieść niczym pierwsza lepsza amatorka.
— Nie mogę uwierzyć, że posunąłeś się tak daleko! — kontynuował Amarys. — Jak mogłeś, Mark…?
— Mark nie jest niczemu winien — powiedziała, uprzednio opuściwszy rękę przyjaciela.
Lupin odwrócił głowę.
— Co takiego…?
— Oberwał Imperiusem — wytłumaczyła.
— Został przeklęty? — Wytrzeszczył oczy, głęboko zszokowany. — Niby dlaczego…? Kto chciałby rzucić na niego klątwę zniewalającą…?
Zmarszczywszy brwi, Hermiona wzruszyła ramionami. To wszystko nie miało najmniejszego sensu. Wyostrzywszy zmysły, napięła mięśnie, gotowa do walki. Odwróciła się i szybko przeskanowała wzrokiem otoczenie. Stali we trójkę pośrodku pomieszczenia przypominającego korytarz. Zarówno podłoga, jak i ściany były wykonane z prostego kamienia, a sufit podtrzymywały niezliczone filary, łączące się w okrągłe łuki. Okna były po prostu olbrzymie, a ich szkło, niegdyś pięknie zabarwione, teraz stały się zakurzone, a przez to nieprzejrzyste. Promienie słonecznie znikały, jeszcze zanim dotarły do drugiego końca pomieszczenia, gdzie stał połamany ołtarz. Złoty krzyż, niegdyś dumnie przymocowany do ściany, teraz odpadł i leżał, na wpół pęknięty, na podłodze. Upływ czasu zniszczył piękny kolor, sprowadzając go do smutnego żółto–brązowego drewna. Niektóre kawałeczki były porozrzucane w kącie, jakby zmiecione w jedno miejsce dawno temu. Wszystko było pokryte kurzem, a więc od dawna nieużywane. Miejsce wyglądało, jakby nie widziało śladów ludzkiej obecności od przynajmniej dziesięcioleci.
Zacisnęła dłonie w pięści, gdy uświadomiła sobie, że wylądowali w opuszczonym, starym kościele. Oczywiście, wygląd był mylący i dobrze o tym wiedziała, bowiem w powietrzu unosiła się magia. Kiedy zmrużyła oczy, mogła nawet dostrzec słaby połysk energii emanujący ze ścian i wysokiego sufitu, prawie niezauważalny i sprytnie wpleciony w kamień, lśniący zielonkawym światłem.
Gdzie właściwie się zmaterializowali?
Uderzona palącą potrzebą ucieczki z tego miejsca, stwierdziła, że nie musi wszystkiego wiedzieć. Musieli natychmiast stąd odejść. Zdeterminowana, rzuciła przyjaciołom zaniepokojone spojrzenie. Longbottom wciąż stał tam, gdzie wylądował, zapatrzony ślepo w przestrzeń. Lupin zaś, podobnie jak ona, badał otoczenie. Była święcie przekonana, że nie widział żadnej z magicznych warstw otaczającej budynek, bo dostrzegła je tylko i wyłącznie dzięki swojej nowej nadzwyczajnej mocy. Za wszelką cenę musieli się stąd wydostać, zanim zrobi się niebezpiecznie.
— Musimy uciekać — wyszeptała, uprzednio podchodząc do Lupina.
Natychmiast skinął głową, ewidentnie wciąż zaniepokojony. Hermiona wzięła go za rękę, a potem razem podeszli do nieświadomego Marka, którego również złapała. Obróciła się w miejscu, a potem jęknęła pod nosem, kiedy odkryła, że się nie deportowali. Zamiast zniknąć i wrócić do Hogwartu, prawie zderzyli się z kamienną ścianą.
— Co się stało?
— Nie wiem — odpowiedziała zgodnie z prawdą. — Nie mogę nas przenieść.
To wręcz niemożliwe, pomyślała, owładnięta paniką. Wcześniej mogła się deportować zewsząd i nie przeszkadzały jej nawet osłony nałożone na szkołę. Czemu nie potrafiła przełamać tej zielonkawej poświaty? Zamknęła oczy i przywołała swą magię, a ta rozbłysła wokół niej z dużą siłą. Gdy zetknęła się z tym światłem, natychmiast dokonała odwrotu. Cały kościół został otoczony niewiarygodnie silną osłoną, z którą nigdy wcześniej nie miała do czynienia. Bez względu na włożony w to wysiłek, nie była w stanie jej zneutralizować.
— To jakaś nieprzepuszczalna zasłona — stwierdziła. — Nie mogę się przebić.
— Naprawdę mi się to nie podoba — odpowiedział Amarys, ewidentnie zmartwiony. — Powinniśmy wyjść na zewnątrz.
Hermiona skinęła głową i zerknęła na Longbottoma. Wciąż stał nieruchomo i nie poruszył się nawet o minimetr. Może wiedział coś więcej? Nie ma czasu na przeprowadzenie przesłuchania, ostrzegł wewnętrzny głos, co nieco ostudziło jej zapał. Zdecydowanie chwyciła chłopaka za rękę i poprowadziła w stronę ogromnych, dębowych drzwi z nadzieją, że prowadzą na dwór.
— Całkiem możliwe, że wychodzimy właśnie na mugolską drogę. Nie wyciągaj przypadkiem różdżki. — Spojrzała na Amarysa, który jej przytaknął.
— Mam nadzieję, że brama nie jest zamknięta… — urwał, gdyż właśnie wtedy usłyszeli charakterystyczne trzaski towarzyszące czarodziejskiej aportacji.
Jasna cholera!
Kilka postaci zmaterializowało się znikąd. Znów świstokliki, dodała, automatycznie przybrawszy postawę do pojedynku. Lupin stał kilka kroków obok, również przygotowany do odparcia potencjalnego ataku.
Naliczyła czterech przeciwników, aczkolwiek istniało wysokie prawdopodobieństwo, iż z tyłu gromadziło się wsparcie. Ci mężczyźni mieli doświadczenie w boju, ponieważ całkiem dobrze ich otoczyli. Kątem oka zauważyła, iż jeden z nich macha różdżką.
— Expelliarmus!
Zareagowała instynktownie. Nie podnosząc ręki, zacisnęła prawą dłoń w pięść i gwałtownie ją otworzyła. Wyczarowała w ten sposób białą tarczę ochronną w kształcie rombu, która przyjęła na siebie zaklęcie rozbrajające.
Nie czekała na dalszy rozwój wypadków, tylko wzmocniła uchwyt na dłoni Marka i odwróciła się do Amarysa.
— Za mną!
Z tymi słowami ruszyła w stronę drzwi, podczas gdy Lupin deptał jej po piętach; bariera podążała za nimi wszędzie, niczym mydlana, ciężka do przebicia bańka. Mężczyzna, który stał im na drodze, został odepchnięty przez tę siłę. Usunąwszy przeszkodę, Hermiona ruszyła sprintem w stronę drzwi, wciąż ciągnąć za sobą Longbottoma. Nawet gdy biegła, czuła uderzenia ukierunkowanych weń różnej maści klątw oraz fakt, iż tarcza słabła z sekundy na sekundę. Zacisnęła zęby, w pełni przygotowana na najgorsze.
Osłabiona faktem, że chroniła aż trzy osoby, wyczarowana ochronka z ledwością wytrzymywała. Gdy uderzyło w nią wyjątkowo silne przekleństwo, niebezpiecznie zamigotała i przepuściła zaklęcie. DeCerto skrzywiła się, usłyszawszy pełen bólu okrzyk Amarysa. Zatrzymała się wpół kroku i odwróciła, gotowa zrewanżować się przeciwnikowi, ale właśnie wtedy zamarło jej serce. Lupin leżał na ziemi kilka metrów od niej. Jeden z napastników pochylał się nad nim i przystawiał mu różdżkę do gardła, trzymając za włosy. Gdy uświadomiła sobie, że życie jej przyjaciela jest prawdziwie zagrożone, odstąpiła od walki — słowa klątwy zamarły jej w ustach, a ręka opadła.
Zostali otoczeni w ciągu kilku sekund. Mark wyrwał się z jej uścisku, podczas gdy inny napastnik zaszedł ją od tyłu, złapał za ramiona i wykręcił do tyłu, aby uniemożliwić jej jakąkolwiek obronę. Kabura, którą dotąd nosiła na przedramieniu, została zerwana, a sztuczna różdżka skonfiskowana. Bolesny uścisk, który poczuła na nadgarstkach, podpowiedział jej, że została również magicznie związana. Chwilę później osunęła się na podłogę, kopnięta w kolana.
Jak dotąd wszyscy mężczyźni milczeli. Wyglądało na to, że ich współpraca była w pełni skoordynowana i nie wymagała użycia żadnych słów. Hermiona z szaleńczo bijącym sercem spróbowała ocenić szansę wyjścia z tego bagna. Przeciwników było sześciu, wliczając tego, który celował weń bronią. Wszyscy byli wysocy i muskularni, jednolicie ubrani na czarno. Mieli na sobie ciemne, ciężkie buty, czarne spodnie bojowe oraz koszule. Różdżki nosili w kaburach zawieszonych na biodrach.
Wiedziała, z kim miała do czynienia. Ci mężczyźni przywodzili na myśl zespół taktyczny, praktycznie idealnie skonstruowany. Cechowali się potężnymi i precyzyjnymi atakami oraz doskonałą komunikacją niewerbalną. Za ich szybkością i potęgą z pewnością stała zimnokrwista rutyna i ogromne doświadczenie bojowe. Mimo że nie przyodziali dzisiaj tradycyjnych czarnych płaszczów, dobrze wiedziała, komu są posłuszni. Świadomość wagi kłopotów sprawiła, że po kręgosłupie przebiegł jej nieprzyjemny dreszcz.
Jeden z żołnierzy, czarodziej o ciemnorudych włosach, noszący okulary, wyróżniał się z tłumu, bowiem stał z tyłu. Wydawał się pewny zwycięstwa, ponieważ schował różdżkę. Pozostali mężczyźni wciąż trzymali ich na muszce.
— Czas poinformować dowódcę — powiedział rudzielec. — Idź, Pécresse.
— Tak jest. — Wyżej wymieniony pochylił głowę i sięgnął po zawieszony na łańcuszku jakby wojskowy nieśmiertelnik. — Centrala — powiedział, czym aktywował świstoklik i zniknął z kościoła.
Hermiona przygryzła wargę. Najwyraźniej był to jedyny środek transportu, który mógł pokonać zielonkawe zabezpieczenia.
— Zmieńmy trochę lokalizację — dodał przywódca grupy, wskazując dłonią na ołtarz.
Ze strachem uświadomiła sobie, że od drzwi dzieli ich dobre dwadzieścia metrów. Syknęła z bólu, kiedy stojący za nią żołnierz brutalnie chwycił ja za ramię i podciągnął do pozycji stojącej. Chciała przekląć tego drania, ale nawet nie widziała jego twarzy. Sekundę później została pchnięta w wyznaczonym kierunku. W ten sam sposób został potraktowany Lupin, zaś Longbottom potulnie podążył za swoim „oprawcą”, wciąż z pustym wyrazem twarzy. Zrugała się w duszy, że wcześniej nie zauważyła żadnych symptomów. Oczywiście, klątwa Imperius była szalenie trudna do zdemaskowania, jednakże właśnie takiej wymówki używali śmierciożercy podczas procesów po pierwszej wojnie. Powinna była od razu zrozumieć, że Mark padł ofiarą magii kontrolującej umysł.
Gdy stanęła przed ołtarzem, dałaby sobie rękę uciąć, że zaraz coś się wydarzy, niemniej jednak się pomyliła. Mężczyźni wrócili na swoje miejsce, nie wykonując żadnych niepotrzebnych i gwałtownych ruchów — po prostu stali i mierzyli weń różdżkami. Musiała szybko znaleźć sposób na czmychnięcie, bowiem nie miała najmniejszej ochoty na spotkanie z Gellertem Grindelwaldem.
Kiedy skupiła się na kombinowaniu, stojący za nią żołnierz znacząco się przybliżył. Zawładnęła nią panika, kiedy poczuła, że dotyka jej pleców. Naturalnie, spróbowała się odsunąć, ale odciął jej drogę ucieczki, obejmując od tyłu w pasie i prawie się doń przytulając. Gdy się pochylił i musnął wargami jej ucho, znieruchomiała ze strachu. Wszędzie rozpoznałaby ten okropny głos.
— Pamiętam cię, panienko.
To był Henger — czarodziej, przez którego była molestowana. Jeżeli wcześniej miała jakieś wątpliwości odnośnie tożsamości grupy, teraz zostały rozwiane.
Mimowolnie zaczęła szybciej oddychać. W odpowiedzi wzmocnił swój uścisk, podczas gdy drugą ręką zaczął błądzić po jej ciele. Napięła mięśnie, chcąc się wyrwać, ale mężczyzna znów okazał się silniejszy. Sapnęła z przerażenia, kiedy zacisnął dłoń na jej piersi, ewidentnie zadowolony z dotykanych krągłości. Gwałtownie wciągnęła powietrze i zaczęła drżeć, co tylko sprawiło, że się chrapliwie roześmiał.
— Ostatnim razem miałaś ogromne szczęście, Schlampe — syknął ze złośliwością. — Nie tym razem. Gdy mój dowódca z tobą skończy, chętnie dokończę to, co nam wtedy przerwano.
Usłyszawszy obietnicę, Hermiona jęknęła ze strachu. To tylko podjudziło Hengera, bowiem mocniej się przysunął. Mając w głowie wspomnienia z ostatniej szarpaniny, nie odważyła się ruszyć nawet o cal.
— Zostaw ją, draniu! — krzyknął Lupin, nadal skrępowany przez innego żołnierza.
Henger rzucił mu niechętne spojrzenie, a potem ponownie skupił się na ofierze.
— Widzę, że znalazłaś sobie nowego chłopaka — wyszeptał i, niezrażony wzniesionym protestem, wrócił do przerwanej czynności.
Pragnęła go przekląć na czym świat stoi, odepchnąć i pokazać, co właściwie potrafi, zwłaszcza że miała przewagę w postaci elementu zaskoczenia — nie wiedzieli przecież, że dysponuje magią niewerbalną i nawet by się nie zorientowali, co ich trafiło, ale musiała się powstrzymać. Może i pokonałaby Hengera, ale co z pozostałymi? Czy byłaby w stanie stawić im czoła? Niedocenianie przeciwników, zwłaszcza tak dobrze wyszkolonych, mogło skończyć się tragicznie. Jeżeli przypuści atak z zaskoczenia, Lupin lub Longbottom mogą za to zapłacić życiem.
Nie zamierzała podjąć podobnego ryzyka. Zmusiwszy się do pozostania w bezruchu, pozwoliła obrzydliwcowi na odrobinę samowolki. Gdy zacisnął brutalnie dłoń na jej gardle, krzyknęła, owładnięta paniką. Nie spodziewała się podduszenia.
— Uwierz, że wciąż pamiętam o finale naszego ostatniego spotkania — powiedział z groźbą. — Zapłacisz za to.
Wciągnęła gwałtownie powietrze, kiedy poluzował uścisk. Sekundę później wplątał palce w jej bujne loki, zacisnął dłoń w pięść i odchylił jej głowę do tyłu. Zesztywniała, kiedy się pochylił i bardzo, bardzo powoli przesunął językiem po odsłoniętej szyi.
Zadrżała z obrzydzenia.
— Mm, wciąż smakujesz tak samo — wymruczał lubieżnie.
— Odwal się od niej! — krzyknął wściekle Amarys, ale został uciszony silnym kopniakiem ze strony mężczyzny, który sprawował nad nim pieczę.
Henger parsknął.
— Sprawiłaś sobie całkiem ognistego kochanka, prawda? — zapytał, a następnie wznowił przerwaną czynność, wróciwszy do obmacywanek. Lupin warknął z frustracji i ponownie się szarpnął, ale nic nie wskórał, bowiem szybko został przytrzymany.
— Skończ pieprzyć, Henger — powiedział przywódca grupy, wyraźnie poirytowany rozwojem sytuacji. — Wykonujesz misję, a nie zabawiasz się w burdelu.
— Tak jest.
Hermiona odetchnęła z ulgą, kiedy czarodziej rzeczywiście zaprzestał swoich działań. Kiedy się wycofał, odkryła również, że wróciła jej zdolność logicznego myślenia, więc zaczęła się gorączkowo zastanawiać nad ucieczką z kościoła. Wszystko wskazywało na to, iż drzwi wyjściowe stanowią najlepsze rozwiązanie. Nadal miała do dyspozycji magię bezróżdżkowej i element zaskoczenia, lecz musiała się liczyć z przewagą liczebną i potrzebą ochronienia przyjaciół. To było ryzyko, którego obawiała się podjąć. Przymknęła na moment powieki i zmusiła się do uspokojenia szaleńczo bijącego serca. Owszem, atak sprawiał wrażenie ryzykownego, ale najwyraźniej nie miała innego wyjścia.
Skumulowała magię w prawej dłoni i zaczęła formułować klątwę, kiedy usłyszała cichy trzask. Zesztywniała, ponownie spanikowana, podczas gdy żołnierze nawet nie drgnęli.
Spojrzała na nowo przybyłego. Zmaterializował się zaledwie kilka metrów od niej i znacznie różnił się od pozostałych. Wyglądał na człowieka, który przybył tu całkowicie przypadkowo, bo w rzeczywistości zamierzał zrobić zakupy na Pokątnej lub spieszył się na umówione spotkanie z rodziną. Sprawiał wrażenie mniej więcej dwadzieścia lub maksymalnie trzydzieści lat starszego odzianych na czarno żołnierzy i był nieszczególnie wysoki; przez wzgląd na drobną budowę ciała wyglądał trochę karłowato w porównaniu do reszty. Nosił proste brązowe spodnie i nijaką szarawą koszulę z postrzępionymi brzegami. Złociste włosy miał zmierzwione do tego stopnia, że sterczały we wszystkie możliwe strony, stojąc w sprzeczności z zadbanymi, krótko przyciętymi fryzurami innych żołnierzy. Był opalony, przez co przywodził na myśl pracującego w polu chłopa, a nie wyjętego spod prawa arystokratę. Widać było, że często się uśmiechał, bowiem miał drobne zmarszczki wokół linii oczu. Najgorsze, że teraz był cholernie poważny.
Chociaż wyglądał niepozornie, Hermiona z trudem przełknęła ślinę. Bez żadnego problemu wyczuła magię, którą emanował — spłynęła na nią niczym rwąca woda, chwilowo pozbawiając dopływu tlenu. Pozostawiała też nieprzyjemny, miedziany posmak na języku. Kiedy tak trzeszczała w powietrzu, szybko nabrała koloru, dziwacznie bezbarwnego i tym samym szalenie niepokojącego. Zdenerwowana, dziewczyna nie zauważyła nawet, iż zielonkawa osłona, otaczająca zrujnowany kościół, zareagowała na obecność mężczyzny. Jakby witając starego przyjaciela, zapłonęła, podekscytowana.
Rudowłosy czarodziej, tymczasowy lider grupy, podszedł do nowo przybyłego i mu zasalutował.
— Opanowaliśmy sytuację, dowódco — powiedział zwięźle.
— Wspaniała robota, Rousseau — odpowiedział Grindelwald. Mimo że mówił naprawdę cicho, jego głos niósł się po opustoszałym kościele. Zadowolony ze zdanego sprawozdania, przeskanował wzrokiem wszystkich tu zgromadzonych. Oczywiście, skupił się na Hermionie, która natychmiast zesztywniała z nerwów. — Przyprowadź dziewczynę — rozkazał.
Henger wzmocnił swój uścisk, a potem ją popchnął naprzód. W kilku krokach znalazła się przed złotowłosym. Trzęsła się ze strachu, ale nie odwróciła wzroku. Mężczyzna nie okazywał żadnych emocji i z początku ograniczył się wyłącznie do biernej obserwacji.
— Wreszcie się spotykamy, Hermiono DeCerto.
Nie odpowiedziała. Stali naprawdę niedaleko, dlatego też czuła tę miażdżącą magię trzy razy mocniej, a to zaś sprawiało, że miękły jej kolana.
— Jestem przekonany, że nie muszę się przedstawiać, niemniej jednak grzeczność zobowiązuje — kontynuował i pochylił głowę w geście powitania. — Gellert Grindelwald.
Ciche sapnięcie Lupina boleśnie przypomniało jej o obecności przyjaciół. Musiała ich stąd wydostać za wszelką cenę. Czarnoksiężnik był najwyraźniej przyzwyczajony do tego, że ludzie wpadali w panikę, usłyszawszy jego nazwisko, bowiem wydawał się niewzruszony.
— Jest pani niczym duch, bardzo trudna do złapania — stwierdził, ale nie otrzymał odpowiedzi. — Nie chcę przedłużać spotkania, dlatego też przejdę od razu do rzeczy — dodał. — Jestem pewien, że domyśla się pani, dlaczego tu jest?
Oczywiście, że wiedziała — Grindelwald pragnie tego samego, co wcześniej, a mianowicie manuskryptu Ignotusa Peverella. Wciąż patrząc mu prosto w oczy, powoli skinęła głową.
— Cieszę się, że jesteśmy zgodni — podsumował bez cienia emocji. — Wydaje się pani całkiem sprytna, a to sporo ułatwi. Czas na konkrety. — Zrobił krok naprzód, a magia, którą emanował, przytłoczyła Hermionę. Z trudem stłumiła bolesny jęk, a Henger, jakby coś wyczuwał, wzmocnił uścisk na jej ramionach. Gellert sprawiał wrażenie niewzruszonego. — Przynieś mi manuskrypt Peverella.
— Już go nie mam... — odpowiedziała zgodnie z prawdą, w duchu przeklinając swój drżący głos.
— Kłamie pani. — Uśmiechnął się chłodno, przez co wyglądał jeszcze bardziej onieśmielająco. Natychmiast potrząsnęła głową, ale ten protest został zignorowany. — Wiem, że lektura nie opuściła Hogwartu. Proszę mi przynieść manuskrypt, a obiecuję, że nie zabiję żadnego z pani przyjaciół — dodał, wskazawszy na Lupina i Longbottoma, którzy wciąż byli przytrzymywani przez żołnierzy.
Hermiona zesztywniała ze strachu, a jej świat w momencie zawirował. Mark wciąż był pod wpływem Imperiusa, więc zupełnie nie kontaktował, ale bez najmniejszego problemu wyłapała narastającą panikę w oczach świadomego zagrożenia Amarysa. Ledwo mogła zaczerpnąć tchu. Nie, nie mogła pozwolić, aby stała im się krzywda. Osłupiała, spojrzała z powrotem na Grindelwalda, który sprawiał wrażenie obojętnego na strach, który okazywała.
— Jako przejaw dobrej chęci, zwrócę panu Longbottomowi wolną wolę.
To powiedziawszy, wyciągnął różdżkę. Sapnęła bezgłośnie, gdy rozpoznała Insygnium Śmierci. Wyglądało dokładnie tak, jak zapamiętała, zanim przełamała go wpół i przypadkowo skoczyła w czasie. Nijak powstrzymała swe niedowierzanie, dlatego też Gellert natychmiast zorientował się w sytuacji.
— Widzę, że odrobiła pani pracę domową — podsumował ściszonym głosem i machnął różdżką.
Hermiona spojrzała na Marka. Jeszcze przez chwilę patrzył w przestrzeń pustym wzrokiem, a potem w niebieskich oczach zalśniło życie. Zamrugał kilka razy, zupełnie jakby wybudzał się z długiego snu, a potem potrząsnął głową, żeby pozbyć się zawrotów. Gdy klątwa została zniesiona, powoli zaczął sobie zdawać sprawę ze zmiany otoczenia i niebezpieczeństwa, w którym się znaleźli. Jego początkowe oszołomienie bardzo szybko przeobraziło się w najprawdziwszy szok. Momentalnie zaczął się szamotać, aby uwolnić się z uścisku żołnierza.
— Co się stało? — krzyknął. — Puść mnie, dupku! — Omiótł spanikowanym spojrzeniem wszystkich zgromadzonych w kościele, a potem zauważył, że towarzyszył im Lupin. — Co...?
— Uspokój się, Mark — poprosił przyjaciel. — Wszystko będzie dobrze.
Naturalnie, Longbottom wciąż był zaniepokojony. Gdy zauważył, że Hermiona stała zaledwie kilka metrów od niego, wciąż przytrzymywana w miejscu, natychmiast się obruszył.
— Wypuść ją! — krzyknął, a Henger tylko się uśmiechnął i wzmocnił uścisk. — Łapska precz! — dodał, walcząc ze swoimi więzami. — Co się tu właściwie dzieje?
Żołądek dziewczyny zacisnął się w bolesny supeł. Musiała wreszcie przestać tracić czas i uratować przyjaciół.
— Witamy z powrotem, panie Longbottom — powiedział spokojnie Grindelwald, niewzruszony powstałym zamieszaniem.
Chłopak zamrugał, szczerze zdezorientowany.
— Kim jesteś?
— Może rzecz, że starym przyjacielem panny DeCerto.
— Gellert Grindelwald — stwierdził, w mig zrozumiawszy insynuacje.
— Muszę przyznać, że wolałbym skorzystać z pańskich usług w innych okolicznościach, aczkolwiek te również są zadowalające — odpowiedział czarnoksiężnik, uprzednio rzuciwszy mu chłodne spojrzenie.
— Co ty mi, kurwa mać, zrobiłeś? — Mark spróbował się wyrwać żołnierzowi, ale był znacznie słabszy i nic nie wskórał.
Grindelwald nie wydawał się rozgniewany usłyszanym wybuchem i nawet nie zrugał rozmówcy za brak szacunku względem starszych. Westchnął z nieskrywanym żalem.
— Wielki pech, że straciłem tak dobrego szpiega.
— Dla nikogo nie szpieguję! — zaprotestował z oburzeniem.
Czarodziej parsknął.
— Najlepszym agentem jest ten, który jest nieświadomy swojej prawdziwej natury, panie Longbottom.
Mark zmarszczył w niezrozumieniu brwi.
— Nigdy nie pracowałbym dla szumowin twojego pokroju!
— Już wykonałeś swe zadanie — odpowiedział Gellert, zignorowawszy usłyszaną obelgę. — Zgodnie z poleceniem przyprowadziłeś do mnie pannę DeCerto.
Chłopak wytrzeszczył z przerażenia oczy. Natychmiast wbił wzrok w skrępowaną Hermionę.
— Co takiego...? To nieprawda! — jęknął. — Nie sprowadziłem cię tutaj, prawda...?
Szybko potrząsnęła głową.
— Nie jesteś niczemu winien — odparła. — Byłeś pod wpływem Imperiusa.
— O Merlinie! — sapnął, niemo błagając o przebaczenie. Mimo że nieświadomie padł ofiarą czyjejś manipulacji, nie mógł pogodzić się z rzeczywistością. — Tak mi przykro, Hermiono. Przysięgam, że chcę twojej krzywdy!
— Spokojnie, wiem. — Uśmiechnęła się łagodnie. — W niczym nie zawiniłeś.
— Wystarczy. — W oczach Grindelwalda zabłyszczało zniecierpliwienie. — Straciłem dziś naprawdę dobrego szpiega — kontynuował z chłodem w głosie. — Przez długie miesiące pan Longbottom był moimi oczami i uszami w Hogwarcie. Obserwował jednego z moich największych przeciwników. Przeważnie działał w stanie uśpienia, dzięki czemu nawet precyzyjnie wymierzony atak legilimencyjny nie ujawniłby, że jest pod wpływem zaklęcia kontrolującego umysł. W skrócie — nie był świadomy swoich czynów.
— To niemożliwe — powiedziała Hermiona. — Klątwa Imperius nie może być użyta w taki sposób, zwłaszcza bez wiedzy Marka i osoby kontrolującej zaklęcie.
Czarnoksiężnik parsknął.
— Jeszcze się pani przekona, że magia ma tendencję do naginania się zgodnie z moją wolą, podobnie jak ludzki umysł.
— Nie! — W głosie Longbottoma słychać było strach i niedowierzanie. — Nie zrobiłeś czegoś takiego, draniu!
— Zapewne zastanawia się pani, dlaczego to tłumaczę — kontynuował Grindelwald, całkowicie ignorując głośne protesty swojej marionetki. — Chcę, żeby zrozumiała pani wagę problemów, które mi sprawiła. Oczekuję rekompensaty. — Spojrzał nań z groźbą w oczach. — Dostarczy mi pani manuskrypt Ignotusa Peverella. Gdy przyniesie mi pani to, o co proszę, uwolnię chłopców.
— Co z Hermioną? — zapytał przytomniejszym tonem Lupin, zauważywszy nie do końca sprecyzowane wymagania. — Czy też będzie mogła odejść, jeżeli spełni postawiony warunek?
Grindelwald rzucił mu przelotne spojrzenie, zabarwione chłodem.
— Nie.
— Nie położysz na niej ręki, potworze! — krzyknął Mark i ponownie spróbował się wyrwać.
DeCerto przygryzła wewnętrzną stronę policzka, zapatrzona w przerażonych przyjaciół. Kręciło jej się w głowie. Wiedziała, że zrobi wszystko, o co została poproszona, aby zapewnić im bezpieczeństwo. To było dlań najważniejsze na świecie.
— Jaką mam pewność, że dotrzyma pan warunków umowy? — zapytała stanowczym tonem, próbując nie okazać paniki. — Jaką mam gwarancję, że gdy rzeczywiście przyniosę panu manuskrypt, moi przyjaciele odzyskają wolność?
— Żadnej, oczywiście. — Uśmiechnął się złośliwie. — Niemniej jednak jeżeli nie podejmie pani ryzyka, wszyscy zaraz zginiecie.
— Nie rób tego, Hermiono! — krzyknął Mark.
Grindelwald zignorował protest Longbottoma i kontynuował uważną obserwację. Dziewczyna czuła, że z każdą chwilą coraz to bardziej się niecierpliwił.
— Widzę pani wahanie — powiedział beznamiętnie. — Wygląda na to, że ma pani problem ze zrozumieniem powagi sytuacji. Skoro słowa stanowią przeszkodę, przejdziemy do czynów. — Spojrzał na Hengera i szarpnął głową, wydawszy nieme polecenie.
Żołnierz się uśmiechnął, a potem zacisnął palce wokół różdżki.
— Tak jest, dowódco.
Mimo że puścił Hermionę, nie mogła się poruszyć, skrępowana magicznymi linami. Wiedziała, że to sprawka Grindelwalda, który obecnie sprawował tutaj władzę. Gdy zobaczyła, że Henger unosi broń, spłynęło nań lodowate zrozumienie. Kiedy z okrutną precyzją machnął różdżką, zapłakała i zaniosła się krzykiem.
— Avada Kedavra.
Upiorne zielone światło przecięło powietrze i popędziło w kierunku Longbottoma. Raz uwolnione, zaklęcie nie mogło zostać powstrzymane.
Mark wytrzeszczył oczy, bezbronny i nieprzygotowany do dalszej drogi. Gdy z siłą uderzyło go w klatkę piersiową, wydał z siebie ciche, zaskoczone sapnięcie, a potem zwiotczał i osunął się bezwładnie na podłogę. Upadł na bok, bowiem wciąż miał związane na plecach ręce. Niebieskie oczy pozostały otwarte, a twarz zdobiło niedowierzanie. Zastygł w bezruchu na zimnej, kamiennej posadzce odseparowanego od świata kościoła. Chociaż był młody, życie uciekło z niego w ciągu ułamka sekundy.
Oswobodzona z magicznych więzów, Hermiona upadła na kolana. Nie mogąc powstrzymać potoku łez, zapatrzyła się w martwe ciało przyjaciela. Trzęsąc się niczym w febrze, nie potrafiła złapać tchu.
Mark odszedł.
Słyszała, jak Lupin krzyczy, ale zupełnie nie rozumiała słów. Jedyne, na czym mogła się teraz skupić, to powoli matowiejące niebieskie oczy.
Straciła następnego przyjaciela. To nie mogła być prawda! Zacisnęła dłonie w pięści do tego stopnia, że rozkrwawiła sobie skórę paznokciami. Wszystko wokół stało się nieistotne.
Mark odszedł.
— Nie mam w zwyczaju żartować, panno DeCerto. — Wśród zamieszania usłyszała głos Gellerta Grindelwalda. — Zakładam, że nie chce pani popełnić drugi raz tego samego błędu. Jeden z chłopców nadal żyje. Zginie, jeżeli nie przyniesie mi pani manuskryptu.
Hermiona nie mogła trzeźwo myśleć, zwłaszcza że ciągle patrzyła w pozbawione blasku niebieskie oczy. Z ogromnym wysiłkiem oderwała od nich spojrzenie i skoncentrowała się na stojącym przed nią czarnoksiężniku. Zachowywał się tak, jakby przed momentem nie zamordował niewinnego człowieka.
— Zmusiła mnie pani do ostateczności — kontynuował ze spokojem. — Zdecydowała się pani stawiać opór, przez co straciłem doskonałego szpiega.
Zapatrzyła się, czując bolesne odrętwienie. Gdy spojrzała z powrotem na Marka, zauważyła, iż Lupin upadł na kolana obok przyjaciela, również nie mogąc powstrzymać łez. Wiedziała, że rozpacz jest daremna, bo nikomu nie wróci życia, ale sama się w niej zatopiła.
Wciąż na klęczkach, skupiła się na Grindelwaldzie.
— Zrobię wszystko, co każesz. Nie krzywdź, proszę, Amarysa — wyszeptała zachrypniętym głosem. — Obiecuję, że przyniosę manuskrypt.
Mężczyzna nie był zaskoczony odpowiedzią, a tym bardziej nie okazał triumfu. Od samego początku wiedział, że się złamie.
— W porządku — stwierdził i sięgnął do kieszeni spodni. Wyciągnął z niej mały, niepozorny z wyglądu, złoty dzwoneczek przymocowany do krótkiego łańcuszka. Błyszczał matowym blaskiem, aczkolwiek krawędzie miał czerwonawe od rdzy. Ostatecznie rzucił go na podłogę. — Słowo „las” aktywuje świstoklik — powiedział. — Jak się zapewne pani domyśla, przeniesie panią na skraj dziczy otaczającej Hogwart. Proszę iść do zamku i zabrać manuskrypt. Ma pani dokładnie godzinę, zanim świstoklik samoistnie się aktywuje. Jeżeli po drodze zawiadomi pani kogoś lub nie dostarczy mi tego, czego żądam, pani przyjaciel skończy martwy.
Hermiona wyciągnęła drżącą rękę, wzięła mały dzwoneczek i spojrzała z powrotem na Marka. Wciąż leżał tam, gdzie upadł. Lupin był nad nim pochylony i zaciskał mu dłoń na ramieniu. W pewnym momencie skrzyżowali ze sobą wzrok. Mimowolnie zadrżała i znów zaniosła się płaczem. Gdy uświadomiła sobie, że stała się odpowiedzialna na śmierć następnego przyjaciela, tym razem pochodzącego z przeszłości, coś ciężkiego osiadło jej na sercu. Od samego początku wiedziała, że wciąga obcych ludzi we własne problemy, a i tak brnęła w zaparte.
Skup się!, warknął wewnętrzny głos. Użalaniem się zajmiesz się później, Granger! Teraz ocal Lupina!
Musiała się wziąć w garść. Owszem, zawiodła jednego przyjaciela i nie mogła zawieść drugiego. Wzięła głęboki, uspokajający oddech, odpychając od siebie strach i ból po stracie. Na żałobę przyjdzie czas później, kiedy znajdą się w bezpiecznych hogwardzkich murach. Przymknęła na moment powieki i skoncentrowała się na swoim celu. Musiała być silna.
Wiedziała, co należy zrobić.
Otworzywszy oczy, zacisnęła dłoń na świstokliku do Hogwartu.
Wciąż klęcząc na podłodze, uniosła dłoń i wyciągnęła środkowy oraz wskazujący palec. Skumulowała magię w opuszkach i uformowała potężne zaklęcie tnące, które przyjęło postać białego światła. Zatoczyła ręką w powietrzu długi łuk, a przekleństwo podążyło za wskazanym ruchem.
Grindelwald, który stał najbliżej, został trafiony jako pierwszy. Nie był przygotowany na odparcie ataku, a już na pewno nie na fenomenalny pokaz magii bezróżdżkowej, a mimo to zareagował instynktownie i wyczarował tarczę, zanim urok zdołał zranić go w prosto w klatkę piersiową; dzięki temu uniknął wszelkich obrażeń. Tyle dobrego, że potknął się o kilka kroków, a przez to odsunął. Hermiona znów machnęła dłonią, a zaklęcie podążyło pionowo po ziemi i w ciągu zaledwie kilku sekund dotarło do zgromadzonych wokół Lupina żołnierzy. Chłopak wciąż klęczał na kamiennej posadzce, dlatego też nie było możliwości, iż przypadkowo oberwałby. Urok przeleciał mu dosłownie nad głową, jednakże przeciwnicy nie mieli tyle szczęścia. Jeden z nich został trafiony, zanim wzniósł tarczę, dzięki czemu rozharatało mu ramię, zaś pozostali wykazali się lepszym refleksem. Mimo iż zdołali na czas wznieść ochronę, zostali odepchnięci przez podmuch magii. Widząc oczekiwane złamanie formacji, DeCerto zakończyła zaklęcie i postawiła własną barierę.
Obex!
Tarcza rozbłysła jasnym, żółtawym światłem i zawirowała nad całym pomieszczeniem. Z racji tego, iż Hermionie udało się odepchnąć Grindelwalda i jego żołnierzy zaklęciem tnącym, ochronka zapewniła jej i Lupinowi odrobinę współdzielonego bezpieczeństwa.
Wciąż klęcząc na podłodze, uniosła rękę, aby podtrzymać barierę. Sekundę później sapnęła, uzmysłowiwszy sobie, że ucieka zeń magia. Gellert szybko otrząsnął się z początkowego szoku i, trzymając w dłoni Czarną Różdżkę, neutralizował jej urok. Był niesamowicie silny, ponieważ tarcza w momencie zamigotała. To było jasne, iż miała zaledwie chwilę, bowiem nie utrzyma osłony wiecznie.
Spojrzała na Amarysa, który gapił się na nią w szoku i zacisnęła dłoń na świstokliku.
— Łap! — krzyknęła i rzuciła mu dzwonek. Wylądował na kamiennej podłodze jakiś metr od niego. Chłopak natychmiast rzucił się naprzód, chwycił przedmiot i podniósł się na nogi. Wyglądał, jakby zamierzał do niej podbiec. Hermiona zmarszczyła brwi, ostatkiem sił podtrzymując tarczę. Wiedziała, że nie było czasu na wspólną deportację. — Nie wytrzymam długo. Idź i sprowadź Dumbledore’a! — dodała.
Lupin wytrzeszczył oczy i właśnie wtedy żółta osłonka została zneutralizowana. Gellert Grindelwald okazał się piekielnie utalentowanym czarodziejem. Siła uroku, który włożył w rozbicie tarczy, sprawiła, że w dziewczynę uderzyła gwałtowna fala potężnej mocy, przez co zaczęła mieć problemy z oddychaniem. Magia przeciwnika dosłownie powaliła ją na kolana. W oczach Amarysa widziała strach i wahanie, więc uśmiechnęła się słabo.
— Idź.
Zacisnął usta w cienką linię i z ponurą miną jej przytaknął. Ze wciąż błyszczącymi od łez policzkami, schylił się i chwycił Marka za rękę. Następnie aktywował świstoklik i zniknął w okamgnieniu. Hermiona odetchnęła z ulgą. Jeszcze nigdy się tak nie cieszyła z rozbłysku niebieskawego światła.
Zaledwie kilka sekund później szereg klątw uderzył w podłogę, gdzie wcześniej stał Lupin. Szybko machnęła ręką, dzięki czemu ochroniła się przed zaklęciami, które miały weń uderzyć. Tarcza, co prawda, wytrzymała, jednakże podmuch mocy sprawił, że wpadła w poślizg i przejechała po podłodze trzy lub cztery metry. Gdy się zatrzymała, odkryła, że najprawdopodobniej pokaleczyła sobie ramię.
— Stać!
Atak ustał, więc podniosła wzrok i zauważyła, że została w międzyczasie otoczona. Z trudem przełknęła ślinę i spojrzała wprost na Grindelwalda. Stał tam, sprawiając wrażenie opanowanego. W ręku trzymał Czarną Różdżkę, ale nie była weń wycelowana. Zadrżała, kiedy uniósł oceniająco brew. Zamiast chłodu i stanowczości, emanował teraz jakby niewinnym zaciekawieniem.
— Niespodziewane, doprawdy... — podsumował, nagle cieplej i łagodniej. Uśmiechnął się kącikami ust i przechylił z zainteresowaniem głowę. — Jestem pod wrażeniem pomysłowości.
Zmrużyła oczy, bowiem zaczął się zupełnie inaczej zachowywać. Ta nagła zmiana była nie tylko, jak to ładnie ujął, niespodziewana, ale również szalenie niepokojąca.
Czarnoksiężnik spojrzał na Hengera. Gestem poprosił go, aby podszedł bliżej.
— Masz różdżkę panienki?
Mężczyzna skinął głową.
— Tak, dowódco.
— Pokaż — powiedział, wyciągnąwszy rękę.
Żołnierz bez wahania usłuchał, zaś dziewczyna z niepokojem obserwowała przebieg wydarzeń. Gdy Grindelwald zajął się badaniem jej broni, przygryzła z nerwów wargę. Obracał drewno w dłoniach, od czasu do czasu nim machnąwszy.
Wtem uśmiechnął się triumfalnie i przełamał różdżkę na pół. Hermiona aż się wzdrygnęła. Chociaż była to tylko fałszywka, sam dźwięk był okropny. Czarnoksiężnik rzucił fragmenty drewna na podłogę i przestał zaprzątać sobie nimi głowę. Zamiast tego ponownie skupił się na ich właścicielce. Ewidentnie był podekscytowany, co nie wróżyło niczego dobrego.
— O ile dobrze zrozumiałem, masz z tą młodą damą jakieś niedokończone sprawy — powiedział, spojrzawszy na Hengera, który zmarszczył lekko brwi, zdezorientowany. — Cóż, masz swoją szansę. Jest twoja.
Usłyszawszy to, mężczyzna się uśmiechnął, zaś Hermiona wpadła w panikę. Było oczywiste, że Grindelwald coś kombinuje, ponieważ stanął z boku i przyglądał się rozwojowi wydarzeń niczym jastrząb.
Henger nie grał na zwłokę i znacząco się przybliżył. Dopiero teraz zauważyła, że lekko kuleje, ponieważ prawą nogę ma sztywną. Wpatrywał się w nią pożądliwie, podczas gdy ona czuła doń wyłącznie obrzydzenie i nienawiść. Ten okropny drań z zimną krwią zamordował jej najlepszego przyjaciela.
Skoczyła na równe nogi, zaś mężczyzna uniósł różdżkę. Jej magia trzeszczała w powietrzu, gotowa do przypuszczenia ataku, napędzana nietłumionym gniewem.
Musiał zapłacić za zbrodnię, której się dopuścił.
W swojej wściekłości nie zauważyła podekscytowania w oczach Grindelwalda, który natychmiast wyczuł jej moc.
Henger wystrzelił pierwszą klątwę. Niebezpiecznie syczała i leciała wprost ku niej, więc machnęła ręką, jakby kogoś spoliczkowała. Zaklęcie uderzyło w niewidzialną barierę i zmieniło swą trajektorię, ostatecznie uderzywszy w kamienną podłogę.
Zmarszczyła z obrzydzeniem nos, kiedy znów spróbował się popisać. Tym razem jednak nie czekała, aż skończy inkantację, tylko gniewnie machnęła dłonią.
Sectumsempra!
Wiedziała, że używa mrocznej klątwy, ale miała to gdzieś. Henger odpowiedział uśmiechem i wyczarował szarą tarczę. Odkąd Tom przywrócił jej magię, miała nad nią o wiele lepszą kontrolę, aniżeli wcześniej. Widząc, że się zabezpieczył, wypchnęła swoją magię z ciała i nawiązała kontakt z przekleństwem, dzięki czemu nabrało ono mocy i rozpędu. Wzmocniona Sectumpsempra z łatwością przebiła się przez ochronkę i rozcięła mężczyźnie klatkę piersiową. Krew trysnęła z podłużnej rany, a siła uderzenia dodatkowo wyrzuciła go w powietrze. Upadł na kamienną podłogę i znieruchomiał, najprawdopodobniej tracąc przytomność. Hermiona z chłodem obserwowała, jak się wykrwawia, mając cichą nadzieję, iż żołnierze mieli małą wiedzę na temat magii leczniczej. Całkiem dobrze się złożyło, że Severus Snape wymyśli Sectumsemprę dopiero za kilkadziesiąt lat.
Wtem usłyszała śmiech, przez co wyrwała się z zamyślenia. Z zaskoczeniem spojrzała na Grindelwalda, który sprawiał wrażenie prawdziwie rozbawionego, a może nawet zachwyconego. Wydawał się zahipnotyzowany przedstawieniem, którego był świadkiem.
— Rousseau — powiedział miękkim głosem.
— Tak, dowódco? — Z tłumu wystąpił rudowłosy czarodziej, ot wcześniejszy lider grupy.
— Zbierz wszystkich, mój przyjacielu, i wróćcie do kwatery głównej — odparł, wciąż zapatrzony w dziewczynę. — Na razie nie będę cię potrzebował.
Mężczyzna był zaskoczony rozkazem.
— Jesteś pewien?
Gellert spojrzał nań, a potem się uśmiechnął, zupełnie niezrażony usłyszaną wątpliwością.
— Owszem. Myślę, że lepiej załatwić tę sprawę na osobności.
Rousseau uniósł brwi, ale posłusznie skinął głową. Z wojskową szybkością zasalutował przed swoim dowódcą, po czym podszedł do reszty zgromadzonych w kościele czarodziejów.
— W porządku, panowie. Wynosimy się stąd — powiedział ostrzejszym tonem. — On również — dodał w kierunku leżącego na ziemi Hengera.
— Tak jest!
Dwóch żołnierzy podeszło do nieprzytomnego towarzysza, a następnie wszyscy wyciągnęli spod koszuli nieśmiertelniki. Sekundę później zniknęli z cichym pomrukiem „kwatera główna”, pozostawiwszy po sobie zaledwie tuman kurzu.
Hermiona obserwowała te wydarzenia z rosnącym zdumieniem. Gdy zostali w kościele we dwójkę, spojrzała z powrotem na Grindelwalda, który nadal sprawiał wrażenie zainteresowanego pokazem magii, który przed momentem zaprezentowała. Uśmiechał się jakby uspokajająco, co samo w sobie było niepokojące. Zmył z twarzy cały chłód, którym szczycił się od początku spotkania.
— Władasz dość niezwykłą magią, Hermiono — powiedział, porzuciwszy oficjalny ton.
— Już to słyszałam — odparła z największą ostrożnością.
Chociaż starała się wyglądać na opanowaną, w środku z ledwością tłumiła burzę. Czy chciał ostudzić jej zapał? Jeżeli tak, to gorzko się przeliczy.
— Wiedziałem, że jesteś niesamowicie zaradną czarownicą, ale nie miałem pojęcia, że również tak bardzo uzdolnioną — kontynuował konwersacyjnym tonem.
Teraz posunął się do schlebiania i prawienia komplementów. Zamrugała z otwartą niepewnością. W oczach Grindelwalda zobaczyła wesołość, potęgowaną przez zachęcający uśmiech. Złote, rozwichrzone włosy sprawiały, że wyglądał niczym najprawdziwsze niewiniątko.
— Czego ode mnie chcesz? — zapytała, również porzuciwszy maskę uprzejmości.
Zachichotał, gdy to usłyszał.
— Żyłem w przekonaniu, że to raczej oczywiste. — Nawet nie próbował zaprzeczać. — Chcę, żebyś do mnie dołączyła.
Zapatrzyła się z nań z niedowierzaniem.
— Słucham...?
Spodziewała się dosłownie wszystkiego, ale z pewnością nie czegoś takiego. Co właściwie planował...? Była cholernie zaniepokojona, zwłaszcza że patrzył na nią z uśmiechem na twarzy.
— Owszem, chcę mieć cię po swojej stronie — doprecyzował entuzjastycznie.
W niedowierzaniu potrząsnęła głową.
— Właśnie zamordowałeś mojego najlepszego przyjaciela — powiedziała z obrzydzeniem. — Nigdy do ciebie nie dołączę. Idź do diabła!
W oczach Grindelwalda nagle pojawił się żal.
— Wybacz, masz rację. Nie powinienem był wydawać takiego rozkazu — stwierdził poważnym tonem. Wyglądał jak człowiek, który naprawdę żałuje popełnionej zbrodni. Ciepło, które zaczął wokół siebie roztaczać, łagodność wyrażona w słowach i brak uśmiechu na twarzy — zdecydowanie był dobrym aktorem.
Znów potrząsnęła głową.
— Przepraszam, Hermiono. Teraz widzę, że popełniłem straszliwy błąd — powiedział. — Proszę, przyłącz się do mej sprawy oraz daj mi szansę na zadośćuczynienie.
Odsunęła się o krok. To było niedorzeczne.
— Twoi ludzie prześwietlili mnie na wylot. Jestem pewna, że w pierwszym sprawozdaniu poinformowali cię, że jestem czarownicą mugolskiego pochodzenia — podsumowała, wzmocniwszy swą magię ochronną. — Czemu pragniesz, abym walczyła u twojego boku, skoro jesteś przeciwko mugolakom?
— Nie, nie. Mylisz się, moja droga. — Uśmiechnął się przepraszająco. — Nie toczę wojny przeciwko mugolakom.
Uniosła brwi.
— Wybacz, ale to kompletna bzdura. Ostatnią rzeczą, o jakiej rozpisywały się o tobie gazety, to atak na francuski departament zajmujący się sprawami urzędowymi czarodziejów z mugolskich rodzin. Skoro w rzeczywistości walczysz o coś zupełnie innego, aniżeli „oczyszczenie świata”, to potrzebuję oświecenia.
— Głównie z ignorancją. Staram się uczynić magiczny świat lepszym miejscem, tworząc społeczeństwo, na jakie wszyscy zasługujemy — powiedział z uśmiechem na twarzy. — Innymi słowy walczę o wolność.
— Jak możesz tak mówić? — prychnęła z niedowierzaniem. — Zabijasz niewinnych ludzi, a swój nowy ład budujesz na cmentarzu. Jedyne, co tak naprawdę tworzysz, to sieć nienawiści.
— Niestety, wszelkiego rodzaju rewolucjom zawsze towarzyszy rozlew krwi. Utrata życia jest niefortunna, ale nie niszczy samej idei przyświecającej walce wyzwoleńczej — powiedział z błyszczącymi oczami. — Jeżeli naprawdę pragniemy coś osiągnąć, musimy się poświęcić. Toczę bój dla większego dobra.
— Czemu więc poświęcasz głównie mugolaków? — syknęła agresywnie. — Z tego, co zauważyłam, są twoim jedynym celem.
Grindelwald uśmiechnął się pobłażliwie.
— W porządku, zacznijmy od postaw. Kiedy mugolak po raz pierwszy wkracza do czarodziejskiego świata, nie ma najmniejszego pojęcia o magii i jej złożoności. Momentalnie staje się częścią społeczeństwa, w którym jedna z odnóg magii jest prześladowana i kryminalizowana podczas gdy druga gloryfikowana. Poddawani takiemu praniu mózgu, z łatwością przyłączą się do systemu ucisku. Dopóki nie wyzwolimy naszego społeczeństwa z okowów, każdy mugolak będzie musiał się z tym zmierzyć.
Hermiona zacisnęła usta, zdumiona przekonaniem, które od niego aż biło. Zrobiło jej się niedobrze. Czy naprawdę wierzył, że stał po właściwej stronie...? Asekuracyjnie zerknęła ku drzwiom wyjściowym z kościoła. Chciała znaleźć się na zewnątrz i zaczerpnąć świeżego powietrza. Miała nadzieję, że wkrótce przybędzie wsparcie, bo Lupin zaalarmuje Dumbledore’a. Gra na zwłokę mogłaby się w sumie opłacić. To chyba lepsze rozwiązanie, aniżeli podjęcie próby ucieczki.
— Dlaczego? — zapytała.
— Co takiego?
Grindelwald zachowywał się nadzwyczaj uprzejmie. Oczy błyszczały mu jasnym blaskiem, a uśmiech wyglądał naprawdę czarująco. Zupełnie nie przypominał człowieka, którym wydawał się być po aportacji — chłodnego i nieprzystępnego, bezlitosnego.
— Czemu chcesz, żebym się do ciebie przyłączyła? — doprecyzowała pytanie, próbując okiełznać trzeszczącą w powietrzu magię.
— Dlaczego nie miałbym chcieć, abyś dla mnie walczyła? — Zaśmiał się pod nosem. — Przed chwilą pokazałaś bardzo imponujący pokaz magii. Uważam, że byłabyś doskonałym dodatkiem do moich szeregów. Byłbym zaszczycony, mogąc mieć w tobie sojuszniczkę. — Uśmiechnął się ze złośliwością. — Jeżeli będziesz ze mną współpracować, z łatwością zdobędziesz manuskrypt Ignotusa Peverella. To mogłaby być nawet twoja pierwsza misja.
Zmarszczyła brwi.
— Skąd ta obsesja na punkcie książki? I zainteresowanie Insygniami Śmierci?
— Nie osądzaj mnie zbyt surowo, Hermiono, zwłaszcza że sama próbujesz je skolekcjonować — powiedział i doń mrugnął. — Jak zgodzisz się na połączenie sił, popracujemy nad tym wspólnie.
W ogóle nie rozumiała, o co mu właściwie chodziło. Najpierw chciał, żeby zdobyła dlań manuskrypt. Czyżby po prostu zmienił strategię? Właśnie temu ma służyć ta nagła zmiana charakteru? Zdenerwowana, przygryzła wargę, znów spoglądając tęsknie na drzwi.
— Czemu próbujesz zebrać Insygnia? Pożądasz nieśmiertelności? — zapytała, ignorując wszystko, co przed momentem powiedział.
— Nieśmiertelności? Zdecydowanie nie. — Uśmiechnął się Grindelwald, na co zamrugała z niedowierzaniem, zaskoczona usłyszaną szczerością w głosie. — To pozbawione sensu. Dlaczego miałbym walczyć o życie wieczne i zaprzątać sobie głowę najróżniejszymi scenariuszami mojej możliwej śmierci, skoro żyję tu i teraz? — zapytał, rozłożywszy ręce. — Moim obowiązkiem jest kształtowanie teraźniejszości, więc po co marnować czas na przyszłość?
— Niemniej jednak Insygnia... — wyszeptała, zupełnie nie mogąc zrozumieć tego mężczyzny. Fakt, iż był tak trudny do rozczytania, sprawiał, że był naprawdę niebezpiecznym przeciwnikiem. — Insygnia powinny być w stanie pokonać śmierć. Skąd to zainteresowanie nimi, skoro nie z powodu potencjalnej nieśmiertelności?
— Znam opowieść o trzech braciach i ich spotkaniu z kostuchą. Legenda głosi, że każdy z nich otrzymał drogocenny podarek. — Uśmiechnął się czarująco Grindelwald, a następnie przeczesał dłonią zmierzwione złociste włosy. Hermiona musiała zwalczyć bolesne ukłucie w sercu, ponieważ w pod względem fryzury był bardzo podobny do Harry’ego. — Czy wierzysz bajkom, moja droga? — zapytał, ale nie odpowiedziała, gdyż nie wiedziała, do czego konkretnie zmierza. — Jestem przekonany, iż Insygnia są w rzeczywistości wytworem czarodziejskich rąk. To niezwykle potężne magiczne artefakty, ale wciąż stworzone przez człowieka z krwi i kości. Śmierć z pewnością nie opuściła krainy zmarłych, żeby obdarzyć swą mocą trzech przypadkowych śmiertelników.
— Sprytnie uniknąłeś tematu — stwierdziła, może nawet trochę niegrzecznie, ale czuła, że nie musi się powstrzymywać. — Skoro nie interesuje cię wieczne życie i przyznałeś, że nie wierzysz w opowieść, to dlaczego próbujesz skolekcjonować te mityczne artefakty?
— W istocie. Spostrzegawczość jest wielkim atutem. Niecierpliwość, niestety, zdecydowanie mniejszym. — Uśmiechnął się łagodnie. — Prawdę powiedziawszy, zajmuję się poszukiwaniami od dawien dawna. Możesz nie dawać wiary moim zapewnieniom, jednakże z początku pomagał mi w tym przyjaciel. Niedługo później mnie odtrącił.
— Albus Dumbledore?
— Och, czyżby się przyznał? — Uniósł w zdziwieniu brwi. — Hm, przypuszczałem, że milczy na mój temat z godną pochwały determinacją. — Znów przeczesał włosy, patrząc w sufit. — Skoro byłem w błędzie, to mam nadzieję, że nie szarga zbytnio mej reputacji. — Odwrócił się ku dziewczynie i rozłożył szeroko ramiona. — Insygnia są częścią mojej przeszłości. Nic więcej, nic mniej.
— Skoro to twoja przeszłość, to dlaczego poświęciłeś tyle czasu i ludzi, aby odebrać mi manuskrypt?
— Cóż, naprawdę mi na nim zależy. — Uśmiechnął się bezczelnie. — Mam nadzieję, że nie żywisz żadnej urazy — dodał, ale nie odpowiedziała. — Insygnia są potężnymi i pożądanymi magicznymi przedmiotami. To naturalne, że ich pragnę.
— Oczekujesz, że uwierzę, że zrobiłeś sobie przerwę od życiowej misji, aby zdobyć kilka mitycznych drobiazgów? — zapytała z niedowierzaniem. — Wybacz, ale nie jestem przekonana. Czego ode mnie właściwie chcesz? Czemu tak ci zależy, abyśmy połączyli siły?
— Ach, rozumiem. — Grindelwald nie wydawał się urażony jej kpiącym zachowaniem. — Odpowiedź jest prosta — niczego. — Przez moment patrzył nań niewinnie, a potem dodał: — Czytałaś ten manuskrypt, moja droga?
— Tak.
— W porządku. Czy wiesz, kim jest Ignotus Peverell?
Wbrew sobie zmarszczyła brwi. Czemu się tym interesował? Peverell żył ponad tysiąc lat temu i właśnie wtedy stworzył Czarną Różdżkę. Czy było coś więcej godnego uwagi?
Gellert wyglądał na zadowolonego, iż była zdumiona.
— Interesujące. Chociaż przeczytałaś manuskrypt, średnio zrozumiałaś przesłanie.
Hermiona z niepokojem zauważyła, że mimo czarującego uśmiechu na twarzy, mężczyzna zmienił swe nastawienie, a w jego oczach pojawił się dziwaczny, trudny do zidentyfikowania błysk. Za łagodną fasadą skrywał pewnego rodzaju tęsknotę. Szybko się jednak opanował i po chwili znowu przywdział ugrzecznioną maskę.
— Ignotus Peverell może być najważniejszą postacią w historii magii. Naprawdę nic o nim nie wiesz? Cóż, ciężko cię winić. Młodzi ludzie nieszczególnie są zainteresowani dawnymi dziejami.
Potrząsnęła głową.
— Dlaczego mi to wszystko mówisz?
— Skoro chcemy nawiązać współpracę, muszę uświadomić przyszłego partnera w najważniejszych kwestiach — odpowiedział. — Chętnie wytłumaczę ci mój punkt widzenia. Obiecuję, że wkrótce spojrzysz na sprawę z innej, o wiele jaśniejszej perspektywy.
Hermiona się zamyśliła. Granie na zwłokę było najlepszym planem, jaki mogła obecnie zrealizować. Grindelwald chciał wcielić się w rolę nauczyciela, więc nic nie stało na przeszkodzie, aby odegrała uczennicę.
— W swoich czasach Ignotus Peverell był mistrzem magicznej sztuki. Zajmował się doskonaleniem wszystkich znanych ludziom zaklęć, studiowaniem każdej odnogi magii oraz prowadził zagorzałe dyskusje z innymi specjalistami. W pewnym momencie odkrył coś, czego inni nie zauważali. Przestronna wiedza, którą się szczycił, pozwoliła mu zrozumieć, że nawet moc ma swoje granice. Oczywiście, nie zadowolił się stwierdzeniem faktu i spróbował przekroczyć ramy. Jego wysiłki zakończyły się sukcesem. To właśnie był dla niego moment objawienia. Zrozumiał, że to, co do tej pory było nauczane jako magia, w rzeczywistości stanowiło mierną próbkę prawdziwej mocy. Wszystkie wzniesione wokół tej nauki wierzenia ograniczały tę potęgę i nadawały jej bardzo nieelastycznego charakteru — powiedział akademickim tonem. — Peverell dokonał czegoś, co uważano za niemożliwe, a mianowicie zmienił tę siłę. Udało mu się to, o czym marzyli wszyscy mistrzowie przed nim — zmodyfikował podstawy samej magii, oddał ją naturze i uwolnił z okowów.
Hermiona ze zmarszczonymi brwiami słuchała płomiennej przemowy Grindelwalda. Może i miał rację, ale nie dała się ponieść emocjom.
— Zamiast grzecznie podziękować i napisać kilka hymnów pochwalnych, inni czarodzieje zrobili z niego społecznego wyrzutka. Zaczęli go unikać, nazywali demonem, a nawet diabłem w człowieczej skórze. Peverell był nieugięty i nie pozwolił się powstrzymać. Nigdy się poddał, chociaż nazywano go heretykiem i próbowano przeszkodzić mu w badaniach. Żeby zostawić ślad dla potomnych, przelał swą wiedzę na papier. Ostatecznie jego praca i przekonania wpłynęły na czarodziejów jak żadne inne — kontynuował z zapałem. — Można powiedzieć, że Ignotus Peverell podzielił samą magię na dwa jakby gatunki — tę zaklinowaną w sztywnych formach i postanowieniach oraz tę wyzwoloną, niczym niezwiązaną i wiecznie zmienną.
Hermiona poczuła zawroty głowy. Gdzieś już słyszała podobne twierdzenia. Gdy się skupiła, oczami wyobraźni zobaczyła Severusa Snape’a mówiącego o magicznej naturze.
Zrozumiawszy, o czym mowa, prawie się potknęła.
— Peverell stworzył coś, co obecnie nazywamy czarną magią... — wyszeptała z niedowierzaniem.
— Niezupełnie. To określenie jest zasługą wyłącznie antagonistów. — Uśmiech Grindelwalda nabrał chłodu. — Chcemy, czy też nie, magia podlega nieustannym zmianom. Jak coś, co nie ma ani formy, ani kierunku, może być mroczne, niebezpieczne i niewłaściwe? — Zrobił krok naprzód, nawet na sekundę nie porzuciwszy uprzejmego uśmiechu. To straszne, ale mimowolnie poczuła się wciągana w tę głębię. Jakby dostrzegając jej strach, Gellert spojrzał nań uspokajająco. — Jako wyznawca nauk Ignotusa Peverella nie lubię być nazywany czarnoksiężnikiem, ponieważ daleko mi do mrocznego czarodzieja. Jestem światłem, moja droga, tak samo jak Peverell w swoich czasach.
Zamrugała, próbując oderwać wzrok od tych hipnotyzujących oczu.
— Czarna magia jest zła — argumentowała, chociaż po krótkim przemyśleniu doszła do wniosku, że zabrzmiało to przynajmniej głupio.
— Magia Peverella, oryginalna magia, nie jest ani dobra, ani zła — odpowiedział ściszonym głosem. — To najprawdziwsza wolność.
Hermiona była oszołomiona myślami, które galopowały jej w głowie. Ignotus Peverell był źródłem tego wszystkiego? Odkąd przeczytała manuskrypt, który spisał, wiedziała, że był czarnoksiężnikiem. Nie przypuszczała jednak, że był też twórcą ciemności, która otacza obecny świat.
— Nawet tysiąc lat po śmierci mistrza mroczne siły wciąż próbują działać przeciwko niemu i dziedzictwu, które po sobie pozostawił — kontynuował Grindelwald. — Stworzył coś wspaniałego i wyjątkowego. Uwolnił magię z okowów, aby mogła być tym, czym powinna od samego początku — nieskazitelną potęgą, boskością. — Zrobił następny krok naprzód, podczas gdy jego oczy zamigotały płomiennym przekonaniem. — W czasach, w których przyszło mu żyć, ludzie byli ograniczeni i krótkowzroczni, więc zupełnie nie zdawali sobie sprawę z cudu, który stworzył. Przestraszeni lub oburzeni, próbowali walczyć z czymś, czego nie rozumieli. Nawet w obecnych latach czarodzieje są zbyt uparci, aby zaakceptować rzeczywistość. — Odwrócił się i zaczął spacerować po kościele. — Nazywają tę odnogę magii herezją i postępiają, więc nie pozwolę im dalej przeciwstawiać się naturze. To, co robią w pełni świadomie, nazywam zbrodnią przeciw magii.
— Czarna magia jest niebezpieczna, ponieważ czarodzieje posługują się nią, aby ranić innych i likwidować stojące na drodze przeszkody — zaprotestowała, z całego serca nienawidząc słabości swojego głosu. — Jakim cudem coś takiego może być zgodne z naturą...?
— Czasami natura, chociaż niezwykle piękna, jest okrutna. Mimo to nigdy nie powinniśmy ośmielając się jej osądzać. Musimy zaakceptować nasze miejsce i zaprzestać tej bezsensownej walki.
— Czarna magia jest napędzana walką i sieje wyłącznie zniszczenie — powiedziała z przekonaniem. — Za tą dziedziną nie kryje się nic dobrego, a tym bardziej boskiego — głównie ból i cierpienie. Niejednokrotnie miałam styczność z mrokiem. Mówię z doświadczenia, że przynosi tylko spustoszenie i tragedię.
— Czemu tak sądzisz? — zapytał łagodnie. — Bądź ze mną szczera, proszę. Dlaczego demonizujesz magię Ignotusa Peverella? Czyżbyś została zindoktrynowana przez rządową propagandę? Czy w pierwszej kolejności wiesz, czym tak naprawdę jest czarna magia?
— Zupełnie nie rozumiem, dlaczego mi to wszystko tłumaczysz — wyszeptała zgodnie z prawdą.
— Cóż, zapytałaś mnie, czemu pragnę, abyś do mnie dołączyła — odpowiedział, przybrawszy poważną minę. — Po prostu cię potrzebuję.
Zamrugała, szczerze zdezorientowana.
— Jak to...?
— Od czasów Peverella jesteśmy w stanie wojny, moja droga. Chcę zakończyć ten konflikt — stwierdził. — Chciałbym, żebyś pomogła mi wprowadzić należyty pokój.
Mimowolnie się odsunęła.
— Jak mogłabym pomóc...?
— Jesteś inteligentną i niezwykle potężną czarownicą — powiedział z chciwym wyrazem twarzy. — Co więcej, jesteś przesiąknięta duchem Peverella, prawda?
Hermiona zesztywniała, słysząc podobną insynuację. Grindelwald wiedział...? Uzmysłowiwszy sobie podstawowe zależności, ze świstem wciągnęła powietrze. Czarny splot był weń zakorzeniony, na zawsze związany z jej własną magią i pochodził bezpośrednio od swojego twórcy. Czy to oznaczało, że w momencie, gdy przełamała Niezwyciężoną Różdżkę na pół, stała się mroczną czarownicą...?
Widząc panikę na jej twarzy, Gellert uśmiechnął się uspokajająco.
— Wyczuwam magiczne sygnatury — wytłumaczył jakby z potwierdzeniem. — Ta moc pochodzi z twojego wnętrza. Wręcz emitujesz oryginalną magią Ignotusa Peverella. Potwierdza to każdy oddech i ruch. Czemu próbujesz stawiać opór?
Odsunęła się o krok, kręcąc w niedowierzaniu głową.
Sama skazała się na mroczną drogę...?
— Nie...
— Jesteś tajemnicą, najprawdziwszym paradoksem, moja droga. — Sprawiał wrażenie zadowolonego i jednocześnie podekscytowanego. — Kto cię stworzył?
— Słucham...? — wykrztusiła, walcząc z nawracającymi mdłościami.
— Nie chcesz zdradzić mi sekretu swojego powstania? — zapytał, wcale nie brzmiąc na zaskoczonego. — W porządku. Prędzej czy później sam to rozgryzę. I tak muszę się z nim spotkać.
— O czym ty właściwie mówisz...? — Była przekonana, że głowa zaraz jej wybuchnie od natłoku myśli.
— Cóż, muszę przyznać, że podjął się bardzo odważnych działań. Niewiele wystarczyło, aby eksperyment zakończył się niepowodzeniem. — W oczach Grindelwalda zamigotało rozbawienie. — Mimo to stoisz przede mną, tajemnicza istoto. Jestem pewien, że Peverell byłby zachwycony, mogąc cię poznać. Jesteś wszystkim, za czym się opowiadał oraz wszystkim, za co walczę. — Zrobił kilka kroków naprzód, a ona, sparaliżowana oszołomieniem, nie mogła się poruszyć. Ostatecznie przystanął tuż przed nią i w pieszczotliwym geście założył jej kosmyk włosów za ucho. — Właśnie dlatego cię potrzebuję — bo jesteś dzieckiem pierwotnej magii.
Hermiona wytrzeszczyła oczy. Nie, to niemożliwe. Gdy zrozumiała, co powiedział, z ledwością łapała oddech.
Jakim cudem...?
Stanowczo odmawiała akceptacji tych insynuacji. To po prostu nierealne.
Zanim się zorientowała, przygryzła wargę aż do krwi, wciąż zapatrzona w Gellerta Grindelwalda.
— Musisz się mylić. W ogóle nie jesteśmy do siebie podobni — argumentowała. — Zabiłeś Marka. Nie jestem mroczną czarownicą i nie będę dla ciebie walczyć.
Gdy uśmiechnął się pobłażliwie, prawie straciła grunt pod nogami.
Ignotus Peverell.
Peverell. Peverell.
Wiedziała, kim był. Czytała manuskrypt, który napisał i bardzo szybko pojęła, że parał się ciemnymi sztukami. Wiedziała to, odkąd otworzyła tę przeklętą księgę miesiące temu. Czemu zdecydowała się zignorować podstawowe fakty? Ignotus Peverell był czarnoksiężnikiem i mordercą, ponieważ, napędzany pożądaniem i pragnieniem władzy, zabił własnych braci, wyzbywszy się wyrzutów sumienia. Czemu magia, która przeniósł do Czarnej Różdżki, miałaby być jasna? Gdyby zdawała sobie z tego sprawę w Ministerstwie...
Kiedy odzyskała moc, w ogóle nie przejmowała się ponowną aktywacją ciemnego splotu, ale teraz...
Nie, nie! Nie!
Zaczęła gwałtownie drżeć. Magia, którą wokół siebie wcześniej rozsiewała, natychmiast się wzburzyła.
— NIE JESTEM MROCZNĄ CZAROWNICĄ! — krzyknęła, pragnąc, aby ta paląca prawda zniknęła.
— Nie musimy być wrogami. W zamian stanę się twoim sojusznikiem i obrońcą — odpowiedział uspokajającym tonem Gellert.
Gorączkowo potrząsnęła głową i wbiła wzrok w drzwi wyjściowe. Musiała się stąd za wszelką cenę wydostać.
Uniosła drżącą rękę i niespokojnie machnęła w stronę stosu niezdatnego do użytku drewna, który leżał nieopodal w kącie. Spróchniałe kawałki czegoś, co wcześniej było kościelną ławą, posłusznie uniosły się w powietrze i podążyły za ruchem jej dłoni. Szczapki poleciały w kierunku Grindelwalda, który pstryknął palcami i wyczarował wokół siebie połyskującą barierę ochronną, dzięki czemu wyszedł z tego bez najmniejszego szwanku.
Hermiona odwróciła się na pięcie i pobiegła do drzwi. Gdy dopadła do klamki, spróbowała otworzyć wrota, ale nadaremnie, bowiem nie ruszyły się nawet o centymetr, najprawdopodobniej zawczasu zabezpieczone. Kiedy się skoncentrowała i zmusiła swą magię do działania, natrafiła na dokładnie tę samą blokadę, która uniemożliwiła jej deportowanie się z kościoła. Z desperacją jeszcze raz szarpnęła mosiężną klamkę, ale drzwi pozostały zamknięte.
Wtem wyczuła pędzącą nań klątwę. Zdawszy się na instynkt, w ostatnim momencie odskoczyła w bok. Automatycznie spojrzała na Gellerta. Jak się okazało, trzymał w ręce Czarną Różdżkę i patrzył nań z widocznym zaciekawieniem. Wciągnęła gwałtownie powietrze, gdy ujrzała trzeszczącą wokół niego magię, znów dziwacznie bezbarwną.
Natychmiast skoczyła na równe nogi, uniosła prawą ręką i wściekle weń wycelowała. Z czubka jej palców wystrzeliła wiązka jasnego światła. Nie opuściła dłoni, ponieważ musiała podtrzymywać siłę zaklęcia, które i tak okazało się porażką. Mężczyzna z łatwością machnął orężem i promień rozbił się o niewidzialną ścianę na długo przed tym, zanim sięgnął celu. Nie miał najmniejszego problemu z ochroną.
Accio!, pomyślała i niepostrzeżenie pstryknęła palcami lewej ręki. Wykorzystała element zaskoczenia, bowiem nie spodziewał się równie prostego czaru, zwłaszcza skrytego za potężniejszym, który właśnie zablokował. Ciężka kamienna płyta, będąca wcześniej częścią ołtarza, zareagowała na wezwanie i uniosła się w powietrze. Grindelwald stał doń tyłem, idealnie pomiędzy nią a ołtarzem, dlatego też nie zauważył ataku z drugiej strony. Hermiona z zapartym tchem obserwowała, jak kamień rozpoczyna swój lot, podczas gdy czarnoksiężnik neutralizuje białą wiązkę.
W chwili, kiedy miało dojść do uderzenia, znikąd pojawiła się półprzezroczysta tarcza w kolorze cyjanu. Siła impetu sprawiła, że płyta pękła na wiele kawałków. Gellert zrobił większe oczy, ewidentnie zaskoczony atakiem od tyłu, a następnie odwrócił głowę i spojrzał na dokonane spustoszenie. Jednym ruchem różdżki odwołał cyjanową barierę, która najprawdopodobniej była częścią samodzielnej osłony, działającą niezależnie. Kiedy ponownie się doń odwrócił, z zaskoczeniem zauważyła, iż uśmiechał się z rozbawieniem.
— Walczysz nieczysto, Hermiono — podsumował. — Całkiem nieźle.
Machnął w skomplikowany sposób bronią, tworząc kulę szarawego dymu, która nie popędziła w kierunku dziewczyny, a uniosła się w powietrze, ku łukowatemu sklepieniu kościoła. Gdy próbowała śledzić zaklęcie, nie zauważyła wyrachowanego błysku w oczach przeciwnika, uważnego niczym jastrząb podczas polowania. Szary dym unosił się tuż pod kolorowym muralem namalowanym na kamiennym suficie. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, z chmury burzowej błysnął piorun, wycelowany prosto w dziewczynę.
Spodziewała się ataku, więc była przygotowana. W momencie skrzyżowała przed sobą ręce i pozwoliła magii na kumulację; potem rozrzuciła je na boki.
Subsisto!
Wyczarowała grubą, żółtą tarczę, w którą zaledwie sekundę później uderzył gniewnie syczący pocisk energii. Ochronka natychmiast zmieniła swój kolor — na pomarańczowy i jaskrawoczerwony, a następnie się roztrzaskała. Lecąca nań błyskawica jedynie straciła moc, ale wciąż stanowiła niebezpieczeństwo. Hermiona w ostatnim momencie odskoczyła w bok i sapnęła, kiedy zorientowała się, iż zaklęcie było nań ukierunkowane. Upadła na podłogę i przetoczyła się przez ramię, a urok uderzył w kamienną posadzkę, bowiem nie nadążył za gwałtowną zmianą toru. Był na tyle potężny, że zostawił po siebie dużą wyrwę w podłodze.
Chwiejnie stanęła na nogach i rzuciła ostrożne spojrzenie unoszącej się w powietrzu szarej, dymnej kuli. Kiedy zmrużyła oczy, zobaczyła, że emituje cienkie pasma magii, niemal niezauważalne przez rozchodzące się po całym kościele. Za każdym razem, gdy się poruszała, zaczarowana pajęczyna reagowała, jakby wyczuwając zmianę.
Kula ponownie rozbłysła i kolejna błyskawica przeszyła powietrze. Skupiwszy się na stłumieniu własnej magii, aby nie zakłócać powstałego pola, dziewczyna machnęła ręką i wysłała w stronę Grindelwalda wiązkę własnej mocy. Zdezorientowane jej działaniami pioruny podążyły we wskazanym kierunku. Czarodziej uniósł brwi, bowiem został skonfrontowany z własną klątwą. Ewidentnie był zadowolony. Zanim został porażony, machnął różdżką i zneutralizował całe zaklęcie, bowiem kula burzowa rozpłynęła się w nicości.
— Jesteś naprawdę fascynującą kobietą. — Uśmiechnął się z uznaniem Gellert. — Naprawdę zobaczyłaś ten atak? Większość ludzi jest po prostu rażona klątwą i nie ma najmniejszego pojęcia, czym właściwie oberwała. Po twoich ruchach wnioskuję jednak, iż rzeczywiście widziałaś moją sieć...
Hermiona zmarszczyła brwi. Te oślepiające białe błyskawice były raczej trudne do przeoczenia. O czym mówił Grindeldwald...? Wtem wciągnęła głośno powietrze, zrozumiawszy, w czym tkwił szkopuł. Odkąd posiadła magię Ignotusa Peverella, była w stanie nie tylko wyczuć moc innych, ale również widzieć rzeczy dla innych niedostępne.
Mimowolnie zmrużyła oczy. Testował jej umiejętności, prawda?
Koniec z tą zabawą!, pomyślała ze złością. Uniosła obie ręce, rozłożyła szeroko palce i skierowała dłonie ku przeciwnikowi. Kiedy zmniejszyła odległość, wytworzyła zielone iskry, przeskakujące pomiędzy jedną a drugą dłonią, aż trzeszcząc elektrycznością. Wreszcie złączyła ręce, a następnie utworzyła pierścień. Jej magia natychmiast skumulowała się wewnątrz kręgu. Zacisnęła z wysiłku usta i ostrożnie dmuchnęła. Jak tylko delikatny powiew powietrza przeszedł przez pierścień, ten zmienił swą formę i opuścił drugą stronę jako gwałtowna burza.
Uśmiech spełzł z twarzy Grindelwalda, który natychmiast machnął różdżką, tworząc przed sobą srebrzystą tarczę, która jednak nie wytrzymała natarcia. Zatrzęsła się niebezpiecznie i w rezultacie dosięgła go nawałnica. Wiatr smagnął go po twarzy i przeciął policzek, a z rany trysnęła krew. Czarodziej wzmocnił ochronę, w pełni skoncentrowany na magii Hermiony. W pewnym momencie z jego tarczy wystrzeliły cienkie nitki bezbarwnej energii. Chociaż wydawały się elastyczne, burza nie mogła ich pochwycić, ponieważ nie została zaprojektowana do odpierania równie precyzyjnych ataków. Sfrustrowana, jęknęła pod nosem i rozłożyła ręce, czym wstrzymała swe zaklęcie. Jednym machnięciem dłoni wyczarowała wokół siebie tarczę i sapnęła, kiedy doskoczyły doń nitki. Magia Grindelwalda chciwie oplotła jej barierę w poszukiwaniu otworu lub pęknięcia.
Mężczyzna stał w miejscu, wciąż kilka metrów dalej. Gdy zauważyła, że wydawał się rozbawiony, aż zagryzła z nerwów zęby. Wtem mrugnął figlarnie i machnął różdżką, odwołując urok.
— Nadal utrzymuję, że jesteś niesamowicie utalentowaną czarownicą — podsumował ze spokojem, zupełnie jakby nie byli zaangażowani w zaciekły pojedynek. — Zasadniczy problem w tym, że — tu pstryknięciem palców zneutralizował jej tarczę — musisz się jeszcze wiele nauczyć — powiedział z łagodnym uśmiechem, na co wciągnęła gwałtownie oddech. — Mógłbym być twoim nauczycielem, Hermiono — zaoferował uwodzicielskim głosem. — Jesteś istotą doskonałą. Pozwól mi się poprowadzić i pomóc doszlifować to, co należy.
Zamrugała i potrząsnęła głową, odsunąwszy się o krok.
— Nie będę z tobą współpracować — syknęła i otoczyła się magią ochronną. Bez żadnego ostrzeżenia machnęła ręką, a jasnożółta klątwa opuściła jej opuszki palców i pomknęła w stronę Grindelwalda.
Nawet nie zerwał kontaktu wzrokowego, tylko przeciął powietrze różdżką, a tym samym zneutralizował klątwę, która nań leciała.
— Nie masz najmniejszego pojęcia, czym w rzeczywistości jest magia, moje drogie dziecko — powiedział. — Moc Peverella nie ma żadnych granic, a walka jest bezcelowa, ponieważ opowiada się za mną nieskończoność. Twoje zaklęcie burzowe było imponujące, jednakże w starciu z prawdziwą naturą jest niczym — kontynuował mentorskim tonem. — Poznaj, proszę, uosobienie wiatru, Hermiono.
Uśmiechnął się figlarnie, dlatego też automatycznie napięła mięśnie, przygotowana do odparcia nadchodzącego ataku. Gellert machnął oszczędnie różdżką, a jego dziwnie bezbarwna magia zgromadziła się zaledwie metr od niego, trochę na prawo. Chwilę później wir, który stworzył, nabrał rozpędu.
Odsunęła się ostrożnie i właśnie wtedy eksplodował jasnym światłem, a następnie zapadł się w podłodze i wystrzelił w powietrze. Wyglądem przypominał prowadzący do innego świata otwór, przez który przenikała magia. DeCerto zadrżała, skonfrontowana z ogromną ilością czarnej magii. Czymkolwiek był ten dziwaczny portal, po drugiej stronie panowała wyłącznie ciemność. Chociaż stał zaledwie metr od niego, nie wydawał się przejmować bliskością mroku. Zamiast tego się uśmiechnął.
— Ignotus Peverell dał nam wspaniały prezent, a mianowicie wiedzę — zagaił i spojrzał na otworzone przejście. Na jego twarzy malowało się zadowolenie, a w tonie pobrzmiewało podekscytowanie. — Nie widzisz tego? Nie wyczuwasz niczego w powietrzu? Właśnie tę moc podarował nam Ignotus Peverell. Uwolnił magię i dał nam wybór. — Z tymi słowami ponownie machnął różdżką, tym razem w kierunku otworu. — Celaeno — wyszeptał jakby z uczuciem.
Z początku nic się nie działo. Portal wciąż wisiał w powietrzu, przywodząc na myśl wyrwę do innego wymiaru, albo gniewną, krwawiącą ranę szarpaną. Wtem panującą w kościele ciszę rozdarł przeraźliwy pisk.
Usłyszawszy go, dziewczyna prawie podskoczyła w miejscu. Z trudem przełknęła ślinę, gdy przyuważyła coś ruszającego się w ciemności. Istota wydała z siebie kolejny okropny wrzask i powoli wypełzła z portalu.
Hermiona musiała zwalczyć mimowolne drżenie mięśni, kiedy uderzyła weń pierwsza fala czarnej magii, boleśnie wędrująca po ciele, brukająca i po prostu obrzydliwa. Z najprawdziwszym przerażeniem patrzyła na wyłaniającą się z otworu kobietę. Była spowita ciemnością, ale widziała jej twarz. Miała mlecznobiałą karnację, pozbawioną wszelkiej skazy skórę, pełne, różowe usta i wysokie kości policzkowe, podkreślające jej egzotyczną urodę. Szczyciła się kruczoczarnymi, kręconymi włosami i była przepiękna.
Chociaż wabiła i otumaniała myśli, po kręgosłupie DeCerto przebiegł chłodny, nieprzyjemny dreszcz. Twarz istoty nie wyrażała żadnych uczuć, zupełnie jakby była wyrzeźbiona z marmuru. Jej oczy nie przypominały ludzkich, zwłaszcza że nie miały ani źrenic, ani tęczówek. Wyglądały nienaturalnie, niczym dwie bezdenne, czarne niczym smoła, kule.
Kobieta wyszła z portalu i, jak się okazało, tylko w połowie była człowiekiem. Miała odsłonięte piersi, zgrabne i kuszące, jednakże skórę jej ramion i brzucha pokrywały ciemne, błyszczące pióra, kontrastujące z bladością jej cery. Zamiast rąk miała skrzydła, którymi z pewnością mogła wyrządzić niemałą krzywdę, zaś dolną część ciała całkowicie upierzoną. Była w połowie człowiekiem, w połowie zwierzęciem i można śmiało założyć, że magiczną istotą spokrewnioną z drapieżnym ptakiem.
Gdy wylądowała na podłodze, okazało się, iż u stóp miała najprawdziwsze pazury. Jej niezgłębione, czarne oczy bystrze skanowały otoczenie, aż wreszcie zatrzymały się na Grindelwaldzie, który się doń czarująco uśmiechnął.
— Celaeno — powiedział.
Istota nie zareagowała i przez moment po prostu na niego patrzyła. Chwilę później otworzyła usta i ponownie skrzeknęła. Ostry, przenikliwy dźwięk sprawił, że Hermiona wzdrygnęła się ze strachu. W jakiś sposób kobieta wykryła ten ruch, ponieważ odwróciła ku niej głowę i, otoczona czarną magią, znów wrzasnęła. Następnie rozłożyła skrzydła i jednym ruchem wzbiła się w powietrze. Szybka niczym drapieżnik, zaatakowała, unosząc swe szpony.
DeCerto szybko machnęła ręką i wystrzeliła weń oślepiająco niebieskie przekleństwo. W momencie, gdy klątwa dosięgła celu, zniknęła, chociaż nie rozbiła się o żadną tarczę, czy przeciwzaklęcie. Urok najprawdopodobniej został wessany w energię, która otaczała istotę, dodając jej mocy. Nagle rozgniewana, smagnęła skrzydłami i posłała ku dziewczynie falę energii.
Scutulatus!, pomyślała Hermiona i wyczarowała białą tarczę, która powinna przyjąć na siebie uderzenie. Niestety, nie wszystko poszło zgodnie z planem, ponieważ ochronka również została wchłonięta. Nie widząc innego wyjścia, spróbowała odskoczyć, ale i tak oberwała. Czarna magia przeszyła jej lewy łokieć, zostawiwszy po sobie całkiem głębokie rozcięcie.
Przykucnęła na podłodze, opierając się na jednym kolanie i obu dłoniach. Serce waliło jej w piersi niczym młotem. Sapnęła, kiedy istota ponownie krzyknęła i rzuciła się do ataku. Odskoczyła, aby uniknąć pazurów, które ostatecznie zadrapały kamień, pozostawiając po sobie nacięcia. Kobieta machnęła skrzydłami i zawisła w powietrzu, więc wykorzystała okazję i cisnęła weń następną klątwę, która, niestety, została wessana.
Uciekając przed niebezpieczeństwem, próbowała uniknąć ostrych jak brzytwa szponów. Zdawszy się na instynkt, podbiegła do jednego z filarów kościoła, ale właśnie wtedy poczuła okropny ból pleców. Miała wrażenie, że została pocięta nożem. Cierpienie sprawiło, że ugięły się pod nią kolana, przez co upadła na kolana i się przewróciła. W momencie zalała się ciepłą, lepką krwią, która zaraz przemoczyła jej koszulę. Ignorując ból, przetoczyła się na bok i przycisnęła ciałem do filaru, dzięki czemu cudem uniknęła kolejnych ran. Odetchnęła z ulgą, ponieważ teraz kolumna oddzielała ją od rozwścieczonej ptaszycy. Zadrżała, gorączkowo myśląc, w jaki sposób pokonać tę istotę.
— Harpie to mroczne duchy. Nie są ani żywe, ani martwe — powiedział Grindelwald, jakby przewidział, nad czym się właśnie zastanawiała. — Jeżeli rozważasz morderstwo, to wiedz, iż to niemożliwe.
Kobieta wściekle krzyknęła i wbiła szpony w kamienny filar. Chcąc znaleźć się od niej jak najdalej, Hermiona odczołgała się na czworakach, czując na plecach powiew wiatru spowodowany gniewnym wymachiwaniem skrzydłami.
Magia była bezużyteczna przeciwko harpii i, prawdę powiedziawszy, nie wiedziała, jak się skutecznie bronić i zażegnać niebezpieczeństwo. Zderzywszy się ze ścianą kościoła, syknęła z bólu. Gdy przycisnęła plecy do chłodnego marmuru, poczuła, że rozdrapuje sobie rany i znów zalewa się krwią.
Istota okrążyła filar i przypuściła atak. Oczywiście, chociaż wiedziała, że to daremne, wzniosła następną tarczę z nadzieją, że tym razem będzie inaczej. Harpia rzuciła się nań z pazurami, więc zamknęła oczy, odwróciła głowę w bok i zaakceptowała swoje przeznaczenie.
— Stój.
Hermiona niepewnie uniosła powieki i sapnęła ze strachu, bowiem harpia siedziała tuż przed nią na podłodze. Jakby od niechcenia drapała pazurami posadzkę, patrząc nań z zaciekawieniem.
— Dziękuję, Celaeno.
Grindelwald przystanął obok swojego chowańca i spojrzał nań z podziwem w oczach. Kobieta niechętnie oderwała wzrok od niedoszłej ofiary i skupiła się na czarodzieju. Nie wydawała się wiedzieć, z kim ma do czynienia, ani nie okazała żadnych ludzkich emocji. Gellert uniósł lewą rękę i przejechał różdżką po dłoni, rozcinając sobie skórę. Krew skropiła podłogę, uważnie śledzona przez harpię. Jej twarz pozostała pustą maską, aczkolwiek gdy zarejestrowała złożenie ofiary, gwałtownie rozłożyła swe skrzydła i zniknęła w podmuchach wiatru.
DeCerto wciąż leżała na podłodze, próbując zapanować nad szaleńczo bijącym sercem. Oddychała nieregularnie, łapiąc powietrze otwartymi ustami. Poharatane plecy paliły ją żywym ogniem, przez co niekontrolowanie drżała.
Grindelwald stał tuż przed nią, a na jego twarzy gościł pełen łagodności uśmiech.
— Pragnę cię, Hermiono — powiedział rozkazującym tonem, niepozostawiającym miejsca na kłótnie lub podnoszenie argumentów. — Wiem, że to samolubne z mojej strony, bo jesteś zaledwie dzieckiem, ale potrzebuję, abyś walczyła razem ze mną. — Spojrzał nań przenikliwie. — Nie różnisz się wiele od Calaeno. Możesz mieć problemy z akceptacją rzeczywistości, ale prawdy nie pokonasz. Jesteś częścią pierwotnej magii — wyszeptał z namaszczeniem.
Usłyszawszy to stwierdzenie, uniosła gwałtownie głowę. Ignotus Peverell był czarnoksiężnikiem, a wszystko, co stworzył za życia, zostało splamione, wliczając w to Czarną Różdżkę. Gdy odzyskała własną moc, z otwartymi ramionami przyjęła także mroczny splot.
Grindelwald miał rację, prawda...?
Peverell, nieświadomie, stworzył zeń mroczną czarownicę.
— Nie zgadzam się na współpracę — powiedziała stanowczo. — Ciemność nie jest miejscem dla mnie.
Zachichotał i uniósł broń.
— Jesteś w wielkim błędzie, moja droga. Nie tkwimy w żadnej ciemności — stwierdził z rozbawieniem. — Dorastałaś wśród ludzi karmiących cię kłamstwami. Zostałaś zepsuta archaicznymi przekonaniami. Zaraz pokażę ci, co z ludźmi robi ignorancja.
Machnął różdżką w stronę Hermiony, która natychmiast się odsunęła. Przez chwilę zupełnie nic się nie działo, czym była cholernie zdezorientowana, a sytuacji nie poprawiał fakt, iż przeciwnik patrzył nań z zaciekawieniem. Wtem poczuła lekkie ukłucie w prawej dłoni, przypominające napływającą z powrotem krew do zdrętwiałej kończyny. Uniosła rękę i dokonała rozeznania. Wyglądała całkowicie normalnie, ale zanim minęło kilka sekund, mrówki nasiliły się, przeobrażając w ból. Wytrzeszczyła oczy, kiedy się zorientowała, że czubki jej palców zaczynają blednąć, stając się szarawe i woskowate. Ta dziwaczna zmiana pięła się ku górze, zaś ból nie ustępował. Spróbowała poruszyć palcami i właśnie wtedy odkryła, że są sztywne, a przez to niezdolne do ruchu. Wrzasnęła z przerażenia, gdy zrozumiała, co się dzieje. Skóra pod jej paznokciami sczerniała, podążając za wcześniejszą bladością. Bardzo szybko straciła czucie w uschniętej dłoni, a tkanka zaczęła się zapadać. Ubytek substancji sprawiał, że paznokcie wyglądały, jakby urosły o kilka minimetrów, chociaż to tylko wrażenie optyczne. Dziewczyna bezradnie obserwowała, jak martwa ręka utraciła wszelkie mięśnie i ścięgna, a rozpadające się ciało odsłoniło białawą kość. Gnicie dalej się rozprzestrzeniało.
Widząc postępujący rozkład, wzięła się do kupy, wyrwała z odrętwienia, bez zastanowienia wyciągnęła palec wskazujący lewej ręki i rzuciła czar tnący.
Prawie się popłakała z bólu, kiedy przekleństwo odcięło jej połowę dłoni, pozostawiwszy po sobie zaledwie kikut. Z miejsca, gdzie wcześniej miała palce, teraz chlustała krew, podczas gdy sczerniała ręka leżała na kamiennej podłodze, powoli krusząc się na proch. Stłumiła szloch i przycisnęła zakrwawiony kikut do piersi.
— Wspaniale — podsumował Grindelwald, ze spokojem obserwując jej cierpienie. Ewidentnie był zadowolony. — Podążyłaś za instynktem i postąpiłaś słusznie. Odcięłaś martwiejącą tkankę, a tym samym rozprzestrzeniającą się chorobę — powiedział przyjaznym tonem, zupełnie jakby rozmawiali przy filiżance ciepłej herbaty. — Czy naprawdę winisz mnie za robienie dokładnie tego samego? Jeżeli zezwolę na społeczną samowolkę i po prostu będę patrzył na postępującą zgniliznę, czarodziejski świat popadnie w ruinę. — Stuknął czubkiem różdżki w swoje udo, a kikut dziewczyny zaczął być opatrywany. — Stoisz na rozwidleniu dróg, Hermiono. Jedna ścieżka prowadzi ku ciemności i nieszczęściu, zaś druga ku najprawdziwszemu światłu. — Gellert przykucnął, znacząco się doń przybliżywszy. Teraz praktycznie czuła jego oddech na swojej twarzy. Mimowolnie zadrżała. — Chcę ci pomóc — kontynuował z łagodnością. — Jestem gotów o ciebie zawalczyć — dodał i położył jej dłoń na policzku, co sprawiło, że jeszcze mocniej przyciągnęła wciąż lekko krwawiący kikut do piersi. — Mogę poprowadzić cię właściwą drogą. Zostań u mojego boku, a podaruję ci świat.
Czuła zawisłą w powietrzu magię, prześlizgującą się po jej ciele, pieszczotliwą i proszącą o przyłączenie się do tańca. Wiedziała, że to złudne, ponieważ pod tą pozorną łagodnością skrywała się surowa moc. Jeżeli powie przynajmniej jedno niewłaściwe słowo lub wykona ruch, który mu się nie spodoba, z pewnością przestałby się powstrzymywać. Gdyby miał ochotę, z łatwością mógłby rozerwać ją na strzępy.
— Uwierz mi, Hermiono — poprosił, wstając. — Jeżeli do mnie dołączysz, osiągniesz wszystko, co czym marzysz i będziesz niepokonana. Dołącz do jasnej strony, a staniesz się najpotężniejszą czarownicą, jaka kiedykolwiek chodziła po ziemi — obiecał. — Jeśli mi odmówisz, zostaniesz pożarta przez ciemność — dodał z niebezpiecznym błyskiem w oku.
Między bólem ręki a wszechogarniającym strachem, zrozumiała wyłącznie jedno — niezależnie od podjętej przez siebie decyzji i tak zostanie pochłonięta przez mrok.
Musiała uciec od Grindelwalda.
Chwiejnie machnęła lewą ręką, skupiwszy się na ogromnym przepływie magii. Ta posłusznie wystrzeliła do przodu i przybrała formę potężnego błysku. Zaklęcie uderzyło w mężczyznę i odepchnęło go na bok. Skorzystawszy z okazji, gorączkowo podźwignęła się na nogi. Kręciło jej się w głowie, zaś przed oczami latały czarne plamki, zwiastujące nadchodzącą utratę przytomności z powodu utraty dużej ilości krwi. Zignorowała mdłości i rzuciła się do ucieczki.
Zdołała zrobić tylko kilka kroków, zanim wyczuła pędzącą ku niej rozwścieczoną moc. Trzeszczała w powietrzu, ale zanim zdążyła wyrządzić jej krzywdę, odskoczyła. Krzyknęła, uderzywszy poranionymi plecami o kamienną posadzkę kościoła. Klątwa roztrzaskała jedną płytę, zaś okoliczne oberwały rykoszetem.
Hermiona zadrżała. Z kikuta i szram po pazurach harpii ponownie trysnęła krew. Miała wrażenie, że zaraz straci przytomność i będzie po wszystkim. Odwróciła głowę i zobaczyła idącego ku niej Grindelwalda. Jak mogła teraz zwyciężyć? Wycieńczona psychicznie i fizycznie, wiedziała, że jest zbyt słaba, aby wstać, nie mówiąc już o kontynuowaniu pojedynku.
Jasna cholera!
Zacisnęła z frustracji zęby. Wszystko, co mówili o Gellercie Grindelwaldzie było prawdą. Wystarczy, że dobył różdżki, a już był niepokonany.
Chociaż trzęsła się ze strachu, nie zamierzała doń dołączyć.
Nigdy, przenigdy.
Oczywiście, nie chciała dać też satysfakcji Ignotusowi Peverellowi. Podstępnie wmusił weń czarną magię, ale nie planowała robić z niej dużego użytku.
Nie poddała się za czasów Lorda Voldemorta, nie pokłoni się i Grindelwaldowi.
— Suspiratio draconis! — krzyknęła, wyciągnąwszy lewą rękę.
Ignorując agonię, pozwoliła, aby magia powędrowała ku jej dłoni, a następnie wystrzeliła naprzód. Gdy tylko dotknęła powietrza, zamieniła się w ciepło, które natychmiast wybuchło ogniem. Niebieski płomień był daleki od dziecięcej igraszki, ze wściekłością palił i niszczył wszystko, co napotkał po drodze. Sekundę później wbił się w tarczę, którą wyczarował przeciwnik. Żar był szalenie intensywny, przez co kruszył okoliczne płyty posadzkowe.
Mężczyzna cofnął się o krok, skonfrontowany z atakiem, którego się nie spodziewał. Uniósł w zdziwieniu brwi, a potem się uśmiechnął, ewidentnie usatysfakcjonowany.
— Używasz wielu mrocznych zaklęć — parsknął. — Jesteś już w połowie drogi.
To powiedziawszy, zakręcił w powietrzu Czarną Różdżką. Wściekły ogień ryknął w proteście, a potem zaczął gasnąć. Gdy klątwa się załamała, ponownie machnął ręką. Krzyknęła z bólu, bowiem została odrzucona. Z cichym stęknięciem upadła bezwładnie na podłogę i potoczyła się po niej kilka metrów. Skończyła praktycznie na ścianie i z trudem łapała oddech. Uświadomiwszy sobie sromotną porażkę, patrzyła ze strachem, jak podchodzi bliżej.
Zatrzymał się tuż przed nią i się złowrogo uśmiechnął. Hermiona przycisnęła poranione plecy do kamiennej ściany i przymknęła powieki, kiedy uniósł oręż.
— Protegeris. — Usłyszała, zanim Grindelwald dokończył swój atak.
Natychmiast otworzyła oczy. Od przeciwnika oddzielała ją teraz ściana niebieskiego światła, której siła była tak olbrzymia, że zdołała odepchnąć go o krok. Zdecydowanie stracił na spokoju, który próbował wcześniej sprzedać i wykrzywił twarz ze złości.
Gdy zarejestrowała pędzącego ku niej Toma, zaszlochała z ulgi i szczęścia. W dłoni trzymał różdżkę i wyglądał na gotowego do popełnienia morderstwa. Magia, którą dysponował, wściekle wokół niego wirowała.
Niebieskawa ochrona utrzymała się wystarczająco długo, aby Riddle doń dopadł. Jasnoszare oczy rozszerzyły się z szoku, kiedy zobaczył kałużę krwi i przykucnął na jedno kolano, chcąc zbadać obrażenia. Był zatroskany.
— Czy...?
Nie zdążył nawet zadać swojego pytania, ponieważ Hermiona dosłownie się na niego rzuciła. Nie odsunęła kikuta od piersi, ale objęła go drugą ręką, chcąc znaleźć się jak najbliżej. Zacisnęła oczy i zakopała twarz w zagłębieniu jego szyi. Mimo że czuła zawisłą w powietrzu czarną magię, przynajmniej raz znalazła w niej ukojenie.
— Och, następny gość? — Zadrżała, usłyszawszy zainteresowanie w głosie Grindelwalda. — Liczyłem, że się zjawisz damie na ratunek.
— Zakładam, że mam przyjemność z Gellertem Grindelwaldem — odpowiedział chłodno ślizgon.
— Oczywiście. Twoja godność, chłopcze?
— Tom Riddle.
— Zaryzykuję stwierdzenie, że to mugolsko brzmiące nazwisko.
Hermiona spojrzała na Toma, którego magia szarpnęła się naprzód. W jasnoszarych oczach tlił się złowrogi, czerwony blask, którego szczerze nienawidziła. Trochę się uspokoiwszy, skupiła się z powrotem na wciąż stojącym za niebieską barierą czarnoksiężniku. Nie wydawał się ani zaniepokojony przybyciem nieznajomego, ani zagrożony. Uśmiechnął się ze złośliwością, a kiedy się zorientował, że nań patrzy, mrugnął z rozbawieniem. Mimowolnie się wzdrygnęła, co przykuło uwagę ślizgona. Zmarszczył brwi i trochę się odsunął.
— Pokaż tę ranę — poprosił.
Z pełnym boleści jękiem uniosła prawą rękę. Tom zmrużył oczy i zacisnął gniewnie zęby, najprawdopodobniej w mocnym postanowieniu wstrzymania się od gniewnego wybuchu. Chociaż od razu przystąpił do pracy nad opatrzeniem kikuta, nawet na sekundę nie spuścił wzroku z Grindelwalda, który przyglądał im się z zaciekawieniem.
Chłopak uniósł różdżkę i zakręcił nią w powietrzu. Z czubka wystrzeliła smuga srebrzystej mgiełki, która, początkowo bezkształtna, szybko uformowała się w posrebrzoną część ludzkiej dłoni. Gdy ponownie machnął orężem, skierowała się w stronę okaleczonego kikuta i się doń przytwierdziła. Hermiona sapnęła z zaskoczenia, kiedy brutalny ból zniknął, a do ręki wróciło czucie. Eksperymentalnie poruszyła palcami i z cichym westchnieniem ulgi odnotowała, że są posłuszne i zachowują się zupełnie tak, jak jej własne.
— Mam nadzieję, że to wystarczy — wyszeptał, zapieczętowując swoją magię.
— Dziękuję — odparła z wdzięcznością.
Tom skinął kurtuazyjnie głową, a potem pomógł jej się podnieść. Gdy zmieniła pozycję, musiała zwalczyć zawroty głowy, ale to całkowicie naturalne po tak dużej utracie krwi. Spojrzała w dół na swoje ramię. Ubranie wciąż miała przesiąknięte czerwonym osoczem, ale srebrzysta dłoń była nietknięta. Ślizgon objął ją w pasie, żeby przytrzymać w pozycji stojącej, aczkolwiek cały czas patrzył wprost na Grindelwalda, a jego oczy płonęły ledwo tłumioną wściekłością.
Czarnoksiężnik przyglądał im się obu z pogodnym wyrazem twarzy. Machnął jakby od niechcenia różdżką, czym zapieczętował drzwi do kościoła, przed które wtargnął chłopak. Z pewnością zabezpieczył je czymś potężniejszym, aniżeli zwyczajnym zaklęciem. Następnym ruchem zneutralizował niebieską tarczę, która przez moment migotała, a potem zgasła. Gdy zrobił agresywny krok naprzód, Tom wzmocnił uścisk na talii Hermiony i pozwolił swojej mocy na samowolkę. Gellert uniósł brew, czując zawisłą w powietrzu czarną magię.
— Jakże dziwaczne — podsumował, spojrzawszy na dziewczynę. — Wysłuchałaś wszystkiego, co miałem do powiedzenia na temat moich wierzeń i przekonań oraz szłaś w zaparte, iż jesteś im szczerze przeciwna. Nie spodziewałem się, że twój rycerz w lśniącej zbroi okaże się mrocznym czarodziejem.
— Skończ te pogaduszki — syknął.
— Miło mi cię poznać, chłopcze. — Uśmiechnął się rozbrajająco Grindeldwald, nie będąc pod wrażeniem. — Mam nadzieję, że nie będzie ci przeszkadzać, jeżeli od razu przejdziemy sobie na ty.
Magia Toma zawrzała.
— Zapłacisz za to, co jej zrobiłeś.
— W pełni rozumiem twoje zdenerwowanie. Uwierz mi, że głęboko żałuję swoich wcześniejszych postępków. Gdybym się wcześniej zorientował, z kim mam właściwie do czynienia, okazałbym więcej szacunku — kontynuował mężczyzna, niewzruszony wściekłością rozmówcy. — Wybacz mi prymitywne zachowanie. Zanim się dziś spotkaliśmy, tropiłem zwyczajną dziewczynę, która zwinęła mi coś cennego sprzed nosa. Nie miałem najmniejszego pojęcia, że w rzeczywistości daleko jej do przeciętnej. — Ze spokojem spojrzał na opiekuńcze ramię, którym Tom owinął Hermionę. — To byłeś ty, prawda? — zapytał z podekscytowaniem.
Zmrużył oczy.
— Nie rozumiem, o czym mówisz — odpowiedział i wzmocnił uścisk.
— Zdecydowanie ty. — Uśmiechnął się czarnoksiężnik. — Jest między wami specyficzne połączenie. Wyczuwam to w twojej magii.
— O co ci chodzi? — syknął z chłodem w głosie.
Gellert zignorował usłyszane pytanie.
— Jak rozumiem, użyłeś manuskryptu Ignotusa Peverella — stwierdził. — Jestem naprawdę ciekaw, jakim cudem stworzyłeś tę istotę. Skąd czerpałeś moc? Wyczuwam nawet te same zaklęcia wiążące.
Tom zesztywniał i wzmocnił uścisk.
— Nie twój interes.
— Wybacz mi, proszę, tę niegrzeczność, ale po prostu mam mnóstwo pytań. To takie ekscytujące. — Grindelwald omiótł go oceniająco wzrokiem. — Niemniej jednak pojmuję twą niechęć do zwierzeń. To całkiem naturalne, że chcesz zatrzymać Hermionę dla siebie. — Wtem w jego oczach pojawił się twardy błysk. — Cóż, również pragnę tej istoty i pokonam cię, jeżeli staniesz mi na drodze.
Ślizgon parsknął.
— Naprawdę uważasz, że możesz mnie zwyciężyć? — zapytał. — Nie oddam tego, co moje.
DeCerto sapnęła, kiedy wyczuła, iż wzmocnił swą magię, aczkolwiek na Gellercie nie zrobiło to żadnego wrażenia.
— Zrozumiałe, że nie chcesz rozstawać się z czymś równie cennym. — Uśmiechnął się promienie. — Jest naprawdę imponująca i szczerze gratuluję ci stworzenia tak wyjątkowej istoty. Mimo to stanie u mego boku.
— Jesteś bardzo pewny siebie. — Tom rzucił Grindelwaldowi pogardliwe spojrzenie.
— Owszem. — Uśmiechnął się czarnoksiężnik. — Wygląda na to, że trochę nas łączy — dodał ze złośliwym błyskiem w oku, podczas gdy ślizgon schował za sobą dziewczynę. — Wcale nie musimy posuwać się do ostateczności. Jestem skłonny zapomnieć o naszym sporze, jeżeli oddasz mi Hermionę. Wiem, że jest cenna, dlatego też obiecuję ci godną rekompensatę.
DeCerto przysunęła się bliżej Toma i zacisnęła dłonie na jego czarnych szatach. Cholernie się bała.
— To nie podlega negocjacjom — stwierdził stanowczym tonem.
W odpowiedzi Grindelwald tylko się uśmiechnął.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz