Cała czwórka znów stała przed myślodsiewnią.
— W tym wspomnieniu zachowywałaś się naprawdę przykładnie. — Potter rzucił małej podejrzliwe spojrzenie.
Wtem dziewczynka wybuchnęła płaczem.
— Tęsknię za ojcem! — krzyknęła poprzez łzy. — Za tatą też!
Potter zmarszczył nieco brwi, gdy Molly przylgnęła do nogi Draco, podczas gdy ten zamarł w bezruchu. Przytulenie małego dziecka było dla niego czymś nowym. Poczuł się ośmielony, dopiero kiedy brunet rzucił mu zawistne spojrzenie. Uklęknął i objął córkę, a ta natychmiast zakopała twarz w jego piersi, wciąż głośno płacząc.
— Jestem tutaj — powiedział miękko.
— Nie jesteś!
Nie oszukiwali jej. Zarówno on, jak i Potter nie byli podobni do swoich przyszłych wcieleń. Draco był praktycznie bezsilny, więc położył brodę na jej głowie i wzmocnił uścisk. Potem spojrzał na dyrektora.
— Odkopywanie wspomnień jest olbrzymim przeżyciem emocjonalnym. Przepraszam za sprawienie przykrości, panno Potter — powiedział Dumbledore, wciąż zapatrzony w myśodsiewnię. — Wygląda na to, że pan Malfoy rzucił jakieś zaklęcie bezpośrednio przed przybyciem Molly do naszych czasów.
Draco zacisnął zęby.
— To było niemal… odruchowe — mruknął. — Jestem okropny z magii bezróżdżkowej. — Odwrócił wzrok, szczerze nienawidząc publicznego przyznawania się do własnych słabości, zwłaszcza przed potężnymi czarodziejami.
— Co zrozumiałe, masz problemy z kontrolowaniem jej — doprecyzował dyrektor. — Magia bezróżdżkowa wszak jest wyjątkowa.
— Czyli to moja wina. — Spojrzał na Molly. — Albo raczej dwudziestoletniego mnie?
— W rzeczy samej.
— Cudownie — podsumował sarkastycznie, czując na sobie wzrok Harry’ego. Czuł się po prostu strasznie.
— To naprawdę niezwykłe — ciągnął Dumbledore, mieszając różdżką w myślodsiewni. Zapewne będzie chciał jeszcze raz obejrzeć tę scenę. — Panie Malfoy, twoja przyszła jaźń wydaje się mieć dodatkowe moce niż te, które teraz posiadasz. Wysłał pan córkę w podróż w czasie i przestrzeni bez pomocy żadnego magicznego przedmiotu, zmieniacza czasu czy nawet różdżki.
— Jak to możliwe? — zapytał Potter.
Starzec wyciągnął oręż z misy.
— Uważam, że pan Malfoy jest jasnowidzem — powiedział, napotykając zdziwione spojrzenie wyżej wspomnianego ucznia. — Ta magia jest nieprzewidywalna i nieregularna, stanowi znak ostrzegawczy. Pan Malfoy stworzył szczelinę w czasie, do której wysłał Molly, tylko i wyłącznie dzięki swojej magii… Nigdy nie widziałem, aby ktoś w taki sposób manipulował czasem…
— Jestem jasnowidzem…? — powtórzył martwo chłopak. Niegdyś był oskarżony o bycie wampirem, wilą i elfem, ale bycie jasnowidzem zdecydowanie przechyliło szalę. Każde słowo Dumbledore'a było znaczące dla obecnego świata. Draco nie był zainteresowany praktykowaniem wróżbiarstwa, nie lubił domysłów — wolał ostateczną i rzeczywistą magię. Właśnie dlatego od samego początku nie brał pod uwagę nawet nauki tego odrealnionego przedmiotu.
— To niesamowite — podsumował Potter, patrząc na niego z rosnącym zainteresowaniem.
Dureń.
— Wygląda na to, że będzie pan bardzo potężnym czarodziejem, panie Malfoy — powiedział Dumbledore.
Molly odsunęła się trochę, rzucając mu łzawe spojrzenie. Draco z roztargnieniem przeczesał ręką jej skołtunione jasne włosy.
— Jasnowidzowie są bezużyteczni — powiedział, starając się nie drwić w obecności dziewczynki. — W całym swoim życiu przeciętnie wygłaszają tylko kilka dokładnych prognoz. Przepraszam, że nie skaczę z radości pod sufit. Powiedzcie mi tylko, co mam zrobić, żeby odesłać Molly... — zanim na dobre rozgorzeje wojna, a czarodziejski świat stanie się jeszcze większym bagnem niż teraz. Wciąż nie mógł pozbyć się z głowy wizji portretu Snape'a.
— Rozwiązanie z pewnością jest na wyciągnięcie ręki — wtrącił się Dumbledore.
— Nasze przyszłe wcielenia powinny wiedzieć, jak rozwiązać ten problem — kontynuował, zirytowany ich ospałością. — Nie wiem, może na coś czekają… lub coś…
Cholera.
— Obawiam się, że rozpatrujemy tę sprawę jedynie w kategoriach czasu. — powiedział mądrym tonem pan dyrektor. — Obecność Molly w naszej szkole mogła zmienić drastycznie przyszłość. Co, jeśli stworzyła alternatywną rzeczywistość?
— Nigdy o czymś takim nie słyszałem — stwierdził Potter.
— Ja również nie — odpowiedział starzec. — Czy to, co wydarzyło się we właściwej linii czasu — tej, z której pochodzi dziewczynka — wydarzy się i teraz? Molly pochodzi z innej rzeczywistości, więc ryzyko takiego obrotu spraw przestaje istnieć.
— Czyli jest jakieś nikłe prawdopodobieństwo, że to się nie sprawdzi? — zapytał głucho Potter.
— Owszem, jednakże znikome — odpowiedział pogodnie Dumbledore. — To klasyczny przykład efektu motyla. Rzeczy mogą ulec drastycznym zmianom w porównaniu do rzeczywistości, z której pochodzi dziewczynka. — Czarodziej zauważył zmianę w wyrazie twarzy podopiecznego. — To dobra wiadomość, mój chłopcze. Znaczy, że można w pełni panować nad swoim przeznaczeniem.
Draco wstrzymał oddech. Czuł się oszołomiony. Czy Dumbledore właśnie powiedział, że dziecko, które trzyma w swoich ramionach, może się nigdy nie narodzić?
Dyrektor uważnie przestudiował ich twarze.
— Nie musicie opłakiwać losu, chłopcy. To nowy rodzaj podróżowania w czasie. Wasza rodzina stworzyła inną rzeczywistość. Jesteście niesamowicie potężnym trio.
Po kilku minutach starszy czarodziej wyprowadził ich z gabinetu, obiecując rychłą konsultację po przeczytaniu kilku książek.
Molly wciąż pociągała nosem. Puściła już szaty Draco, ale wciąż trzymała go za rękę.
— Proszę, przestań już płakać — poprosił.
— Yhym. — Mała kiwnęła głową, ale nie przestała wycierać łez.
Ślizgon zmarszczył brwi, starając nie poddawać się idei zatrzymania dziewczynki tutaj. Według informacji, których udzielił im Dumbledore, Molly była jedyna w swoim rodzaju.
Wtem go zemdliło.
— Postaramy się, żebyś wróciła do domu, chociaż będziemy za tobą strasznie tęsknić — powiedział Potter. —Teraz może zjemy kolację? We trójkę?
— Razem? — zapytała Molly, po raz kolejny wycierając oczy.
Tym, czego potrzebowała dziewczynka, była bliskość obu rodziców.
— Razem. — Uśmiechnął się trochę wymuszenie Draco.
Gdy dziewczynka natychmiast przestała płakać, chłopcy wymienili spojrzenia. Najwyraźniej będą musieli podjąć wspólny wysiłek. Nie było innego wyjścia — muszą udawać rodzinę, gdyż tylko to znała Molly.
W Wielkiej Sali Draco i Molly skierowali się do stołu najbliżej wejścia. Harry rzucił bezradne spojrzenie w kierunku zszokowanych gryfonów, maszerując za nimi ze zwieszoną głową. Ślizgoni w jego rodzinie najwidoczniej stanowili większość.
Gdy współdomownicy Draco zaczęli parskać i śmiać się na jego widok, ten uciszył ich jednym upiornym spojrzeniem. Mimo to Harry nie mógł powstrzymać się przed pochyleniem głowy, słysząc zewsząd te szyderstwa.
Szczęśliwie, szybko skupił się na czymś innym. Jego życie spaprało się całkowicie i nie było szans na przywrócenie go na normalne tory. Sam związek z Draco był szalenie pogmatwany, nie mówiąc już o reszcie. Dziś się dowiedzieli, że najprawdopodobniej stracili swą szansę i zasadniczo zaczynali od zera i do tego osobno… Dumbledore twierdził, że to nawet dobrze, więc dlaczego czuł się taki zraniony?
W pewnym momencie został złapany za rękę pod stołem. Z początku myślał, że to Molly, ale potem zauważył, że dłonie były większe i silniejsze, zdecydowanie niedziecięce. Ciepły uścisk sprawił, że został zalany ciepłem oraz świadomością obietnicy i pewności. Był zbyt zdenerwowany, żeby jeść, więc siedział w ciszy kilka minut. Patrzył się w pusty talerz, starając się skupić na nim uwagę. Został przywrócony do rzeczywistości, dopiero kiedy Draco sięgnął po leżący na stole półmisek. Zamrugał ze zdziwieniem.
— Na co się gapisz, Potter? — warknął blondyn, zmarszczywszy z obrzydzeniem nos.
Oszołomiony Harry gwałtownie poczerwieniał i zauważył, że Gregory Goyle bezczelnie puścił mu oczko.
— O Boże! — krzyknął, wyrywając dłoń.
Ślizgoni to banda zboczeńców!
Na widok jego szklistych oczu i niewyraźnej winy, Molly wybuchnęła głośnym śmiechem.
— Co? Jaki znowu bóg? — zapytał zdezorientowany Vincent Crabbe.
— To mugolskie powiedzenie. Potter uwielbia mugoli — odpowiedział lodowato Draco.
— W porządku, Potter. To dlatego twoje ubrania są zawsze tak pomarszczone? — zapytał ciekawy Blaise.
— Eee, ciężko stwierdzić… — powiedział Harry, wciąż się trzęsąc z powodu przeżytej traumy.
— Jak widać, ma też znikomą wiedzę na temat świata — burknął blondyn.
— Zdecydowanie. Najwyraźniej nie ma pojęcia, w jaki sposób odpowiednio się ustawić — stwierdziła Pansy.
Draco się zarumienił.
— Nie bądź głupia. Jest z nami dziecko.
— Ano. Kto by pomyślał, gryfon okupujący ślizgoński stół — wtrącił się Nott. — Harry Pieprzony Potter!
Chłopa się zgarbił, mając serdecznie dość bycia w centrum uwagi. Oczywiście, to nie powstrzymało lawiny komentarzy.
— Harry Cholerny Potter!
— Harry Pieprzony Potter!
Cała okolica zamilkła i wszystkie oczy skierowały się na Molly.
— Co powiedziałaś? — zapytał Draco, ściskając mocniej swoją szklankę.
Dziewczynka nieco pobladła.
— Molly, to brzydkie słowo! — powiedział Harry.
— Niecenzuralne! — powiedział blondyn.
— Złe! — dodał.
— Mam… — urwał w połowie zdania Malfoy, zobaczywszy spojrzenia, jakimi obrzucali ich współdomownicy. Molly wbiła w nich twardy wzrok i nawet na sekundę nie zaprzestała robić zbuntowanej miny. Szczerze mówiąc, zupełnie nie był zaskoczony tym nagłym zjednoczeniem i zdyscyplinowaniem. Oto właśnie ślizgońska solidarność.
Nie chcąc dłużej siedzieć i robić za wyjątkowo ciekawy okaz w zoo, wstał i wyszedł z Wielkiej Sali. Za sobą słyszał pospieszne kroki, ale zignorował te dźwięki, przystanąwszy dopiero w sąsiednim korytarzu, gdzie oparł się o ścianę, żeby złapać oddech.
Sekundę później znalazł się w pułapce, ponieważ czyjeś dłonie uwięziły go w miejscu. Odwróciwszy głowę, napotkał zielone oczy, patrzące na niego kontemplacyjnie.
— Dlaczego niczym się nie martwisz…? — zapytał nerwowo.
Draco złapał go za koszulę.
— Bo jestem jasnowidzem — powiedział sucho.
Gdy pocałował Pottera, ten wytrzeszczył oczy. To był pierwszy raz, kiedy Draco zainicjował kontakt. Oboje byli tego świadomi, ale postanowili to przemilczeć. Gdy się od siebie oderwali, niewyraźna mina chłopaka zmieniła się na cholernie zadowoloną.
— Co? — odważył się zapytać.
— Nic — stwierdził brunet, ale widząc spojrzenie swojego przyszłego męża, kontynuował: — Czasem lubię patrzeć na ciebie i na Molly. Dostajesz więcej mat... ojcowskiej miłości.
Draco podjął się nieludzkiego wysiłku, aby nie chwycić różdżki i cisnąć weń zaklęciem, kiedy chłopak się przejęzyczył. Potter zdecydowanie chciał powiedzieć „matczynej”. Ten, naturalnie, zbywszy pomyłkę milczeniem, postanowił się doń pozalecać i położył mu dłonie na biodrach.
— Co z tobą? — zapytał oskarżycielsko blondyn. — Stajesz się coraz to bardziej natrętny.
— Przepraszam, że nie jestem ślizgonem. — W głosie Harry’ego usłyszał zaniepokojenie.
— Nie odnosiłem się do naszych domów. Wydaje mi się, że zaczynamy wchodzić w role osób… którymi mamy się stać — rodzicami Molly. Wciąż jesteś nastolatkiem, ale już masz w sobie tę ojcowską nutę — trochę się w międzyczasie zmieniłeś.
— W męża — mruknął cicho Potter.
Draco skinął głową.
— Molly sprawia, że staję się bardziej... emocjonalny — powiedział gorzko. — Nieźle się dobraliście. Ty zmieniasz mnie fizycznie, a ona rujnuje psychicznie.
— Czy to naprawdę takie złe? — wymruczał brunet, przysuwając się bliżej niego, jakby chcąc przetestować tę teorię.
— Mhm. — Draco jęknął i znów go pocałował.. Merlinie, chciałby tak już zawsze.
— Więc o co chodzi? — Harry się odsunął, cały w zaczerwieniony. — Jesteśmy teraz parą? — zapytał z widoczną nadzieją w oczach.
Draco oblizał wargi.
— Nie bądź śmieszny — powiedział, całując go ponownie. Zamruczał z zadowoleniem, kiedy gryfon przycisnął go mocniej do ściany. Szarpnął biodrami pod właściwym kątem i Potter jęknął, ewidentnie podnieciony. Cudownie, teraz się wzajemnie onanizowali. — Ledwo się znamy — wydyszał pomiędzy kolejnymi wspaniałymi pocałunkami, zmazując z twarzy chłopaka najprawdziwszy szok. Po kilku pełnych przyjemności chwilach odsunął się od niego i z niemałym zadowoleniem zarejestrował, że brunet dyszał. — Do zobaczenia za cztery lata, Potter — wycedził i odszedł w swoją stronę.
Harry'emu opadła szczęka.
— No chyba sobie żartujesz — prychnął, patrząc za oddalającym się ślizgonem.
Dosłownie po chwili podeszła do niego Hermiona, zupełnie jakby czaiła się w pobliżu przez cały ten czas. Może właśnie tak było.
— No cóż, masz na co czekać — powiedziała, klepiąc go po plecach. — Zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że wcześniej się zejdziecie. — Wzruszyła ramionami.
— Taki mam właśnie plan.
— Co się właściwie stało z Molly? Jak dla mnie, to wyglądało podobnie do aportacji.
— Co? — zapytał, szczerze zaniepokojony i czym prędzej wrócił do Wielkiej Sali, niemal powalając Hermionę na ziemię. Miejsce, na którym wcześniej siedziała dziewczynka, było puste. Stłoczeni wokół ślizgoni i krukoni zawzięcie dyskutowali o tym, co się stało.
Wszystko wskazywało na to, że Molly… zniknęła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz