47. NASZYJNIK HERMIONY

Ciepła woda pozwalała jej się rozluźnić. Pokój Życzeń jest naprawdę wspaniały, pomyślała z sentymentem, zakręciwszy kurki. Wyszła z kabiny prysznicowej i chwyciła jeden z puszystych ręczników. Wycierając mokre ciało, spojrzała na rzucone na podłogę ubrania. Zmarszczyła w zamyśleniu brwi, a następnie wysunęła do przodu dłoń i pstryknęła palcami.

Pilco.

Odzież natychmiast wzniosła się w powietrze, automatycznie się wyprasowała i złożyła w schludny stos. Magia, którą się teraz Hermiona posługiwała, wcale nie była taka zła. Uśmiechnęła się z triumfem, zadowolona z otrzymanych efektów.

Może Legifer wreszcie mi odpuści, dodała i parsknęła pod nosem.

Niewiele później wyszła z łazienki, w pełni ubrana, wycierając ręcznikiem włosy. Ignorując szopę, którą miała obecnie na głowie, rozejrzała się po pomieszczeniu i, jak się okazało, Tom wciąż leżał w łóżku, tym razem na brzuchu, owinięty kocem i wtulony twarzą w poduszkę. Przewróciwszy oczami, podeszła doń i usiadła obok na posłaniu.

— Wszystko w porządku? — zapytała łagodnie.

— Mmm.

— Czyżbyś walczył z kacem? — spytała. — Nic dziwnego — dodała złośliwie, ale nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Uniosła dłoń i pogładziła chłopaka po karku. — Może wstaniesz i weźmiesz prysznic? — zasugerowała. — To z pewnością sprawi, że poczujesz się lepiej.

— Nie mam ochoty — wymamrotał do poduszki.

Zaśmiała się pod nosem. To niesamowite, jakim był czasem dzieckiem.

— Jest już dość późno — stwierdziła. — Śniadanie dawno się skończyło i właśnie to trwają eliksiry. Możemy zejść do kuchni i coś przekąsić. Jestem pewna, że jedzenie również ci pomoże. — Spojrzała nań kontemplacyjnie. — Albo zaszkodzi, kto wie. Może zwymiotujesz. Chyba będziemy musieli się po prostu przekonać.

— Wiesz, że jesteś podłą wiedźmą?

Hermiona zachichotała. Westchnąwszy głośno, Tom przewrócił się na plecy i wbił weń zmęczony wzrok. Uśmiechnęła się łagodnie, przeczesała mu włosy i złożyła czuły pocałunek na jego ustach.

— Nie dość, że pachniesz niczym bimber, to jeszcze smakujesz jak whisky.

— W porządku, wszystko rozumiem. — Jeszcze bardziej poczochrał sobie kosmki. — W takim razie wezmę prysznic — dodał z nikłym uśmiechem na twarzy.

Z cichym jękiem wstał z łóżka i, zataczając się, pomaszerował do łazienki. Po drodze zaczął się rozbierać, gdyż zanim podszedł do drzwi, zrzucił z siebie koszulę i jednocześnie odpiął pasek spodni. Hermiona potrząsnęła w niedowierzaniu głową i przywołała do siebie leżącą na podłodze odzież.

Chłoszczyść — wyszeptała, a koszula natychmiast została wyczyszczona i przestała cuchnąć niczym brudna ścierka do podłogi.

Tom wyszedł z łazienki, boso i w samych spodniach, kiedy wciąż próbowała doprowadzić do porządku niesforne włosy. Bez słowa opadł na łóżko obok niej.

— Lepiej się czujesz? — zapytała.

Rzucił jej nieprzyjemne spojrzenie i sięgnął po koszulkę. Nie zapiął guzików, świecąc nagą, ładnie umięśnioną klatką piersiową.

— Jak mnie znalazłaś? — spytał w zamian.

— Chociaż boli mnie powiedzenie prawdy, to Malfoy po mnie przyszedł. — Uśmiechnęła się krzywo.

— Abraxas?

— Muszę przyznać, że dobrze go wytresowałeś. Ostatecznie okazał się całkiem wiernym psem — podsumowała, szczerze rozbawiona.

Tom postanowił pomilczeć, więc zaprzestała rozczesywania włosów i spojrzała nań pytająco. Zwiesił głowę i zapatrzył się we własne dłonie. Wyglądał na nieszczęśliwego i wiedziała, że nie miało to nic wspólnego z kacem.

— Chcesz o tym porozmawiać? — zapytała, uprzednio przysunąwszy się bliżej.

Niechętnie się na niej skupił, przywdziawszy na twarz beznamiętną maskę. Tyle dobrego, że w jasnoszarych oczach odzwierciedlały się jakieś niezidentyfikowane emocje.

— Nie — odparł chłodno.

— Odrzucasz mnie, a mimo to jestem obok, aby cię wysłuchać. — Uśmiechnęła się słabo.

Gdy nijak zareagował, na poważnie rozważyła zostawienie go w spokoju i danie mu trochę przestrzeni, której najwyraźniej potrzebował. Już miała wstać z posłania, ale właśnie wtedy się poruszył. Bez słowa opadł z powrotem na łóżko i położył głowę na jej kolanach; potem obrócił się na bok i wtulił twarz w brzuch. Hermiona uniosła rękę i delikatnie go objęła. Siedzieli tak przytuleni przez dłuższy czas.

— Czemu mnie po prostu nie wyeliminowałaś przy pierwszej lepszej okazji? — zapytał po chwili, z pozoru całkowicie bezuczuciowo.

Automatycznie wzmocniła uścisk.

— Cóż, zdecydowanie bardziej wolę cię żywego — wyszeptała mu do ucha, a następnie pocałowała w policzek.

Milczał i dalej leżał. Nie wiedziała, co jeszcze powiedzieć, aby podnieść go na duchu, więc ograniczyła się do masowania mu pleców i przeczesywaniu aksamitnych włosów.

Ciężko stwierdzić, ile czasu tak razem trwali, ale w pewnym momencie Tom westchnął i się podźwignął. Zauważyła, że unikał nawiązania kontaktu wzrokowego. Usiadł na łóżku z pochyloną głową i zaczął bawić się złotym pierścieniem rodowym, który nosił na prawej dłoni. Hermiona cierpliwie czekała, aż wreszcie zabierze głos. Odkąd wyznała prawdę na temat przyszłości, która go czekała, w głębi duszy przeczuwała, że czeka ich poważna rozmowa.

— Wiem, że już o to pytałem, ale muszę wiedzieć więcej na temat wojny, w której walczyłaś — powiedział, rzuciwszy jej niepewne, aczkolwiek w miarę opanowane spojrzenie. — Czy wygrałaś tę wojnę…?

Mimowolnie się spięła i przygryzła dolną wargę.

— Nie sądzę, aby dalsze zwierzanie się było dobrym pomysłem.

Zapatrzył się nań bez wyrazu, przez co musiała stłumić przebiegający po kręgosłupie dreszcz.

— Bo mógłbym wykorzystać te informacje przeciwko tobie? — zapytał bez ogródek.

Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nie chciała przyznać mu racji, ale tak właśnie było.

— Czemu ze mną walczyłaś? — spytał, poprawnie odczytawszy jej mowę ciała.

Westchnęła. Wyciągnęła doń rękę i ujęła jego dłoń. Pierścień Marvolo Gaunta sprawiał wrażenie niesamowicie chłodnego. Tom zamrugał i spuścił wzrok na ich złączone dłonie, jakby zupełnie nie mógł zrozumieć, czym się kieruje.

— Szczerze mówiąc, nie pozostawiłeś mi większego wyboru — podsumowała łagodnie.

Usłyszawszy to oświadczenie, momentalnie zesztywniał. Chociaż wiedziała, że mocno to przeżywa, nawet na sekundę nie puściła jego ręki.

— Możesz przybliżyć szczegóły? — zapytał po dłuższej chwili milczenia.

— Naprawdę chcesz się to zagłębiać? — spytała z wahaniem.

— Wytłumacz, proszę.

Zapatrzył się przed siebie pustym wzrokiem, więc wzięła go mocniej za rękę.

— W porządku — stwierdziła. — Ciężko stwierdzić — podsumowała.

— Co to znaczy? — zapytał, ewidentnie zmieszany. — Nie powinnaś mieć większej wiedzy?

Hermiona przeczesała dłonią kręcone włosy, patrząc nań kontemplacyjnie.

— To naprawdę ciężki temat. — Westchnęła przeciągle. — Po pierwsze i najważniejsze — ten konflikt był podsycany przez wiele rzeczy. Jedna strona stała się rozczarowana społeczeństwem. Na przestrzeni lat nagromadziło się wokół wiele nienawiści, frustracji i strachu, a jak dobrze wiemy, nie sposób długo tłumić podobnych uczuć. Cała ta niepewność doprowadziła do kampanii nienawiści i wrogości przeciwko wszystkim mugolakom.

Tom zmarszczył brwi.

— Mugolakom? — zapytał niskim tonem, przez co zauważyła w jego głosie lekką niechęć.

Skinęła głową.

— Ludzie czuli się zagrożeni. Obawiali się, że czarodzieje i czarownice urodzeni w mugolskich rodzinach pewnego dnia przejmą magiczny świat i go zniszczą od podszewki. Ich zdaniem nie było żadnego powodu, aby dzielić się swoim domem z… istotami niższego rzędu. — Zrobiła krótką pauzę i spojrzała na chłopaka. Miał tak nieczytelną minę, że nie mogła nawet zaryzykować stwierdzenia, o czym właściwie myśli. — Odkąd wkroczyłam do czarodziejskiego świata, zawsze spotykałam się z mową nienawiści i nieufnością — kontynuowała cichszym głosem. — Niektórzy patrzyli na mnie z góry z pogardliwym wyrazem twarzy i to tylko dlatego, że nie miałam magicznych korzeni. Z początku nauki w szkole nie było jeszcze tak źle. Zazwyczaj prześladowania ograniczały się do wyzwisk, czy prześmiewczych ślizgońskich historyjek, ot nic poważnego.

W jasnoszarych oczach błysnął gniew.

— Nazywasz to „niczym poważnym”…? — zapytał, więc skinęła niepewnie głową, zaniepokojona tym wybuchem. — Jak te scysje z Draco, o którym niegdyś opowiadałaś? Nieustannie wyśmiewał cię i nazywał szlamą.

— Owszem. — Uśmiechnęła się słabo. — Nieszczególnie mnie lubił.

Tom nie wyglądał na rozbawionego.

— Był w Slytherinie?

— Ano, będzie — poprawiła go nieśmiało.

— Chciałbym móc przekląć tą miernotę! — powiedział z jarzącymi się na czerwono oczami.

Hermiona położyła mu dłoń na policzku.

— Nie zaprzątaj sobie głowy czymś, co jest nieistotne — poprosiła uspokajającym tonem. — Draco, tak jak pozostali ślizgoni, był wówczas zaledwie dzieckiem. Nie ma potrzeby, abyś pałał potrzebą zemsty i zadośćuczynienia.

Tom elegancko uniósł brew, aczkolwiek wydawał się mniej zdenerwowany.

— Jak już mówiłam, z początku to było zaledwie nieszkodliwe przemarzanie się z rówieśnikami — kontynuowała swoją opowieść. — Z biegiem lat nienawiść względem mugoli stawała się coraz to gorsza, aż pewnego dnia po prostu wybuchła wojna.

— Wypowiedziana przeciwko mugolakom?

— Owszem — przyznała ze smutkiem. — Ledwo skończyłam szósty rok.

— Wtedy straciłaś rodziców? — zapytał z przerażającą obojętnością. Skinęła głową, bo nie była w stanie odpowiedzieć. — I wielu przyjaciół?

— Owszem.

— To sprawiło, że zdecydowałaś się stanąć do walki — podsumował. — Walczyłaś przeciwko mnie.

Hermiona zesztywniała. Czy naprawdę wystosował właśnie oskarżenie, czy po prostu się przesłyszała? Z wahaniem na niego spojrzała, obawiając się emocji, które mogła zobaczyć. Tom jednak wciąż wydawał się skupiony na swoim pierścieniu i nie podniósł wzroku. Zadrżała, spotkawszy się z zimną obojętnością.

— Jak się w to wmieszałem?

Zamrugała, szczerze zdezorientowana.

— Jesteś w to nijak zamieszany — odpowiedziała, kiedy zrozumiała sens pytania.

— A Voldemort?

Westchnęła, ponownie poświęcając chwilę na zastanowienie się, ile właściwie zamierza zdradzić.

— Cóż, był przywódcą antymugolskiego ruchu. Zgromadził wokół siebie naprawdę wielu zwolenników. Jego organizacja szybko zyskała wpływy, zwłaszcza że z dnia na dzień opowiadało się za nią coraz to więcej osób. Jednocześnie szerzył strach wśród swoich wrogów. Jeszcze zanim rozpoczęła się wojna, wielu ludzi uznano za zaginionych, chociaż wszyscy wiedzieli, że zostali zamordowani; wielu zgłaszało groźby — stwierdziła z największą ostrożnością. — Śmierciożercy byli wszędzie.

— Kim są śmierciożercy? — Tom zmarszczył brwi.

Zamrugała, zdziwiona, że nie wiedział, ale potem przypomniała sobie, że przecież z początku nazywali się Rycerzami Walpurgii.

— Właśnie tak Voldemort nazywał swoich popleczników.

Na słowo „poplecznicy” w oczach ślizgona pojawiło się zrozumienie. Najwyraźniej dopiero teraz dostrzegł związek.

— Oczywiście, potrzebował czasu, żeby urosnąć w siłę, aby zaryzykować otwartą wojnę — kontynuowała po chwili milczenia. — Chciał obalić Ministerstwo Magii i dostosować kraj do własnych ideałów — zakończyła i przygryzła dolną wargę.

Tom wciąż ukrywał swe emocje za przerażająco zimną maską, która sprawiała, że czuła się bardzo niekomfortowo.

— Czyli wypowiedziałem wojnę i zaatakowałem rząd? — podsumował ściszonym głosem.

— Owszem.

Odwrócił wzrok.

— Chciałem wymordować wszystkich mugolaków…? — zapytał, jakby smakując stojący za tą ideą pomysł. — Prawdę powiedziawszy, nigdy nie darzyłem mugoli i mugolaków dużą sympatią…

Hermiona gwałtownie wciągnęła powietrze i zadrżała na to stwierdzenie. Wtem znalazła się pod czujnym, aczkolwiek nadal chłodnym spojrzeniem. Mimowolnie zaczęła się nerwowo wiercić. Musiała się siłą powstrzymać, żeby nie odskoczyć w bok i zapewnić sobie bezpiecznej przestrzeni, zwłaszcza że niespodziewanie postanowił zmniejszyć dystans i przysunął się bliżej. Uniósł rękę i przesunął palcami po jej policzku, przez co się wzdrygnęła. Chłód zniknął z jasnoszarych oczu, dopiero kiedy na moment przymknął powieki.

— Zostałaś przymusowo wciągnięta w wojnę, na której zostałaś ranna — podsumował i dotknął jej ramienia w miejscu, gdzie widniały blizny, obecnie skryte pod materiałem bluzki. — To moja wina.

— Nieprawda — zaprzeczyła natychmiast ze spokojem, o który się nawet nie podejrzewała. — To sprawka Voldemorta, nie Toma Riddle’a.

— Jesteśmy jedną osobą.

Tom wpatrywał się w Hermionę, wreszcie zrozumiawszy, jak wiele widziała swoimi pięknymi oczami. Przeżyła wojnę i walczyła z mrocznymi czarodziejami. To niesprawiedliwe.

Jak go postrzegała…?

Był wszak powodem całego jej nieszczęścia. Czy patrzyła na niego przez pryzmat tego, co przeżyła? Jak na groteskowego potwora, którym się stał, czy też na zwyczajnego chłopaka, którego poznała w szkole? Czy w pierwszej kolejności dostrzegała różnicę?

Gdy wyjawiła mu prawdę o swoim pochodzeniu, z miejsca ją znienawidził. Nic dziwnego, że była niechętna, aby podzielić się z nim tajemnicą swoich korzeni. Ostatecznie postawiła na szczerość, a w zamian otrzymała twardą rękę i następną partię znęcania. Wydawała mu się wówczas bezwartościowa. Voldemort, którym się stał w przyszłości, postąpiłby jeszcze gorzej. Szczerze mówiąc, aż truchlał na myśl o tym, co zrobiłby jego przyszły odpowiednik, gdyby kiedykolwiek schwytał Hermionę. Gdy tak siedział na łóżku i na nią patrzył, zrozumiał, że gdyby naprawdę puściły mu hamulce, posunąłby się znacznie dalej, aniżeli do tortur. Teraz nie mógł sobie wybaczyć występków. Z największą ostrożnością splótł ich palce razem.

— Nigdy nie wyrządzę ci krzywdy z powodu pochodzenia — obiecał.

— Ta wojna nie będzie miała miejsca przez następne pięćdziesiąt lat. To masa czasu — odpowiedziała dziwacznie pustym tonem. — Wiele może się wydarzyć, bo ludzie się zmieniają.

Tom z trudem przełknął ślinę. Naprawdę nadal oczekiwała, że kiedyś ją skrzywdzi? Zacisnął dłonie w pięści, kiedy przypomniał sobie ostatnie wspomnienie, które mu pokazała. Leżała wtedy bezradnie u stóp Lorda Voldemorta, posiniaczona i połamana, a on się tylko uśmiechał, sprawiając wrażenie całkiem zadowolonego. Był rozbawiony bólem, który jej sprawiono i aprobował metody swoich zwolenników. Została pobita prawie na śmierć i gdyby nie uciekła, najprawdopodobniej zginęłaby tamtego dnia.

Zatopił się w morzu wyrzutów sumienia, ale wtem poczuł ciepłą dłoń na ramieniu. Zamrugał i zobaczył, że Hermiona patrzyła na niego z zaniepokojeniem.

— Jestem przekonana, że Voldemort tylko przyspieszył coś, co było nieuniknione — powiedziała łagodnie. — Można stwierdzić, że był czymś w rodzaju katalizatora. Tak szczerze mówiąc, to nie jestem nawet przekonana, czy naprawdę wierzył w tę propagandę przeciwko mugolom, bo równie dobrze mógł wykorzystać nienawiść społeczeństwa do osiągnięcia własnych celów.

Tom się zaśmiał, dobrze wiedząc, że Voldemort z pewnością w to wierzył. Nie miał najmniejszych wątpliwości. Oczywiście, jedno nie wykluczało drugiego.

— To ma sprawić, że poczuję się lepiej? — zapytał, trochę zdenerwowany.

Hermiona się uśmiechnęła i przysunęła jeszcze bliżej. Automatycznie napiął mięśnie, kiedy objęła go w pasie. Jakim cudem w ogóle znosiła jego obecność, czy bliskość…?

— Jesteś zmartwiony nie tym, co potrzeba. Żadna z rzeczy, o których ci opowiadałam, jeszcze się nie wydarzyła — powiedziała.

Zamrugał.

— Ale kiedy…

— Nie zrobiłeś niczego złego — przerwała mu w połowie zdania.

— Wręcz przeciwnie. Niejednokrotnie cię skrzywdziłem — zaprzeczył. — Nie tylko w przyszłości, ale i tutaj — urwał na moment. — Zupełnie tego rozumiem. Powinnaś mnie nienawidzić.

— Nie nienawidzę cię — oświadczyła pewnym głosem, wciąż patrząc nań z uczuciem. Czemu postanowiła się z nim związać, a po zerwaniu do niego wrócić…? — Kocham cię, Tom — dodała łagodnie.

Usłyszawszy równie bezpośrednie wyznanie, prawie się złamał i pozwolił, aby jego ciałem wstrząsnął dreszcz.

Hermiona była zdenerwowana i trochę obawiała się reakcji, bowiem zastygł w całkowitym bezruchu. Przez chwilę była święcie przekonana, że zostanie odepchnięta. Serce waliło jej niczym młotem. Właśnie wtedy, gdy utwierdziła się w przekonaniu, że popełniła błąd i powinna była powściągnąć język, objął ją ramionami i przyciągnął do mocnego uścisku. Natychmiast wypuściła długo wstrzymywane powietrze, uśmiechnęła się i rozluźniła. To dziwne, jak długo czekała, aby złożyć tę deklarację. Od jakiegoś czasu wiedziała, ile Tom rzeczywiście dlań znaczy, ale nigdy nie zebrała się na odwagę, aby wyznać mu miłość.

Gdy położył głowę na jej ramieniu, przymknęła z zadowoleniem oczy. W jego objęciach czuła się komfortowo i bezpiecznie. Po chwili się wyprostował i złożył delikatny pocałunek na jej włosach.

— Dziękuję — wyszeptał.

Usatysfakcjonowana, przytuliła się doń jeszcze mocniej. Siedzieli tak w milczeniu i, szczerze mówiąc, potrwałaby w ten sposób jeszcze kilka godzin, ale wiedziała, że to niemożliwe. Z cichym westchnieniem wyciągnęła szyję i ucałowała go w policzek.

— Gotów na nowy dzień? — zapytała łagodnie.

Jasnoszare oczy zalśniły, zaś na jego ustach pojawił się uśmiech, tym razem prawdziwy, a nie udawany, czy też wykrzywiony. Na ten widok Hermionie zrobił się aż ciepło.

— Na tyle, na ile to możliwe — odpowiedział ściszonym głosem.

Cholernie szczęśliwa, pocałowała go czule w usta, a następnie wstała z łóżka. Sprawdziła godzinę i jęknęła pod nosem. Nie było sensu pędzić na eliksiry, ponieważ zajęcia były już w połowie. Odwróciwszy wzrok, zauważyła, że Tom wciąż siedział na posłaniu. Zaniepokoiła się, gdy zwiesił głowę, sprawiając wrażenie dość apatycznego. Zmarszczyła lekko brwi, licząc, że nie popadł znowu w depresję. Natychmiast doń podeszła i delikatnym ruchem przeczesała mu jedwabiste włosy.

— Wszystko w porządku?

Spojrzał na nią ponuro, przez co jeszcze mocniej się zmartwiła.

— Strasznie mnie boli głowa — powiedział, zanim zdążyła otworzyć usta. — Jak nigdy.

Jej troska w momencie rozpłynęła się w powietrzu. Zamiast przybrać współczującą minę, powoli uśmiechnęła się złośliwie.

— Potrzebuję eliksiru przeciwbólowego — dodał.

— Sam sobie zgotowałeś ten los — podsumowała pomiędzy jednym chichotem, a drugim. — Naprawdę zakradłeś się do Hogsmeade?

Tom skinął głową i jęknął, potarłszy skronie.

— Zastanawiam się, w jaki sposób właściwie wróciłem do szkoły.

Uniosła brwi.

— Byłam przekonana, że w popijawie towarzyszyli ci drodzy zwolennicy, a potem wspaniałomyślnie cię odprowadzili.

— Nie. — Zmarszczył w zamyśleniu brwi. — Jestem pewien, że spotkałem ich tuż przed zamkiem.

— Och, cóż za interesujący zbieg okoliczności.

— Tak, doprawdy, bardzo interesujący — stwierdził mrocznie. — Czy dobrze pamiętam, że przekląłem Avery’ego?

Wróciwszy wspomnieniami do wczorajszego dnia i problemów, które jej sprawił, spojrzała nań z wyrzutem.

— Zapomniałeś?

— Mam pewne luki — burknął, trochę się powierciwszy na posłaniu.

— W takim razie odświeżę ci pamięć — podsumowała. — Rzuciłeś Cruciatusa praktycznie na widoku.

Tom zbladł i przez moment się nie odzywał.

— Nie zostałem zobaczony, prawda?

— Raczej miałeś szczęście — odpowiedziała, wciąż patrząc nań gniewnie. — Nie zauważyłam nikogo wyglądającego przez okno — dodała, dzięki czemu się rozluźnił. — Zachowałeś się cholernie nieodpowiedzialnie. Najpierw wymknąłeś się do Hogsmeade na piwo, a potem wróciłeś i zacząłeś miotać Niewybaczalnymi. Wiesz, jakie to niebezpieczne?

— Tak — wyszeptał.

— Nie możesz rozdawać Cruciatusów niczym cukierków, ot na lewo i prawo — kontynuowała swoją tyradę. — To podłe i niehumanitarne.

— Oberwał tylko Avery — powiedział ostrożnie, jakby badając grunt.

— Ta klątwa jest niebezpieczna dla każdego, bez względu na występek ofiary. Może nawet doprowadzić do szaleństwa. Właśnie dlatego została sklasyfikowana jako Zaklęcie Niewybaczalne.

— Przepraszam — wyszeptał.

Momentalnie zmarszczyła brwi, rozsierdzona tym słowem.

— Skończ z potulnością, bo dobrze wiem, że w rzeczywistości nie żałujesz krzywdy, którą wyrządziłeś Avery’emu — powiedziała ostro, więc przybrał skruszoną minę. Oczywiście, w okamgnieniu go przejrzała. Zdradził się mroczną, zadowoloną z siebie aurą. — Nie wiem, czym zawinił twój sługus, ale też nie chcę słuchać żadnych wymówek — kontynuowała, zniecierpliwiona. — To, co wczoraj uczyniłeś, było szalenie niebezpieczne. Wiesz, co by się stało, gdybyś został przyłapany przez któregoś z nauczycieli? — zapytała, założywszy ręce na biodra. Szybko jej przytaknął, wciąż sprawiając wrażenie diablo winnego. — Czy mogę oczekiwać, że w przyszłości wykażesz się większym rozsądkiem?

— Owszem.

— Sprawiłeś mi naprawdę wiele kłopotów — powiedziała. Gdy na niego spojrzała, odwrócił wzrok i, dla odmiany, rzeczywiście wyglądał na skruszonego. Westchnęła przeciągle i przeczesała dłonią skołtunione włosy. — Jeżeli następnym razem postanowisz się upić w tawernie, powiedz mi wcześniej, żebym była przygotowana. — Uśmiechnęła się i poszukała własnej szaty. Ubrała się i założyła kaburę z fałszywą różdżką na prawe przedramię. Kiedy się odwróciła do Toma, zauważyła, że wciąż siedział beznamiętnie na łóżku. — Co właściwie piłeś? Nie wciśniesz mi kitu, że piwo kremowe.

— Ognistą i… — urwał.

— I? — Uniosła wyczekująco brew.

— Nic takiego — wymamrotał.

Spojrzała nań podejrzliwie.

— W porządku — stwierdziła sucho. — Wstawaj, Riddle.

— Dlaczego? — zapytał.

— Zaraz obiad. — Sprawdziła zegarek, potwierdziwszy swoje przypuszczenia. — Jestem głodna.

— Naprawdę przegapiliśmy eliksiry, prawda? — Uśmiechnął się słabo.

— Owszem.

Tom jęknął żałośnie, ale posłusznie wstał z łóżka. Hermiona tylko przewróciła oczami i podała mu czarną szatę. Niedługo później opuścili Pokój Życzeń i udali się w stronę Wielkiej Sali. Po drodze zauważyła, że poruszał się dość wolno i od czasu do czasu pocierał pulsujące skronie. Prawie się uśmiechnęła, ale powstrzymała się z powodu niezadowolonego spojrzenia, jakim została uraczona.

Gdy dotarli na miejsce, otworzyła drzwi i wślizgnęła się do pomieszczenia. Obiad trwał już od jakiegoś czasu, tak więc większość uczniów siedziała przy talerzach. Hermiona podeszła do stołu Gryffindoru, ignorując rzucane jej zaciekawione spojrzenia i towarzyszące temu szeptane rozmowy. Merlinie, naprawdę wolała uniknąć następnej fali plotek. Czy to tak rażące w oczy, że opuściła zaledwie jedne zajęcia?

Ano, owszem, stwierdził wewnętrzny głos, kiedy z cichym westchnieniem ulgi usiadła obok Lupina.

— Gdzie się podziewałaś. Przegapiłaś eliksiry — zagaił uprzejmie.

Uśmiechnęła się przepraszająco i sięgnęła po zapiekankę.

— Spokojnie, nie działo się nic szczególnego — parsknął Weasley.

— Ano, wiało nudą — dodał siedzący obok rudzielca Longbottom, podnosząc wzrok znad swojego talerza. — Stary Ślimak powiedział, że… — urwał wpół zdania i w momencie przestał się szczerzyć. Zamiast tego, zmarszczył gniewnie brwi i zacisnął usta w cienką linię. Hermiona zamrugała, szczerze zdziwiona nagłą zmianą zachowania i podążyła za jego wzrokiem — Tom akurat siadał obok niej. — Oślepłeś? Nie zauważyłeś, że to stół Gryffindoru? — Mark się zjeżył. — To przez ciebie opuściła zajęcia, prawda? — warknął z podejrzliwością.

Ślizgon przez chwilę patrzył na rozwścieczonego chłopaka. Powoli zamrugał, po czym pochylił się do gryfonki.

— Nie jestem w stanie znieść tych irytujących burczeń. Czy mogłabyś, proszę, go uciszyć? — wyszeptał.

Z trudem stłumiła śmiech, słysząc przemawiające przez niego zmęczenie.

— Musisz mu wybaczyć — powiedziała, odwróciwszy się do przyjaciela. — Jest trochę zrzędliwy, bo nie spał zbyt dobrze.

Usłyszawszy to oświadczenie, Weasley zachichotał pod nosem. Najprawdopodobniej miał ochotę roześmiać się w głos, ale został uciszony morderczym spojrzeniem wyżej wymienionego.

— Głodny? — Hermiona sięgnęła po swój talerz i zaproponowała Tomowi kawałek zapiekanki ziemniaczanej.

Ślizgon parsknął i nic nie odpowiedział. Z wyraźnym wysiłkiem sięgnął po najbliższej stojący dzbanek i nalał sobie szklankę wody niegazowanej. Zaśmiała się i zaczęła jeść. Longbottom wciąż patrzył na niego z urazą, zapewne chcąc obrzucić go kilkoma niewybrednymi komentarzami, ale milczał. Całkiem możliwe, że pamiętał prośbę, którą doń wystosowała i próbował się jej trzymać. Uśmiechnęła się z wdzięcznością, doceniając jego starania. Kiedy skrzyżowali wzrok, mrugnęła doń dobrodusznie, co zaś sprawiło, że trochę się rozpogodził.

— Co właściwie robiliśmy na eliksirach? — zapytała przyjaciół.

— Cóż, to była nasza ostatnia lekcja w tym roku, więc Slughorn powiedział, że możemy uwarzyć, co tylko chcemy — odparł Lupin.

— Och, jaka szkoda, że to przegapiłam!

Mark przełknął kęs ziemniaków.

— Jesteś najgorszą kujonką, jaką kiedykolwiek spotkałem.

W odpowiedzi przewróciła oczami i ponownie skupiła się na Amarysie.

— Co uwarzyłeś?

— Eliksir Słodkiego Snu.

— Naprawdę? — Uniosła w zdziwieniu brwi. — Ma dość skomplikowaną recepturę.

— Nie aż tak trudną — odpowiedział z rumieńcami na policzkach.

— Uważam, że najtrudniejszą częścią jest odpowiednie podgrzanie eliksiru — stwierdziła, natychmiast przechodząc do wszechwiedzącego trybu. — Jeżeli będzie zbyt gorący, w mig się zepsuje, gdy dodasz bylicę. Jeśli okaże się za chłodny, zacznie krzepnąć przez wzgląd na niewłaściwą konsystencję. Żeby wszystko było w porządku, musisz bardzo pilnować czasu i…

— Czy mogłabyś przestać gadać? — zapytał Tom, ponieważ w naukowym podnieceniu zaczęła mówić głośniej i głośniej, rozemocjonowana procedurami. Schował twarz w dłoniach i spojrzał nań poprzez palce. — Albo przynajmniej mów spokojniej.

Hermiona odwróciła się od Lupina i skoncentrowała na Riddle’u.

— Jeżeli nie chcesz przysłuchiwać się przyjacielskiej rozmowie, powinieneś powędrować do stołu Slyherinu. Siedzący przy nim uczniowie są tak snobistyczni i zadufani w sobie, że nie sposób oczekiwać, iż będą marnowali cenny czas na koleżeńskie pogawędki. — Uniosła wyzywająco brew. — Myślę, że całkiem dobrze do nich pasujesz.

Longbottom roześmiał się głośno, zaś Tom rzucił mu paskudne spojrzenie.

— Nie pójdę do ślizgońskiego stołu. Jest za daleko.

— Żartujesz, prawda? — zadrwiła. — To zaledwie kilkanaście metrów.

— Właśnie, a męczy mnie największy ból w historii — odpowiedział. — Chcę tu tylko posiedzieć, więc zostaw mnie w spokoju.

— Oj, biedactwo.

Westchnęła, aby ukryć złośliwy uśmieszek, po czym w swobodnym geście przeczesała mu jedwabiste, czarne włosy. To, co ośmieliła się zrobić, natychmiast przyciągnęło uwagę. Zazdrosne dziewczęta wbiły weń nienawistne spojrzenia, zaś Longbottom, przynajmniej tym razem, zignorował to przedstawienie i kontynuował wcinanie ziemniaczków, od czasu do czasu spoglądając na ślizgona z zainteresowaniem. Wreszcie nie wytrzymał, odchylił się na krześle i ziewnął przeciągle.

— Co jest nie tak z tym palantem?

— Mark! — upomniała go, w duchu niewiarygodnie szczęśliwa, że Tom był zbyt sponiewierany, żeby zareagować ostrzej, aniżeli rzuceniem złowrogiego spojrzenia.

— Szczyciłem się na uprzejmość. — Uśmiechnął się niewinnie.

— Stąpasz po cienkim lodzie — powiedziała, przez co przybrał skruszoną minę, a następnie spojrzała na ślizgona, który wciąż piorunował Longbottoma wzrokiem. W jej oczach pojawił się złośliwy błysk. — Uważaj, bo może cię przekląć — wyszeptała konspiracyjnym tonem do przyjaciela, a ten roześmiał się dobrodusznie. Riddle sprawiał wrażenie zirytowanego, ale zrezygnował z prób uspokojenia towarzystwa i po prostu kontynuował ostrożne popijanie wody ze szklanki.

Podczas gdy Mark i Richard dyskutowali o nieudanej próbie uwarzenia Eliksiru Zapomnienia, podczas gdy Hermiona jednocześnie przysłuchiwała się rozmowie, jak i błądziła wzrokiem po stole Slytherinu. Nie była zaskoczona, że ślizgoni patrzyli nań gniewnie, zwłaszcza dziewczęta, ale zaniepokoiła się wyrazem twarzy Ledo Avery’ego. O dziwo, nie patrzył na nią, a na Toma. Siedzący obok niego Primus Lestrange również wyglądał na rozwścieczonego. Przełknęła ślinę, na poważnie zmartwiona. Odkąd przeniosła się w czasie i zorientowała się w szkolnej hierarchii, nie zauważyła ani jednego razu, aby ślizgoni zachowywali się wrogo wobec swojego przywódcy, a przynajmniej równie otwarcie, co teraz. Z góry założyła, że obawiali się Riddle’a, a przez to nie zamierzali go lekceważyć, ale teraz zaczęła mieć wątpliwości. Westchnęła pod nosem i spojrzała na Toma. Wyglądało na to, że powoli do siebie dochodził, bowiem przezwyciężył swój jadłowstręt i wziął się za delikatny gulasz.

— Cokolwiek się wczoraj wydarzyło, twoi drodzy zwolennicy nie sprawiają wrażeni zadowolonych, prawda? — wyszeptała mu na ucho.

Uniósł wzrok znad talerza i spojrzał nań bez większego zainteresowania. Nawet nie zadał sobie trudu, żeby zerknąć na ślizgoński stół. To aż niewiarygodne, jak czasem bywał obojętny.

— Są moimi zwolennikami, jak to zgrabnie ujęłaś — stwierdził. — Nie ma żadnego znaczenia, czy są usatysfakcjonowani, czy też zirytowani. Mam ich gdzieś.

Zmrużyła oczy.

— Wiesz, że jesteś emocjonalną bryłką lodu?

— Dobrze mnie znasz. — Uśmiechnął się nikczemnie.

— Mówię całkowicie poważnie. — Uniosła rękę i postukała się w czoło. — Czasem brakuje ci piątej klepki.


Po skończonym obiedzie Hermiona na szybko skoczyła do dormitorium po szkolną torbę. Niedługo później spotkała się z Tomem przy schodach. Wyglądał o wiele lepiej, dlatego też zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem.

— Jak przypuszczam, zażyłeś eliksir przeciwbólowy — zagaiła z drwiną.

Zignorowawszy przytyk, złapał ją za ramię.

— Chodź. Myślałem, że nie chcesz przegapić obrony.

Wciąż chichocząc, pozwoliła mu się odciągnąć.

— Musimy przeprosić Slughorna za nieobecność — stwierdziła.

— Owszem, ale najlepiej będzie, jeżeli ja się tym zajmę.

— Dlaczego?

— Jesteś okropną kłamczuchą. — Uśmiechnął się protekcjonalnie.

— Czyli mam rozumieć, że planujesz okłamać nauczyciela? — zapytała z drwiną.

— Czego jeszcze ode mnie oczekujesz? — Westchnął, zirytowany. — Naprawdę mam powiedzieć, że ominęliśmy eliksiry, bo byłem na takim kacu, że nie mogłem się zwlec z łóżka? Nie sądzę, żeby był zadowolony…

Gdy urwał, zdezorientowana Hermiona podążyła za jego spojrzeniem i zauważyła nadchodzącego z przeciwnej strony Albusa Dumbledore’a. Nauczyciel sprawiał wrażenie rozbawionego, przez co nie mogła powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu.

— Panno DeCerto, panie Riddle — przywitał się dobrodusznie. — Miły dziś dzień, prawda?

— Z pewnością, profesorze.

Tom zdecydował się na milczenie, fachowo ukrywając gniewne spojrzenie za maską uprzejmości i ogłady. Oczywiście, dobrze go znała, więc natychmiast go przejrzała i, wnioskując po błysku w jasnoniebieskich oczach, Dumbledore również.

— Aż szkoda marnować czas w dusznych salach lekcyjnych — dodał, niewzruszony ukrytą wrogością podopiecznego.

— Czu mam rozumieć, że daje nam pan pozwolenie na opuszczenie następnych zajęć? — zachichotała i kątem oka zobaczyła, że Tom zesztywniał.

— Jestem przekonany, że profesor McGray nie wybaczyłby mi podobnego pozwolenia — odpowiedział z uśmiechem na twarzy nauczyciel. — Zwłaszcza że jesteście bardzo inteligentnymi uczniami. — Spojrzał na ślizgona, zaś ten jeszcze bardziej się w sobie zamknął. Dumbledore nie był ani zaskoczony, ani zdenerwowany oczywistą niechęcią. Zamiast tego, ponownie skupił się na Hermionie. — Obawiam się, że muszę iść na własną lekcję. Klasa pierwszoroczniaków czeka na transmutację — oświadczył. — Zajmiesz się Tomem, prawda? Nie chciałbym, żeby zgubił się po drodze na obronę.

Uśmiechnęła się i skinęła głową, zaś mężczyzna odszedł. Ślizgon zmarszczył brwi i z podejrzliwością patrzył za znikającym za rogiem nauczycielem. Potem jakby się otrząsnął, mocno chwycił dziewczynę za rękę i pospiesznie odciągnął.

— To było co najmniej dziwaczne — podsumował. — Czy mi się wydaje, czy ten stary głupiec do mnie mrugnął? Z dnia na dzień staje się coraz bardziej ekscentryczny.

Nie mogąc się powstrzymać, wybuchnęła głośnym śmiechem.

— Co? — Zupełnie nie rozumiał.

— W porządku, należą ci się wyjaśnienia. — Stłumiła chichot, zrobiła ponurą mię i westchnęła przeciągle. — Wczoraj wieczorem spotkaliśmy profesora Dumbledore’a.

Tom zatrzymał się wpół kroku.

— Słucham…?

— O tym również zapomniałeś? — zapytała. Udawała zdziwienie, chociaż w rzeczywistości miała ochotę znów wybuchnąć śmiechem.

— Owszem — odpowiedział z napięciem. — Kiedy dokładnie na siebie wpadliśmy?

— Jak szliśmy do Pokoju Życzeń — odpowiedziała zgodnie z prawdą, przybrawszy poważny wyraz twarzy, co wprawiło go w niezły szok. Sprawiał wrażenie szczerze przerażonego. Hermiona pokiwała głową, czerpiąc wręcz sadystyczną przyjemność z paniki, którą prezentował światu. Cóż, wczoraj naprawdę sprawił jej wiele kłopotów. — Byłeś, powiedzmy, niedysponowany. Uwierz, że Dumbledore nie był szczególnie rozbawiony — kontynuowała, zaś Tom wciągnął ze świstem powietrze. — Gdy nakrył cię kompletnie pijanego, zataczającego się na korytarzu, był bardzo rozgniewany. Chciał cię wyrzucić ze szkoły w trybie natychmiastowym.

— Och, Merlinie. — Riddle przeczesał dłonią włosy. — Jak to się skończyło?

— Cóż, zanim zdążył podjąć ostateczną decyzję, zacząłeś mnie obmacywać. Zupełnie się nie przejmowałeś obecnością nauczyciela — dodała, przez co ponownie zmierzwił sobie kosmki. Wzruszyła ramionami. — Zgaduję, że wprawiłeś go w takie osłupienie, że zapomniał, aby cię usunąć ze szkoły.

Wciąż wyglądał na zszokowanego.

— Czemu nie powiedziałaś mi wcześniej? — syknął oskarżycielsko.

To pytanie sprawiło, że nie wytrzymała i otwarcie się roześmiała. W odpowiedzi zmrużył oczy i zmarszczył gniewnie brwi.

— Co w tym śmiesznego? Czekał na coś podobnego od wielu lat. Co, jeżeli spełni swoją groźbę i naprawdę mnie wyrzuci?

— To wykluczone, więc możesz przestać się martwić. — Spoważniała, bo zauważyła, że naprawdę zachodził w głowę nad konsekwencjami swoich czynów i wydawał się przerażony. — Na spokojnie z nim porozmawiałam i obiecał, że przymknie na to oko. Wszystko jest w porządku. Możesz zapomnieć o tej wpadce.

Chłopak zmarszczył brwi.

— Czemu zgodził się na przemilczenie sprawy? — spytał podejrzliwie. — Jestem pewien, że pragnie czegoś w zamian. Czy zdradził może więcej szczegółów?

— Skończ ze ślizgońską nieufnością, Tomciu. — Uśmiechnęła się łagodnie. — Nie doszukuj się problemu tam, gdzie go nie ma.

Sapnął z oburzenia, usłyszawszy dziecinne zdrobnienie imienia.

— Skąd ta pewność, Hermi? — syknął.

Wzdrygnęła się i zmarszczyła nos.

— W porządku, zrozumiałam. Koniec z pieszczotliwymi przezwiskami — powiedziała stanowczym tonem. — Znam Albusa Dumbledore’a. Jestem w stu procentach pewna, że tym razem ci odpuścił. Naprawdę nie musisz martwić się na zapas.

Tom rzucił jej powątpiewające spojrzenie, ale zaprzestał drążenia tematu. Zamknąwszy sprawę, pociągnął ją w kierunku sali obrony.


Skończywszy lekcje, postanowiła odwiedzić bibliotekę. Był jasny, słoneczny dzień, więc zapewne najlepiej zrobiłaby, jeżeli usiadłaby na zewnątrz pod drzewem i cieszyła się piękną pogodą, ale potrzebowała trochę ciszy i odosobnienia, zwłaszcza po znoszeniu tych wszystkich oskarżycielskich i pogardliwych spojrzeń, nawet podczas lekcji. Plotka o jej rzekomej ciąży wciąż krążyła po szkolnych korytarzach, a nie była w nastroju, aby wysłuchać najnowszych, pikantniejszych szczegółów. Wystarczyło, że podczas zajęć obrony Rose zaproponowała Hermionie pomoc w zakupie dziecięcych ubranek, których naturalnie za niedługo będzie potrzebować. Poleciła nawet, żeby poprosiła Toma o opłacenie części zakupów. Zdenerwowana, uciekła, kiedy tylko skończyła się lekcja. Nie czekała nawet, aż ślizgon ją dogoni.

Na pewno mnie nie wini, pomyślała. Jakby nie patrzeć, również był obiektem tych śmiesznych plotek. W przeciwieństwie do niej jednak nie przejmował się wszystkim, co usłyszał, jak również potrafił odstraszyć ludzi jednym spojrzeniem, przez co nie był tak nachalnie niepokojony. Zacisnąwszy usta w cienką linię, skręciła w następne przejście, mające na celu przybliżenie jej do bezpiecznego azylu.

— No proszę, panna DeCerto.

Odwróciła się i zobaczyła pałętającego się na korytarzu Avery’ego. Sprawiał wrażenie cholernie zadowolonego z tego spotkania, dlatego też zacisnęła zęby. Niech to wszystko szlag trafi. Najprawdopodobniej była śledzona.

— Jakże miłe spotkanie — zadrwił.

Hermiona przewróciła oczami.

— Avery — przywitała się kurtuazyjnie, chcąc wznowić kroku, ale ponownie została zatrzymana.

— Dałaś wczoraj niezły występ — zauważył.

Uniosła brwi.

— Nawzajem, bardzo imponujące krzyki i szlochy.

— Może powinienem użyć tej klątwy na tobie, dziewczyneczko. Żebyś wiedziała, jakie to uczucie.

Niewzruszona groźbą, uśmiechnęła się z wyższością i zrobiła krok naprzód. Mimo że był od niej o głowę wyższy, nie dała się zastraszyć.

— Na twoim miejscu nie odważyłabym się spróbować.

Avery parsknął śmiechem.

— Słuchaj, Riddle nie będzie tutaj wiecznie. Naprawdę powinnaś postarać się stanąć po właściwej stronie. — W jego oczach pojawiło się pożądanie. — Jeżeli będziesz dla mnie miła, obiecuję, że dobrze się tobą zaopiekuję.

Zapatrzyła się nań z oburzeniem. Uśmiechnął się obrzydliwie, a potem uniósł rękę i przesunął palcami po jej policzku.

— W jaki sposób znaleźć się po „właściwej stronie”? — syknęła.

— Hmm. — Oblizał wargi i skoncentrował się na jej zakrytych mundurkiem piersiach. — Co powiesz na praktyczną demonstrację?

— Nie bądź śmieszny — parsknęła pogardliwie. — Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego.

Avery w momencie zmienił podejście, a w jego oczach zapłonęła nienawiść. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, została złapana za ramiona i przyciągnięta bliżej.

— Słuchaj, szlamo. Zaczynam być zmęczony tym, że grasz trudną do zdobycia — powiedział. — Oboje wiemy, że mnie pragniesz.

Gdy się pochylił do przodu, zamrugała ze zdziwienia. Naprawdę planował ją pocałować…? Odrzuciwszy wahanie, skupiła swą magię w prawej dłoni, po czym dotknęła jego klatki piersiowej. Uwolniwszy nagromadzoną energię, gwałtownie cisnęła nim o ścianę z siłą, o jaką wcześniej by się nie podejrzewała. Mina, którą zrobił, była po prostu bezcenna, pomyślała, rzuciwszy mu szydercze spojrzenie. Z pomocą swojej mocy przyszpiliła go do muru, żeby nie zsunął się na podłogę.

— Pozwól, że cię uświadomię — powiedziała z chłodem. — Nie potrzebuję żadnej ochrony. Nie potrzebuję Toma, aby się mną „opiekował”, a tym bardziej ciebie.

 Kiedy minął mu początkowy szok, wykrzywił się ze wściekłości. Hermiona miała to gdzieś i zdecydowanie nie chciała tracić nań więcej czasu. Spiorunowała go wzrokiem, uwolniła z magicznego uścisku i odwróciła się z zamiarem pomaszerowania do biblioteki. Zrobiła zaledwie krok, gdy została złapana za nadgarstek, brutalnie obrócona i przyciągnięta w objęcia.

— Nie tak szybko! — syknął.

Zmarszczyła brwi, widząc jego upór. W momencie podjęła decyzję. Zamierzała przekląć tego idiotę na czym świat stoi, ale właśnie wtedy, kiedy sformułowała tę myśl, Avery pochylił się naprzód i złączył ich usta w zachłannym pocałunku. Zdrętwiała, całkowicie zszokowana i jednocześnie obrzydzona, co najprawdopodobniej uznał za zachętę i spróbował pogłębić pieszczotę. Jedną ręką wciąż ściskał jej nadgarstek, zaś drugą powędrował na kark, aby przytrzymać jej głowę w miejscu. Odzyskała zmysły, dopiero kiedy poczuła jego język na swoich wargach, domagający się dostępu. Sapnęła z oburzenia i skumulowała swą magię.

Diffin…

Wtem usłyszeli zbliżające się kroki. Avery wykorzystał okazję i natychmiast się odsunął, a Hermiona, oswobodzona z mocnego uścisku, potknęła się o krok i prawie przewróciła na kolana. Wytarła z obrzydzeniem usta i wbiła weń mordercze spojrzenie, na co zareagował triumfalnym uśmieszkiem.

— Co to ma znaczyć?

Oczywiście, od razu rozpoznała ten głos. Spojrzała przez ramię i zobaczyła, że korytarzem nadciąga ku nim profesor Legifer, z którą zdecydowanie wolałaby uniknąć teraz kontaktu. Zamiast wysłuchania umoralniającej gadki, pragnęła rzucić na zadowolonego z siebie Avery’ego klątwę kastrującą. Dotarłszy do nich, Legifer omiotła uczniów skwaśniałym spojrzeniem.

— Cóż za haniebne zachowanie! Piętnaście punktów od Gryffindoru i Slytherinu.

Hermiona czuła potrzebę wytknięcia faktu, iż była przed momentem molestowana, ale została uciszona, zanim otworzyła usta. Nie było mowy, aby nauczycielka uwierzyła jej zapewnieniom.

— Jestem zniesmaczona pana rozwiązłością, panie Avery — powiedziała w kierunku ślizgona. — Jeżeli jeszcze raz z kimś pana przyłapię, zawiadomię opiekuna domu.

— Tak, pani profesor — burknął chłopak, nawet nie próbując wyglądać na skruszonego. Dziewczyna zacisnęła dłonie w pięści, bo zanim odszedł w swoją stronę, zaledwie minimalnie pouczony, wyszeptał doń: — Było warto.

— Co sobie pani wyobraża? — Legifer skupiła się teraz na niej, więc odetchnęła głęboko, próbując okiełznać rozwścieczoną magię. — Ostatnio zauważyłam wielki postęp w pani zachowaniu. Skąd to dawne, niestosowne zachowanie?

— Ja nie…

— Zupełnie cię nie rozumiem, dziewczyno! — Nauczycielka porzuciła oficjalny ton. Była ewidentnie wzburzona. — Obie wiemy, że nie możesz sobie pozwolić na bycie wybredną, jeżeli chodzi o mężczyzn… — Omiotła wzrokiem pomięte ubrania podopiecznej. — To, oczywiście, nie znaczy, że powinnaś tak bezwstydnie rzucać się na każdego przechodzącego obok chłopca.

Hermiona aż się zapowietrzyła.

— Z pewnością nie…

— Jesteś w związku z panem Riddle’em, prawda? — kontynuowała kobieta, nie dając jej dość do słowa. — Powinnaś być wdzięczna, że poniża się, aby spędzać z tobą czas. Tylko Merlin wie, dlaczego się tak poświęca. — Pokręciła w niedowierzaniu głową. — Jak się odwdzięczasz za okazaną dobroć? Zdradą!

— Co takiego? Nie zdradzam Toma! — wykrzyknęła.

— Nie stawiaj na szali potencjalnie udanego związku. Pan Riddle to wspaniały młody człowiek. — Legifer nie dawała za wygraną. — Rozumiem, że młodzież ma swoje potrzeby. — Tu wykazała się nietypową dla siebie empatią. — Chociaż raz posłuchaj mojej rady. Odrzucenie zalotów pana Riddle’a dla kogoś takiego, jak pan Avery, jest poważnym błędem.

Chyba po raz pierwszy w życiu się zgadzały. Niestety, to chwilowe porozumienie zostało zniweczone przez protekcjonalność nauczycielki, która zaraz wznowiła swój wywód.

— Niech pani nie zepsuje jedynej szansy od losu. — Legifer wróciła do oficjalnego tonu, a więc najprawdopodobniej trochę opanowała nerwy. — Jestem pewna, że pan Riddle jest porządnym, młodym mężczyzną. Może poprosić panią o rękę. Jeżeli wszystko pójdzie sprawnie, założycie w przyszłości rodzinę. Proszę przekonać go, że będzie pani dobrą, posłuszną żoną.

Hermiona gotowała się w środku, ale nie chciała zarobić następnego szlabanu. Uspokoiwszy nerwy, ograniczyła bezczelność do minimum.

— Oczywiście, pani profesor. Z pewnością posłucham tej rady.

Legifer spojrzała nań podejrzliwie, ale nie skomentowała usłyszanej odpowiedzi i odeszła w swoją stronę. DeCerto syknęła, sfrustrowana, po czym ruszyła w przeciwnym kierunku.

Merlinie, co za uprzedzona, okropna baba! Biedna profesor McGonagall.

W momencie poddała się fali współczucia, gdy przypomniała sobie, że Legifer jest matką Minerwy McGonagall. Bycie córką takiej wiedźmy musiało być traumatycznym wydarzeniem.

Odetchnęła z ulgą, gdy wreszcie dotarła do upragnionej biblioteki. Natychmiast skierowała się na tyły, gdzie mieściło się schronienie, które dawno temu pokazał jej Tom. Z radością usiadła na przestronnym parapecie, bardzo zadowolona, że od reszty czytelni odcinał ją rząd zakurzonych regałów. Oparła się o framugę okna i wyciągnęła książkę z torby. Słońce świeciło przez szyby, więc z przyjemnością zatopiła się w lekturze. Niestety, myślami co rusz wracała na sytuacji na korytarzu i pamiętnych słów Legifer.

Może poprosić panią o rękę. Jeżeli wszystko pójdzie sprawnie, założycie w przyszłości rodzinę.

Hermiona potrząsnęła głową, desperacko pragnąc wyrzucić te słowa z umysłu i zapomnieć o całej sprawie. To niedorzeczne — jakby jedynym życiowym celem kobiety było wyjście za mąż i posiadanie dzieci. Wzdrygnęła się, nie mogąc powstrzymać uczucia pustki w sercu. Odkąd opuściła szkołę po szóstym roku, walczyła tylko o przeżycie i nie snuła żadnych planów na przyszłość. Chociaż tęskniła za normalnością, nie odważyła się marzyć o powojennym życiu, a może nawet szczęściu. Mimo że była czyjąś narzeczoną, nigdy nie wyobrażała sobie małżeńskich, beztroskich dni i pięknego domu z dużym ogrodem. Założenie rodziny? Nawet jej to nie przeszło przez myśl.

Nagle przygnębiona, z trzaskiem zamknęła książkę i położyła ją na parapecie obok siebie. To była dlań nowa koncepcja — przyszłość i stojące otworem możliwości. Jeżeli miała być szczera, nie spodziewała się przeżycia wojny. Jak mogła planować szczęśliwą dorosłość po tym wszystkim, co widziała i okropnościach, których się dopuściła? Niewinna i szczęśliwa Hermiona umarła dawno temu, dlatego też nie było najmniejszego sensu wskrzeszać jej dziecinnych marzeń.

Wyjrzała przez okno na błonia. Uczniowie siedzieli na trawie, rozmawiając i śmiejąc się z przyjaciółmi, ciesząc się piękną, słoneczną pogodą. Najprawdopodobniej czasem rozmyślali o zaręczeniu się, ślubie i założeniu rodziny. Kierowali się w życiu czymś przyziemnym i prostym. Coś, co im przychodziło z łatwością, stanowiło dlań przeszkodę nie do przeskoczenia.

Czy była teraz szczęśliwa? Owszem.

Wiedziała jednak, że nie mogła pozostać w latach czterdziestych i się tu ustatkować. Zjawiła się w Hogwarcie, aby wypełnić misję. Musiała znaleźć drogę powrotną do swoich czasów. W gruncie rzeczy czekała, aż Dumbledore pokona Grindelwalda i zdobędzie Czarną Różdżkę. To będzie też szansa na odzyskanie peleryny niewidki. W połączeniu z pierścieniem Marvolo Gaunta zjednoczy wszystkie trzy Insygnia Śmierci i całkiem prawdopodobne, że otworzy portal w przyszłość. Była winna powrót swoim przyjaciołom i wszystkim, którzy zginęli za wolność i ocalenie czarodziejskiego świata. Musiała chronić linię czasu.

Wiedziała o tym, a jednak… czuła ogromną, zżerającą od środka pustkę, gdy tylko wracała wspomnieniami do miejsca, które niegdyś nazywała domem.

Zamrugała, zapatrzona w okno. Po wczorajszym wybryku Toma nie spała zbyt dobrze. Była zmęczona, więc przymknęła powieki. Chwilę później oparła się o framugę i odpłynęła.

Wszystko spowijała ciemność. Nie widziała nawet bosych stóp, gdy szła po kamiennej podłodze. Wokół było przenikliwie zimno, a ona nie miała na sobie żadnych ubrań mogących przynieść ukojenie. Mroźne powietrze bezlitośnie rozdzierało jej odsłoniętą skórę, przez co bezradnie drżała. Owinęła się ramionami, ale to nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, bowiem wciąż marzła i była obnażona. Chciała krzyczeć i wołać pomocy, ale wiedziała, że jest zupełnie sama.

Szła naprzód, chociaż nie wiedziała dlaczego. Bolały ją nogi, a lodowaty chłód z minuty na minutę stawał się dotkliwszy. Czy czuła śnieg pod stopami? Niezależnie od odczuwanego dyskomfortu, niestrudzenie parła naprzód, motywowana rozpaczliwą potrzebą dojrzenia czegoś w ciemności.

Wtem zobaczyła światło — nikłe, migotliwe, ale jednak.

Automatycznie przyspieszyła kroku.

Zatrzymała się, dopiero kiedy ciemność się przerzedziła. W zielonkawym stożku światła siedział nie kto inny, jak Lord Voldemort. Miał krwistoczerwone oczy, przywdział czarne szaty oraz był bardzo blady. Patrzył nań groźnie, przez co odniosła wrażenie, że wysysa z niej ostatki ciepła. Jeszcze nigdy nie czuła się bardziej odsłonięta i obnażona, zwłaszcza że uśmiechnął się kącikami ust.

— Czekałem na ciebie — powiedział z chłodem w głosie.

Nie była w stanie odpowiedzieć. Zastygła w bezruchu, zmrożona strachem. Nie mogła poruszyć nawet palcem, a tym bardziej odwrócić się i uciec gdzie pieprz rośnie. Ledwo oddychała, gdy doń podszedł, a następnie położył jej ręce na ramionach. Syknęła z przerażenia. Uśmiechnął się, ewidentnie usatysfakcjonowany.

— Tak długo czekałem — mruknął.

Pragnęła uciec stąd, ale ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Wtem Voldemort pochylił się do przodu i połączył ich usta w lodowato zimnym pocałunku. Za jego działaniami nie kryła się ani pochopność, ani potrzeba spełnienia. Zachowywał się nienaturalnie i mechanicznie. Zanim się zorientowało, musnął jej wargi językiem i utorował sobie przejście. Nijak mogła go powstrzymać. Gdy się odsunął, zatrzęsła się ze strachu.

— Proszę, nie…

W odpowiedzi tylko parsknął, a potem wznowił nieprzyjemną pieszczotę. W pewnym momencie została pchnięta na podłogę i przyciśnięta do chłodnego śniegu, skazana na poddaństwo. Była uwięziona. Uśmiechnął się mrocznie, co podpowiedziało jej, że z pewnością nie będzie łagodny. Jak dotąd tłumiła emocje, ale teraz szala się przechyliła i wybuchnęła cichym płaczem.

— Zbyt długo kazałaś mi czekać — syknął zastraszającym głosem i przeszedł do konkretów.

Nie krępował się z dłońmi, domagając się zaspokojenia potrzeby. Dotykał jej dosłownie wszędzie, bez żadnego pośpiechu, czy intensywnego pożądania. Nie podniosła larum i nie błagała o przerwanie pieszczot, bo wiedziała, że tylko by się uśmiechnął. Swoimi ustami i chłodnymi niczym lód palcami pokazywał jej, że może zrobić, co tylko zechce. Sromotnie pokonana, odwróciła głowę w bok i zaszlochała.

— Obudź się, Hermiono. — Usłyszała jakby z oddali, aczkolwiek przebijające się przez chłód ciepło było dlań obce. Wciąż tkwiła w koszmarze, z którego nie sposób uciec. — Hermiono.

Została złapana za ramiona i delikatnie potrząśnięta. Ten dotyk sprawił, że mimowolnie się skrzywiła, chociaż daleko mu było do roszczeniowego lub karcącego. Wyrwana z osłupienia, powoli uniosła powieki. Jęknęła cichutko i zesztywniała ze strachu, gdy znów zobaczyła górującego nad nią Lorda Voldemorta. Wciąż była uwięziona. Natychmiast się odsunęła, aż uderzyła plecami o ścianę. Ostrożnie podciągnęła kolana pod brodę i objęła się ramionami. Miała wrażenie, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi i nie mogła uspokoić rozszalałego oddechu.

— Uspokój się, Hermiono — powiedział czarnoksiężnik, ale, o dziwo, nie brzmiał tak okrutnie. — Nie zamierzam cię skrzywdzić.

Zamrugała, usłyszawszy tę deklarację i dopiero wtedy zrozumiała, że wydostała się z ciemności i znalazła w zupełnie innym świetle, aniżeli w koszmarze sennym. Wciąż oddychała nierówno, ale spróbowała się uspokoić, pozwalając oczom błądzić po Voldemorcie. Był całkowicie odmieniony. Potrzebowała dłuższej chwili, żeby wreszcie dokonać rozpoznania. To był Tom, nie Lord Voldemort.

Miałam naprawdę okropny sen, pomyślała, rzuciwszy się chłopakowi w ramiona. Buzię zakopała w jego klatce piersiowej i przymknęła z wdzięcznością oczy, bowiem wreszcie poczuła, że jest jej ciepło.

— Koszmar?

Skinęła głową i przytuliła się doń mocniej.


Tom spacerował po bibliotece w poszukiwaniu Hermiony. Z tego, co wiedział, to najlepsze miejsce. Uśmiechnął się po drodze. Minął kilka stołów, okupowanych przez liczne grupy krukonów, a następnie skierował się w stronę działu ksiąg zakazanych. Tęsknie spojrzał na nagromadzone tam zbiory, ale nie przekroczył wrót sekcji, zbyt skupiony na znalezieniu swojej dziewczyny. Zniknęła mu z oczu zaraz po obronie przed czarną magią, a naprawdę nie lubił żyć w nieświadomości.

Odetchnął z ulgą, gdy minął ostatni zakurzony regał na tyłach biblioteki i zobaczył Hermionę siedzącą na dużym parapecie. Opierała się o drewnianą ramę okna i spała. Obok niej leżała książka, która najprawdopodobniej wyślizgnęła jej się z ręki. Wpadające przez szybę promienie słoneczne oświetlały jej brązowe loki, przez co wyglądały naprawdę pięknie. Mimowolnie się uśmiechnął, nagle rozczulony. Ta dziewczyna wciąż była dla niego prawdziwą zagadką. Rozszyfrowywał jej tajemnice jedną po drugiej, a mimo to nadal nie potrafił niczego zrozumieć. Powinna przed nim uciekać, albo z nim walczyć. Zamiast tego, dała mu szansę i obdarzyła uczuciem. Wiedział, że nigdy nie pozwoli jej odejść, nawet jeżeli będzie chciała skoczyć w przyszłość.

Zanim doń podszedł, wziął głęboki, uspokajający oddech. Dopiero kiedy się przed nią zatrzymał, zauważył, że nie spała spokojnie. Policzki miała mokre od łez, a więc najprawdopodobniej ugrzęzła w koszmarze. Przez chwilę miał problem z samokontrolą, bowiem zastygł w bezruchu, patrząc na stan, w którym się znalazła. Coś niewytłumaczalnego ścisnęło jego klatkę piersiową, a w gardle urosła mu dziwaczna, trudna do przełknięcia gula.

Odsunął się o krok i usiadł na szerokim parapecie, wciąż zapatrzony w płaczącą cicho dziewczynę. W momencie się zmartwił, a sumienie, którego dotąd istnienia nie aprobował, domagało się, żeby podjął jakieś działania — obudził ją, pocieszył, wziął w ramiona i sprawił, aby poczuła się znacznie lepiej. Mimo to po prostu siedział i się gapił, teraz zanurzywszy się w wyrzutach sumienia, tłumiących opiekuńczość. Był praktycznie sparaliżowany poczuciem winy.

— Proszę, nie… — powiedziała przez sen, co zaś wyrwało go z odrętwienia.

Pochylił się naprzód, z wahaniem uniósł ręce i lekko nią potrząsnął.

— Obudź się, Hermiono — poprosił, dzięki czemu poruszyła się przez sen. Aby całkowicie przywrócić ją do rzeczywistości, ponowił swoje działanie. — Hermiono.

Drgnęła, a potem powoli, niemal ze strachem, otworzyła oczy. Gdy zarejestrowała jego obecność, spanikowała, sapnęła i się odsunęła, przycisnąwszy plecy do ściany. To sprawiło, że momentalnie zrobiło mu się niedobrze.

— Uspokój się Hermiono. Nie zamierzam cię skrzywdzić.

Ton, którym przemówił, wydawał się zrobić swoje, ponieważ zamrugała i znacząco się rozluźniła. Zanim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej, rzuciła mu się w ramiona.

— Koszmar? — zapytał z największą ostrożnością.

Przytaknęła mu, wciąż doń przytulona. Sprawiała wrażenie zdesperowanej, dlatego też wzmocnił uścisk i wykazał się zrozumieniem. Od przerwy świątecznej wiedział, iż zmagała się ze wspomnieniami z wojny, które nachodziły ją w nocy, ale wszystko owiane było tajemnicą. Teraz kiedy dowiedział się prawdy, żałował, że poprosił o sesję legilimencyjną. Odetchnął głęboko i zaczął głaskać dziewczynę po plecach. Nie musiał nawet pytać, o czym śniła, ponieważ strach, który przed nim okazała, był wystarczający.

Uspokoił się, gdy i ona się uspokoiła. To oczywiste, że nie chciała rozmawiać o swoim koszmarze, bo miał podobne odczucia.

— Hermiono?

— Hm…?

— Czy pamiętasz przerwę świąteczną? — zapytał i musiał chwilę poczekać na jakąś reakcję. Spojrzała nań, szczerze zdezorientowana. Żołądek ścisnął mu się z nerwów, kiedy zobaczył ślady łez na zaróżowionych policzkach, więc automatycznie podniósł rękę i otarł pozostałości senne. — Rozmawialiśmy wtedy o naszych planach po ukończeniu szkoły. — Uśmiechnął się łagodnie. — Nie powiedziałaś mi, co zamierzasz robić w przyszłości — kontynuował, niezrażony niezrozumieniem, które okazywała. — Teraz gdy będziesz musiała zostać w przeszłości, co chcesz robić po ukończeniu Hogwartu?

— Zostać tutaj? — zapytała powoli.

Skinął głową, zupełnie jakby sprawa była z góry przesądzona.

— Oczywiście, nie pozwolę ci odejść.

Hermiona zamrugała, zdumiona, a potem się roześmiała.

— W porządku. — Machnęła lekceważąco ręką. — Zobaczmy. Co mogłabym robić w przyszłości? — Zastanowiła się na poważnie. — Zawsze chciałam być uzdrowicielką.

Tom prychnął.

— Słucham? Kobieta w roli uzdrowiciela? Tylko po moim trupie — burknął, czym zasłużył sobie na kuksańca w bok.

— Cóż, gdybym nie zainterweniowała medycznie, mógłbyś skończyć martwy. — Zacisnęła usta w cienką linię, wróciwszy wspomnieniami do sierocińca i obrażeń, które wyleczyła. — Z drugiej strony, zawsze zżerała mnie ciekawość, czym w rzeczywistości zajmują się niewymowni. — W jej oczach pojawił się figlarny błysk. — Wiesz może, co takiego knują w zaciszu swojego departamentu?

Zaśmiał się pod nosem, ewidentnie zadowolony, że zdołał ją rozbawić i odwrócić uwagę od przeżytego koszmaru.

Hermiona się uśmiechnęła. Chłód, który czuła jeszcze przed momentem, całkowicie zniknął, pozostawiwszy po sobie wszechogarniające ciepło. Westchnęła i oparła się plecami o drewnianą ramę okna, zaś Tom szturchnął z obrzydzeniem książkę, którą wcześniej czytała.

— Transmutacja? Naprawdę?

Sięgnęła po lekturę.

— Owszem. Muszę napisać wypracowanie dla profesora Dumbledore’a. — Zmrużyła podejrzliwie oczy. — Już odrobiłeś pracę domową?

Spojrzał nań, jakby nie dorównywała mu umysłowo.

— Nie, może zrobię to w piątek.

— No wiesz co! — syknęła, szczerze oburzona. — W piątek mamy lekcję.

Wzruszył ramionami i wyciągnął książkę z torby.

— To ostatnie zajęcia przed końcem roku szkolnego. Jestem przekonany, że Dumbledore i tak nie sprawdzi tego eseju.

Mimo że najprawdopodobniej miał rację, i tak prychnęła. Obrzuciwszy go pełnym dezaprobaty spojrzeniem, skupiła się z powrotem na podręczniku do transmutacji. Siedzieli razem w komfortowej ciszy, a Hermiona czuła się uspokojona obecnością chłopaka.

— Co to, do jasnej cholery, jest? — zapytał ostrym tonem, kiedy prawie skończyła rozdział.

Zmarszczyła brwi i zauważyła, że patrzy na jej rękę. Bez żadnego ostrzeżenia pochylił się naprzód i podciągnął jej rękaw, odsłoniwszy siniak na nadgarstku. Z początku była równie zdezorientowana, co on, ale potem przypomniała sobie o sprzeczce na korytarzu i wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Tom spojrzał na nią pytająco, czekając na wyjaśnienia, dlatego też wzruszyła ramionami.

— Ee, właściwie to nic takiego — stwierdziła, ale nie wyglądał na zadowolonego. — Avery to kompletny idiota. — Uniosła rękę i obejrzała posiniaczony nadgarstek. — Chyba powinnam była go jednak przekląć.

Ledwo skończyła mówić, a poczuła rozchodzącą się w powietrzu mroczną magię. Automatycznie spojrzała na siedzącego naprzeciwko chłopaka, który dał się ponieść emocjom, co prezentował krwistoczerwonymi oczami.

Z trudem przełknęła ślinę.

— Zabiję gada — syknął, napędzany morderczymi intencjami.

— Nie ma potrzeby — powiedziała, bo wiedziała, że był daleki od żartów. — Natychmiast się uspokój i nie zapominaj, że wczoraj porządnie oberwał.

To zdanie nie sprawiło, że ostudził nerwy. Hermiona była w gruncie rzeczy zadowolona, że postanowiła przemilczeć wymuszony pocałunek i nakrycie przez nauczycielkę. Nie była, naturalnie, fanką Avery’ego, ale nie też nie chciała być odpowiedzialna za jego przedwczesną i zapewne brutalną śmierć. Zignorowawszy mordercze spojrzenie ślizgona, wróciła do przerwanej lektury.

W przeciwieństwie do niej Tom jeszcze przez chwilę roztrząsał tę sprawę. Avery staje się powoli coraz to większym problemem, podsumował, rozwścieczony. Wciąż miał przed oczami czerwone pręgi na skórze dziewczyny, które sprawiały, że tracił nad sobą panowanie. Nie pamiętał za dużo z wczorajszych wydarzeń, głównie przez stan upojenia alkoholowego, ale coś mu świtało, że w pewnym momencie Avery obraził Hermionę. To najprawdopodobniej był powód, dla którego wyciągnął różdżkę i cisnął weń zaklęciem torturującym. Najwyraźniej wiadomość o nietykalności cielesnej i słownej nieszczególnie doń dotarła, dlatego też będzie musiał to powtórzyć przy najbliższej okazji. Ledo był żałosnym tchórzem. W normalnych okolicznościach nigdy nie odważyłby się otwarcie wystąpić przeciwko niemu, podobnie jak reszta Rycerzy. Mimo to musiał powstrzymać podwładnego przed cichym buntem i trzymać go na dystans od swojej dziewczyny. Spojrzał na nią i zauważył, że w zamyśleniu pocierała nadgarstek. Najprawdopodobniej robiła to całkowicie nieświadomie, ale wystarczyło, aby znów się zdenerwował. Obiecał sobie, że gdy tylko nadarzy się okazja, Avery oberwie Cruciatusem.

Gdy się zorientowała, że wciąż nie oderwał od niej wzroku, uniosła głowę i uśmiechnęła się łagodnie.

Tajemnicza ponad wszystko, stwierdził.

— Jak wygląda w przyszłości Hogwart? — zapytał, aby zmienić temat.

Hermiona była szczerze zaskoczona, że się odezwał. Żywiła przekonanie, że przez dłuższą chwilę będzie się dusił ze złości, a potem powie coś nieprzyjemnego.

Uniosła brwi.

— Cóż, niewiele się zmieniło. Na szóstym roku Slughorn uczył mnie nawet eliksirów.

— Naprawdę?

— Owszem. — Skinęła głową, rozbawiona. — I nadal prowadził rekrutację do Klubu Ślimaka.

— Widzę, że niektóre rzeczy się nie zmieniają — podsumował. — Co z Dumbledore’em? Nie uwierzę, że wciąż jest nauczycielem transmutacji.

— Zaszedł o wiele dalej. W pewnym momencie został dyrektorem szkoły.

Tom się zapatrzył, raczej zniesmaczony. Nie mogąc się powstrzymać, uśmiechnęła się szeroko.

— Cieszę się, że teraz normalnie prowadzi lekcje. Gdyby wcześniej został awansowany, wyrzuciłby mnie lata temu.

— Całkiem prawdopodobne — przyznała. — Dippet jest o wiele łatwiejszy do zmanipulowania. Nawet nie zauważył, że wrobiłeś Hagrida w incydent z Komnatą Tajemnic.

Zamrugał, szczerze zszokowany.

— Od początku wiedziałaś?

Z trudem stłumiła chichot. Ewidentnie się nie spodziewał, że zostanie przejrzany. Z kpiącym uśmieszkiem przysunęła się bliżej.

— Trochę o tobie wiem.

To miał być żart, więc była zdziwiona, kiedy spochmurniał. Odwrócił wzrok i zwiesił głowę.

— Znaj wroga swego — zacytował.

Hermiona przygryzła wargę, a potem objęła go w talii. Gdy nie zareagował i nadal unikał nawiązania kontaktu wzrokowego, ujęła jego podbródek i zmusiła, aby na nią spojrzał. W jasnoszarych oczach dostrzegła niepewność i udręczenie, dlatego też delikatnie przesunęła palcami po miękkim policzku i ostatecznie położyła mu dłoń na karku. Sekundę później przyciągnęła go do pocałunku. Z przyjemności przymknęła oczy i przesunęła językiem po jego górnej wardze, ale wciąż nie doczekała się żadnej reakcji. Czuła ciepło rozchodzące się po ciele, co z radością przywitała nawet jej magia, obecnie lekko iskrząca w powietrzu. Właśnie wtedy, gdy zaczęła tracić nadzieję, Tom odwzajemnił pieszczotę. Chwilę później w pełni się zaangażował, bowiem stał się bardziej wymagający. Otworzyła usta i pozwoliła mu na pogłębienie pocałunku. Gdy ich języki się zetknęły, poddała się elektryzujący dreszczom.

Kiedy się skończyli całować, Hermiona z ulgą zauważyła, że Tom wyglądał zdecydowanie lepiej. Uśmiechnął się łagodnie, więc, gnana czułością, przeczesała mu włosy i założyła zabłąkany kosmyk za ucho.

— Czyli wiesz, że otworzyłem Komnatą Tajemnic — stwierdził ostrożnie.

— Jasne. — Skinęła głową. — W końcu jesteś dziedzicem Slytherina.

— Oczywiście. — Uniósł brew. — Nie zapomniałem naszej rozmowy o moich przodkach. Wspomniałaś wówczas, że Salazar Slytherin był po prostu idiotą.

— Mniej więcej — przyznała z nieśmiałym uśmiechem na twarzy. — To raczej dość fascynujące, że jesteście spokrewnieni.

Zapatrzył się, szczerze zdziwiony.

— Naprawdę?

— Cóż, był jednym z założycieli. — Wzruszyła obronnie ramionami. — Jest sławny nawet tysiąc lat po wzniesieniu szkoły.

Tom się uśmiechnął. Wciąż czuła się dziwnie, będąc w latach czterdziestych i ciesząc się z jego towarzystwa.

— Hermiono…? — zaczął jakby nieśmiało, a potem urwał i potrząsnął głową. Zmarszczywszy brwi, chwyciła go za rękę, chcąc zachęcić do kontynuowania wątku. Westchnął pod nosem, a następnie, zebrawszy się na odwagę, podniósł wzrok. — Gdybym zamienił się w potwora z twoich wspomnień… w Lorda Voldemorta, którego miałaś nieszczęście poznać… to czy nadal byś mnie kochała i trwała przy moim boku…?

Nie odpowiedziała od razu, więc spojrzał nań przenikliwie.

— Cholernie mi na tobie zależy, Tom — powiedziała wreszcie ze smutnym wyrazem twarzy, który sprawił, że się skrzywił. — Niemniej jednak gdybyś zmienił się w Voldemorta, to nie moje uczucia byłyby problemem — dodała, ale spojrzał na nią z niezrozumieniem. — To mężczyzna, którego napędza wyłącznie nienawiść, nic poza tym — kontynuowała ostrożnie, jakby szukała odpowiednich słów. — W pewnym momencie utracił znaczą część swojego człowieczeństwa i naprawdę nie sądzę, aby czuł do kogokolwiek przynajmniej namiastkę sympatii. Jestem przekonana, że nie jest w stanie nikogo pokochać.

Tom musiał się wysilić, żeby podtrzymać ten kontakt wzrokowy. Czuł się przytłoczony, ale też wiedział, iż ma wsparcie, bowiem nadal trzymała go za rękę.

— Gdybyś się zmienił w Voldemorta, nie mogłabym za tobą podążać, niezależnie od siły moich uczuć, bowiem zabiłbyś mnie przy pierwszej lepszej okazji.

Wciągnął ze świstem powietrze. W głosie dziewczyny słyszał nie tylko bezbrzeżny smutek, ale również przekonanie.

Niczego mu nie sugerowała, a po prostu stwierdzała fakt.


Hermiona zerknęła na Toma. Szedł obok niej, głęboko pogrążony w myślach. Najprawdopodobniej mrocznych, podsumowała, zważywszy na jego zmarszczone brwi. Zmartwiła się, więc podeszła nieco bliżej i wzięła go za rękę. Nie odwrócił ku niej głowy, ale wzmocnił uścisk. Obecnie zmierzali w kierunku drzwi wyjściowych, ponieważ zamierzali posiedzieć trochę nad jeziorem.

— Wybrałeś już sobie zajęcia na przyszły rok? — zapytała niezobowiązująco, aby odciągnąć go od wcześniej poruszonego tematu.

Uniósł elegancko brew.

— Nie zamierzam odpuszczać żadnych przedmiotów.

— Nawet wróżbiarstwa? — spytała z niedowierzaniem. — To absolutna strata czasu.

— Wręcz przeciwnie — stwierdził. — Jak możesz być tak krótkowzroczna?

— Jestem po prostu realistką. — Uśmiechnęła się zadziornie. — W takim razie zdradź mi, proszę, przynajmniej jedną wróżbę, którą wyczytałeś z fusów, a która się sprawdziła. — Zatriumfowała, gdy rzucił jej niechętne spojrzenie. — W porządku. Skoro nalegasz na kontynuowanie wróżbiarstwa, to ile będziesz miał przedmiotów?

— Jedenaście — odpowiedział niemal natychmiast.

— To nam daje jedenaście z dwunastu możliwych. — Zmarszczyła w zamyśleniu brwi. — Jednak coś odpuściłeś. Czyżby mugoloznawstwo? — zapytała, co potwierdził krótkim skinieniem głowy. — Cóż, to było do przewidzenia.

Usłyszawszy tę bezmyślną uwagę, Tom natychmiast spochmurniał i szybko odwrócił wzrok.

— Naturalnie, bo przecież mam w planach powybijanie wszystkich mugoli.

Hermiona przeklęła w duchu.

— Nie miałam na myśli niczego złego — powiedziała, chcąc go uspokoić. — Wiem, że dorastałeś w niemagicznym świecie, więc to oczywiste, że znasz go na tyle, aby nie musieć pogłębiać swojej wiedzy — wytłumaczyła, ale napotkała opór, bowiem chociaż jej przytaknął, to wciąż unikał nawiązania kontaktu wzrokowego. Aby okazać mu wsparcie, splotła ich palce razem. — Czyli po siódmym roku będziesz zdawał jedenaście egzaminów. Zakładam, że zdobędziesz najwyższe noty.

Odetchnęła z ulgą, kiedy wreszcie zareagował i się uśmiechnął. W jasnoszarych oczach zobaczyła nieskrywane rozbawienie.

— Interesujący dobór słów. Spójrz na siebie.

Właśnie otwierała usta, żeby mu odpyskować, ale wtem została zatrzymana.

— Hermiono? — Usłyszała, więc się odwróciła i ujrzała nadchodzącego Longbottoma. — Czy mogłabyś… — urwał, spojrzawszy na stojącego obok Toma. — Czy możemy porozmawiać na osobności?

Mimowolnie zmarszczyła brwi. Wydawał się zdenerwowany.

— To naprawdę bardzo ważne — dodał, kiedy nie odpowiedziała od razu.

— Hm, jasne — odparła, zaniepokojona.

— Dzięki. — Uśmiechnął się z ulgą.

— Spotkamy się później, dobrze? — zapytała, uprzednio odwróciwszy się do ślizgona.

Nie wyglądał na szczególnie zadowolonego z obrotu sprawy, ale ograniczył się do skinienia głową. Zanim zdążyła powiedzieć coś jeszcze, Mark podszedł doń szybkim krokiem, złapał za nadgarstek i odciągnął. Tom zmarszczył brwi, więc zanim zniknęła za zakrętem, posłała mu uspokajający uśmiech.

Chłopak obserwował odchodzących gryfonów z dozą niepewności. Cała ta sytuacja mu się nie podobała, zwłaszcza że był wobec niej całkowicie bezradny. Mark Longbottom był przyjacielem Hermiony i musiał to zaakceptować. Oczywiście, miał ogromną ochotę pobiec za nimi i zdzielić tego palanta, ale wiedział, że potem poniósłby konsekwencje swoich czynów. Zacisnąwszy usta, niechętnie ruszył w kierunku lochów. Teraz kiedy stracił towarzyszkę, zastanowił się, co powinien ze sobą zrobić. Aby zabić czas, może napisze wypracowanie dla Gaußa.

Albo lepiej — wymyślę niecny plan przejścia władzy nad światem, pomyślał z przekąsem.

Wszystko sprowadzało się właśnie do tego. Gdyby Hermiona go usłyszała, z pewnością nie szczędziłaby gorzkich słów. Podróże w czasie, z pozoru niemożliwe o tak wiele lat, były dość pokręcone i zawiłe.

Tom westchnął, schodząc po schodach do lochów. Stanąwszy przed kamienną ścianą, powiedział hasło i wszedł do pokoju wspólnego, okupowanego obecnie przez kilku uczniów siedzących na skórzanych czarnych kanapach, odrabiających lekcje lub po cichu rozmawiających. Wszyscy zwrócili nań uwagę, a kiedy przechodził obok, schylali z szacunkiem głowy. Zanim dotarł do schodów prowadzących do dormitorium, zauważył swoich Rycerzy wygodnie wylegujących się na sofie, ot Albę, Avery’ego, Lestrange’a i Blacka. Mimowolnie zmarszczył lekko brwi. Wciąż miał rachunki do wyrównania, prawda? Avery, jakby wyczuł, w którym kierunku biegną jego myśli, uniósł wzrok i skrzyżował z nim spojrzenie — potem wstał i z uśmiechem na twarzy doń podszedł.

Co za tupet, podsumował Tom, rozgniewany. Oczywiście, ukrywał swe emocje za beznamiętną maską.

— Riddle — przywitał się chłopak.

Nie odpowiedział, tylko zmrużył oczy. W głowie mignął mu obraz posiniaczonego nadgarstka Hermiony, w tej chwili idealnie odwracający uwagę od innych, chociaż równie ważnych rzeczy. Niemal ucieszył się z tego spotkania.

— Zastanawialiśmy się, czy masz dla nas trochę czasu — kontynuował Ledo z irytującym uśmiechem na twarzy.

Gdy trzej pozostali ślizgoni stanęli za Averym, magia Toma szarpnęła się do przodu. Zawsze pytali lub prosili o zebranie, a nie go żądali. Niewybaczalna arogancja, podsumował. Skupiwszy się na prowodyrze zamieszania, opanował chęć natychmiastowego ciśnięcia weń przekleństwem. Kimże byłby, gdyby odmówił możliwości wyżycia się i pokazania wzburzonym gadom ich miejsca?

Zaśmiał się pod nosem.

— Prowadź — powiedział neutralnym tonem, zaś Ledo wydawał się triumfować.

Co za głupiec, westchnął w głowie. Uspokoiwszy swoją magię, podążył za chłopakiem do wyjścia z pokoju wspólnego. Widząc ich pochód, siedzący na fotelu Malfoy natychmiast doń dołączył.

Szli w całkowitym milczeniu i niedługo później stanęli przed znajomym fragmentem kamiennej ściany. Nie czekając na polecenie, Avery zaczął spacerować i rozmyślać o miejscu, którego potrzebował, aż ich oczom ukazały się drzwi. Prawie parsknąwszy pod nosem, Tom wszedł do pomieszczenia jako ostatni. Zamrugał, kiedy zorientował się, że to Pokój Życzeń przybrał inną formę, aniżeli tę, co dotychczas. Sala była słabo oświetlona i raczej niewielka, zaś ściany szorstkie. Brakowało w niej tradycyjnego krzesła przypominającego tron, które zazwyczaj zajmował podczas spotkań. Ledo naprawdę pragnął dziś zginąć, prawda?

Gdy spojrzał przez ramię, zauważył, że drzwi wyjściowe zniknęły, zastąpione po prostu kamienną ścianą. Nie komentując wyglądu wnętrza, omiótł ślizgonów wzrokiem. Chłopcy utworzyli tradycyjnie półokrąg, zachowawszy pełną szacunku odległość. Tylko Avery się wyróżniał, bowiem zamiast spokorniałej miny, przybrał prowokacyjną i odważył się patrzeć mu w oczy. Właśnie dlatego nie poświęcił innym ani grama uwagi, od razu koncentrując się na podstawowym kłopocie.

— O co chodzi? — zapytał uprzejmie, zaś chłopcy zaczęli się wiercić pod bacznym spojrzeniem.

— Mamy problem.

Owszem, pomyślał ze złością, ale ukrył swój ognisty temperament za maską zobojętniałego zainteresowania.

— Jaki?

— Chodzi o tę szlamę — powiedział Avery, jakby mówił o czymś naprawdę niesmacznym.

Tom musiał na moment zamknąć oczy, bowiem prawie stracił nad sobą panowanie. Utrzymawszy magię pod kontrolą, ponownie przywdział na twarz beznamiętną maskę. Kiedy jednak przemówił, z miejsca porzucił uprzejmy ton.

— Zakładam, że mówisz o Hermionie. Gdzie dokładniej widzisz problem?

Usłyszawszy imię dziewczyny, Ledo uśmiechnął się protekcjonalnie.

— Czemu spędzasz czas z brudną szlamą?

— Hm, naprawdę nie sądzę, aby to był twój interes — odpowiedział, siląc się na spokój. Omiótł spojrzeniem pozostałych chłopców i właśnie wtedy Lestrange przeszedł do ataku.

— To też nasza cholerna sprawa!

Tom rzucił mu zainteresowane spojrzenie. Spodziewał się czegoś podobnego po Ledo, nie Primusie. Czemu Lestrange, obecnie purpurowy ze złości, stawał po stronie zdrajcy?

— Marnujesz swój czas na bezwartościową szlamę! Pozwalasz, żeby ta dziwka ci rozkazywała! — kontynuował chłopak, wspierany przez pomruki zgody współdomowników. — Czemu się poniżasz? — zażądał odpowiedzi. — To najzwyklejsza w świecie szmata! Jeżeli próbujesz wyciągnąć od niej jakieś informacje, z pewnością możesz to zrobić bez płaszczenia się i okazywania posłuszeństwa.

Riddle był zaskoczony, że zniósł aż tyle. Jego magia szarpnęła się naprzód, szukając możliwego ujścia.

— Przejdźmy do podsumowania zasadniczego problemu — powiedział niesamowicie spokojnym głosem. — Chociaż rozumiem wasze obawy, chciałbym zaznaczyć, że jeżeli nadal będziecie okazywali mi brak szacunku, gorzko tego pożałujecie.

Avery, w swojej niewyobrażalnej głupocie, nie wydawał się pod wrażeniem groźby.

— Zadaliśmy ci uczciwe pytania. Chadzasz po zamku ze szlamą u boku — kontynuował Lestrange. — Jesteś nam winien jakieś wytłumaczenia — dodał i stanął obok drugiego buntownika.

Tom prawie wybuchnął. Szybko omiótł wzrokiem pozostałych ślizgonów i chociaż żaden z nich nie odważył się nawiązać z nim kontaktu, widział na ich twarzach nieskrywaną aprobatę. Wspólnie to ukartowali, prawda? Musieli rozmawiać na ten temat przez długie godziny. Jedynym, który sprawiał wrażenie niezadowolonego z obrotu sytuacji, był Abraxas Malfoy i zademonstrował to odsunięciem się od reszty.

— Wiesz, co sobie myślimy? — zapytał Primus z szaleńczym błyskiem w oku. — Jesteśmy przekonani, że w rzeczywistości nie masz żadnego powodu, aby uwodzić tę dziwkę. Robisz to tylko dlatego, że ci się podoba.

— Cholerna prawda, tak właśnie sądzimy! — dodał z pogardą Avery. — Czy naprawdę zdradziłeś naszą sprawę?

Tom miał serdecznie dość tej bezczelności. Nie mógł uwierzyć w tupet tych idiotów. Bez żadnego ostrzeżenia wyciągnął różdżkę i machnął nią gniewnie. W stronę Ledo popędziła niebieska klątwa, jednak chłopak zdążył się obronić na czas. Zaklęcie uderzyło w srebrzystą tarczę, która zdołała je zatrzymać.

Jak śmiał…?

— Jesteś cholernym zdrajcą krwi, Riddle — podsumował Avery.

— Skoro jesteście o tym tacy przekonani, to co zrobicie? — zapytał, z ledwością tłumiąc wściekłość.

— Zawczasu podjęliśmy decyzję. Już nami nie przewodzisz.

— Och, w porządku. — Uśmiechnął się lekceważąco. — Mam rozumieć, że zająłeś moje miejsce?

— Owszem. — Ledo wypiął dumnie pierś. — A moim pierwszym oficjalnym posunięciem będzie danie ci porządnej nauczki. — To powiedziawszy, przeciął różdżką powietrze. Gniewnie czerwona klątwa opuściła czubek oręża i poszybowała w stronę celu.

Tom natychmiast wzniósł tarczę, która zatrzymała klątwę, aczkolwiek niebezpiecznie zamigotała.

— Jesteś pewien, że chcesz stanąć w szranki? — zapytał z chłodem w głosie.

Avery nie odpowiedział. Zamiast tego, uśmiechnął się zwycięsko i ponownie machnął różdżką, tym razem w bardziej skomplikowanej manierze. Oczywiście, Riddle rozpoznał ruchy nadgarstka. Zacisnął usta, jeszcze bardziej zdenerwowany, ponieważ sam nauczył go inkantacji. Kawałek podłogi, na której stał, zaczął się szybko nagrzewać. Z doświadczenia wiedział, że wkrótce kamień się stopi, przez co ofiara wpadnie do wrzącej, bulgoczącej cieczy i się żywcem ugotuje. Nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, rzucił przeciwzaklęcie. Co interesujące, klątwa przeciwnika podjęła walkę, więc musiał zwiększyć przepływ mocy, aby ochronić się przed buchającym gorącem.

Wtem dostrzegł pędzące weń żółte światło i ledwo zdążył wznieść barierę lewą ręką. Gdy się zderzyły, stłumił sapnięcie bólu, bowiem ostatki klątwy go dosięgły i przecięły dłoń, w której trzymał różdżkę. Wysyłając więcej magii w kierunku topiącej się podłogi, wreszcie zdołał odeprzeć atak.

Rozzłoszczony nie na żarty, spojrzał na drugiego przeciwnika. Lestrange wciąż trzymał w dłoni wycelowany weń oręż. Zobaczywszy zamieszanie, nawet Alba i Black dobyli swoich broni. Jedynie Malfoy cofnął się o krok i ogłosił neutralność. Tom zacisnął usta w cienką linię i nie zwrócił najmniejszej uwagi na kapiącą na kafelki krew.

Avery zaatakował ponownie, rzuciwszy weń mroczną klątwą. Siła za nią stojąca sprawiła, że powietrze zgęstniało i zamigotało. Czy ten gnojek naprawdę myślał, że zdoła go pokonać? W odpowiedzi machnął leniwie ręką i prawie okazał zdziwienie, kiedy się zorientował, że jego moc niechętnie go posłuchała. Obrona, którą wzniósł, okazała się równie słaba i oporna, co wyczarowana przed momentem tarcza.

Zaklęcie Ledo zniszczyło barierę, więc Tom, warcząc gniewnie, gwałtownie przeciął powietrze różdżką. Jego magia zareagowała, ale bardzo ociężale. Uformowawszy się w przekleństwo, pomknęła ku przeciwnikowi i zderzyła się z nadlatującym urokiem, powodując małą eksplozję. Musiał cofnąć się o krok i właśnie wtedy się potknął. Zachowawszy równowagę, spojrzał przez ramię, ale nie napotkał żadnej fizycznej przeszkody. Zauważył jednak, że powietrze kilka metrów dalej było rozrzedzone. Marszcząc brwi, ponownie skupił się na swoich Rycerzach. Avery wyglądał, jakby triumfował i właśnie to naprowadziło go na właściwy trop. Zerknął w dół, na kamienną posadzkę, i zobaczył, że znalazł się w runicznym kręgu. Gdy rozpoznał znaki, wciągnął gwałtownie powietrze.

— Och, widzę, że wreszcie zauważyłeś — zadrwił Ledo. — Zajęło ci to wystarczająco dużo czasu. Byłem pewien, że wcześniej się zorientujesz.

— Magia wiążąca? — wywarczał przez zaciśnięte zęby, a potem zacisnął usta w cienką linię i wzmocnił uścisk na różdżce.

— Oczywiście. — Uśmiechnął się z zadowoleniem Avery. — I kilka run pieczętujących, ot na wszelki wypadek.

Tom ponownie skupił się na wygrawerowanych w kamieniu znakach. Znał ten rytuał i wiedział, w jaki sposób go zneutralizować. Zazwyczaj runy pisano kredą lub krwią, więc wystarczyło naruszyć krąg. Niestety, tym razem musiał się mocniej pomęczyć, bowiem symbole zostały wyryte w podłodze.

— Jesteś żałosny ze starożytnych runów — podsumował ze złośliwością. — Jak właściwie na to wpadłeś? — zapytał, rozważając w głowie możliwości. Żaden z chłopaków nie szczycił się talentem runicznym. Tylko Malfoy był wystarczająco uzdolniony, żeby…

Ledo parsknął.

— Całkiem możliwe, ale Melanie Nicolls wręcz przeciwnie.

— Nicolls? — Zgrzytnął zębami.

— Cóż, prosiła, abym przemilczał ten temat. — Uśmiechnął się pobłażliwie Avery. — Niemniej jednak uważam, że zasługuje na pochwałę. Sporo się napracowała nad tym kręgiem. — Niespiesznie machnął ręką, zaś runy złowieszczo zamigotały.

Tom poczuł ostre szarpnięcie swojej magii. Strumień mocy wypłynął z niego i został wessany do wygrawerowanych run. Ledo ponownie machnął różdżką, wciąż szeroko uśmiechnięty.

Secaris.

Chociaż żadne zaklęcie nie pomknęło ku niemu, Riddle smagnął bronią, aby wznieść tarczę. Magia znów odmówiła mu posłuszeństwa, dlatego też miał problemy z jej utrzymaniem. Gdy klątwa się z nią zderzyła, zmieniła tylko swoją trajektorię. Syknął z bólu, kiedy przeszyła mu lewe udo, rozcięła tkankę i spowodowała krwawienie. Wściekły, spojrzał na Avery’ego, czując, jak jego moc jest wsysana w runy. Oczywiście, próbował zatrzymać lub odwrócić ten proces, ale nadaremnie.

— Już nie jesteś taki silny, prawda?

— Pieprzony tchórz — podsumował go Tom.

— Ojej. Wygląda na to, że muszę nauczyć cię szacunku. — Machnął różdżką. — Crucio!

Nie miał szans na uniknięcie klątwy, dlatego też nawet nie odskoczył — po prostu obserwował triumf przeciwnika. Zaklęcie weń uderzyło, ale nie wyrządziło mu żadnej szkody. Nie upadł na podłogę, nie zaczął krzyczeć, a tym bardziej nie popadł w agonię. Stał w miejscu, niewzruszony atakiem, podczas gdy wszyscy ślizgoni gapili się nań w szoku.

— Co…? — Avery wytrzeszczył oczy. — Jak to możliwe…?

— Nazwijmy to zabezpieczeniem.

— Uwierz, że to cię nie uratuje!

Ledo machnął różdżką i Tom został otoczony rozwścieczoną, obcą magią, która bezlitośnie chciała go rozsadzić od środka. Jęknął cicho i upadł na kolana, porażony ogromnym bólem. Oponent uśmiechnął się szyderczo, po czym ponownie smagnął ręką, a Riddle oberwał prosto w twarz. Siła uderzenia była tak mocna, że odrzuciła mu głowę na bok. Gdy spojrzał z powrotem na przeciwnika, zmrużył ze złości oczy.

— Myślę, że powinniśmy ustalić coś jeszcze — powiedział ślizgon. — Skoro jestem teraz przywódcą Rycerzy, uważam, że to sprawiedliwe, abym wziął sobie twoją jakże cenną szlamę. — Uśmiechnął się złośliwie. — Zapewniam, że nie musisz się martwić. Będzie w bardzo dobrych rękach. — Kontemplacyjnie postukał różdżką w podbródek, aczkolwiek zdradzały go radośnie błyszczące oczy. — Z największą przyjemnością pokażę jej właściwe miejsce. Już widzę, jak przede mną klęczy i otwiera zachłannie usta. — Mrugnął sugestywnie. — Z pewnością będziemy się dobrze bawić.

Tom aż się zatrząsł od chęci zemsty. Wstał z podłogi i zrobił krok w stronę Avery’ego, ale niestety został zatrzymany przez niewidzialną tarczę.

— Jeszcze zapłacisz za te słowa — obiecał groźnie.

— Spokojnie, spokojnie. Sam przyznasz, że naprawdę trudno mnie winić. Ta szlama aż się prosi o to swoim puszczalskim zachowaniem — powiedział beztrosko chłopak, zupełnie jakby stwierdzał oczywistość. — Wiesz, odkąd po raz pierwszy minęła mnie na korytarzu, wiedziałem, że muszę ją porządnie przerżnąć. Oczywiście, należy zacząć od gry wstępnej. Szczerze mówiąc, kilka godzin temu zabrałem się do pracy, ale zacząłem bardzo delikatnie, od zwyczajnego buziaka — zdradził. — Nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie rozłoży przede mną nogi.

To oświadczenie sprawiło, że Tom stracił resztki samokontroli. W głowie mignął mu niepokojący obraz Avery’ego nagabującego jego dziewczynę i zacisnął zęby, poddawszy się rozprzestrzeniającej się po ciele wściekłości. Nikomu nie było wolno dotykać, a tym bardziej przymuszać Hermiony. Miała wszak wyłącznie jednego właściciela.

Nawet na sekundę nie przestał walczyć z kradzieżą swojej magii. Teraz jednak kiedy dowiedział się o próbie napastowania, obrzucił Ledo morderczym spojrzeniem i porzucił wysiłek zatrzymania przepływu mocy, co sprawiło, że pieczętowanie natychmiast się nasiliło. Z sekundy na sekundę tracił coraz to więcej swojej magii, ale gniew, któremu się poddał, sprawiał, że przestał przejmować się błahostkami. Avery wciąż szydził z niego, uważając się za bezwarunkowego zwycięzcę. Musiał mu pokazać, gdzie przynależy. Ostatki mocy, którą dysponował, owinęły się wokół jego umysłu, podjudzając i wykrzywiając myśli. Za wszelką cenę pragnął rozerwać tę miernotę na strzępy, ale krąg runiczny stał mu na przeszkodzie.

Zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Poddawszy się znakom, przestał walczyć z przyciąganiem i zrobił coś zupełnie przeciwnego. Skierował swą moc w kierunku znaków, jakby je karmiąc. Z początku łapczywie pochłaniały każdą drobinkę magii, a potem Tom rozeznał się w ich ograniczeniach. Moc, którą wpakował w starożytne symbole, dewastowała je od środka, naruszając i przesuwając nałożone nań granice. Avery chwiejnym krokiem odsunął się od kręgu, gdy zobaczył, że zaczął migotać na czerwono. Zanim minęła minuta, nastąpił przełom, bowiem znaki, mimo że wyrzeźbione w kamieniu, zaczęły się zacierać. Właśnie tak działało przeładowanie magiczne. Wyczekawszy odpowiedniego momentu, Riddle uderzył w nie mroczną energią i z satysfakcją odnotował, iż mu się poddały. W podłodze pojawiły się pęknięcia, dzięki czemu krąg wreszcie został przerwany, a symbole zniknęły z cichym świstem.

Odzyskawszy magię, Voldemort pozwolił, aby zalała pokój. Otworzył oczy, pokazując światu krwistoczerwone tęczówki.

Z przyjemnością zatopił się w doznaniach. Jego moc śpiewała morderczą melodię, a powietrze aż trzeszczało od nagromadzonej energii. Z radością zarejestrował, iż Avery nagle spokorniał i teraz patrzył nań z najprawdziwszym przerażeniem. Od wyrządzenia krzywdy wszystkim Rycerzom jednocześnie Toma powstrzymywały wyłącznie ostatki samokontroli.

Przełknąwszy nerwowo ślinę, Ledo podniósł rękę. Zadrżała gwałtownie, kiedy smagnął różdżką i posłał w Voldemorta fioletowawą klątwę. Chociaż sprawiała wrażenie niebezpiecznej, ten tylko spojrzał nań z obojętnością i wskazał czubkiem własnego oręża podłogę. Nie poruszył się nawet o minimetr, a zaklęcie uderzyło w niewidzialną ścianę, zatrzymało się w powietrzu, a potem całkowicie znieruchomiało.

Z nikczemnym uśmieszkiem na twarzy machnął swobodnie różdżką, zupełnie jakby odpędzał dłonią namolnego owada. Urok rozwarstwił się i poleciał w kierunku pozostałych ślizgonów. Chłopcy jęknęli z bólu, ponieważ nijak mogli odpędzić od siebie magię, która ich ciasno oplotła. W momencie zostali unieruchomieni i zdani na łaskę oprawcy.

Voldemort schował różdżkę do kieszeni szaty. Z elegancją zaczął podchodzić do swoich Rycerzy i po kolei patrzył każdemu w oczy. Wiedział, że wygląda przerażająco, co potwierdzały ich przestraszone i diablo winne miny. Uśmiechnąwszy się szaleńczo, pstryknął palcami, czym przymusił ich do przyklęknięcia. Kolejnym ostrym ruchem dłoni posłał ku nim niewerbalnego Cruciatusa i zaśmiał się, z rozkoszą słuchając ich pełnych boleści krzyków. Jedynym, któremu oszczędził tortur, był Malfoy, który zachował milczenie, podczas gdy reszta błagała i płakała.

Utrzymał zaklęcie przez jakiś czas. Kiedy uznał, że wystarczy, uśmiechnął się okrutnie, przerwał klątwę i zwrócił podwładnym możliwość ruchu. Wszyscy natychmiast upadli na podłogę, dygocząc z bólu i upokorzenia. Tom spojrzał na Abraxasa, który po prostu chwiejnie klęczał i dał mu znać, aby podniósł głowę.

— Przyprowadź Melanie Nicolls — powiedział.

Chłopak nie zadawał żadnych pytań i od razu mu przytaknął. Wstał z podłogi i pospiesznie opuścił Pokój Życzeń. Właśnie wtedy uwaga Voldemorta skupiła się na pozostałych ślizgonach. Nie czuł doń żadnego współczucia. Cisza, którą specjalnie przedłużał, powodowała, że skręcali się ze strachu.

— Co właściwie sobie myśleliście? — zapytał z okrucieństwem w głosie. — Że przeforsujecie ten mały zamach stanu i mnie obalicie? Co sprawiło, że pomyśleliście, że kiedykolwiek mi dorównacie? — Przystanął przed klęczącymi podwładnymi i pozwolił swojej magii na samowolkę. — Żyjecie w iluzji, że posługujemy się demokracją. Pozwólcie, że wytłumaczę wam tę sprawę. Założyłem to stowarzyszenie i mu przewodzę. Ja podejmuję wszelkie decyzje i tylko ja mogę rozwiązać tę grupę. — Omiótł ich rozwścieczonym wzrokiem. Mieli wielkie szczęście, że nie odważyli się podnieść wzroku i otwarcie mu się przeciwstawić. — Może nie zauważyliście, ale nie jestem Rycerzem Walpurgii — kontynuował z chłodem w głosie. — Jestem waszym przywódcą, więc kiedy będę chciał spędzać czas ze szlamą, musicie się dostosować i zaakceptować ten fakt. Nie macie prawa podważać moich decyzji. Możecie tylko słuchać rozkazów.

Jako pierwszy złamał się Lestrange.

— Błagam, miej litość — zaszlochał. — Będziemy dalej za tobą podążać.

Voldemort nie poświęcił jego prośbie większej uwagi. Zamiast tego, poszczuł go magią. Primus syknął z bólu, kiedy został trafiony zaklęciem tnącym, które poharatało mu policzek. Tom zaśmiał się złowieszczo, a potem wrócił do przechadzki.

— Nie potrzebuję podobnych zapewnień. Nikogo nie zmuszałem do dołączenia. Wszyscy dobrowolnie zaakceptowaliście warunki, które wam przedstawiłem — kontynuował ściszonym głosem. — Przez cały ten czas byłem dla was miły. Nawet jeżeli nie musiałem, bezinteresownie poświęcałem wam czas i uczyłem najróżniejszych zaklęć. Pokazywałem wam też rzeczy, których nie dowiedzielibyście się od żadnego innego czarodzieja. — Spacerował po komnacie, a jego kroki odbijały się echem od kamiennych ścian. — I pomyśleć, że po tym wszystkim, co dla was zrobiłem, wbijacie mi nóż w plecy przy pierwszej lepszej okazji. Naprawdę ładnie mi się odpłacacie. — Zrobił krótką pauzę i przestał się przechadzać. W krwistoczerwonych oczach pojawił się złowrogi błysk, gdy patrzył na klęczących przed nim chłopców. Wszyscy drżeli ze strachu, a niektórzy kręcili głowami w zaprzeczeniu. — Nie poświęciliście nawet momentu na zastanowienie się, że mogę nie przyjąć dobrze spiskowania za plecami? — zapytał, nie podnosząc głosu. — Wiecie, że jestem zdolny i potrafię naprawdę wiele. Skąd właściwie pomysł, że mnie pokonacie? — Podszedł do Avery’ego, który nadal kulił się na podłodze. — Wygląda na to, że jesteś prowodyrem buntu. — Uśmiechnął się okrutnie.

— Błagam, przepraszam!

Voldemort spojrzał nań szyderczo, niewzruszony oczywistym strachem Ledo. Miał zamiar powiedzieć coś więcej, ale przerwało im ciche kliknięcie dobiegające od strony drzwi. Gdy odwrócił głowę, zobaczył, że Malfoy stał w progu i ściskał Melanie Nicolls za ramię. Wydawała się zszokowana sceną, którą ujrzała na wstępie. Gestem zaprosił ich do środka, a Abraxas bez słowa wykonał polecenie.

Tom nie zwrócił nań większej uwagi, wciąż skoncentrowany na Averym. Leniwie obracał różdżkę między palcami i rozkoszował się strachem podwładnego. Na moment przymknął oczy i wziął głęboki oddech. W powietrzu unosił się zapach przerażenia i bezbrzeżnej rozpaczy. Mimowolnie uśmiechnął się szyderczo.

Cudownie.

Kiedy uniósł powieki, nie tracił czasu i bezlitośnie złapał Ledo za włosy. Pociągnął jego głowę w górę, a potem się zaśmiał, zobaczywszy ślady łez na policzkach.

— Taki słaby — podsumował ze złośliwością, a Avery zadrżał. Gwałtownie go puścił i odsunął się o krok. Zimna nienawiść zniekształciła mu piękną twarz. — Nauczę cię, co się dzieje z ludźmi, którzy sprzeciwiają się Lordowi Voldemortowi.

— Miej litość, mój panie! — jęknął ślizgon, przerażony do cna. — Błagam, wybacz nam wszystkim!

Nie mogąc się powstrzymać, wybuchnął okrutnym śmiechem. Ta prośba była wręcz absurdalna. Powoli omiótł wzrokiem swoich zwolenników, rozkoszując się ich strachem. Wciąż uśmiechnięty, uniósł różdżkę i machnął nią w stronę ofiary.

Crucio.

Avery wrzasnął. Upadł na podłogę i zaczął niekontrolowanie drżeć. Niewyobrażalny ból rozgrywał go na strzępy, przez co tracił poczucie z rzeczywistością, co z kolei napawało Voldemorta radością. Kiedy z niechęcią cofnął klątwę, chłopak wciąż miał drgawki. Bez wahania doń podszedł, a potem się pochylił, aby móc spojrzeć mu prosto w oczy.

— Masz szczęście, że jestem wyrozumiały i miłosierny — wyszeptał. — Spełnię twoje życzenie. W tym momencie zwalniam cię ze służby. — Machnął różdżką, a Ledo został siłą podciągnięty do pozycji siedzącej. Gdy znów się doń przybliżył, ponownie zadrżał. — Nie musisz się obawiać — kontynuował miękkim, uspokajającym tonem. — Niepotrzebnie zadałeś sobie tyle trudu. Jak już mówiłem, nikogo nie przymuszałem do dołączenia do naszego stowarzyszenia. Jeżeli chcesz odejść, nie mam z tym najmniejszego problemu. Możesz zrezygnować, kiedy tylko zechcesz — wytłumaczył i z zadowoleniem odnotował, że w oczach Avery’ego dostrzegł nikłą nadzieję. Gdy dał mu złudne poczucie bezpieczeństwa, roztrzaskał wszystko bez chwili zawahania. — Jest tylko jeden problem, który musimy rozwiązać, zanim odejdziesz — powiedział ze złośliwością, co sprawiło, że chłopak spróbował się od niego odsunąć. — Widziałeś, jak trenujemy pewne… mroczniejsze zaklęcia — kontynuował. — Jeżeli pozwolę ci zrezygnować z tą wiedzą, podejmuję ryzyko, że opowiesz komuś o nadprogramowych zajęciach. Oczywiście, nie mogę na to pozwolić. Widzisz, nie mam ochoty skończyć w Azkabanie.

— Nikomu nie powiem! — odpowiedział Avery. — Przysięgam.

— Właśnie w ten sposób wracamy do kwestii zaufania. — Uśmiechnął się Voldemort. — To fundamentalna składowa naszego stowarzyszenia. Ufałem, że nikomu nie powiesz o lekcjach. Ufałem, że będziesz na tyle inteligentny, aby się nimi nie chwalić. Ufałem, że nie będziesz próbował mnie zdradzić. — Rozłożył szeroko ramiona. — I oto jesteśmy.

— Błagam, mój panie! Uwierz, nikomu nie powiem!

— Z własnego doświadczenia cię uświadomię, że bardzo trudno jest odzyskać raz nadszarpnięte zaufanie — podsumował miękko i uniósł różdżkę. — Osculum mortis.

Oczy Avery’ego zaszkliły się, kiedy oberwał zaklęciem. Jego twarz przybrała pusty wyraz, a mięśnie odmówiły posłuszeństwa, dlatego też nawet się nie poruszył. Wtem coś złotego zaczęło wypływać ze wszystkich otworów jego głowy. Nie była to ani ciecz, ani gaz, ale wirowało w powietrzu. Ostatecznie zostało wessane przez czubek różdżki Voldemorta. Wtem Ledo zaczął niekontrolowanie drżeć, z sekundy na sekundę coraz to gwałtowniej, a potem otworzył usta i wydał z siebie mrożący krew w żyłach krzyk. Nie miał jak walczyć z nieznaną substancją, więc po prostu wrzeszczał.

Pozostał pod wpływem klątwy, nawet kiedy to coś zaczęło się mieszać z krwią, która spływała mu po brodzie i moczyła białą koszulę. Gdy złoto się skończyło, zaniemówił. Usta wciąż miał otwarte, ale nie był w stanie wypowiedzieć choćby słowa.

Coś błysnęło mu w oczach, a potem zgasło. Drgawki ustały, a ciało zawisło w bezruchu, jakby trzymane przez niewidzialne ręce. Jego twarz stała się pusta i pozbawiona wyrazu, gdy ostatnia kropla złocistej substancji uciekła mu przez dziurkę od nosa. Niczym kłęb dymu, zawirowała w powietrzu, a potem zetknęła się z czubkiem różdżki Voldemorta.


Wszystko szło tak gładko. Miała plan, nawet bardzo dobry plan. Zawczasu dopracowała każdy szczegół, a potem z boku patrzyła, jak jej marzenie rozkwita niczym najpiękniejszy kwiat. Dziś miała zatriumfować i cieszyć się szczęściem.

Co się stało…?

Stojąc tutaj, czuła, jakby wszystko się rozpadało. Miała wrażenie, że stoi na krawędzi zapadającego się osuwiska.

Czy sen może przerodzić się w koszmar…?

Melanie jęknęła ze strachu, zapatrzona w nieruchome ciało Avery’ego. Wciąż leżał na podłodze z agonią wyrytą na twarzy. Był niewiarygodnie blady, przez co wszechobecna krew jeszcze bardziej rzucała się w oczy. Wypływała mu z oczu, nosa i rozchylonych ust. Obrzydliwie kontrastowała ze wszystkim innym. Jej metaliczny zapach sprawiał, że prawie się zakrztusiła i zwymiotowała.

Co poszło nie tak…?

Nie planowała niczego podobnego. Chciała tylko zachwiać strukturą popularności w Slytherinie, ot nic poważnego. Plan, który uknuła, był przecież zupełnie nieszkodliwy. Aby osiągnąć cel, przeciągnęła na swoją stronę Avery’ego, bo był potężnym sojusznikiem i jako jedyny miał szansę zdetronizować Toma. Spekulowała, że w swojej pustości i głupocie DeCerto rzuci obecnego chłopaka dla następnego. Intryga nie miała wyrządzić nikomu krzywdy. Wszystko szło zgodnie z planem. Ledo stanął na wysokości zadania i przekonał resztę swoich kolegów; razem wzniecili bunt. Pomogła im na tyle, na ile umiała — skonstruowała runiczny krąg, dzięki któremu mogli bez większych przeszkód unieszkodliwić swojego przywódcę.

Czemu więc podłoga skąpała się we krwi…?

Strach sprawił, że serce niemal wyskoczyło jej z piersi. Z ledwością mogła oddychać.

Stał tam, ot powód całego przedsięwzięcia. Zrobiłaby dla niego wszystko. Odkąd po raz pierwszy go zobaczyła, wiedziała, że są sobie przeznaczeni. Tom był przecież ideałem — przystojny, inteligentny i jakże delikatny. W zeszłym roku się spotykali i to zdecydowanie był najlepszy czas w jej życiu. Była wówczas naprawdę najszczęśliwszą dziewczyną pod słońcem. Wszyscy darzyli go miłością. Nic dziwnego, prawda? Był uprzejmy, wspaniale się uczył, piastował stanowisko prefekta i był najprawdziwszym gentelmanem.

To naturalne, że obdarzyła go uczuciem.

Tom Riddle.

Stał tam, zaledwie kilka metrów dalej, równie przystojny, co zawsze. Wciąż miał jasną cerę, piękne, kruczoczarne włosy i smukłą, wysportowaną sylwetkę. Chociaż nie wyglądał inaczej, aniżeli wczoraj, Melanie pragnęła od niego uciec. W dłoni trzymał różdżkę i patrzył na zakrwawione ciało Avery’ego. Jasnoszare oczy, które tak uwielbiała, zniknęły, zastąpione krwistoczerwonym kolorem, tak doń niepasującym i demonicznie się jarzącym. Najgorsza była jednak magia, która zawisła w powietrzu, trzeszcząca w pokoju i dusząca, przekraczająca granice, złośliwa i zdecydowanie mroczna. Ta moc przecinała skórę, pragnąc rozerwać wszystkich na strzępy. Nicolls zastygła w przerażeniu, zapatrzona w chłopaka, którego właściwie nie poznawała.

Kim był…?

Wtem spojrzał wprost na nią. W momencie zapomniała, jak się oddycha i byłaby się udusiła, zobaczywszy jego okrutny uśmiech, zabarwiony chłodnym rozbawieniem. Odsunęła się z przerażenia, gdy doń podszedł i zaczęła drzeć, kiedy przystanął tuż przed nią. Otaczająca go mroczna magia sprawiła, że się skuliła, ledwo ośmieliwszy się spojrzeć na jego pozbawioną wyrazu twarz.

— Skoro najważniejsze mamy za sobą, skupmy się na następnej sprawie — stwierdził z obojętnością, o jaką by go nigdy nie podejrzewała. — Nie musisz niczemu zaprzeczać. Wiem, że sprowokowałaś ten bunt. — Dotknął palcami brody, uśmiechając się pobłażliwie. — Prawdę powiedziawszy, sam nie wiem, co powinienem z tobą zrobić.

Melanie otworzyła szeroko oczy, porażona powagą sytuacji. Na jej twarzy widniało niedowierzanie.

— Proszę, Tom — zaszlochała. — Nie chciałam, żeby tak wyszło. Nie rób mi krzywdy.

— Cóż, nie pozostawiłaś mi żadnego wyboru, prawda? — Uśmiechnął się iście diabelsko, a następnie uniósł dłoń i delikatnie przesunął palcami do jej policzku.

— Chciałam ci tylko pomóc… — wydyszała rozpaczliwie.

— W jaki sposób? — zapytał.

Skinęła głową, spanikowana.

— Tak, chciałam… odciągnąć cię od DeCerto… — wymamrotała łamliwym głosem. — To nie jest dziewczyna dla ciebie. Tylko się tobą bawi i…

Tom uniósł brew.

— Czyli chciałaś odstraszyć ode mnie Hermionę — podsumował z łagodnym uśmiechem, skrywającym za sobą groźbę. — Co, jeżeli lubię, gdy jest u mego boku?

— Ale przecież… to szlama…

— Możliwe, niemniej jednak to nie twój problem — stwierdził, jakby ogłaszał najoczywistszą rzecz na świecie. — Czemu wyhodowałaś sobie tę infantylną potrzebę ratowania mnie?

Melanie spojrzała nań błagalnie.

— Kocham cię, Tom.

Usłyszawszy to wyznanie, wybuchnął śmiechem, który odbił się echem od kamiennych ścian pokoju. Gdy się wyciszył, zrobił krok w jej stronę, przez co znów się odsunęła. Zanim się zorientowała, wystrzelił do przodu ręką i złapał brutalnie jej podbródek, przytrzymując go w miejscu. Zaszlochała żałośnie, do głębi przerażona, ale ostatecznie została zmuszona do spojrzenia mu prosto w oczy. Stali teraz naprawdę blisko siebie. Nie mogła znieść niszczycielskiej siły, stojącej za krwistoczerwonymi oczami. Zawisła w powietrzu magia była tak ciemna i mroczna, że ledwo mogła przezeń widzieć.

Zawsze był przystojny, czarujący, uprzejmy i delikatny. Tom był idealny pod każdym względem.

Teraz widziała zupełnie innego człowieka. Maski, które na co dzień przywdziewał, opadły, odsłoniwszy jego prawdziwe oblicze. Melanie jeszcze nigdy nie była równie spanikowana. Okazało się, że Tom Riddle nie znał ani litości, ani współczucia. Tkwił w ciemności, lubował się w nienawiści i sadystycznej potrzebie zadawania bólu. Nie mogąc się powstrzymać, znów wybuchnęła płaczem.

Widząc, że się załamała, ponownie się uśmiechnął.

— Szczerze wątpię, abyś była wystarczająco silna, aby mnie kochać. — Uniósł różdżkę i zaśmiał się złośliwie, kiedy zrobiła następny krok wstecz.

— Nie, proszę! Nie rób mi krzywdy!

— O niektórych rzeczach trzeba myśleć wcześniej — stwierdził z chłodem w głosie. — Sprawiłaś mi dziś ogromną przykrość. Błaganie o przebaczenie nie ma najmniejszego sensu.

Smagnął różdżką, czym ukierunkował klątwę, którą miał na końcu języka. Ślizgonka pisnęła żałośnie, gdy przygotował się do ataku. Oczywiście, nie wzruszył się dziewczęcymi łzami.

Exur…

— Mój panie?

Voldemort powoli odwrócił głowę, na moment tracąc z oczu szlochającą Melanie Nicolls. Abraxas, który puściwszy buntowniczkę, wrócił do szeregu, teraz wystąpił naprzód i ukląkł przed nim na kolanach.

— To nie jest najlepsza chwila na denerwowanie mnie, Malfoy — syknął.

— Najmocniej przepraszam. — Chłopak pochylił w namaszczeniu głowę. — Wiem, że nie mam prawa o cokolwiek prosić, a mimo to błagam, abyś okazał łaskę.

— Odważne posunięcie.

Abraxas jeszcze niżej pochylił głowę. Najwyraźniej spodziewał się kary za nieposłuszeństwo.

— Owszem. Co więcej, masz pełne prawo być zniesmaczony moim zachowaniem — przyznał skruszonym tonem. — Niemniej jednak wciąż proszę o litość.

Riddle zmrużył oczy. Jego magia domagała się uwolnienia i dokończenia klątwy, a gniew dodatkowo go napędzał. Gdyby ktokolwiek inny zdecydował się wysnuć podobne błaganie, z miejsca odrzuciłby tę opcję.

— Wiem, że nie brałeś udziału w tym spisku — podsumował, na poważnie rozważywszy oszczędzenie dziewczyny. — Nigdy mnie nie zdradziłeś. W zamian wykazałeś się wiernością. — Cisza, która spowiła pokój, była praktycznie namacalna, zakłócana jedynie cichymi szlochami. Voldemort przyjrzał się uważnie podwładnemu. Po czymś, co równie dobrze mogło być wiecznością, powoli, aczkolwiek niechętnie opuścił różdżkę. — W porządku, wynagrodzę twoją lojalność. Odprowadź dziewczynę.

Malfoy ukłonił się nisko, a potem wstał, podszedł do zapłakanej Nicolls i objął ją ramieniem. Natychmiast się w niego wtuliła i zacisnęła palce na materiale jego koszuli.

— Jeśli jeszcze kiedykolwiek sprawi mi kłopoty, pociągnę cię do odpowiedzialności, Abraxasie — dodał Voldemort, zanim podeszli do drzwi wyjściowych.

— Oczywiście, mój panie. Dziękuję za wyrozumiałość.

Usłyszawszy zapewnienie, stracił parą zainteresowanie i omiótł pozostałych chłopców wzrokiem.

— Jeżeli jeszcze raz postanowicie wzniecić bunt, pójdziecie w ślady Avery’ego — powiedział jasno i wyraźnie, a Rycerze padli przed nim na kolana i pochylili głowy, ponownie przysięgając mu dozgonną wierność. Tom omiótł ich szyderczym spojrzeniem i skierował się do wyjścia. W drodze pstryknął palcami i wyczarował sobie drzwi.

W chwili gdy przekroczył próg pomieszczenia i wyszedł na korytarz, poczuł ogień w kieszeni szkolnej szaty. Włożył weń rękę i wyciągnął z niej mały, czarny kamień o nieregularnym i chropowatym kształcie. Przez chwilę się nań patrzył, a jego serce ścisnęło się ze strachu, gdy zobaczył wściekle szalejący wewnątrz czerwony kolor. Furia, która nim zawładnęła, sprawiła, że rozgrzała bryłkę do tego stopnia, iż poparzyła mu dłoń.

Powoli podniósł wzrok i zerknął na wejście do Pokoju Życzeń. Zacisnął usta w gniewną linię. Najwyraźniej zdradzieccy Rycerze majstrowali przy zabezpieczeniach pomieszczenia, bowiem komnata stała się nieprzepuszczalna. Ewidentnie nie chcieli, aby coś przeszkodziło im od próby obalenia jego rządów. Gdy byli w środku, zostali tymczasowo odseparowani od potencjalnych czynników rozpraszających.

Zacisnął dłoń wokół kamienia, po czym ponownie skupił się na swoich podwładnych. Chłopcy automatycznie się przed nim skulili, jakby wyczuli, że znów się rozzłościł. Zatrzymał się wzrokiem na Primusie Lestrange’u, który zbladł ze strachu.

— Zabiję cię, jeżeli coś jej się stanie — obiecał. Zanim pobiegł korytarzem, zarejestrował jeszcze rozszerzające się w przerażeniu oczy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz