GOTOWY DO NAPRAWY [T] [Z]

HARRY POTTER

FANFICTION

[Post–Hogwart]


GOTOWY DO NAPRAWY

Przekład: Glenka, 2018

Korekta: Glenka, 2025

Oryginał: „Open For Repairs” FeelsForBreakfast, 2015

Pairing: Harry Potter/Draco Malfoy

Rodzaj: Miniatura

Zgoda: Jest

Uwagi: W miejsce tradycyjnych * wstawiłam (1) i odpowiednio dalej. Przypisów jest dużo i są dość drobiazgowe. Diabeł tkwi jednak w szczegółach : )

Streszczenie: Ron powierza Harry'emu zadanie bojowe: ma zanieść uszkodzony gramofon do warsztatu. Nic trudnego, prawda? A jak wiele spraw może się skomplikować, gdy za ladą stoi Draco Malfoy?


Disclaimer: This story is based on characters and situations created and owned by JK Rowling, various publishers including but not limited to Bloomsbury Books, Scholastic Books and Raincoast Books, and Warner Bros., Inc.

No money is being made and no copyright or trademark infringement is intended.

Alternative Universe Story.


GOTOWY DO NAPRAWY


Nie każdego dnia Harry Potter włóczy się po mugolskiej części Londynu z zepsutym gramofonem w rękach. Prawdę powiedziawszy, dziś po raz pierwszy musi zmierzyć się z niecodzienną sytuacją i chociaż starał się tego nie okazywać, w duszy żywił nadzieję, że nigdy więcej się nie powtórzy. Aportował się tak blisko sklepu, jak tylko mógł, ale i tak przemykający przez ulicę tłum stanowił pewnego rodzaju utrudnienie. Co gorsza, dzień był daleki od słonecznego. Następnym razem, gdy Ron zepsuje swój sprzęt, będzie musiał sam go sobie naprawiać.

Harry rzuca kolejne zirytowane spojrzenie ciemniejącemu niebu, a potem marszczy nos, kiedy kropla deszczu spada mu na ramię. Nie był do końca pewien, czy zaklęcie suszące uratuje mugolskie urządzenie od namoknięcia, ale liczył, że nie będzie musiał się tego dowiadywać.

Warsztat oświetlony jest fluorescencyjnymi światełkami i pachnie jak każdy inny garaż. Na ścianach pozawieszane są stare telewizory, a pod nimi poustawiane przedpotopowe lodówki i chłodziarki. Arthur Weasley pokochałby go z miejsca, mogąc zachwycać się tymi wszystkimi dziwnymi, brudnymi częściami lekko przestarzałych maszyn. Nad popękanym blatem z linoleum widnieje jaskrawoczerwony, trochę rozdrobniony napis "Naprawy Grega".

Harry kładzie gramofon na blacie i pstryka mały dzwonek.

— Idę! — odzywa się głos z zaplecza. Harry, czekając, przygląda się rzędowi wyblakłych obrazów, zawieszonych na tylnej ścianie warsztatu. Wszystkie zwijają się na brzegach i wyglądają na przestarzałe. Z pewnością są to zdjęcia z początków sklepu, ozdobione fantazyjnymi lodówkami i uśmiechającymi się szeroko ludźmi. Z tyłu dobiega odgłos melodii, której brunet nie rozpoznaje, a na zewnątrz słychać już grzmoty. Przeczesuje włosy, czując się jak wypluty cukierek.

Zdążył już przyjrzeć się dokładnie rysunkom na blacie (uśmiechniętej buźce, rekinowi i czemuś wyglądającemu jak penis), kiedy do jego uszu dobiega dźwięk przesuwanej zasłony i cichy, zduszony odgłos wydany zdecydowanie przez człowieka. Podnosi wzrok i musi się z wrażenia złapać lady — przed nim stoi mężczyzna, będący dla niego już tylko znajomą personą.

— Ty! — krzyczy niemal oskarżycielsko, mrugając szybko z powodu migających zbyt jasno światełek. — Co tutaj robisz? — Imię sprzedawcy wwiercało mu się w głowie, jednocześnie obce i znajome zarazem. Wiązało się z nim wiele wspomnień, pełnych irytacji, gniewu i przytłaczającego, dziwacznego przywiązania, z którego nie zdołał się jeszcze otrząsnąć.

Malfoy, blady i pająkowaty jak zawsze, wpatruje się w niego, także mrugając i wyglądając na niemal obrażonego jego obecnością.

— To twój odtwarzacz? — odzywa się wreszcie, robiąc kilka kroków naprzód i opierając ręce na spękanym blacie. Nawet to jedno pytanie sprawia, że puls Harry'ego zdecydowanie przyspiesza. Przez moment nie jest w stanie wypowiedzieć żadnego słowa, mając wrażenie ust pełnych wody i pustki w głowie. Malfoy nie powinien tutaj być, pośrodku mugolskiego Londynu; nie powinien gapić się na niego, jakby już pogodził się z irytującą obecnością niespodziewanego klienta.

— Rona — odpowiada w końcu, wciąż mając wrażenie halucynacji lub dziwacznego snu, z którego obudzi się zlany potem. Ten majak jest mniej straszny niż te, co zazwyczaj miewa, aczkolwiek odkrył w nim nowy rodzaj psychozy.

— Weasley zawsze się interesował mugolską technologią — mówi powoli Malfoy, przesuwając dłońmi po gramofonie. Bluzę ma nieco niedopasowaną — białą i z podwiniętymi niedbale rękawami — sprawiającą, że Harry czuje jakiś dziwny ucisk w klatce piersiowej. Mugolskie ubranie wyglądało na nim dziwnie, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.

— Tak — odpowiada. To raczej nie jest najlepszy dzień na przeprowadzenie rozbudowanej konwersacji. Nie widzieli się właściwie od lat, ale z łatwością może stwierdzić, że nieszczególnie się zmienił. Wygląda na starszego i zaledwie odrobinę mniej wykończonego. Spogląda w dół, na przedramię sprzedawcy, starając się nie skrzywić na widok wyblakłego Mrocznego Znaku. Jednocześnie ma świadomość, iż jest uważnie obserwowany.

— Co z nim nie tak? — pyta Malfoy, koncentrując się teraz bardziej na maszynie niż na Harrym.

— Zbyt wolno się kręci — odpowiada zgodnie z prawdą, mimochodem zauważywszy, że czarodziej jest o wiele spokojniejszy, niż w jego wspomnieniach. Nadal roztacza wokół siebie królewską aurę, jednak nie tak intensywną, co wcześniej. W pewnym momencie przyłapał się na życzeniu, aby wszystko wskoczyło na swoje miejsce.

— To najprawdopodobniej stary pasek. Zbyt się rozciągnął — stwierdza fachowo blondyn.

Za każdym razem, gdy mężczyzna otwiera usta, Harry odnosi wrażenie, że wyraźnie chce pokazać, że mu nie zależy i nie chce mieć z nim nic wspólnego. Wie, że jeszcze kilka lat temu powiedziałby to wprost, bez żadnych zbędnych ceregieli czy usprawiedliwień. W normalnych okolicznościach, w szkole, te zwerbalizowane myśli zawierałyby w sobie dostatecznie również odrobinę jadu, czy sarkazmu. Jednocześnie jest świadomy, iż wtedy Malfoy nie postawiłby nawet stopy w mugolskim warsztacie. Jak widać, wreszcie poszedł po rozum do głowy.

— Możesz to naprawić? — pyta, nie mając nawet pojęcia, co to właściwie za pasek.

Chłopak kiwa głową, opierając się o ladę i przyglądając gramofonowi. Harry czuje przypływ starej irytacji i z bezgłośnym sapnięciem uświadamia sobie, że pragnąłby znów zostać zmierzony dawno zapomnianym gniewnym spojrzeniem. Jest rozdrażniony, że ich rozmowa przebiega w pokojowych warunkach, a gościu nie czuje się niczym wynędzniałe gówno. Malfoy zrezygnował z ich odwiecznej gry i właśnie dlatego zupełnie nie wie, jak się powinien zachować.

— Tak, mogę to zrobić nawet teraz.

— Super — odpowiada, opierając się wszelkim chęcią przypuszczenia ataku. Jeśli on potrafi się zachować cywilizowanie, Harry również. — Ile jestem winien? — pyta, patrząc na deszcz za oknem. To straszne, jak mocno się rozpadało od momentu, w którym wszedł do sklepu.

— Około czterdziestu funtów, włączając w to koszt paska — mówi Malfoy. — Możesz wrócić tu za dwadzieścia minut. Więcej nie potrzebuję.

To oczywiste, że nie chce popracować w samotności, ale ma pecha, ponieważ Harry wolałby uniknąć stania na deszczu i moknięcia.

— Mogę poczekać tutaj?

Malfoy wzrusza ramionami i wystawia mu rachunek. Głośny dźwięk wydany przez kasę brzmi nienaturalnie w tak cichym otoczeniu, zaś Malfoy czuje się w warsztacie, jak w domu.

Harry wciąż jest oszołomiony nierealnością tej sytuacji. Wciąż pamięta, jak przeglądał gazety w poszukiwaniu informacji o następstwach procesu Lucjusza Malfoya, zesłanego prosto do Azkabanu. W Proroku Codziennym zamieszczono zdjęcie Dracona z pierwszej rozprawy, podczas której uciekał oczami w głąb czaszki. Niedługo potem słyszał plotki, jakoby całował się z mężczyznami i planował, wzorem ojca, zapuścić włosy. Zniknął kilka miesięcy później, zaś szukanie go przepełniłoby czarę. Obsesja, którą pielęgnował przez lata (tak, teraz już potrafi nazwać te uczucia), nigdy nie zaszła równie daleko.

— W porządku, tam masz krzesło. Rozbiorę gramofon na zapleczu — mówi Malfoy miękkim głosem, nie kpiącym, co potrafi wytrącić z równowagi.

Harry ma ochotę zapytać, czy może pochodzić po warsztacie i pooglądać rzeczy, ale zamiast tego bez słowa zajmuje wskazane miejsce. Na oparciu jest łata, zaklejona szarą taśmą izolacyjną, ale nijak mu to przeszkadza. W międzyczasie Malfoy bierze urządzenie i zanosi go na tyły sklepu.

Harry ma wiele pytań, tych ważnych i tych kompletnie nieistotnych.

Przez chwilę rozważa wysłanie smsa do Hermiony, ale potem przypomina sobie, że dziewczyna jest w pracy, a poinformowanie jej o niecodziennym odkryciu sprawi, że ta sytuacja nabierze większej realności. Kto by pomyślał — Harry Potter siedzi w mugolskim warsztacie naprawczym, a za ladą stoi Draco Malfoy. Może właśnie na to czekał przez ostatnie trzy lata.

Przez dobre piętnaście minut wygląda przez szybę, zapatrzony w spadające krople deszczu. W pewnym momencie słyszy chrząknięcie i wie, że zabawa się skończyła.

— Gotowe, naprawiony — mówi Malfoy, wciąż wyglądając nie na miejscu. — Włożyłem go do plastikowej torby, żeby ci nie zamókł.

— Super — odpowiada z uśmiechem na twarzy i wstaje z krzesła. — Miło było cię znowu zobaczyć — dodaje i uświadamia sobie, że jest miły z powodów, których wolałby teraz nie roztrząsać.

— Och — mówi Malfoy, ręką mierzwiąc włosy. — Z pewnością.

Niewypowiedziane pytania zaczynały się kłębić Harry’emu w głowie. Nie potrafił dobrze wyrazić swego żalu. Gdyby nie zabrzmiało to dziwnie, pokusiłby się o „Naprawdę nie czujesz, że jesteśmy ze sobą połączeni, jakbyśmy byli dwoma punktami po różnych stronach tej samej linii?”, „Czy byłoby między nami lepiej, gdybyś nie był takim zapatrzonym w siebie idiotą?”, a nawet „Może mógłbym wziąć cię przynajmniej za pieprzoną rękę?”.

— Dzięki za naprawę aparatu — mówi w zamian, podnosząc gramofon i układając go sobie odpowiednio na klatce piersiowej.

— Taką mam pracę — odpowiada Malfoy z jakby cieniem rezygnacji w głosie.

— Tak czy inaczej, dziękuję — stwierdza. Wychodzi, wiedząc, że nie ma już żadnego usprawiedliwienia, by wciąż tu koczować. Zupełnie nie przejmuje się kapiącym mu na włosy deszczem.

Gdy odnosi odtwarzacz do Rona, nie wspomina nic o Draco.


Harry bardzo się stara zostawić za sobą mugolski warsztat, odwiedza dzieciaki w Świętym Mungu i prowadzi seminaria dotyczące obrony przed czarną magią, szukając niefluorescencyjnego spokoju. Niestety jest zawiedziony. Run puszcza Bowiego i The Rolling Stones na swoim gramofonie i we trójkę piją tanie wino, rozmawiając o awansie Hermiony.

— Mówię ci stary, że pewnego dnia zostanie Ministrem Magii. — stwierdza z powagą rudzielec, podczas gdy dziewczyna macha trzymanym w dłoni czasopismem.

— Nie obchodzi mnie ciepła posada Ministrem. Więcej mogę zrobić w branży Relacji Mugolskich — odpowiada, bawiąc kieliszkiem. Sekundę później marszczy brwi, bo Ron kładzie stopę na stoliku.

Harry myślami znowu wraca do mugolskiego warsztatu i nadzwyczaj cichego Dracona Malfoya. Przez chwilę czuje potrzebę uzewnętrznienia się, ale ostatecznie tego nie robi, głównie przez wzgląd na te dziwaczne, kłębiące się w nim uczucia.

— Tak właśnie twierdzą ludzie, którzy potem lądują u władzy — sprzeciwia się Ron i brunet unosi swój kieliszek w geście zgody. Hermiona miażdży wzrokiem ich obu, a na jej policzkach pojawia się rumieniec.

— Mówi to najlepszy auror, jakiego znam. Zobaczysz, sam za kilka lat będziesz Szefem Departamentu — drażni się przyjaciółka, a Harry ponownie unosi swój kieliszek w geście toastu, mimo że ta praca w gruncie rzeczy bardzo mu nie odpowiada. W biurze czuje się zdenerwowany i zagubiony, a stres potęgują nocne koszmary. Co gorsza, wszyscy oczekują od niego, że mimo pokonania Voldemorta i zakończenia wojny, wciąż będzie broniących ludzi bohaterem…

Szybko odsuwa od siebie nieprzyjemne myśli.

Czuje, że powinien się więcej napić lub znaleźć w większym towarzystwie, aby przyjaciele nie zauważyli, że się wzdrygnął.

— Mama wczoraj zaczęła dziergać świąteczne swetry — zmienia temat Ron, a Harry jest mu bardzo wdzięczny. Wreszcie zaczęli rozmowę, przy której może się szczerze uśmiechnąć.

— Mam nadzieję na niebieski w tym roku, chociaż ten fioletowy z zeszłego też był fantastyczny — mówi z czułością, myśląc przyjemnie drażniącym sweterku. To była najcieplejsza rzecz w jego garderobie.

— Ona przebija samą siebie — stwierdza Hermiona. — Mam wrażenie, że każdego roku robi na drutach dla kolejnych trzech osób.

— Teraz dzierga dodatkowy dla nowej dziewczyny Ginny. Umawiają się już z trzy miesiące, o ile się nie mylę — szydzi Ron. — Ty nie dostałaś swojego, dopóki się nie zaręczyliśmy!

— Jestem pewna, że są parą od przeszło roku — poprawia chłopaka Hermiona. — Ta biedna dziewczyna jest sierotą i to cudowne ze strony Molly, że robi dla niej coś tak miłego.

Ron robi charakterystyczną, zarozumiałą minę, ale przestaje naciskać. Harry zaś próbuje zrobić empatyczną minę, gdy przyjaciółka idzie po kolejne wino.

Rozmawiają jeszcze przez dłuższą chwilę, po czym zbiera się i wychodzi, całując Rona i Hermionę w policzek. Bierze taksówkę, żeby się nie trudzić i podczas jazdy ogląda mijany krajobraz. W jego głowie zaś rodzi się plan. Chociaż było jeszcze daleko do późnego wieczora, spotkania z przyjaciółmi są o wiele cichsze, aniżeli kiedyś. Ewidentnie się starzeją. Jest zaniepokojony tym, że mimo upływu lat wciąż nie ma lepszego pomysłu na siebie i swoją przyszłość.

Jest obeznany z tymi uczuciami.


Malfoy chodzi mu po głowie przez cały tydzień — kiedy robi pranie, gdy je trzecią z rzędu pizzę w nocy, a nawet, gdy uczy tutejsze dzieci zaklęcia Expelliarmus.

W piątkowe popołudnie idzie do sklepu z używanymi rzeczami i kupuje stare, zepsute radio. Chce udawać, że zrobił to nieświadomie, ale prawda jest zgoła inna. Nie maszeruje prosto do warsztatu — czeka aż do sobotniego poranka.

Ulice tętnią życiem.

Przy ladzie stoi tęga kobieta i Harry ma wrażenie, że spotkanie z Malfoyem było wytworem jego bujnej wyobraźni. Z perspektywy czasu stwierdza, że to wcale niegłupie — chłopak zachowywał się zbyt swobodnie w świecie mugoli, samemu będąc czarodziejem czystej krwi. Gdzieś w środku zdaje sobie jednak sprawę, że nie miewa halucynacji.

Gdy wchodzi do środka, kobieta — Belinda, sugerując się tabliczką na ladzie — obsługuje innego klienta. Podnosi głowę i zauważa go w momencie, gdy robi pierwszy krok, więc już nie ma wyboru i musi do niej podejść.

Czeka więc cierpliwie w kolejce, przyglądając się znajomym już ścianom i podartemu fotelowi, na którym ostatnio siedział i obserwował deszcz.

— Co mogę zrobić dla ciebie, kochanie? — pyta Belinda, przyglądając się wyczekująco radiu, które trzyma w rękach.

Zdenerwowanie bierze Harry’ego w swe władanie, podczas gdy jego żołądek zaciska się w supeł. Jeśli zapyta o Malfoya, nie będzie mógł później udawać, że ich następne spotkanie będzie całkowicie przypadkowe; przekona się w zamian, czy rzeczywiście było prawdziwe.

Obie opcje są paskudne.

— Czy wie pani może, czy Ma... — przerywa, biorąc gwałtowny oddech. — Draco? Czy Draco dzisiaj pracuje?

Kobieta rzuca mu dłuższe spojrzenie, przez co czuje się niczym przesłuchiwany złoczyńca. Szczerze mówiąc, nawet nie wie, co takiego ukrywa.

— Będzie za około godzinkę, zwykle pracuje z rana. Jesteś jego przyjacielem?

Harry blednie.

— Znamy się ze szkoły.

Mugolka uśmiecha się szeroko i kładzie ręce na blacie, nagle podekscytowana.

— No proszę, przyjaciel z czasów szkolnych! Cudnie! Draco jest bardzo tajemniczy. Jak dotąd, jeszcze nie zdołałam namówić do go wyznań.

— Tak, brzmi, jak on — odpowiada, chociaż w rzeczywistości czuje się niepewnie.

— A co z radiem? — pyta Belinda, wskazując na nie dłonią.

— Och, tak. — Harry kładzie urządzenie na ladzie i popycha w stronę sprzedawczyni. — Nie gra.

Ciężko stwierdzić, czy kobieta zorientowała się, że wpadł z nędzną wymówką, czy powoli zaczyna popadać w paranoję.

— Przyjrzę się usterce — mówi uprzejmie, na co kiwa głową.

— Prawdopodobnie wrócę po radio za kilka godzin — odpowiada, tupiąc stopą w brudną podłogę. Usilnie stara się nie wyglądać na pierwszego lepszego idiotę.

— W porządku. — Belinda idzie na zaplecze, a on wycofuje się, szczerze zdezorientowany. Właściwie to nie wie, czego dokładnie tu szuka. Jest też mgliście świadomy, że to dobra odskocznia od dotychczasowego, szarawego i nijakiego życia.

Pogoda jest dość posępna — słońce chowa się za chmurami, więc postanawia poczekać w kawiarni. Usiadłszy przy stoliku, zamawia latte i próbuje odpędzić od siebie poczucie zanurzenia się we wzburzonej toni. To niepokojące uczucie sprawia, że jest roztrzęsiony. Żeby zebrać myśli, na serwetce rysuje serca, gwiazdy i planety.

W międzyczasie odpowiada na maile, które znajdują się w skrzynce odbiorczej. Na pytanie Luny czy zje z nią kolację, odpowiada z entuzjazmem. Hermiona pisze mu, że Ron nauczył się składać papierowe żurawie i teraz zostawia je dosłownie wszędzie.

Chociaż na zewnątrz wygląda na zadowolonego, w środeczku jest zaniepokojony, ponieważ Draco jest ważną częścią jego przeszłości. Spotkanie w mugolskim zakładzie naprawczym rozdrapało stare rany i obudziło w nim uczucia, które dotąd pozostawały ukryte.

Wypiwszy kawę, uiszcza rachunek i wraca do sklepu, po drodze kupując jagodziankę. Czekał wystarczająco długo, żeby nie wyjść na podejrzanego typka. Idąc chodnikiem, martwi się, że Malfoy, jakby wyczuł jego intencje i wziął sobie wolne, radio będzie naprawione, a on straci powód do wizyt.

Obawy są bezpodstawne. Kiedy tylko otwiera drzwi, zauważa Draco przy ladzie. Przez chwilę czai się w rogu sklepu i obserwuje, jak mężczyzna odgarnia włosy z twarzy i podciąga rękawy czarnej bluzy aż po łokcie. Malfoy zawsze dziwnie się poruszał (pamiętał to jeszcze ze szkoły) — coś pomiędzy wdziękiem a złowieszczą aurą. W dorosłości nie wyzbył się tego nawyku, ale otaczająca go cisza potęguje wrażenie złowrogości.

Gdy blondyn podnosi wzrok, Harry żałuje, że nie może zrobić niczego poza kiwnięciem mu głową. Sklep jest pusty i czuje przypływ odwagi, więc podchodzi i pyta o zostawione radio. Z jakiegoś powodu przypomina mu to o toczonych w przeszłości bitwach.

Malfoy sięga pod ladę i wyciąga urządzenie.

— Belinda powiedziała, że radio jest sprawne i po prostu nie miało baterii.

— Och — burka, bacznie obserwowany. Bez trudu klasyfikuje ten niecodzienny błysk w stalowych oczach jako wesołość, chociaż równie dobrze może go sobie wyobrażać.

— Czy nie byłeś przypadkiem wychowany przez mugoli? — pyta Malfoy, opierając się o blat. Może mu dokucza albo go wyśmiewa, ale jedyne, co Harry czuje, to szybko bijące serce w piersi. Ma wrażenie, że zaraz mu wyskoczy.

— Minęło sporo czasu — odpowiada, czując, że jak naprawdę blisko sprawdzenia swojej teorii. — Dostałem radio w sklepie z używanymi rzeczami i nie mogłem go rozgryźć — tłumaczy.

Chłopak spogląda na sprzęt, a potem znów za niego. Szczęśliwie, jest szybszy.

— Nie zostałeś przypadkiem wychowany przez czarodziejów? — pyta, stukając palcami o ławę, podczas gdy blondyn unika jego spojrzenia. — Większość czystokrwistych nie chodzi na kursy z zakresu napraw mugolskiej elektroniki — tak przynajmniej słyszałem.

— Nie, trzeba się na niego specjalnie zapisać — odpowiada Malfoy, oddając mu urządzenie. Harry nie jest pewien czy jest zirytowany, czy też rozbawiony. Od kiedy Draco stał się taki trudny do przejrzenia? — Możesz wziąć radio.

— Ile jestem winien? — pyta, wyciągając portfel.

— Nic. — Słyszy. — Nie było żadnej usterki, a za przegląd się nie płaci.

— Och — burczy, czując się lekko zagubiony.

Malfoy też wygląda na zdezorientowanego i jest to najbardziej dziwaczna rzecz, jaką widział od wielu lat.

— Kup sobie w zamian podwójne baterie A. Oszczędzisz trochę pieniędzy — radzi tonem znawcy, przeczesując swoje nieco rozczochrane włosy. Odkąd przestał je zaczesywać do góry i stosować żel, wygląda o wiele, wiele lepiej.

— Przepraszam, że zmarnowałem twój czas — mówi, odbierając sprzęt.

Malfoy marszczy brwi, ale nie reaguje; Harry zaś wychodzi.


Zgodnie z zaleceniem kupuje w sklepie baterie i spaceruje w okolicach stacji aż do samego rana. Zastanawia się, czy Malfoy śpi, czy myśli o nim i czy naprawdę wziął go za takiego głupka, który nie wie czym są mugolskie baterie.


Mija miesiąc, zanim zdobywa się na odwagę i wraca do warsztatu. Wciąż nie wie dokładnie, czego oczekuje. Malfoy zawsze był dla niego niewygodną drzazgą wbitą w palec, doskwierającą mu bardziej niż cokolwiek innego, nawet jeśli wszystko inne było w jak najlepszym porządku.

W sklepie z używanymi rzeczami znajduje telewizor, jeden z tych dużych i starych, z którymi trzeba się nieco pomęczyć. W domu rozbija szybę młotkiem. Wyobraża sobie, jak wielkie ma to terapeutyczne działanie, tak uderzać młotkiem raz za razem w szkło, dopóki malutkie odłamki nie są rozproszone po całej kuchni. Wtedy wyrzuca śmierci, podlewa rośliny doniczkowe na parapecie, ściąga szkarłatny sweter i wychodzi na miasto.

Jest początek listopada i ulice świecą pustkami. Harry zastanawia się, czy właśnie w ten sposób wszechświat daje mu do zrozumienia, że powinien się odwrócić na pięcie i odejść, zostawiwszy sprawę w świętym spokoju.

Kiedy wchodzi do warsztatu, dzwoni dzwoneczek. Siedzący za ladą Malfoy, tym razem odziany w szary sweter z postrzępionymi mankietami i czapką na głowie, z plamą smaru wzdłuż linii szczęki, wygląda nadzwyczaj delikatnie. W jakiś dziwaczny, pokręcony sposób podoba mu się, że wyzbył się swej dawnej nieskazitelności na rzecz odrobiny niechlujstwa. Co interesujące, oleista linia idzie w dół po szyi i znika pod swetrem.

— Witam z powrotem. — Malfoy opiera się dłońmi o blat, przywdziawszy nieczytelną minę. Harry był kiedyś lepszy w rozczytywaniu jego mimiki, węszył dreszczyk emocji i intrygi. Mimowolnie się zastanawia, czy chłopak poprawił swoje umiejętności kamuflażu. Sekundę później dochodzi do wniosku, że to bez większego znaczenia, bo może nigdy nie był takim specem, jak mu się wydawało.

— Zepsułem telewizor — mówi ze świadomością, że zabrzmiał niesamowicie głupio. Cóż, co się stało, to się nie odstanie. Od dawna szukał wymówek do następnego spotkania. Chciał zorientować się w sytuacji.

Sprzedawca zmarszczył brwi, patrząc na przyniesiony sprzęt.

— Upadł na młotek? — pyta. Harry się gapi. Ma wrażenie, że jest jeleniem, wpatrzonym w światła nadjeżdżającego samochodu myśliwego. Malfoy wzrusza ramionami. — Te uszkodzenia wyglądają na nowe — dodaje, gwoli wytłumaczenia.

— Tak, upadł — tłumaczy z opóźnieniem, zaś chłopak parska cichym śmiechem, zupełnie jakby wcale nie był zaskoczony.

— Czyżbyś popchnął ten telewizor? Idealnie na młotek? — pyta, rzucając klientowi twarde spojrzenie. Harry ma wielką ochotę skrzyżować defensywnie ramiona i zapytać się, dlaczego nie pilnuje własnego nosa i docieka prawdy. Wie jednak, że nie może wrócić do dziecinnych nawyków, jeżeli chce pozować na dorosłego.

— Wypadki się zdarzają — odpowiada w zamian, także wzruszając ramionami. Malfoy rzuca mu takie spojrzenie, jakby miał zamiar znowu się roześmiać. — Możesz to naprawić?

— Prawdopodobnie B może — mówi czarodziej, przyglądając się odłamkom szkła. Wygląda, jakby chciał powiedzieć coś zupełnie innego, ale ostatecznie rezygnuje. Harry jest zbyt przestraszony, żeby zapytać. — Wezmę telewizor na zaplecze. Naprawa potrwa kilka dni.

— Jasne — odpowiada, próbując wykrzesać z siebie odrobinę gryfońskiej odwagi. Nie wie, dlaczego tak bardzo się boi, dlaczego dłonie Malfoya sprawiają, że jest przerażony a jego usta, że tonie w odmętach. — Mógłbym... — przerywa na chwilę, zbierając się w sobie. — Mógłbym zobaczyć zaplecze?

Sprzedawca mruczy coś do siebie i przez chwilę Harry myśli, że stanowczo mu odmówi, ale ten tylko wzrusza ramionami, podnosi telewizor i przenosi go za niebieską zasłonę. Nie czekając na odpowiedź, idzie za nim.

Z tyłu leci muzyka, całkiem skoczna i najprawdopodobniej popowa. Nie mogąc się powstrzymać, z uśmiechem na twarzy wyobraża sobie pracującego tutaj Malfoya. W międzyczasie chłopak stawia urządzenie na stojącym pośrodku sole, zapisuje coś na kartce, a następnie przykleja ją do górnej części telewizora.

— Miło tu — podsumowuje Harry. W pokoju unosi się zapach przypalanego plastiku, a wszędzie walają się z pozoru bezużyteczne śmieci. Wie jednak, że wszystko miało tu swoje miejsce. Mimowolnie się zastanawia, czy Malfoy jest zorientowany w tym nieporządku.

— Nie jest źle — odpowiada chłopak, podnosząc jakieś śrubki i wkładając je do plastikowego pojemnika; potem siada na starym, pubowym stołku z pękniętym pomarańczowo—czerwonym wierzchem. — Powiesz mi teraz, dlaczego tutaj jesteś?

Harry zamarł, mając nadzieję, że nie wygląda komicznie.

— Bo mam wybitny talent do psucia mugolskich sprzętów?

Malfoy śmieje się i jest to zdecydowanie szyderczy śmiech. Harry nie wie jednak, czy powiedział właśnie dobry żart, czy jest obiektem żartu.

— Nie jestem kompletnym idiotą. Czego chcesz?

Harry prycha i głęboko żałuje, że nie mogą wrócić do momentu, w którym Draco udawał, że wszystko jest dobrze.

— Mogłeś rzucić proste Reparo. Myślałem, że gramofon był zbiegiem okoliczności. Miałeś prawo nie wiedzieć, jak w rzeczywistości działa. Wbrew rozsądkowi potem przyniosłeś niby zepsute radio, któremu brakowało po prostu baterii. Dziś przytaszczyłeś do sklepu telewizor. — Zaciska usta i rzuca brunetowi wyzywające spojrzenie. — Celowo go zepsułeś.

— A nawet jeśli? — odpowiada dziecinnie, krzyżując ręce.

— No właśnie. — Malfoy odchyla się na stołku i opiera stopy na szczebelkach. Miał na sobie zniszczone mugolskie buty, zamiast swoich starych mokasynów. Harry w momencie pragnie się dowiedzieć jak długo i z jakich pobudek Draco się ukrywa w niemagicznym świecie.

— Tak szczerze, to nie wiem, dlaczego tutaj jestem — mówi zgodnie z prawdą, bo jeszcze tego nie rozgryzł. Zażenowany, spuszcza wzrok na podłogę, ponieważ gapienie się na przenikliwego towarzysza wydaje mu się bardzo masochistyczne. — Nie spodziewałem się, że zobaczę cię za ladą za pierwszym razem. Jeśli bym cię gdzieś szukał, to na pewno nie tutaj.

— Szukałeś mnie? — Chociaż głos chłopaka brzmiał oskarżycielsko, wykrył w nim jeszcze nutę zainteresowania.

— W pewnym sensie — odpowiada uczciwie. — Zniknąłeś.

— Jak i ty, w pewnym sensie — ripostuje blondyn. — W gazetach zawsze jesteś dwuwymiarowy. Chłopiec—Który—Przeżył, bohater, legenda…

— Kręciłem się w okolicy, a ty nagle rozpłynąłeś się w powietrzu — prostuje Harry. Ukryty w tej wypowiedzi podtekst sugeruje Malfoyowi, że dla niego było to coś więcej.

— A co ty byś zrobił po wojnie, gdybyś był mną?

I wtedy Harry zdaje sobie sprawę, że jest tylko jedna prawidłowa odpowiedź.

— Ukrył się, no właśnie — mówi cicho, na co drugi czarodziej wzrusza ramionami. — To dobra kryjówka. — Ma tylko nadzieję, że jego implikacje są zrozumiałe. Gdzieś w środku miał nadzieję, iż też będzie mógł się tu zaszyć.

— Idealna — odpowiada równie cicho Malfoy, po czym przypadkowo krzyżują wzrok.

— Słuchaj no, Malfoy. Ja...

Mężczyzna prycha, a następnie przeciera oczy.

— Wyciągnąłeś mnie z ognia i wciąż mówisz mi po nazwisku? — pyta z nikłym uśmiechem na twarzy.

Harry blednie, a słowa stają mu kością w gardle.

— Żartuję. — Sprzedawca się krzywi. — Po prostu nie jestem pewien, co mam o tym wszystkim myśleć.

— Nie mogę cię rozgryźć — odpowiada z największą ostrożnością.

— Może nie chcesz, panie bohaterze. — Draco wzrusza ramionami.

Harry obserwuje go przez dłuższą chwilę.

— Cieszę się, że nie założyłeś samolubnych pobudek — mówi. Nawet przez sekundę nie próbuje mydlić sobie oczu, że próbuje ratować Malfoya. Przychodzi do warsztatu, żeby naprawić samego siebie.

— Och. Interesujące. — W głosie blondyna pobrzmiewa zarówno smutek, jak i zadowolenie.

— Mniej więcej.

— Fajnie. — Draco wzrusza ramionami, a luźny sweter zsuwa mu się z barku. Harry patrzy na jasny obojczyk. — Ja tam zawsze jestem samolubny.

Marszczy brwi.

— Nie potrafię też powiedzieć, kiedy żartujesz, a kiedy nie.

— To jest nas dwóch — odpowiada Draco i akurat w tym momencie dzwoni dzwonek w głównej części sklepu. — Klienci, Potter. Idź już sobie.

— Uratowałeś mnie przed śmierciożercami i wciąż mówisz mi po nazwisku? — pyta agresywnie, przechodząc przez zasłonę. Niektóre niuanse z czasów wojny zostają na całe życie.

Przez twarz Draco przemyka cień strachu, ale szybko znika.

— Nie ocaliłem cię. — Podciąga rękawy oraz wita się z klientem.

— Owszem, ocaliłeś — protestuje.

— Myślisz, że rozpoznałbym cię jedynie po oczach? — pyta, czekając, aż klientka położy na ladzie zepsuty gramofon.

— Ja bym cię tak zidentyfikował — odpowiada pewnym głosem, wychodząc zza stanowiska sprzedawcy, zanim blondyn zdążył chociaż otworzyć usta. Jak widać, nadal potrafią ze sobą walczyć. Dzięki tej myśli jest mu nieco lżej. — Do zobaczenia przy następnym wypadku.

— Oczywiście. — Malfoy mu przytakuje, ale wydaje się niepewny.

Wychodząc za drzwi, w końcu potrafi nazwać uczucie, które towarzyszyło mu przez ten cały czas we wnętrznościach.

Minęły lata, odkąd ostatnim razem rozmawiał z Draconem Malfoyem i, jak się okazuje, cholernie za tym tęsknił.


Kiedy wraca kilka dni później, przy ladzie stoi kobieta, która nie wygląda na pracownicę warsztatu. Ma starannie przycięte ciemne włosy, a na stopach niebotycznie wysokie szpilki. Zanim Harry orientuje się w sytuacji, jest już za późno na odwrót. Wprawiony w osłupienie, po prostu gapi się na ściągniętą w grymasie twarz Pansy Parkinson.

— Harry Potter? — pyta zaskoczona i jednocześnie zmieszana. Nieszczególnie się zmieniła od czasu ukończenia szkoły. Nawet ze zmarszczonymi brwiami wygląda, jakby całkiem dobrze radziła sobie w życiu.

— Um, cześć — duka. Chce powiedzieć coś jeszcze, ale nie potrafi znaleźć języka w gębie. Już niemal łapie z powrotem za klamkę, kiedy dostrzega Draco zza głowy Pansy. Malfoy sprawia wrażenie prawie tak samo przestraszonego, co on, a z szarych oczu bije przede wszystkim smutek. Usłyszawszy niemą prośbę, postanawia zostać.

— Draco? — pyta kobieta, przyglądając mu się tak intensywnie, że ciężko znaleźć z tej sytuacji logiczne wytłumaczenie.

— Potter ostatnio interesuje się mugolską elektroniką. — Czarodziej staje na wysokości zadania. Ewidentnie pozuje na rozluźnionego, bowiem mówi beztroskim tonem i pochyla się nonszalancko na blacie; przywdziewa też na twarz zobojętniałą maskę i ukrywa swe prawdziwe uczucia pod wyćwiczoną przez lata mimiką. To naprawdę interesujące, że za czasów dzieciństwa był tak pojętnym uczniem. — Absolutny zbieg okoliczności.

Parkinson kiwa głową, choć najprawdopodobniej nie dała temu oświadczeniu wiary. Wzrokiem wciąż błądziła między jednym mężczyzną, a drugim.

— Niech będzie, cudnie — podsumowuje wesoło, aczkolwiek te słowa gubią się w powietrzu. — Naprawdę się cieszę.

Harry entuzjastycznie jej przytakuje, zaś Pansy robi zdezorientowaną minę. Sterczenie w mugolskim warsztacie naprawczym z dwójką z pozoru konserwatywnych ślizgonów jest co najmniej dziwaczne, zwłaszcza że atmosferze ciążą wcześniejsze lata niesnaski. Mimowolnie się zastanawia, czy oni również miewają koszmary i czy żałują opowiedzenia się po niewłaściwej stronie. Ma nadzieję, że owszem, ale zawsze mu mówiono, że pokłada zbyt wiele wiary w ludzi.

— Właśnie wychodziłam. Miło było cię odwiedzić, kochanie. — Pansy naprędce całuje Dracona w policzek, a potem go przytula. Niby nie znaczący gest, a jednak przywodzi wspomnienia, że niegdyś mocno się w nim podkochiwała.

— Do następnego, Pans — odpowiada cieplutko blondyn.

Wychodząc, dziewczyna rzuca Harry’emu przelotne spojrzenie.

— Dojrzała — komentuje bez zastanowienia, podchodząc do lady.

Draco unosi brwi.

— Tak z natury działa czas.

Wzrusza ramionami.

— Wydaje się naprawdę poukładana. To zdecydowanie więcej, niż niektórzy z nas osiągnęli — precyzuje, a w duchu modli się, aby i im się udało.

— Zgadza się, radzi sobie — odpowiada chłopak, a jego wypowiedź jest podszyta drugim dnem. — Naprawiliśmy twój telewizor.

— Niesamowite — mruczy, wdzięczny, że wciąż ciągną tę farsę.

— Przyniosę go z zaplecza — mówi Draco, odwracając się i znikając za niebieską zasłoną. Harry z trudem pozostaje w miejscu. W oczekiwaniu rysuje palcem dziwne kształty i kwiaty na ladzie. Podoba mu się to, że wszystko w warsztacie jest odrobinę zużyte, ułamane lub niedawno naprawione, ale wciąż nadaje się do użytku. Odnosi wrażenie, że to po części dlatego czuje się tu tak komfortowo — identyfikuje się z tymi rzeczami.

Draco pojawia się kilka chwil później z telewizorem w rękach. Sprzęt wygląda lepiej niż wtedy, jak go tutaj przyniósł — ekran jest nowy, a blat czysty i błyszczący.

— Rzuciłem na niego kilka zaklęć czyszczących — wyjaśnia sprzedawca. — Od czasu do czasu tak robię. To chyba nie oszustwo.

— Ile jestem winien? — pyta Harry, wyciągając portfel. Teraz zauważa, że rozmowy z Draconem Malfoyem powoli stają się kosztownym hobby, ale stanowią dlań siłę napędową — bez nich najprawdopodobniej oszalałby.

— Ani grosza — odpowiada blondyn, patrząc na ladę. — Rzuciłem na niego tylko Reparo.

— Zabrałeś telewizor do naprawy mimo tego, że wiedziałeś od początku, że rzucisz na niego Reparo? — pyta Harry, szczerze zdezorientowany.

— Jakkolwiek by to dziwnie nie brzmiało, to tak — potwierdza Malfoy, cofając się o krok i krzyżując ramiona. — Po prostu nie chciałem marnować normalnego szkła na coś, co zniszczyłeś celowo.

Harry nie wysuwa kontrargumentu, tylko podnosi telewizor. Prawdę powiedziawszy, chciałby zostać w warsztacie trochę dłużej i głęboko żałuje, że nie ma takiej opcji. Wbrew rozsądkowi, pragnie wpuścić Draco do swojego małego świata, chce mu zaufać, chociaż nie ma ku temu najmniejszych powodów; pragnie zadawać mu pytania i dostawać sensowne odpowiedzi.

— Dzięki — stwierdza, wiedząc, że zaraz przyjdzie mu go głowy kolejny pretekst, byleby tylko tutaj wrócić. Jest absolutnie świadomy swojego popieprzenia.

Wychodzi ze sklepu przy akompaniamencie dzwoneczka, a na ulicy zostaje zaskoczony przez znajomy głos.

— Możesz mi powiedzieć, co do jasnej cholery, tutaj robisz?

Odwraca się ostrożnie, pilnując, by nie upuścić telewizora i patrzy wprost na Pansy, która stoi przed nim z założonymi rękami.

— Więc? — dodaje, podchodząc do niego w trzech krokach. Teraz stoją niemal nos w nos. Harry naprawdę się cieszy, że odgradza ich naprawiony telewizor; dzięki niemu czuje się bezpieczniej.

— Zbieg okoliczności. Nie wiedziałem, że tutaj pracuje, kiedy przyszedłem po raz pierwszy — odpowiada zgodnie z prawdą i mimochodem zauważa, jak bardzo nienaturalnie brzmią te słowa w jego ustach. Nie ma pojęcia, jak mógłby się teraz usprawiedliwić. Ledwo może cokolwiek wymyślić.

— Och, prawdopodobnie — zaszydziła. — Dlaczego nie możesz zostawić nas w spokoju? Zostaliśmy chyba wystarczająco ukarani, prawda? — pyta.

Harry wewnętrznie walczy, by znaleźć odpowiednie słowa, ale jedyne co może robić, to stać z otwartymi ustami. Kobieta w międzyczasie kontynuuje.

— On nie potrzebuje, żebyś zrujnował mu teraz życie. Skończ z tą dziecinadą i odejdź razem ze swoimi przyjaciółmi. — Jej głos zaczyna się robić bardzo niebezpieczny. — To nie ty się nim opiekowałeś w każdą pieprzoną noc, gdy wypił za dużo. A teraz, gdy prawie wyszedł na prostą, znowu się pojawiasz? Nie pieprz głupot, że niby…

— Wystarczy, Pans. — Draco kładzie dziewczynie dłoń na ramieniu. Nawet nie zauważyli, kiedy doń podszedł. — Zrobiłaś dla mnie wystarczająco, kochanie.

Harry ma wrażenie, że płoną mu wnętrzności. Z jakiegoś powodu identyfikuje się z telewizorem, który rozbijał we własnym mieszkaniu. Sprzęt niezmiernie ciąży mu w ramionach, przez co jest niezdolny do wznowienia kroku.

— Po prostu nie rozumiem, dlaczego nie może zostawić cię w spokoju — odpowiada agresywnie dziewczyna, przecierając mokre oczy. Wolała rozmazać sobie delikatny makijaż, niż pozwolić łzom zmoczyć policzki. — Nie chcę cię znowu stracić — dodaje z nieskrywaną desperacją. — Wasza relacja zawsze była toksyczna i nie wiem, czemu nie możecie zachować dystansu.

Ciężar sytuacji przygniata Harry’ego. Odrętwienie bierze w posiadanie jego palce, ramiona i klatkę piersiową, dosłownie całe ciało. Z bólem uświadamia sobie, że Parkinson ma rację. Draco zawsze był okropny i niejednokrotnie wykazywał się największą głupotą — wie, że powinni trzymać się na odległość, ale obecnie ma ochotę tylko doń podejść i wziąć w ramiona. Zdesperowany, skupia się na moment na czerwonej twarzy dziewczyny. Widzi na niej gniew, rozpacz i ogromną miłość, dlatego też szybko spuszcza wzrok na chodnik. Niestety bruk nie przynosi mu żadnych odpowiedzi.

Mijający ich przechodnie udają, że wcale nie robią zamieszania na ulicy.

Spogląda na Draco i w szarych oczach zauważa coś znajomego, jakby zrozumienie jego własnych uczuć. Waga telewizora sprawia, że w końcu wyślizguje mu się on z rąk i upada na ziemię, a dźwięk ponownie rozbijanej szyby toczy się wokół.

Sromotnie pokonany, obrzuca odłamki pełnym boleści wzrokiem, a następnie bez słowa się deportuje.

Wszystko jest zniszczone, a Harry nie ma pomysłu, jak to naprawić.


Dwa dni później znajduje telewizor, niczym nowy i nieużywany, pod drzwiami swojego mieszkania.


Wraca do warsztatu we wtorkowy wietrzny poranek, niosąc pod pachą kolejne radio. Jest zaniepokojony. Wie, że powinien porozmawiać z kimś o swoim problemie, może zaprosić Hermionę na lunch raz czy też dwa i się zwierzyć z nowej obsesji, ale obawia się, że przyjaciółka każe mu zaprzestać kontaktów z wrogiem.

Nie może otrząsnąć się po tym, co powiedziała mu Parkinson. Jest też rozgoryczony, ponieważ w jej słowach było wiele prawdy. Chce, żeby wszystko się zmieniło, naprawiło. Nawet nie wie, dlaczego tak mu zależy.

Spogląda przez okno i widzi stojącego przy ladzie Draco, tym razem w granatowym swetrze. Mimowolnie się uśmiecha. W ruchach chłopaka jest coś uspokajającego, co pomaga mu zrozumieć, że lubi na niego patrzeć, gdy ten porządkuje biurko i podciąga rękawy, gotowy do pracy.

Wchodzi przez drzwi i mocniej się szczerzy.

— Myślisz, że możesz to dla mnie naprawić?

Draco przechyla głowę w bok, jakby zastanawiając się nad odpowiedzią.

— Jestem pewien, że możemy — mruczy.

Harry kładzie na blacie zniszczone radio, czując, że coś zaiskrzyło. Nie wie, jak dokładnie nazwać to uczucie, ale jest mu przyjemnie i komfortowo; desperacko pragnie zatrzymać to ciepło.

— Zaniosę sprzęt na zaplecze — mówi Draco, biorąc go i przechodząc przez niebieską zasłonę. Harry bez słowa podąża za nim. — Belinda zajmuje się wszystkimi naprawami związanymi z telewizją i radiem. Mnie pozwala jedynie majsterkować przy gramofonach — komentuje blondyn, wycierając w wilgotną szmatkę zakurzone ręce. — Nie wybuchają, gdy coś spieprzysz.

— Jak nauczyłeś się naprawiać odtwarzacze płyt? — pyta Harry, siadając na drewnianym stole i machając w powietrzu nogami.

Mężczyzna wzrusza ramionami i opiera się plecami o ścianę. Potter w nagłym olśnieniu zauważa, że nogi Dracona są bardzo długie, niemal za długie, żeby były proporcjonalne. Nigdy wcześniej nie czuł takiego zainteresowania czyjąś talią, a teraz desperacko chciałby włożyć ręce pod ten granatowy sweter i poczuć ciepłotę tej bladej skóry. Chce się upewnić, że serce stojącego czarodzieja jest prawdziwe.

— Intuicyjnie. W gruncie rzeczy przypomina to układankę — tłumaczy chłopak, zaciskając palce na rąbku swojej bluzy. Harry dostrzega u niego wiele nerwowych tików: wygładza koszulę, dotyka swoich włosów i przesuwa palcami po Mrocznym Znaku. Wygląda, jakby próbował sam siebie pocieszyć. — Jedna z dziewczyn, u której wykonywałem prace porządkowe, nauczyła mnie podstaw. Niedługo potem dostałem angaż tutaj.

— Podobały ci się? — pyta. — Prace porządkowe? — precyzuje. Wciąż pamięta proces Malfoyów i jak zeznawał na korzyść Dracona i Narcyzy. Narcyza ocaliła mu życie, choć wiedział, że z czysto rodzinnej troski. Mimo to strach, który słyszał w jej głosie, prześladuje go do dziś.

— Nie było ciężko, ale nie chodziło o polubienie zajęcia — mówi blondyn. Sekundę później wzrusza ramionami i bezwiednie pociera swe naznaczone przedramię. — Było w porządku. — Milczy przez chwilę, a Harry go nie pogania. — Tak szczerze, to fajnie było wtopić się w środowisko mugoli — cały czarodziejski świat bardzo mnie wtedy nienawidził. Jestem przekonany, że nawet teraz daleko mi do lubianej persony.

— Ja cię nie nienawidzę — odpowiada szczerze, nawet nie wiedząc czemu. Nie może sobie przypomnieć ostatniego razu, kiedy darzył blondyna pogardą. To niezidentyfikowane uczucie zawsze było zabarwione milionem innym, takich jak litością, smutkiem i gniewem.

Draco parska z szyderstwem. Harry jest jednak przekonany, że nijak ma się do tego, co przed momentem powiedział.

— Nigdy nie byłeś moim największym fanem — stwierdza z uśmiechem na twarzy, po czym wzrusza ramionami. — I zresztą nawzajem.

— Cóż, miałem cię za złoczyńcę, który ciągle coś knuje — mówi, unosząc w wyzwaniu brwi. Gawędzą na drażliwe tematy, ale czuje się tak, jakby leczyli dawne rany.

— Oczywiście, że knułem. — Draco odchyla głowę do tyłu i uśmiecha się krzywo, a żołądek Harry’ego fika koziołka. To był pierwszy „prawdziwy” uśmiech, którego był bezpośrednim powodem. — Merlinie, jak to się stało, żeśmy się wcześniej nie pozabijali?

— Byłem blisko na szóstym roku w łazience — odpowiada. Chciał zabrzmieć poważnie, ale ma świadomość, iż dalej sobie żartują. Zazwyczaj, gdy ktoś mówi w jego towarzystwie o śmierci, zaciska zęby, chociaż ma wielką potrzebę wykrzyczeć wszystko, co leży mu na sercu. Nikt tak naprawdę nie wie, jak to jest być prawdziwie przerażonym — z drugiej strony, to całkiem normalne, dopóki się tego nie przeżyje.

Tym razem jest inaczej.

— Owszem, nadal mam bliznę. — Malfoy rysuje palcem po swojej klatce piersiowej. — Jakże bohaterska. Uwierz, że działa na każdego faceta.

Harry się śmieje. Nagle sposób, w jaki potraktował wtedy ślizgona, wydaje mu się wręcz niesamowicie absurdalnie komiczny.

— Heroizm, o ile pamiętam, nie był częścią tamtego wydarzenia.

— Nie jestem za bardzo znany z aktów odwagi — właśnie dlatego nie byłem w Gryffindorze. — odpowiada Draco z małym uśmiechem.

— Wiesz, naprawdę mało brakowało, abym wylądował w Slytherinie — wyznaje, a potem czuje się niedorzecznie. Stojący przed nim mężczyzna sprawia, że pragnie zwierzyć mu się ze wszystkich sekretów.

Malfoy unosi brwi.

— Och, to byłoby dość ekscytujące, prawda?

— Ino pomyśl. Wyobraź sobie, że dzielisz ze mną dormitorium. Udusiłbyś mnie we śnie — odpowiada.

— O ile ty nie zamordowałbyś mnie pierwszy — podsumowuje Draco z błyskiem w oku, którego Harry nie potrafi dobrze zidentyfikować. Mimowolnie zastanawia się, czy mężczyzna czuje to samo, co on — czy widzi swobodnie snujące się wspomnienia i ciche szepty, podpowiadające, że potrzebują się nawzajem; że są jedynymi, którzy się rozumieją.

— Może bylibyśmy nawet przyjaciółmi — dodaje ściszonym głosem, chociaż sama idea jest śmieszna.

— Aż tak daleko bym się nie zagalopowywał — odpowiada Draco, patrząc na Harry'ego jak na dziecko, które zrobiło coś wyjątkowo zabawnego. — Byłem pompatycznym palantem, a ty Złotym Chłopcem.

— Mógłbym ci pomóc.

Malfoy znowu się śmieje.

— Nawet Dumbledore nie mógł mi pomóc — mówi, markotnieje i ponownie przeczesuje włosy. Harry czuje potrzebę chwycenia go za rękę i sprawdzenia, czy są na tak miękkie, jak wyglądają. — Spójrzmy prawdzie w oczy. Nie udawajmy, że nie byłem strasznym człowiekiem.

Przytakuje. Wie, że gdyby podniósł kontrargument, zostałby sponiewierany.

W rzeczywistości nigdy się nie dowiedzą, jakby potoczyły się sprawy, gdyby Tiara Przydziału jednak wysłała go do Slytherinu. Nigdy też nie wrócą do tamtych czasów i nigdy się nie uratują. Ze smutkiem uświadamia sobie, że nawet gdyby dokonał niemożliwego, jego jedenastoletnia jaźń z miejsca odrzuciłaby obecny przebieg wydarzeń, zwłaszcza że Draco był naprawdę nieznośnym dzieckiem.

Obecnie są mądrzejsi.

— Więc to prawda, że lubisz facetów? — pyta i niemal kuli się na krześle. To nie jego sprawa, a zapytał przez wzgląd na ciekawość.

Malfoy wybucha śmiechem i potrząsa głową, jakby zupełnie nie czuł się zaskoczony. Ostatnio jest dużo weselszy.

— Każdy jest tym zainteresowany. Wygląda na to, że jeśli zrobisz gejowski spektakl i „Czarownica” to opublikuje, nagle wszyscy chcą jasnych deklaracji.

— To nie był gejowski spektakl... — protestuje, ale jest uciszany niedbałym machnięciem ręki.

— Śmiem twierdzić inaczej. Cieszyłbym się niezmiernie, gdyby to życie należało do kogoś innego — mówi blondyn, brzmiąc niepewnie, ale nie przepraszająco. — Zanim uświadomiłem sobie własne preferencje, wojna była już w pełnym rozkwicie. Nie było czasu na randkowanie i ładnych chłopców.

Harry czuje motylki w brzuchu, co tylko potęguje rozbudzoną ciekawość. Zdecydowanie potrzebuje dalszych informacji.

Chce wiedzieć. Musi wiedzieć.

— Z nikim się nie spotykałeś? — pyta, pragnąc brzmieć nonszalancko. Najprawdopodobniej poległ na całej linii, ale jest wdzięczny, kiedy Malfoy ignoruje tę dziwaczną nutę w jego głosie.

— Nieszczególnie powinieneś się interesować moim życiem romantycznym... — odpowiada, unosząc wysoko brwi, a Harry po prostu wie, że właśnie ponosi pokręconą karę; wbrew rozsądkowi, nijak mu to przeszkadza — ale nie, nie miałem żadnych prawdziwych partnerów.

Nie wie, jak zareagować, dlatego też wbija wzrok w podłogę. Mimo wszystko ciężko jest rozmawiać na tak delikatne tematy z byłymi odwiecznymi wrogami, którzy okazują się homoseksualistami.

— Co z Wiewiórą? — pyta niespodziewanie Draco, po czym udaje, że zastanawia. Ostatecznie macha lekceważąco dłonią. — Wybacz. Jestem przekonany, że ma na imię Ginny, czy podobnie.

Harry przewraca oczami.

— Znasz tę dziewczynę, Malfoy. I nie udawaj, że zapomniałeś.

— Ciężko się wyzbyć starych nawyków — odpowiada chłopak bez cienia skruchy. — Zdaje mi się, że widziałem kilka artykułów spekulujących o waszym rozstaniu.

— Ano, owszem — burczy, patrząc teraz w sufit. Z jakiegoś powodu pragnie uniknąć skrzyżowania wzroku.

Draco wzdycha, bo Harry wciąż odmawia nawiązania kontaktu.

— Nadal ją kochasz?

— Nie — odpowiada szczerze. Ich związek runął niczym domek z kart, czego nie zrozumiał aż do momentu, gdy nie zostało już nic. — Wyrządziłem jej straszną krzywdę. — Draco nie komentuje tej wypowiedzi, więc kontynuuje, trochę bardziej swobodnie: — Chciała ode mnie więcej, niż mógłbym jej dać. Chociaż milczała na ten temat, jestem święcie przekonany, że przeszkadzało jej, że doznałem uszczerbku i nie mogła mnie naprawić. To było okropne. Ron nie odzywał się do mnie przez miesiąc.

W warsztacie słychać dzwonek i Harry patrzy na niebieską zasłonę, śmiertelnie obrażony. Niech to, nawet życie próbuje im przeszkadzać.

Draco odrywa się od ściany, poprawia sweter i przechodzi do właściwej części sklepu. Przechodząc obok, kładzie rękę na przedramieniu towarzysza, jakby próbował go pocieszyć. Ciepło dotyku jego dłoni zostało na nim o wiele dłużej, aniżeli powinno.

Chwilę później słyszy obcy męski głos i spokojną odpowiedź Malfoya. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu jest mu słabo. Odnosi wrażenie, że stoi na krawędzi, aczkolwiek obawia się nazwać ten klif.

Jeżeli szybko stąd nie wyjdzie, zrobi coś naprawdę głupiego.

Wraca do otwartej części i widzi łysiejącego starszego człowieka z zepsutym telewizorem. Draco zapisuje notatkę na żółtej, samoprzylepnej karteczce, w pełni skupiony na pracy.

— Wpadnę później po to radio — mówi i otrzymuje potwierdzenie w postaci oszczędnego skinięcia głową. Chce zostać tu na zawsze, ale zaczyna czuć panikę z powodów, których nie potrafi logicznie wytłumaczyć.

Nie może odczytać wyrazu twarzy blondyna, więc szybko wychodzi ze sklepu, nie oglądając się za siebie.


Harry, rozbity psychicznie, pije z Hermioną herbatę. Chociaż rozmawiają o projekcie, nad którym pracowali, by pomóc dzieciom z mugolskich rodzin lepiej zrozumieć czarodziejski świat, cały czas jest rozkojarzony przez kotłujące się weń uczucia.

— Zamierzasz powiedzieć mi, co jest nie w porządku, czy będę musiała przeprowadzić własne dochodzenie? — Dziewczyna jest ewidentnie rozdrażniona, o czym świadczy również odłożenie filiżanki z brzdękiem na talerzyku.

— Słucham? — pyta, unosząc brwi i balansując na stołku w niematerialnym poczuciu bezpieczeństwa.

— Nie byłeś skupiony przez całe popołudnie — nie jestem idiotką — mówi, rzucając mu taksujące spojrzenie.

Hermiona nic nie straciła na spostrzegawczości od czasów ukończenia szkoły, a lata wspólnego życia z Ronem sprawiły, że jeszcze lepiej rozpracowywała gówniane momenty. Harry ma ochotę strzelić sobie w łeb. Powinien wiedzieć, że jeżeli ma sekret do ukrycia, należy ograniczyć ich kontakt do minimum, które także nie wzbudziłby żadnych podejrzeń. Nie mogąc wymyślić w miarę przekonującego kłamstwa, po prostu doń mrugnął i zaczął mieszać swoją herbatę.

— Nie patrz na mnie w ten sposób — prosi miękko. — Chcę tylko się upewnić, że wszystko jest w porządku. Wiesz, że strasznie się martwię, kiedy dziwaczejesz.

— Wszystko dobrze — odpowiada. Unosi ciasteczko, a potem z cichym westchnieniem odkłada je z powrotem. Wie, że najlepszym rozwiązaniem problemu byłoby skończenie z tą farsą, bo daleko nie zajdzie z milczeniem, a Hermiona z pewnością uraczy go genialną radą. Jest zaniepokojony jednak, że wsparcie dziewczyny będzie się wiązało z ogromną racjonalnością i zostawieniem Draco w spokoju. — Obiecaj, że nie powiesz Ronowi.

— Czy to dotyczy Ginny? — pyta z podekscytowanie, uprzednio konspiracyjnie się pochyliwszy.

— Nie, nic w tym stylu — mruczy, czując się nieswojo. Zastanawia się, czy gdyby rzeczywistość była bardziej znośna i mniej dziwaczna, wciąż miałby problemy z wyznaniem prawdy.

Kobieta kiwa głową i przygryza dolną wargę.

— Dlaczego nie mogę powiedzieć Ronowi?

Wzrusza ramionami, biorąc łyk ciepłej herbaty. Nie potrafi sobie wyobrazić reakcji przyjaciela na wieść, że w Harrym ponownie rozbudziła się obsesja na punkcie Malfoya. Najprawdopodobniej skończyłoby się to wielką kłótnią, zwłaszcza że nie ma żadnego uzasadnienia swoją fascynacją.

Bierze głęboki wdech i wypowiada kłujące go w serce słowa.

— Rozmawiałem z Draco.

Filiżanka Hermiony zatrzymuje się w połowie drogi do jej ust, a dziewczyna mruga z niedowierzaniem.

— Masz na myśli wymienianie przyjaznych gestów czy prześladowanie i nękanie?

— Obie te rzeczy — odpowiada, cały czerwony na twarzy.

— Dobry Boże. — Upiła większego łyka. — Tak szczerze, to chciałabym być bardziej zaskoczona. Nie możesz zostawić tego biedaka w spokoju?

— Biedaka? — pyta z najszczerszym oburzeniem, przełamując trzymane w ręku ciastko na pół w geście osobistej krzywdy. — Walnęłaś go prosto w twarz!

— To było dawno temu i w pełni sobie zasłużył — odpowiada prosto Hermiona, odgarniając włosy z twarzy. — Wojna była dla wszystkich ciężka i doskonale wiesz, ile na niej stracili Malfoyowie.

— Draco był śmierciożercą! — kontrargumentuje z poczuciem, że właśnie dopuścił się zdrady. Ma jednak dziwne uczucie, że chłopak nie miałby nic przeciwko temu stwierdzeniu.

— Był przerażonym dzieciakiem i oboje o tym wiemy — zrugała go przyjaciółka. — Oczywiście to nijak usprawiedliwia działania, których się podjął, ani tego, kim zdecydował się zostać, ale byłam przekonana, że trochę wydoroślałeś i nabrałeś rozumu, Harry. — Wzdycha. — Czego właściwie od niego chcesz?

Blednie, uświadomiwszy sobie, że Pansy Parkinson zadała mu dokładnie to samo pytanie. Co gorsza, wciąż nie doszedł do ładu i składu ze swoimi myślami, dlatego też nie ma przygotowanej żadnej odpowiedzi. Odpowiednie wytłumaczenie dopiero zaczyna się formułować w jego podświadomości i jednocześnie sprawia, że nurza się w morzu poczucia winy.

To takie pozbawione sensu.

— Ciężko to wyjaśnić. Cóż, po tym, jak stał się ogromną częścią wszystkiego, z czym walczyłem… czuję, że… — przerywa, rozważając następne zdanie. — Czuję, że jakoś go potrzebuję…

Hermiona marszczy brwi i stuka obcasem w podłogę, rozmyślając nad usłyszanymi słowami.

— Nie rozumiem, co dokładnie masz na myśli.

Wzdycha. Kiedy w końcu się odzywa, uświadamia sobie, że wyznał prawdę.

— Nie sądzę, bym i ja to rozumiał.

Dziewczyna również wzdycha, po czym zaczyna się bawić związanymi w kucyka włosami. Harry niemal widzi obracające się trybiki w jej głowie. Wie, że stara się właśnie wymyślić dobre rozwiązanie problemu i po cichu ma nadzieję, że natrafi na ścianę.

— Chcę, tylko żebyś czuł się dobrze — odpowiada wreszcie pełnym łagodności i poniekąd autorytarnym głosem, ot sprzecznym, ale jakże znajomym. Tak samo przemawiała w namiocie, gdy poszukiwali horkruksów Voldemorta. Z nagłym wstrząsem zrozumiał, że po prostu nie wiedziała, co robić i próbowała to zatuszować.

— Ze mną okej. — Uśmiecha się z lekkim zmęczeniem.

— I bądź ostrożny. Z nim i ze sobą — dodaje łagodnie przyjaciółka, puszczając wolno swoją kitkę. Cholernie dorosła od czasu ukończenia szkoły i teraz całą swoją energię wkłada w aktualną pracę. Wciąż jednak ma oczy szeroko otwarte na wszelakie niepewności i Harry jest pewien, że widzi w nich nie tylko coś przerażającego, jak i pocieszającego.

— Będę — zapewni z determinacją, pociągając łyk herbaty i stukając stopą w podłogę.

Hermiona się uśmiecha i zaczyna mu opowiadać o nowych firankach, które wybrała razem z Ronem do pokoju dziecięcego. Temat Dracona Malfoya w momencie przestaje być istotny. Harry jest wdzięczny, aczkolwiek wie, że tylko odroczył tę sprawę. Cieszy się, że ma wspaniałą przyjaciółkę, która nawet w przestrodze zawrze troskę.


Harry obserwuje przez okno, jak Draco tańczy. Nie domyśla się, co to za muzyka, ale mężczyzna podśpiewuje pod nosem, gibie się w rytm i udaje uderzającego w talerze perkusistę. To nadzwyczaj ujmujące.

Wreszcie wchodzi do warsztatu, gdzie zostaje powitany popem. Usłyszawszy dzwoneczek, Malfoy natychmiast wyłącza muzykę i przywdziewa diablo winną minę. Z zaplecza słychać ciche brzęczenie i sporadyczny stukot metalu. Całkiem prawdopodobne, że Belina jest dziś obecna i zajmuje się naprawami.

— Wiesz, że nie musisz wyłączać radia, kiedy mnie widzisz? — drażni się i z uśmiecha, gdy policzki chłopaka czerwienieją. Sam także często się rumieni, kiedy zostaje przyłapany w zawstydzającej sytuacji, dlatego też rozumie sedno problemu. Ron również purpurowieje przy najmniejszym zakłopotaniu. Mimo wszystko to dość zabawne.

— Jak dużo widziałeś? — mruczy Draco i próbuje przybrać nonszalancką postawę.

Harry śmieje się, bębniąc palcami po blacie lady, na co blondyn zaciska usta.

— Czego właściwie słuchałeś?

— Mugolskiego zespołu — odpowiada Malfoy, sprawiając wrażenie zażenowanego. — ABBY.

Brunet uświadamia sobie nagle, że melodia, której rytm wystukiwał to „Gimme! Gimme! Gimme!”. Z trudem zwalcza wybuch śmiechu.

— Jak, u licha, skończyłeś jako fan ABBY? — pyta w zamian.

Draco zaczyna się boczyć, naciąga rękawy swetra na dłonie, a następnie opiera się o ladę.

— Jeden z moich przyjaciół puszcza to na okrągło. Wpadło mi w ucho.

— Który ślizgon słucha klasycznej szwedzkiej muzyki pop i jakim cudem to nie wyszło wcześniej? — pyta, wyobrażając sobie tańczącego Goyla. Widok jest komiczny. To była najzabawniejsza myśl, jaka wpadła mu ostatnio do głowy. — Gdybym wiedział wcześniej…

Draco patrzy na podłogę, szurając nogami. Potem wzdycha, najprawdopodobniej z powodu nagromadzonych emocji.

— Jedna z koleżanek z prac porządkowych. Jest charłakiem, ale żyje jako mugol. Całkiem aktywna wolontariuszka.

— Och. — Nagle czuje się głupio. W sumie nie powinno go to tak dziwić, ale nadal — taka znajomość wciąż jest dlań zaskakująca. Harry od zawsze miał w głowie paranoiczne podejrzenia, że chłopak kupował sobie wszystkich przyjaciół.

— Tak, wiem. Malfoy przyjaźniący się z charłakiem budzi naprawdę wielkie kontrowersje — mówi Draco z wyraźnym zmęczeniem w głosie, przesuwając palcem po narysowanym na blacie kwiatku.

— Może to zabrzmi źle, ale byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że naprawdę potrafisz się z kimś przyjaźnić — tłumaczy, a potem czuje się niesamowicie głupio.

Draco się nań zagapił. Nawet nie mrugnął.

— Jestem niesamowicie uroczy. Nie moja wina, że nie zauważyłeś tego wcześniej.

— Byłeś też wielkim snobem — burczy, krzyżując ramiona.

— Raczej piekielnie sprytny — argumentuje Draco i Harry naprawdę nie może stwierdzić, czy żartuje, czy nie. — Próbowałem się z tobą zaprzyjaźnić, choć jesteś jedynie półkrwi. Kultura czystokrwistych koncentruje się tak mocno wokół władzy, jak koło statusu.

— Wciąż dążysz do władzy? — pyta, nagle jakby obnażony. Naprawdę nie może zostawić Malfoya w spokoju, ot tak sobie. Całkiem prawdopodobne, że sam w jakiś sposób ciągnie ku władzy — magia dawała nad nią pewnego rodzaju kontrolę. To było coś zgoła innego niż przesiadywanie w komórce pod schodami. Mimo to…

— Jakbyś nie zauważył, pracuję w mugolskim sklepie — szepcze blondyn, nie mogąc spojrzeć mu w oczy. Ma długie, ładne rzęsy. — Myślisz, że do niczego nie dążę? — przerywa na moment, a Harry nie naciska. — Zwyczajnie staram się być sobą.

— To działa? — pyta, szczerze zaciekawiony, ponieważ niekiedy miga mu młodsza wersja siebie, jeszcze nieskażona wojną i jej potwornościami. Wie, że zawsze będzie miał w pamięci zakrwawione szczątki kompanów i nijak zdoła o nich zapomnieć. Kto wie, może starość będzie dlań łagodna i namiesza mu w pamięci.

— W dużej mierze. — Słyszy. — Wydaję się sobą?

Harry patrzy nań oceniającym wzrokiem — Draco ma te same blond włosy, choć uformowane są w nieco inną fryzurę i te same szczupłe nadgarstki, wystające zza innego swetra. Przez lata nie wyzbył się ciętego języka i wciąż trzyma się śmiałych żartów, jednakże zdecydowanie mniej podłych i nasyconych nienawiścią, czy pogardą. Nadal patrzy na niego, jakby był śmieszny, ale czasem w szarych oczach widać poczucie winy i smutek. Niejednokrotnie mówi zaskakujące rzeczy, które okazują się diablo prawdziwe.

— Nie sądzę, bym wcześniej dobrze cię znał.

— Nie wiem, czy to zachęcające. — Malfoy prostuje plecy. — Oddam ci teraz radio. Równie dobrze mogę udawać, że to prawdziwy powód twojej wizyty w naszym warsztacie.

Harry sztywnieje, lecz nie wyczuwa w słowach Dracona złośliwości.

— To będzie piętnaście funtów — wymieniliśmy spalony drut.

— Wspaniale. — odpowiada, wyciągając z kieszeni portfel. — Dzięki za naprawę.

— Żaden problem — stwierdza chłopak.

Chwilę potem do sklepu wchodzi starszy człowiek. To wręcz niesamowite, że tylu ludzi odwiedza to miejsce. Za każdym razem spotykał tu innego klienta. Z drugiej strony, właśnie dzięki interesom biznes jeszcze się kręci.

Z jakiegoś powodu ten warsztat jest wyjątkowy.

Draco idzie na zaplecze i przynosi mu radio. W drodze grzecznie wita się z nowym panem, a potem ponownie odwraca się do Harry’ego.

— Za naprawdę sprzętu należy się piętnaście funtów. To przepalony drut. Zastąpiliśmy go nowym. Nic wielkiego. — powtarza.

— Wspaniale. — Brunet płaci. — Jeszcze raz dziękuję.

— W porządku.

Obydwoje doskonale wiedzą, że wyglądają na starych znajomych. To strasznie dziwne.

— Miło, że mnie stąd nie wywaliłeś przy pierwszej okazji — dodaje bezczelnie Harry, a Draco potrząsa głową.

— Nie zmuszaj mnie do ostateczności — odpowiada blondyn twardszym głosem. Cóż, ewidentnie sobie zasłużył.

Kiedy odchodzi, słońce już zaczyna zachodzić. Jest pogrążony w myślach.

W drodze do domu uświadamia sobie, że Draco znowu zaczyna być jego fiksacją i w jakiś dziwny sposób powrócili do starego amalgamatu, w którym znów próbują zajść sobie nawzajem za skórę. Jest ciekawy, czy kiedykolwiek zrezygnują z tej farsy, albo czy w pewnym momencie usłyszy, żeby trzymał się od niego z daleka.

Gdy wraca do swojego maleńkiego mieszkania, znajdującego się w czarodziejskiej części Londynu, kładzie radio na stoliku obok niewielkiego mugolskiego telewizora. Zasypia w fotelu przy akompaniamencie głosu prezentera z lokalnych wiadomości.


Ma nowe przyzwyczajenie — codziennie rano do kawy czyta mugolską gazetę, tuż po tej czarodziejskiej. Lubi siedzieć skulony przy kuchennym stole w krótkich spodenkach od piżamy, z gorącym kubkiem w dłoni i przeglądać artykuły. Tego dnia jednak nagłówek sprawia, że krew mu zamarza w żyłach, a ręka z kubkiem zatrzymuje się kilka centymetrów od ust.

LUCJUSZ MALFOY UMIERA W AZKABANIE”.

Wypuszcza z siebie ciche westchnienie, po czym zaczyna przeglądać artykuł, w którym rozpisywano się głównie o nieznanych przyczynach śmierci i wpływie bliskości dementorów na ludzkie ciało. Wtem przeszywa go przypływ współczucia i ostry ból w klatce piersiowej na myśl o człowieku, którego nigdy nie darzył ciepłymi uczuciami.

Myślami wędruje do Draco, który w czasach szkolnych był niepoważnym chłopakiem w schludnych szatach, pragnącym być takim czarodziejem, jak jego ojciec. Zastanawia się, czy obecny Draco, w luźnym swetrze i tańczący za sklepową ladą, gdy nikt nie patrzy, inaczej podejdzie do sprawy. Może przez lata nienawidził Lucjusza, a teraz wreszcie odetchnie pełną piersią? Może pogrąży się w smutku, bo mimo wszystko ojciec pozostaje ojcem?

Wbija wzrok w zamieszczoną w gazecie fotografią. Draco ma na niej zaledwie trzynaście lat.

Życie jest skomplikowane.

Przez moment pragnie pobiec do warsztatu, aby sprawdzić, czy wszystko w porządku, a potem uzmysławia sobie, że najprawdopodobniej tym razem nie będzie tam mile widziany. Sekundę później rozważa inne opcje. Czy Malfoy będzie dziś w sklepie, czy może weźmie wolne, aby razem z matką zaplanować pogrzeb i dopełnić formalności?

Harry chce być spopielony po śmierci, aby nie sprawiać innym kłopotów.


Wraca do warsztatu tydzień później, tym razem z pustymi rękoma. Draco stoi przy ladzie, ale jest bledszy niż zazwyczaj. W sklepie panuje cisza, a radio jest wyłączone. Chłopak nie podryguje do rytmu, a opiera się o buduar i szkicuje coś w swoim notatniku. Usłyszawszy charakterystyczny dźwięk dzwoneczka, zwiastującego nadejście klienta, unosi wzrok znad kartek. Ma worki pod oczami, a więc zdecydowanie niedobrze sypia.

— Znalazłeś więcej rzeczy wymagających naprawy? — pyta, poprawiając czapkę, którą wcześniej niedbale zarzucił na głowę.

— Chciałem złożyć ci kondolencje — mówi Harry, czując się nagle bardzo niezręcznie.

Draco mruga, szczerze zaskoczony. Ewidentnie jest wyczerpany i zmęczony.

— Jesteś niespodziewanie agresywnie dobrym człowiekiem — podsumowuje po dłuższej chwili milczenia, skupiając się na własnych bazgrołach.

— Wiem, że strata bliskiej osoby boli — odpowiada, rozmyślając nad wcześniejszym komentarzem. Daleko mu do uosobienia empatii — jest zwyczajną osobą, z determinacją starającą się wszystkiemu sprostać.

— Myślałem, że nienawidziłeś mojego ojca — kontynuuje Draco, szkicując coś na kartce. Sprawia wrażenie trochę odrealnionego, ale najprawdopodobniej właśnie tak pragnie zamaskować zranienie.

Harry nigdy tak naprawdę nie wiedział, jakie dokładnie relacje łączyły Draco z Lucjuszem. W burzliwym okresie przejściowym starał się trzymać z daleka od gazet, bowiem publikowane artykuły głosiły plotki na temat agresji, przemocy domowej i okrucieństwa.

Skomplikowana sprawa.

— Plotka głosiła, że także go nienawidziłeś — odpowiada Harry o wiele bezczelniej, niż zamierzał.

Chłopak wzrusza ramionami.

— Gazety uwielbiają rozpisywać się o mojej rodzinie — komentuje ściszonym głosem, mocniej dociskając pióro do kartki. — Większość zamieszczonych informacji jest wyssana z palca i wyolbrzymiona, niemniej jednak, gdybyśmy byli przeciętną familią, wiałoby od nas nudą.

— Rozumiem — odpowiada, ponieważ od wielu lat sam walczy z mediami.

— Oczywiście, że tak — dodaje Draco, jeszcze bardziej zmęczony. — Nie mam pojęcia, jak sobie z tym poradziłeś.

— Z czym dokładnie? — pyta z niezrozumieniem.

— Ze swoimi rodzicami. Zupełnie nie wiem, jak się wychowałeś i wyszedłeś na ludzi.

Harry milczy przez dłuższą chwilę.

— W rzeczywistości miałem niemałe problemy, ale w pewnym momencie ludzie otoczyli mnie opieką. Molly Weasley jest dla mnie niczym matka.

Draco kiwa głową, nawet nie marszcząc brwi na wspomnienie pani Weasley.

— Wychowywałeś się jednak u wuja i ciotki, co zapewne bardzo ci pomogło — mówi, wciąż unikając kontaktu wzrokowego i gryzmoląc.

Harry parska i wyrzuca z siebie mały, gniewny śmiech.

— Wiesz, że spałem w komórce pod schodami, prawda?

Malfoy szybko unosi wzrok, po czym niemal natychmiast znowu go spuszcza.

— Wszyscy zawsze starali się, żeby brzmiało to modnie.

Brunet potrząsa głową. Nie były to informacje, które trzymał w sekrecie, ale też nie rozpowiadał na prawo i lewo o swoim nieletnim życiu.

— Uwłaczające dzieciństwo jest zazwyczaj tłem dla złoczyńcy, nie bohatera.

— Nie miałem pojęcia — podsumowuje ze spokojem i ze zrozumieniem Draco, daleki od litowania się nad jego osobą. — Moi rodzice zawsze byli cudowni — dodaje, a Harry obserwuje blade palce mężczyzny, gdy ten szkicuje czarne geometryczne kształty. Nie dało się ich zidentyfikować. — Przynajmniej kiedy byłem młody. Nawet ojciec. — Wzdycha, poprawia czapkę, odsuwa się od lady i wkłada ręce do kieszeni. — Nie wiem, dlaczego ci się zwierzam.

Wzrusza ramionami.

— Chcę wiedzieć.

— Dlaczego? — naciska, zaciskając szczęki.

Harry znowu wzrusza ramionami, tym razem z poczuciem pewnej straty. Woli podtrzymywać pozory, ponieważ jeszcze nie doszedł do ładu i składu ze swoimi pragnieniami.

— Myślę, że po części dlatego, że nie obchodzi cię moja sympatia, bądź antypatia. Jesteś po prostu uczciwy.

— To popieprzone. — Draco obrzuca go twardym, stanowczym spojrzeniem.

— Tak, trochę. — Harry ma ochotę się zgarbić i położyć mu dłoń na plecach. — Spójrz na to z innej perspektywy. Większość ludzi nie powie mi prawdy, bo jestem bohaterem. Ty zawsze patrzyłeś na mnie inaczej — tłumaczy. — To miłe.

— Jesteś mile połechtany, bo nie jesteś moim ulubieńcem? — Chłopak opiera się o tylną ścianę.

— Mniej więcej. — odpowiada niepewnie. Zupełnie nie rozumie, dlaczego wciąż liczy na coś więcej.

— Cóż, w takim razie wielka szkoda. — mówi Draco, rzuciwszy mu wyzywające spojrzenie. — Bo tak się składa, że cię lubię.

— Lubisz? — pyta Harry, czując jakieś niezidentyfikowane drgania w brzuchu. To zdecydowanie nie były nerwy.

— Oczywiście, że tak, pieprzony idioto. Inaczej się po prostu nie da. To irytujące.

— Och. — duka. — Och.

— Jak zawsze nieprzytomny — drwi Draco, wracając do gryzmolenia.

— Nie jestem nieprzytomny — protestuje, chociaż wie, że często odpływa.

Ich koleżeńskie przekomarzanie się przerywa Belinda, która wychodzi z zaplecza z naprawionym telewizorem w rękach.

— Cześć, chłopcy. — Uśmiecha się, odstawiając sprzęt i wycierając ręce w tył spodni. — Wszystko w porządku?

Harry zastanawia się, ile właściwie słyszała i ile to miało dlań sensu. Wie, że Draco cenił sobie prywatność, więc nie mówił o sobie za wiele, niemniej jednak Belinda jest starszą kobietą, a siwizna zobowiązuje do nadprogramowej spostrzegawczości.

— Tylko rozmawiamy. — Malfoy wzdycha. — Czy mogę zrobić sobie małą przerwę?

— Oczywiście, kochanie — odpowiada z troską charakterystyczną dla wiedzy o śmierci bliskiej osoby.

— Dzięki. — Draco wychodzi zza lady i kieruje się ku drzwiom wyjściowym. Harry macha Belindzie na do widzenia, po czym maszeruje za blondynem, drżąc pod wpływem chłodnego, listopadowego wiatru. — Ciągle to pamiętam — zaczyna swą opowieść Draco, dmuchając ciepłym powietrzem w dłonie. Mruży oczy, widząc zachmurzone niebo, przez które ledwo przebija się światło. — Miałem pięć lat, gdy dostałem pierwszą miotłę. Latałem dookoła ogrodu, matka przycinała róże, a ojciec rzucał mi znicze. Może i wydaje się to dziwne, że matka zajmowała się ogrodnictwem, ale kochała ten różany ogród. Nigdy nie pozwoliła na pracę żadnemu ogrodnikowi — mówi, wydychając powietrze, przez co sprawia wrażenie ziejącego ogniem smoka. — W końcu udało mi się złapać znicza i przynieść go ojcu, który się zaśmiał i rzucił go ponownie. Matka klaskała i wiedziałem, że oboje są ze mnie bardzo zadowoleni.

Słowa wydają się Harry'emu niewystarczające, więc po prostu stawia na kontakt fizyczny i podchodzi bliżej. Ich ramiona się stykają. Ma nadzieję, że to wystarczy, aby przynieść przynajmniej chwilowe ukojenie. Z początku Draco się wzdryga, ewidentnie zaskoczeni, a potem się rozluźnia i opiera o zaoferowaną rękę.

— To naprawdę dziwne, gdy uświadamiasz sobie, że twoi rodzice są po prostu ludźmi — kontynuuje opowieść, chowając dłonie w rękawy swetra. — Jest mi cholernie ciężko sobie wyobrazić, co czułeś, gdy dowiedziałeś się, że twoi zrobili dla ciebie wszystko, co mogli.

— Nie wiedziałem nic o moich rodzicach, dopóki nie poszedłem do Hogwartu — mówi szczerze. Nie zadawanie pytań było kluczową zasadą w domu Dursleyów. — To było naprawdę dziwne. Szkoda, że ich nie poznałem.

— Jestem tego pewien — odpowiada Draco, opierając głowę na jego ramieniu. Harry robi dokładnie tak samo Hermionie, gdy wypije za dużo. — Moi rodzice byli naprawdę najlepszą częścią mojego dzieciństwa. Później niekoniecznie, ale tak się właśnie zaczęło — przerywa na moment, aby wziąć głębszy wdech. — To takie popieprzone.

— Wiem — przyznaje i naprawdę tak jest. W pełni rozumie wszystko, co zostało powiedziane. Naprawdę rozumie. Voldemort zniknął, ale wyrządzone przez niego blizny pozostały. W niektóre poranki niekontrolowanie drżą mu dłonie. Czasem ma nieodparte wrażenie, że czarnoksiężnik go w jakiś sposób śledzi, a on sam spada w otchłań.

Ciało Draco zaczyna się delikatnie trząść i Harry wie, że ten płacze lub powstrzymuje łzy. Obydwoje milczą. Ulicą spieszy zaledwie kilku przechodniów, ale ta chwila jest niesamowicie intymna. Nie chce jej w żaden sposób zniszczyć, dlatego też ani drgnie. Przez cienką tkaninę swetra czuje ciepło drugiego ramienia i ma nadzieję, że ten dotyk jest pocieszający.

Stoją na chłodzie. Malfoy opiera głowę, dopóki Harry nie zbiera się na odwagę, przeczesuje mu włosy i przyciąga bliżej. Z opóźnieniem zauważa, że właśnie się odsłonił i jako pierwszy nawiązał głębszy kontakt. Z ledwością tłumi przebiegający po kręgosłupie przyjemny dreszcz.

Draco nie protestuje — po prostu pozwala się tak trzymać, ot przechodzi właśnie rzadki moment słabości.

Kilka liści szeleści w rynsztoku, a mugolski świat nie zwraca uwagi na dwóch zagubionych dużych chłopców, którzy ściskają się mocno.


Następnym razem udaje, że to już przyzwyczajenie. Tym razem nie przynosi żadnego niemagicznego sprzętu do naprawy, ale zwodzi sam siebie, myśląc, że nie robi nic niewłaściwego. W sklepie gra ABBA, ale nigdzie nie widzi Draco. Warsztat jest jasno oświetlony i statyczny. Zatrzymuje się w części otwartej i poświęca chwilę na zastanowienie się, dlaczego właściwie się pofatygował. Tłumaczy się zwyczajnym zabijaniem czasu pozostałego do odwiedzin w Świętym Mungu. Oczywiście mógł wybrać kawiarnię i się trochę zrelaksować, ale wolał podskoczyć do warsztatu. Teraz jest już jednak za późno na taktyczny odwrót.

Zasłona szeleści i z zaplecza wychodzi Malfoy — dłonie zdobią mu plamy po smarze, zaś twarz szpecą worki pod oczami.

— Witam ponownie — mówi ze zmęczeniem. Nigdy wcześniej nie witał go takim tonem, przez co ma nadzieję, że nie zwiastuje to żadnej niespodziewanej śmierci.

— Nie wydajesz się zaskoczony. — zauważa. Ma nadzieję, że jednak jest tutaj mile widziany. Wcześniejszy komentarz Draco na temat odczuwanej sympatii wraca doń ze zdwojoną siłą.

— Nie jestem — przyznaje blondyn, opierając się o ladę.

Harry mruga i mimochodem zauważa, iż chłopak jest lekko wymiętoszony — włosy ma lekko potargane, a koszulkę miejscami pomarszczoną. Nie wyglądał tak mizernie, jak podczas ich szóstego roku, ale wciąż…

— Nadal nie wynalazłeś niczego do naprawy?

— Mam kilka minut wolnego i pomyślałem, że wpadnę się przywitać — mówi zgodnie z prawdą, aczkolwiek to wyjaśnienie nie jest wystarczająco przekonujące.

Draco najwyraźniej zaczyna się godzić z tą niedorzecznością.

— W porządku, cześć — odpowiada, obserwując gościa, jakby chciał przewidzieć jego następny ruch. Chociaż nie podoba mu się to uczucie, Harry ma wrażenie, że stoi na szachownicy.

— Nad czym pracujesz? — pyta, wskazując na rozmazany smar.

— Nagrywarki — wyjaśnia blondyn, a potem bierze głębszy oddech. Wie, że powinien powiedzieć coś więcej. — Taśmy urządzeń nagrywających wymagają więcej poślizgu niż wszystkie inne.

Wbrew sobie chichocze, za co jest rugany dosyć przygnębiającym spojrzeniem.

— To nie jest zabawne. — Draco sięga dłonią do włosów.

— Teraz masz nieco we włosach — zauważa łagodnie Harry i uśmiecha się, patrząc na blade, równie poplamione czoło.

— Nie mogę uwierzyć, że muszę tego wysłuchiwać. — Malfoy wydaje z siebie przeciągłe, pełne cierpienia westchnienie. — Mam zamiar wrócić do pracy, jeśli nie masz nic przeciwko. Chcę to skończyć, zanim wyjdę — mówi, wychodząc zza lady i kierując się na zaplecze. Zanim znika za zasłonką, patrzy przez ramię, o dziwo, jakby proszącym wzrokiem. — Jeśli chcesz, możesz mi potowarzyszyć.

Harry uśmiecha się szerzej. Belinda też jest z tyłu, łącząc jakieś przewody. Gdy wchodzi za zaplecze, delikatnie jej macha.

— Jest przekonana, że masz na mnie dobry wpływ — stwierdza Draco, podchodząc do poklejonego taśmą taboretka. — Nie mam zielonego pojęcia, skąd w ogóle ten niedorzeczny pomysł.

— Yhym, jak wyżej — odpowiada. Opiera się pośladkami o stół i po prostu patrzy, jak chłopak ogląda jakąś bliżej niezidentyfikowaną maszynę.

— Harry? — pyta Draco, nie podnosząc wzroku znad swojej pracy. — Czym się właściwie zajmujesz?

— Szczerze powiedziawszy, wszystkim po trochu — mówi, czując zalegające w żołądku poczucie winy. To samo pytanie zadaje sobie każdego dnia, odkąd zrezygnował z aurorskiej kariery. Większość czasu poświęca akcjom charytatywnym — prowadzi rozmowy w szkołach i pozwala chorym dzieciom myśleć, że jest bohaterem, ale to nigdy nie wystarcza. — Właściwie to dzisiaj odwiedzam szpital.

Draco wydaje z siebie dźwięk pomiędzy śmiechem a drwiną.

— Święty Potter zawsze na stanowisku. — Rzuca Harry'emy taksujące spojrzenie. — Dobrze dla ciebie.

— Nie wiem, co innego miałbym ze sobą zrobić — odpowiada zgodnie z prawdą. Spogląda na Belindę, która wciąż jest skupiona na przewodach; w tle słychać stukot metalu, który zagłusza prowadzoną rozmowę. — Nigdy nie byłem dobrym aurorem. Nie byłem przyzwyczajony do dokonywania własnych wyborów i to sprawiało, że czułem się bardzo niepewnie. Kiedyś to lubiłem, wiesz? Wszystko przypominało mi Voldemorta i śmierć. Nienawidziłem braku kontroli i możliwości przeciwdziałania przeznaczeniu.

Draco bez słowa doń podchodzi. Harry dopiero po chwili czuje, że jest trzymany za rękę. Chociaż to trochę irracjonalne, odnosi wrażenie, że chłopak jest przestraszony.

— Zawsze wydawało mi się, że wiesz, co robisz — mówi blondyn, a potem zabiera rękę i ponownie skupia się na odtwarzaczu.

— Wiele osób wybierało za mnie — odpowiada, głaszcząc grzbiet swojej dłoni i rozcierając na niej smar. — I szczerze mówiąc, miałem piekielnie dużo szczęścia.

— Oboje mieliśmy. — Malfoy kiwa głową. — To popieprzone, jeśli się nad tym zastanowimy.

— Jak nic. — Harry spogląda na zegarek, nagle zirytowany i uświadamia sobie, że ma zaledwie kilka minut, żeby dostać się do szpitala. — Muszę iść, nie znoszę być spóźniony.

— Rozumiem — mówi Draco, a następnie wyciera ręce w brudną szmatkę i zsuwa się z krzesła. Naprawiony sprzęt odkłada w zupełnie inne miejsce.

Nie pojmuje, dlaczego nagle czuje się niepewnie. Opuszczanie tego warsztatu (Draco) zawsze jest dla niego trudne.

— Myślisz, że może... — Chłopak zaciska usta i rzuca Harry’emu ostrożne spojrzenie. — Chciałbym ci potowarzyszyć.

— Dlaczego? — rzuca, czując potrzebę uderzania głową w mur za natychmiastowe niepowiedzenie „tak”. Mentalny kopniak musi mu wystarczyć.

— Pomyślałem, że będzie miło — odpowiada Draco z miną, jakby kłuło go serce.

— Och — duka, próbując ratować sytuację. — Możesz wyjść z pracy?

Malfoy wzrusza ramionami, po czym krytycznym wzrokiem ogarnia bałagan na zapleczu.

— Szczerze mówiąc, i tak jestem tutaj dłużej, niż powinienem. Belinda pozwala mi się tu kręcić nawet w dni wolne — odpowiada zgodnie z prawdą, po czym podchodzi do kobiety, pytając o zgodę, ot dla formalności. Belinda uśmiecha się szeroko i macha z entuzjazmem do Harry'ego, bardzo przypominając mu w tym momencie panią Weasley. Draco robi krok w tył i zgarnia pęk kluczy ze stołu. Następnie wkłada je do tylnej kieszeni. — W porządku, mogę wyjść wcześniej.

— Świetnie — podsumowuje, nagle przytłoczony absurdem całej sytuacji. W sklepie wszystko sprawia wrażenie nierealnego, ale przeniesienie tej znajomości do świata zewnętrznego oznacza, że ludzie naprawdę mogą zobaczyć ich razem. Wspólna wizyta w Świętym Mungu potwierdzi wszem wobec, że coś jest na rzeczy.

Gdy idą ulicą, Harry niezręcznie próbuje udawać, że wszystko jest jak najbardziej w porządku.

— Zwykle aportuję się stad — mówi, prowadząc mężczyznę do zaułka. Wiatr nie jest zimny, więc wyciąga ręce z kieszeni, oferując jedną czarodziejowi. — Złapiesz się?

Malfoy sztywno kiwa głową i wyciąga własną dłoń. Harry przyciąga go bliżej i aportuje ich w okolice szpitala. Lądowanie nie należało do najbardziej udanych, ponieważ się potykają. Ich ciała przylegają do siebie, co sprawia, że po kręgosłupie Harry'ego przebiega dreszcz. Draco jest ciepły i miękki, pachnie miętą i jakąś przyprawą, którą ciężko mu obecnie zidentyfikować. W momencie uderza weń intymny charakter sytuacji, w której się znaleźli.

Nie może sobie pozwolić na relaks, więc się odsuwa i prowadzi Draco do środka. Dopiero w drodze zdaje sobie sprawę, że w rzeczywistości nie wie, czy naprawdę może mu zaufać.

Spogląda na niego kątem oka i zaczyna się martwić. Chłopak mocno zaciąga na dłonie rękawy swetra, co sprawia dość podejrzane wrażenie oraz wydaje się przestraszony.

— W porządku? — szepcze, gdy kierują się w stronę recepcji.

Draco przytakuje, próbując zachować pozory. Udaje.

Pani recepcjonistka uśmiecha się szeroko, choć markotnieje, gdy zauważa, iż ma towarzystwo. Opamiętuje się jednak w ostatniej chwili i wraca do formalnych uprzejmości. W jej oczach widać przymus.

— Hej Harry, tęskniłam za tobą. Będziesz dzisiaj w niebieskim skrzydle — niepoprawnie rzucone uroki i takie tam rzeczy.

Kiwa głową, zapisując własne nazwisko w liście odwiedzających szpital.

— Przyprowadziłem ze sobą gościa. Czy to jakiś problem?

— Żaden — odpowiada kobieta, ale widać, że powstrzymuje się przed rzuceniem w stronę blondyna potępiającego spojrzenia.

— Wspaniale — odpowiada, zdając sobie sprawę, że wciąż jest zdezorientowany odbiorem Draco przez czarodziejskie społeczeństwo.

Obaj idą do wind.

— Ona wie, kim jestem. Zostałem z miejsca rozpoznany — podsumowuje chłopak, na pozór bardzo beztrosko, lecz Harry i tak wie, że to tylko farsa.

— Co z tego? — pyta z uporem, naciskając przycisk. Całym sercem nienawidzi faktu, iż po zakończeniu wojny wszyscy zaczęli zachowywać się inaczej, zupełnie jakby w ciągu kilku godzin lub dni stali się wszechwiedzący. Strasznie się denerwuje tym, że świat odbierany jest jako czarno—biały scenariusz, bez miejsca na jakiekolwiek formy szarości. Co gorsza, chociaż trochę już minęło, rzeczywistość wciąż wydaje się sensacją.

— Wiesz, o co mi chodzi. — Draco opiera się o ścianę. Jest teraz całkowicie nieosiągalny i Harry ma olbrzymią ochotę wrócić do fluorescencyjnego sanktuarium, w którym niemal wszystko ma sens.

— Cokolwiek — podsumowuje nieco ostrzej, niż zamierzał. Nie musiałem cię ze sobą zabierać, więc przestań się dąsać, myśli. Wychodząc z windy, zaciska mocno zęby i próbuje wykrzesać z siebie tyle radości, ile tylko jest w stanie. — Po prostu trzymaj się z dala od jakichkolwiek kłopotów, dobrze? — mówi w zamian.

Malfoy wydaje z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, ale nie protestuje. Harry go ignoruje i kieruje się ku pierwszym napotkanym drzwiom. Leżące na łóżku dziecko ma konewki zamiast obu ramion. Prawdę powiedziawszy, jest zaskoczony, bo nigdy wcześniej nie widział podobnego rodzaju hybrydy. Widząc gościa, dziewczynka się czerwieni i zakrywa nieśmiało kołdrą.

Większość dzieciaków reaguje właśnie w ten sposób — są przytłoczeni nagłą dawką podniecenia. Raczej nigdy nie przywyknie do takiego zachowania. Jest zwyczajnym facetem, więc jego istnienie nie powinno wywoływać w ludziach skrajnych emocji.

— Cześć — mówi, zatrzymując się na skraju łóżka. — Czy ja i mój przyjaciel możemy usiąść?

Mała kiwa głową.

— Jak masz na imię? — pyta, siadając ostrożnie na kocu. Spogląda na Draco i zauważa, że ten wciąż stoi w drzwiach z przekonaniem, że nie jest tutaj mile widziany. Aby dodać mu otuchy, klepie miejsce obok siebie, zaś blondyn kręci przecząco głową i uparcie stoi w progu.

— Delia. — Dziewczynka chichocze i przez moment wierci się na łóżku, próbując znaleźć sobie i konewkom wygodniejszą pozycję. — Twoja blizna już nie boli, prawda?

Harry mimowolnie sięga do czoła i dotyka pomarszczonej skóry. To całkiem standardowe pytanie. Lubi dzieci właśnie dlatego, że są bezpośrednie, a ich zainteresowanie szczere, całkowicie pozbawione fałszu. Maluchy nie ukrywają przed nim żadnych tajemnic, a tym bardziej nie chodzą wokół niego na paluszkach.

— Nie, już nie. Od wielu lat — odpowiada miękko.

— Odkąd pokonałeś Voldemorta! — mówi, rozszerzając oczy w wyrazie buntu, nie najczystszego przerażenia. Harry wie, że rodzice wszystkich dzieciaków wciąż zakazywały im wypowiadania pseudonimu czarnoksiężnika, ale teraz wiele straciło na swoim brzmieniu. Obecne maluchy nie żyją w trwodze przed widmem. To trochę przerażające, jak szybko bolesna pamięć może przestać dokuczać. Może to i lepiej…

— Tak, dokładnie — przyznaje z uśmiechem na twarzy. — Co porabiasz, Delio? Uzdrowicielki są w porządku?

— Tak, nawet okej — odpowiada ze smutkiem pacjentka. — Jeszcze nie wiedzą, jak odwrócić to zaklęcie. Mama twierdzi, że próbowały wszystkiego, co było w książce.

— Najwidoczniej potrzeba czasu — podsumowuje. — Moja przyjaciółka, Hermiona, raz zmieniła się w kota i musiała po prostu wytrwać, zanim wróciła do normalnego wyglądu.

— Hermiona Granger zamieniła się w kota? — Delia wytrzeszcza oczy.

— Owszem, poniekąd. Z początku była bardzo zażenowana, ale ostatecznie wszystko wróciło do normy — odpowiada z uśmiechem.

Dziewczynka wybucha głośnym śmiechem, a z okolic drzwi dobiega cichy hałas. Harry odwraca głowę i zauważa, że Draco jest całkowicie skupiony na Delii.

— Jak zmieniła się znowu w człowieka? — pyta malutka.

— Musiała po prostu poczekać. Byliśmy wtedy jeszcze w szkole. — Uśmiecha się zadziornie.

Mała jest podekscytowana, kiedy mówi, że też za niedługo pójdzie do Hogwartu. W pewnym momencie zaczyna drżeć z podekscytowania, a z jej konewek sączy się woda. To nie jest zbyt interesująca rozmowa, bardzo schematyczna i powtarzalna, ale świadomość, iż dla tych dzieci jest urozmaiceniem czasu wolnego i niezłym rozweselaczem, podnosi go na duchu i motywuje do dalszego działania. Kiedy tak beztrosko gawędzą, ma wrażenie, że robi coś naprawdę wielkiego.

To lepsze od bycia Szefem Biura Aurorów. Nikt mu nie wierzy, gdy przyznaje to na głos.

Następnie odwiedzają chłopca, którego ciało migocze oraz dziewczynkę w czymś na kształt zbroi. Draco jest milczący, ale przy niektórych dzieciach na jego twarzy pojawia się delikatny uśmiech. Gdy wychodzi z sali małej czarownicy, która przypominała wielką poduszkę, Harry zdaje sobie sprawę, że go zgubił.

Wzdycha ciężko i przeszukuje wzrokiem korytarz, próbując napotkać jakieś wskazówki. W pewnym momencie słyszy ściszone głosy dobiegające z jednego z pokojów. Nie ma pewności, czy właśnie odnalazł swą zgubę, ale postanawia zaryzykować.

Zagląda do środka, próbując być niezauważonym i od razu dostrzega charakterystyczne blond włosy. Malfoy siedzi na łóżku ciemnoskórej dziewczynki, z której skóry wystają pęki. Nie wchodzi dalej, zostaje przy drzwiach. Chce wyłapać strzępki ich rozmowy.

— Są naprawdę ładne. — Słyszy. — Lubię róże.

— Swędzą mnie — odpowiada z nieszczęśliwą miną mała. — I przeszkadzają spać.

— To naprawdę okropne. — podsumowuje Draco, a Harry jest zaskoczony wyłapanym w jego głosie współczuciem i szczerością. — Dostajesz na to eliksiry?

Brunet opiera się o ścianę i unika wzroku przechodzącej obok zaintrygowanej uzdrowicielki.

— Tak, ale działają tylko czasami — odpowiada dziewczynka ze smutnym wyrazem twarzy.

— Pachną jak prawdziwe kwiaty? — pyta Malfoy. Najprawdopodobniej próbuje odciągnąć jej uwagę od nieprzyjemnych myśli. Zdecydowanie jest w tym dobry.

— Yhym.

— Mogę? — pyta miękko, a ciemnoskóra wyraża zgodę. Draco pochyla głowę i przykłada jeden pączek róży z ręki czarownicy do nosa. Wygląda jak gentleman całujący dłoń damy. Harry nie może oderwać od niego wzroku. — Piękne. Nie musisz używać żadnych perfum.

— Mogę ci dać jedną, jak chcesz — mówi mała, ściągając kwiat z ręki, a blondyn z uśmiechem odbiera różę.

— Jak myślisz? Wygląda lepiej w moich włosach czy na kołnierzyku? — pyta z delikatnym, jakże uroczym uśmiechem, obracając ostrożnie łodyżkę w dłoni. Sprawia wrażenie zrelaksowanego, co odmładza go przynajmniej o kilka lat.

— Zdecydowanie we włosach — twierdzi dziewczynka, szczerząc zęby, podczas gdy Draco wkłada pączek za ucho. — Jeżeli chcesz, mogę zrobić ci kwiatową koronę.

— Kuszące, ale wtedy nie starczyłoby na twoją tiarę — odpowiada.

— To prawda — przyznaje mała czarownica, martwiąc się malutką stokrotką wyrastającą z nadgarstka. — Chociaż i tak mam ich dużo.

Malfoy uśmiecha się tajemniczo.

— Myślałaś o ususzeniu ich?

— Co? — Dziewczynka patrzy na niego szeroko otwartymi oczami. — Jakim ususzeniu? To znaczy zgnieceniu?

— Nie do końca. Jeśli umieścisz kwiaty pomiędzy dwoma stronami papieru, spłaszczą się i wyschną. Są wtedy bardzo ładne i zachowują cudowny zapach — wyjaśnia. — Można potem dołączać je na przykład do listów.

Mała się rozjaśnia.

— I można je tak po prostu zatrzymać? Nie będą więdły?

— Nie będą — przyznaje. — Moja przyjaciółka, Pansy, czasami wysyła mi takie właśnie listy. Czy wiesz, że kwiaty też mają swój własny język?

Dziewczynka kręci głową. Harry w międzyczasie zastanawia się, jakim cudem Draco zachowuje taki spokój. Zawsze był energiczną osobą, która wykorzystywała swoje zdolności raczej do zastraszania innych.

— To taki sekretny język, którego używali niegdyś wysoko urodzeni panowie i panie, żeby wysyłać sobie potajemne wiadomości. Pansy na okrągło wysyłała mi kamelie, które oznaczają szczęście — tłumaczy blondyn. — Teraz możesz odpisywać swoim przyjaciołom na listy, dodając do każdego kwiat.

— Możesz mi wyjaśnić znaczenie kwiatków, które rosną na mnie? — pyta rozradowana czarownica. Wyciąga dłonie z oczekiwaniem, a Draco chichocze. Harry jest zaskoczony naturalnością usłyszanego śmiechu.

— Żaden ze mnie ekspert. Nie znam wszystkich pęków i nie przyniosłem atlasu, ale przynajmniej spróbuję — mówi. — Stokrotki symbolizują czystość i niewinność. — Ręką sięga ku jej policzkowi, z którego wystaje biały kwiat wplatający się w ciemne włosy. — Biała koniczyna oznacza myślenie o kimś.

— Czy aby nie wymyślasz tego na bieżąco? — pyta oskarżycielsko pacjentka, na co blondyn zaprzecza głową.

— Jestem przekonany, że jeżeli ładnie poprosisz jedną z uzdrowicielek, a przyniosą ci całą księgę kwiatów. — Draco przerywa na moment. — Harry, przestań się czaić. Wiem, że tam jesteś.

Brunet niemal podskakuje i nieśmiało otwiera drzwi.

— Przepraszam. — Wzrusza ramionami. — Ja tylko, wiesz… słuchałem.

— Zdążyłem się przyzwyczaić do bycia przez ciebie podsłuchiwanym — odpowiada chytrze Malfoy. Wypowiedź zabarwiona jest nutą złośliwości i brzmi jak osobisty żart, który tylko oni mogą dzielić. — Claudio, znasz Harry'ego Pottera?

Dziewczynka przytakuje i spogląda na blondyna z ciekawością.

— Cześć, Harry. Mam na imię Claudia — mówi, sprawiając wrażenie mniej zdenerwowanej, niż inne dzieci. Wygląda na mniej więcej jedenaście lub dwanaście lat.

— Bardzo miło mi cię poznać. Rozmawiałaś z Draco? — pyta, podchodząc do łóżka, niepewny, czy może usiąść. Chłopak patrzy na niego z widocznym rozbawieniem.

— Tak, opowiadałam mu o moich kwiatach — odpowiada dziewczynka. — Czy też wysyłałeś listy z suszonymi kwiatami do Rona i Hermiony?

Harry potrząsa głową. Wciąż jest zaskoczony tym, że dzisiejsza młodzież dobrze zna imiona jego przyjaciół. Chyba nigdy się do tego nie przyzwyczai.

— Nie, chociaż wysyłali mi różne czarodziejskie rzeczy, gdy mieszkałem z wujostwem.

Stara się wyrzucić z głowy nieprzyjemne wspomnienia i uświadamia sobie, że to nie są publiczne szczegóły. Claudia zaczyna opowiadać o swojej sowie, a Harry zauważa, że Draco traktuje dziewczynkę bardzo łagodnie, zupełnie jakby odnosił się do młodszej siostry.

Gdy kończą swoją wizytę u małej, wchodzą jeszcze do każdego z pokojów w korytarzu. Odwiedzają wszystkie dzieci, co działa na Draco uspokajająco.

Rozmowę nawiązują, dopiero gdy wracają do recepcji.

— Myślę, że Claudia naprawdę cię polubiła — stwierdza Harry. Nie do końca wie, jak poruszyć temat, który wydaje mu się lekko drażliwy.

— Jest tutaj już od miesięcy — odpowiada Malfoy, wyglądając przez mijaną szybę. Na dworze jest szaro i pochmurnie. Listopad jest naprawdę wietrznym miesiącem, zaś blondyn ubrał się zdecydowanie zbyt lekko. — Magomedycy prowadzą testy, ale kwiaty tak bardzo wrosły w jej ciało, że praktycznie niemożliwe jest ich usunięcie. Kiedy podejmowane są próby, dziewczynka cierpi — przerywa na moment. — Uzdrowicielki po cichu szepczą, że wkrótce ją pochłoną.

— Och. — Nie wie, co powiedzieć. — To okropne.

— Niestety.

W milczeniu wsiadają do winy. Harry spogląda kątem oka na Malfoya i zauważa, że ten nie ma ani płaszcza, ani rękawiczek. Mimowolnie się zastanawia, czy Hermiona byłaby w stanie zrobić dla niego czapkę na drutach — taką samą, jaką zwykła dziergać dla skrzatów domowych. Potem uświadamia sobie, że Draco byłby tym jedynie rozbawiony i najprawdopodobniej nie przyjąłby prezentu.

— Czy Pansy naprawdę wysyłała ci kwiatowe listy? — pyta, wiedząc, że znów wtyka nos w nieswoje sprawy.

Malfoy kiwa głową.

— W czasie wojny komunikowaliśmy się właśnie w ten sposób. Matka myślała, że to forma zalotów. Potem była bardzo zaskoczona — przerywa na moment, wkładając dłonią do kieszeni. — Begonie (1) wciąż sprawiają, że robię się chory.

— Begonie? — pyta, ale nie otrzymuje większego wytłumaczenia. Musi zadowolić się następnym przytaknięciem.

Recepcjonistka jest znacznie milsza, gdy zapowiadają koniec wizyt. Harry dodatkowo zapewnia, że niedługo wróci. Kiedy wychodzą na zewnątrz, zachodzi w głowę, jak najrozsądniej będzie się pożegnać.

— Do zobaczenia w warsztacie — mówi nieśmiało, próbując wyglądać absolutnie nonszalancko. Skończył z niezapowiedzianymi wizytami z zepsutymi mugolskimi sprzętami.

W odpowiedzi otrzymuje kolejne skinięcie. Z jakiegoś powodu nie może oderwać wzroku od odsłoniętej szyi.

— Dzięki, że pozwoliłeś mi tutaj przyjść.

— Żaden problem — zapewnia naprędce. — Jesteś dobry w rozpogadzaniu innych.

Malfoy wzrusza ramionami.

— Miałem z tego jakąś praktykę.

— Jestem pewien — odpowiada. — W sumie dobrze było mieć cię obok — może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale wiele mi ułatwiłeś. We dwójkę zawsze jest raźniej. Naprawdę bardzo mi pomogłeś.

— Wiem, wiem. — Uśmiecha się delikatnie Draco, co zaś sprawia, że Harry musi zwalczyć przemożną potrzebę objęcia go i przytulenia. Wie, że wychodząc przed szereg, przekroczyłby niepisaną granicę.

— To cześć, Harry. — Chłopak się deportuje.

Wyszeptawszy ciche pożegnanie, znika z mętlikiem w głowie.


Kiedy Ron i Hermiona pojawiają się u progu jego domu z torbą pełną świątecznych pierdółek, Harry jest w trakcie sprzątania — tak przynajmniej brzmi oficjalna wersja. W rzeczywistości jednak ogląda mugolski program kulinarny w starym telewizorze i gnębi się myślą, że powinien robić porządki. Na jedno w sumie wychodzi.

— Kiedy ostatni raz myłeś naczynia? — pyta go Hermiona, stukając stopą o kuchenny kafelek i oceniając stos talerzy w okolicy zlewu.

— Dwa dni temu? Trzy? — odpowiada, niepewny, a kobieta się wzdryga.

— Straciłeś swe usprawiedliwienie, gdy kupiłeś zmywarkę — mówi oskarżycielskim tonem, odkładając torby na stół. — Zajmiesz się naczyniami, a ja ozdobami świątecznymi. Sprawimy, że to miejsce będzie świąteczne jak cholera.

Harry ma wielką ochotę się roześmiać, ale jest przekonany, iż nie odebrałaby tego zbyt uprzejmie. Z cichym westchnieniem posłusznie podchodzi więc do zlewu, podczas gdy przyjaciółka lewituje jedną z girland nad framugę drzwi, a drugą rzuca Ronowi.

— Wiecie, że jeszcze nie mam grudnia, prawda? — pyta.

— Nie mamy czasu na twój brak świątecznego ducha, Harry — mówi Ron, po czym wyciąga z papierowej torby czapkę Świętego Mikołaja. Sekundę później ma ją już na głowie.

— Grudzień już tuż, tuż — dodaje radośnie Hermiona, wyciągając śnieżny globus.

W życiu nie był bardziej zaskoczony, gdy przed pierwszymi samodzielnymi świętami przyjaciele wpadli do niego z wypchanymi po brzegi torbami. Mimo to docenił ich zapał i zaakceptował ten zwyczaj. Hermiona doskonale wiedziała, że nie zawracałby sobie głowy, żeby samemu bawić się w dekoracje. Miała też świadomość, że święta kojarzą mu się przede wszystkim z utraconą rodziną oraz krewnymi, którzy się nim nie interesowali.

Szoruje więc naczynia i odkłada je na suszarce. Wie, że będą tam stały przez przynajmniej następny dzień.

A to dopiero początek.

— Sprzątam w niedzielę. Jest sobota, więc teoretycznie jesteście tutaj w najgorszy możliwy dzień — twierdzi.

Hermiona przewraca oczami.

— Cóż, my bierzemy się za porządku wieczorami, tuż po przyjściu z pracy.

— To prawda. — Ron grzebie w torbie. Nauczony doświadczeniem, całą sprawę dekoratorską zostawia swojej dziewczynie. W zasadzie to całkiem mądre posunięcie. — Nasz dom wygrałby konkurs, gdyby taki organizowano. Świeci się niczym psu jajka.

— Och, odpieprzcie się wreszcie — odpowiada Harry, chory na myśl, że przyjaciele zachorowali na ciężką odmianę manii porządków. Chociaż Hermiona jest dopiero w piątym miesiącu ciąży, już zdążyli udekorować pokoik dla dziecka. Zdecydowali się na kolor żółty w połączeniu z jasnozielonym.

— Musisz po prostu trochę sam ogarnąć — mówi kobieta, podczas gdy on przeciera blaty. Jego mieszkanie zaczyna powoli zarastać brudem, ale najprawdopodobniej dlatego, że spędza w nim naprawdę niewiele czasu. Gdyby przebywał w swoim gnieździe częściej, z pewnością byłoby czystsze i bardziej uporządkowane. Z drugiej strony, w pojedynkę jest ciężko…

— Zaczynasz kolekcjonować radia? — Hermiona przesuwa dłonią po gałkach jednego ze sprzętów. — Wyglądają na naprawdę stare.

— Nie zamieniasz się w mojego ojca, prawda? — pyta Ron, wyściubiając głowę z sąsiedniego pokoju.

— Jeszcze nie — odpowiada. — Uważam, że są po prostu fajne.

Hermiona mruży oczy i Harry za wszelką cenę próbuje sprawiać wrażenie najniewinniejszego człowieka na ziemi. Aby zająć czymś ręce, bierze stos nazbieranych czasopism z kanapy i wyrzuca je do pojemnika przeznaczonego na makulaturę.

— Wyrzucę za ciebie śmieci, stary! — krzyczy z kuchni Ron. — Tylko dlatego, że jestem najwspanialszym przyjacielem pod słońcem i bardzo mi na tobie zależy.

Harry przewraca oczami, podczas gdy kumpel faktycznie wychodzi na dwór. Hermiona przystępuje do ataku, gdy tylko zamykają się drzwi.

— Te radia nie mają absolutnie nic wspólnego z Draconem Malfoyem, hm?

Już wie, że spokojne zaprzeczenie nie ma najmniejszego sensu, dlatego też bierze głęboki oddech. Sekundę później następny.

— Zapomniałam ci wspomnieć o jednej sprawie. Nie uwierzysz, kogo spotkałam w zeszłym tygodniu. — Dziewczyna wygląda wyjątkowo groźnie, chociaż aktualnie rozplątuje girlandę.

— Myślę, że raczej nie zgadnę — mruczy, wkładając do pojemnika kolejną partię makulatury.

— Pansy Parkinson — kontynuuje Hermiona, a serce Harry'ego prawie się zatrzymuje. — Mówiła, że śledziłeś Draco w miejscu jego pracy — w mugolskim warsztacie naprawczym — i że wczoraj gdzieś razem wyszliście mniej więcej wtedy, kiedy miałeś być w szpitalu — dodaje oskarżycielskim tonem, wbijając weń przenikliwe spojrzenie.

— Byłem w szpitalu — argumentuje. W międzyczasie wygładza gazety i robi wszystko inne, aby tylko nie skrzyżować z przyjaciółką wzroku. — Prawdę powiedziawszy, razem się tam wybraliśmy. Draco chciał mi potowarzyszyć.

Kobieta rzuca ozdoby, które aktualnie miała w ręku.

— Poszliście razem do szpitala? Tylko tyle?

Harry wzrusza ramionami.

— To było całkowicie niewinne. Nic strasznego. — Obawia się powiedzieć cokolwiek więcej, zwłaszcza że przyjaciółka już i tak wygląda, jakby była gotowa wydusić z niego życie tymi świecidełkami.

— Więc dlaczego Parkinson jest święcie przekonana, że próbujesz go skrzywdzić? — dopytuje Hermiona ze skrzyżowanymi ramionami. — Malfoy się z tobą bawi, Harry. To przez niego zawsze robiłeś największe głupstwa.

— Dlaczego bardziej wierzysz jej niż mi? — pyta, czując się winnym i zdziecinniałym. — Nie musisz się o nas martwić. Obaj nad sobą pracujemy.

— Nie naciskałam, gdy wyznałeś mi, że się spotkaliście. Myślałam wtedy, że masz to pod kontrolą — stwierdza bardzo powoli, opierając się o stół i bacznie go obserwując. Harry czuje, że mocno interweniuje w jego życie i ma ochotę jak najszybciej stąd uciec, chociaż to jego mieszkanie. — Pansy nie przyszłaby do mnie, gdyby nie miała naprawdę dobrego powodu. Właśnie przez to jestem taka zmartwiona.

— Też się martwię — odpowiada szczerze, ponieważ w rzeczywistości Malfoy cholernie go przeraża. Z drugiej strony, to właśnie strach stanowi dlań siłę napędową. — Wszystko jest inne. Draco naprawdę się zmienił. Wiesz, w szpitalu odwiedził pewną dziewczynkę z botaniczną dolegliwością i był dla niej po prostu cudowny — dała mu kwiatka, a on nosił go za uchem przez całą wizytę!

— Nie musisz go przede mną bronić. Najzwyczajniej w świecie nigdy nie myślałam, że to ja będę musiała ci przypomnieć, że Draco Malfoy nie jest pierwszym lepszym czarodziejem — stwierdza Hermiona.

Harry po cichu liczy, że do wieczora da dziewczynie satysfakcjonującą odpowiedź i że znajdzie odpowiednie słowa, aby zwierzyć się przyjacielowi. Z tyłu głowy ma świadomość, że musi również przekonać do siebie Pansy Parkinson, z którą najprawdopodobniej niedługo się zobaczy. Chciałby jej powiedzieć, że Draco jest dla niego ważny.

Nic się nie zmienia, kiedy Ron wraca z dworu. Atmosfera jest tylko trochę cięższa i nawet dowcipy niczego nie wskórają.

Mieszkanie nabiera ciepła, dopiero gdy przyjaciele wychodzą. Girlandy migoczą w słabym świetle, a Harry siada w swoim ulubionym fotelu i zaczyna rozmyślać o kwiatach i katastrofach.


Draco stoi na zewnątrz i obserwuje nieboskłon. Nie zauważa go, dopóki nie daje mu widocznego znaku swojej obecności. Wciąż nie ma rękawiczek, a czapka, którą założył na głowę, ledwo co zakrywa uszy.

Harry chrząka.

— No hej.

— Co robisz? — pyta, podążając za jego wzrokiem. Nie widzi jednak nic prócz zwyczajnego nieba.

— Szukam śniegu — mówi blondyn ze smutnym uśmiechem na twarzy. — W pogodzie mówili, że dziś spadnie, ale raczej się nie zapowiada.

Staje obok i wsadza dłoni do kieszeni kurtki. Chce się trochę ogrzać.

— Parkinson wczoraj spiskowała z Hermioną. Najwyraźniej obie bardzo się o nas martwią.

— Wszystkim, co robimy, gwoli ścisłości — odpowiada cierpko chłopak. W wyrazie dziecinnego buntu krzywi się i szura butem po chodniku. — Że też Pansy zebrała się w sobie i pomaszerowała do Granger…

— Przez dobrych kilka minut martwiłem się, że Hermiona popełni morderstwo — podsumowuje. — Chociaż nie wiem, czy chciała mnie udusić girlandą, czy wyściskać tak, aby uszło ze mnie życie.

— Tak czy inaczej, ani jedno, ani drugie nie byłoby wskazane. — Słyszy.

— Masz przerwę? — pyta i zagląda do jasno oświetlonego sklepu. Ledwie minęła szesnasta, a dwór spowija mrok. Zima zawsze sprawia, że wieczór nadchodzi jakby szybciej.

— Nie, mam wolne. — Draco milczy przez moment, a Harry, niczym zafascynowany, obserwuje parę wydobywającą się z jego ust. — Umówiłem się z przyjaciółką. Obiecała, że mnie odbierze spod warsztatu — urządziła jakieś show w mieszkaniu.

— To brzmi... — Milknie i potrząsa delikatnie głową. Wciąż nie przyzwyczaił się do tego, jak Malfoy szybko przyzwyczaił się do mugolskiego świata. Jest pod niemałym wrażeniem, bo, prawdę powiedziawszy, sam niejednokrotnie czuje się wyobcowany w obydwu miejscach. Draco jest teraz dobry w dosłownie wszystkim, w czym nie powinien być. To naprawdę zaskakujące, jak się potoczyło życie. — Cudownie, rzeczywiście uroczo.

Chłopak rzuca mu przelotne spojrzenie. Odwraca wzrok, kiedy uświadamia sobie, że również jest obserwowany.

— W istocie. — Znowu milknie. Patrzy na mijające ich samochody i kolorowe światła uliczne. — Masz coś dzisiaj do naprawienia?

— Nie — odpowiada zgodnie z prawdą, lekko niepewny. Z drugiej strony, jeśli Draco nie byłby zadowolony z wyniku ich małej gry, już dawno kazałby mu spieprzać.

— Rozumiem — mówi blondyn, po czym wzdryga się od podmuchu wiatru. Harry niemal oferuje mu swój szal; niemal, bo nie może sobie nawet wyobrazić, żeby to zadziałało. — Masz jakieś plany na dzisiejszy wieczór?

Spogląda na swoje stopy. Nie ma żadnych wielkich planów. Piątkowy wieczór w pełni należy do Rona i Hermiony, zaś Luna nie wróciła jeszcze ze swojej podróży służbowej. Neville z kolei ma całą masę pracy do ogarnięcia. Tak naprawdę, to dzisiejszego wieczoru będzie zdany sam na siebie.

— Prawdopodobnie będę robił makaron. Jedną porcję…

— Makaron jest w porządku — odpowiada Draco, a Harry nie może powstrzymać wkradającego się na twarz uśmiechu.

— Owszem, jest świetny — potwierdza, a chłopak odwzajemnia gest.

W pewnym momencie jeden z samochodów zwalnia i zatrzymuje się tuż przed nimi; praca silnika przypomina mały samolot. Szyba opada i głowę z auta wystawia dziewczyna o wyblakłych niebieskich włosach.

— Jesteś gotowy, skarbie? — pyta, patrząc na blondyna.

Ten uśmiecha się i odrywa od ściany. Zatrzymuje się, zrobiwszy krok naprzód i spogląda na Harry’ego.

— Czy myślisz... Jeśli nie masz innych planów, znaczy się oprócz przygotowania makaronu, to... możesz skoczyć ze mną na imprezę.

Harry jeszcze nigdy nie widział Draco tak zawstydzonego, chyba że w tej pamiętnej łazience na szóstym roku. Lekko przytłoczony nieprzyjemnymi wspomnieniami, rozpaczliwie kiwa głową.

— Cudownie — mówi Draco, biorąc głęboki wdech, by opanować swoje zdenerwowanie. Podchodzi do samochodu od strony pasażera i otwiera drzwi, zapraszając chłopaka ręką. — Ellen, to Harry. Nie będzie żadnego problemu, jeśli też wpadnie, prawda?

Brunet pakuje się na tylne siedzenie, poniekąd z obawą, że jeżeli mocniej zatrzaśnie drzwi, te po prostu zostaną mu w rękach. Auto skacze i wyje, ale nie staje w płomieniach, co uznaje za dobry znak.

— Miło cię poznać, Harry — wita się nieznajoma, rzucając mu ukradkowe spojrzenie we wstecznym lusterku. Chwilę później naciska pedał gazu i rusza w trasę. — Jestem Ellen.

— Cześć — mówi mało charyzmatycznie. Czuje, że odwaga już go opuściła. — Nawzajem.

— Jesteście najsmutniejszymi chłoptasiami, jakich kiedykolwiek poznałam — podsumowuje głośno i wyraźnie dziewczyna, puszczając głośniej radio. Melodia przypomina tę graną przez Spice Girls.

— Nie jestem smutny — stwierdza nieśmiało.

Draco parska.

— Według Ellen idealnie wpisuję się w kategorię smutnego chłoptasia. Twierdzi, że wszyscy mi podobni wyglądają na wychudzonych i noszą o rozmiar większe bluzy. Nie chodzi o emocje, a o styl bycia. — Unosi brew w kierunku kobiety, a ta uśmiecha się zarozumiale.

— Lubię bluzy — mówi ofensywnie Harry. Są miękkie i wygodne. To jeden z najwspanialszych wynalazków rąk ludzkich.

— Sam widzisz — jesteś smutnym chłoptasiem — podsumowuje z miną znawcy Ellen, a brunet wciąż nie wie, czy rzeczywiście tak jest, czy daje się po prostu wkręcać. Podejrzewa, że właśnie poznał tę charłaczą przyjaciółkę, o której trochę słyszał. Może najzwyczajniej w świecie nie wie, że pokonał Voldemorta i dlatego go tak bajerowała. Ma mieszane uczucia.

— Też nie do końca to rozumiem — mówi pomocnie blondyn. W półmroku sprawia wrażenie zrelaksowanego, a padające nań światło sprawia, że wydaje się również delikatniejszy. Jakby nie patrzeć, pasuje mu nocna aura.

Ellen zaczyna rozprawiać na temat swojego pierwszego występu w zespole, o ceramice, którą się interesuje i o piosenkach ludowych, których lubi od czasu do czasu słuchać. Wszystko to brzmi cudownie i jest szalenie dalekie od wszystkiego, co wyniósł od Dursleyów, od wojny, od życia celebryty i bohatera, a to z kolei sprawia, że czuje się, jakby był w nieodpowiednim miejscu. Wyrażenie „pokonał Czarnego Pana, a nie może…” jest teraz prawdziwe, jak nigdy przedtem.

Zanim wchodzą do mieszkania dziewczyny, zaniepokojony Harry opiera się delikatnie o ramię Draco. W środku jest pięknie i ciepło — ściany są pokryte dziełami sztuki, plakatami i lampkami bożonarodzeniowymi. Cały tłum ludzi z różnokolorowymi włosami całuje Malfoya w policzek i wita się z Harrym uściskiem ręki. To przytłaczające, ale cieszy się, że nikt się nie narzuca, prosi o autograf, czy wspólne zdjęcie. Szczerze mówiąc, to dziwaczne uczucie.

W międzyczasie zespół przygotowuje się do występu, sytuując się w malutkim pokoiku na wprost drzwi. Aby uspokoić nerwy, Harry niepewnie bierze łyk wina z kieliszka, który przed sekundą dostał. Blondyn siada obok niego i nie wydaje sobie zaprzątać głowy tym, że dotykają się udami.

— W porządku?

— To czarodzieje? — pyta cicho, zaciskając palce na nóżce szkliwa. Jest lekko zdezorientowany, bo w głosie chłopaka usłyszał albo zaniepokojoną, albo zirytowaną nutę.

— Ellen jest charłakiem — odpowiada łagodnie blondyn. — Obcujemy dziś wyłącznie z mugolami. — Bierze głęboki oddech. — Nie wiedzą, że jesteś bohaterem, a Ellen potrafi dochować tajemnicy.

— Super. — Niemal wzdycha z ulgi, a potem bierze kolejny łyczek trunku.

Draco patrzy na niego dziwnie, a sekundę później unosi brew.

— Nigdy nie lubiłeś być w centrum uwagi — szepcze, co nadaje tej rozmowie intymnego charakteru. Nie prosi towarzysza, aby przestał. — Ja wręcz przeciwnie. Zawsze umierałem w środku, kiedy wszyscy cię obskakiwali, a ty miałeś ich gdzieś, bo byłeś zbyt zajęty ratowaniem świata. — Zaciska usta. — Chciałem, żeby ludzie mnie lubili.

— Przykro mi — odpowiada niepewnie i na tym kończą niezręczny temat.

Jakaś wysoka, młoda dziewczyna bierze do ręki mikrofon i zaczyna przedstawiać po kolei członków zespołu, podskakując przy tym wesoło. Miło jest obserwować ich grę i napawać się ciepłotą drugiego ciała. W pokoju jest trochę duszno, ale po grudniowym chłodzie jest to całkiem przyjemne. Mimowolnie odpływa myślami. Zastanawia się, czy coś takiego mogłoby mieć miejsce w czarodziejskim świecie. Mieszkanie, które okupuje, zawsze wydawało mu się zbyt ciche. Gdyby miało więcej lokatorów, z pewnością by się ożywiło.

Zespół gra kilka chwytliwych kawałków z dużym udziałem gitar, po czym zarządza krótką przerwę. Każdy potrzebuje złapać oddechu.

Draco idzie po więcej wina i wraca ze szminką na policzku. Jest uśmiechnięty, choć sprawia wrażenie zmęczonego. Zanim Harry ma okazję skomentować rozmazany czerwonawy ślad, obok niego siada bliżej niezidentyfikowany brązowowłosy mężczyzna z bezczelnym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Wyglądem i zachowaniem przywodzi mu na myśl czasy dzieciństwa, kiedy był nękany i unikany przez rówieśników. Paradoksalnie, od faceta bije ciepło.

— Kogo właściwie dziś przyprowadziłeś, Draco? — pyta z zainteresowaniem, patrząc nań intensywnie niebieskimi oczami. Włosy ma postawione na żel.

Malfoy prostuje plecy i się uśmiecha. To zachowanie podpowiada Harry’emu w głowie, że są ze sobą bliżej, aniżeli początkowo sądził. Musi stłumić narastającą zazdrość. Sprawę zwala na zżerające go nerwy.

— To Harry. Poznaliśmy się w szkole.

— Och, genialnie! — Facet uśmiecha się jeszcze szerzej i wyciąga doń rękę. Brunet wyśmiewa absurdalną wesołość w jego głosie. — Założę się, że przeżyliście ze sobą wiele niezwykłych przygód.

— Och, to zawsze — odpowiada, szczerząc się ze świadomością, że tylko Malfoy zrozumie ukryty w tej wypowiedzi podtekst.

Nieznajomy jest zadowolony.

— Jestem Jay. Miło cię poznać. — Mugol pochyla się naprzód, jakby chciał zdradzić jakiś straszliwy sekret. — Draco szerokim łukiem omija temat szkoły, a mnie ciekawi, czy dużo się od tamtego czasu zmienił. Adriene uważa, że był jeszcze bardziej szykowny niż teraz. Ja w to jednak nie wierzę.

Harry wzrusza ramionami, próbując udawać, że wcale nie chodzili do magicznej szkoły i nie uczyli się żadnej magii. Albo, że zachowywali się jak przyjaciele.

— Głównie się uczyliśmy.

Draco zachichotał pod nosem.

— Obaj jesteście nudni — komentuje Jay. — Uprawiałeś jakiś sport? Masz całkiem nieźle wyrzeźbione ciało.

— Owszem — odpowiada szczerze, po czym uświadamia sobie, że powinien milczeć na temat quidditcha, dokładnie w momencie, kiedy zostaje szturchnięty. — W piłkę nożną, ale nie byłem jakoś szczególnie dobry — kłamie, próbując sobie przypomnieć, jak grał w piłkę, gdy był mały.

Jay kiwa entuzjastycznie głową.

— Oglądałeś tegoroczne League? Chelsea zatrzymała medal. Czad!

— Harry jest z Ameryki i mówi o piłce amerykańskiej — mówi Draco, zanim Harry zdążył otworzyć w ogóle usta, za co został kopnięty delikatnie pod stołem. Kompletnie nic nie wie o futbolu amerykańskim.

— Nie poznałbym nawet po akcencie. Chyba nawet go u ciebie nie słychać — kontynuuje mugol. — Nalać ci więcej wina? Jeżeli jesteś zainteresowany, mógłbym cię troszkę podszkolić w dziedzinie naszej piłki nożnej.

W jego tonie głosu Harry wyczuwa coś dziwnego i zaczyna niepewnie potrząsać głową. Chce odmówić, cokolwiek jest mu proponowane.

Malfoy cicho wzdycha.

— On nie gra w twojej drużynie, Jay — mówi, biorąc łyk wina, zaś Harry gwałtownie czerwienieje.

Jay zaczyna się tłumaczyć, momentalnie prostując plecy.

— Och, wybacz, stary. Myślałem, że może… — Wykonuje niewyraźny gest rękami. Wygląda na zdezorientowanego i przez dłuższą chwilę wodzi za nimi spojrzeniem. — Draco nic nie mówił, że… Nieważne!

— W porządku, nie przejmuj się tym — odpowiada Harry z zawstydzającą świadomością, że jego twarz nadal jest czerwona. Mimo nerwów i zażenowania zgrywa fajnego. Już wcześniej kokietowali go mężczyźni, ale nigdy się nimi nie przejmował. Zazwyczaj byli to zafiksowani fani, ale tym razem sprawa miała się inaczej — szczery, pozbawiony niecnych pobudek, poważny niebieskooki koleś chciał z nim pogadać przy winie. I to nie z powodu sławy. Nigdy, co prawda, nie brał pod uwagę opcji umawiania się z innym facetem, zwłaszcza że ciotka Petunia wypowiadała się o homoseksualistach równie nieprzychylnie, co o magii. — Myślisz, że go uraziłem? — szepcze, gdy tylko Jay wycofuje się do kuchni.

Draco chichocze.

— Jesteś najbardziej nieświadomą osobą, jaką w życiu spotkałem — odpowiada, ewidentnie rozbawiony. — Skomplementował twoje ciało, a ty zacząłeś mu gadać o piłce nożnej.

— Nieprawda, powiedział coś zgoła innego! Stwierdził, że wyglądam na sportowca — protestuje, czując się odrobinę niedorzecznie. Malfoy wciąż był aż nazbyt ucieszony, a Harry naprawdę nie wie, jak go uspokoić. — Nie zauważyłem tajnego kodu?

Draco śmieje się jeszcze głośniej. Ciekawe, czy zamierza się bardziej upić, czy tylko udaje.

— Można tak powiedzieć. Przy takiej ilości ludzi, którzy chcą cię zaciągnąć do łóżka, powinieneś być bardziej uświadomiony.

— To coś innego. — argumentuje. — Ludzie lecą na mnie z powodu mojej sławy. I zazwyczaj tylko się drą. Nie są, nie wiem, mili i w ogóle. Ci ludzi są zupełnie inni.

Chłopak zastyga w bezruchu z kieliszkiem w dłoni. Mruga kilkukrotnie.

— Harry?

— Hmm? — burczy, biorąc łyk wina i żałując, że Malfoy nie zawsze wygląda, jakby znał odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania.

— Nie byłeś nim zainteresowany, prawda?

Nie wie, co odpowiedzieć, więc milczy. Naprawdę nie ma pojęcia, jak zareagować. Jakimś niewyobrażalnym cudem utknął w kłamstwie.

— O, Boże. — Draco bierze głęboki oddech. — Więcej wina.

— Nie byłem! — zaprzecza w okamgnieniu, ale chłopak tylko macha nań ręką i maszeruje do kuchni. Harry siedzi przez moment w ciszy, po czym wstaje i idzie porozmawiać o bluzach z grupką stojących niedaleko dziewcząt.

Grzecznie się przedstawia, a potem dołącza do rozmowy. Z radością wspomina cudowne, bożonarodzeniowe swetry pani Weasley. Jedna z kobiet przynosi mu butelkę wina, więc zdejmuje okulary, mimo że tak właściwie to nie planował się upijać.

— Zeszłej zimy dostałam w prezencie taki czarny rozpinany sweterek i muszę przyznać, że jest to najcieplejsza rzecz, jaką w ogóle posiadam. Sięga mi aż do kostek — twierdzi jedna z panien.

— Kilka lat temu dostałam taki z kosmicznym nadrukiem. Chłopięcy rozmiar XL, więc na pewno na mnie jeszcze pasuje — dodaje druga.

Harry nagle zauważa, że zazdrość bierze go we władanie. Każdy, kto przyszedł na imprezę, jest zwyczajnie kochany, a co najważniejsze, nikt nie zadaje mu pytań. Zgubił gdzieś Draco, ale nie ma nic przeciwko, bo czuje się tu mile widziany.

Ktoś chwyta za mikrofon i woła następny zespół. Na prowizoryczną scenę wychodzą trzy nieznajome dziewczyny. Dwie z nich mają w rękach gitarę, a trzecia staje przy keyboardzie.

— Chodź, chodź. — Jakaś nieznajoma różowowłosa dziewczyna ciągnie go do pobliskiego stolika. — Mam na imię Emma.

— Cześć — mówi, próbując nie potknąć się o własne stopy. — Jestem Harry. Draco mnie tutaj przytaszczył.

Dziewczyna unosi brwi, ale wydaje się szczęśliwa. Wygląda, jakby była pod dużym wrażeniem.

— Och, cudownie!

Zastanawia się, czy przypadkiem mu czegoś nie sugerowano, ale nie ma sił na poprawianie błędnych założeń, zwłaszcza że po drugiej stronie dosiada się Malfoy.

— Co tam pijesz? — pyta, zaś chłopak robi diablo niewinną minę.

— Różne rzeczy — mówi, biorąc łyk wina. — Widzę, że poznałeś Emmę. — Macha jej ręką. — Cześć.

Dziewczyna chichocze i odmachuje, a Harry próbuje zorientować się w sytuacji. Draco jest zaróżowiony, zupełnie jakby był nieco zawstydzony. Włosy ma w nieładzie, jakby przed kilkoma sekundami ktoś przeczesywał mu włosy. Uśmiecha się delikatnie, a ten wyraz twarzy jest całkiem znajomy.

— Rozmawialiśmy o swetrach — mówi wreszcie, kiedy zespół porządkuje miejsce występu.

Draco rzuca szybkie spojrzenie Emmie. Dziewczyna jest bardzo rozkojarzona, więc korzysta z okazji.

— Mugolskie ubrania są świetne. Nadzwyczaj wygodne. Pieprzone szaty. Pieprzone dziwaczne kapelusze.

— Tak właśnie myślałem — mówi, wskazując dłonią na bluzę, którą chłopak miał na sobie; w kolorze ślizgońskiej zieleni, naturalnie, ale zdecydowanie w niemagicznym stylu.

— Staram się dopasować do świata, w którym żyję — odpowiada poważnie Malfoy. — W szatach nie mógłbym wyjść normalnie na ulicę. Zdecydowanie nie pasują.

Harry nie daje rady stłumić chichotu.

— W pełni się z tym zgadzam.

— Możemy wprowadzić szaty do mugolskiej mody — stwierdza nagle. — Jest taka jedna, całkiem modna grupa. Jestem pewien, że potrafiłbym to przeforsować, gdybym się postarał…

— Słyszałam ostatnio coś o powrocie do mody peleryn — wtrąca się Emma. — Możliwe, że przez odrodzenie się Glam Rocku (2).

— Właściwie to mogę być geniuszem. — Szczerzy się Draco.

Zespół w końcu zaczyna grać. Grupa nazywa się Tin Girl Machine. Ich piosenki przypominają o lecie.

Draco w milczeniu siedzi obok Harry’ego, wystukując stopą rytm. Emma opiera głowę na ramieniu blondyna, przez co sprawiają wrażenie prawdziwych przyjaciół.

Po występie i kolejnych wypitych kieliszkach, goście powoli się rozchodzą. Draco słania się na nogach i całuje w policzek każdego, kto się napatoczy. Brunet obserwuje go pijącego bez najmniejszego umiaru i jest mu dobrze. Nie próbuje dotrzymać chłopakowi kroku.

Wszystko jest takie dziwne. Jakby łączyła ich przyjaźń, ale jednocześnie dzieliła linia, na której balansują raz w jedną, raz w drugą stronę.

W pewnym momencie Malfoy mówi Ellen, że jest najcudowniejszą istotą na świecie. Dziewczyna się śmieje, a potem pochyla do Harry’ego.

— Upewnisz się, że Draco wróci do domu?

Kiwa głową, chociaż tak właściwie to został tu przyprowadzony i nie jest odpowiedzialny za nietrzeźwość kolegi — przynajmniej dopóki chłopak będzie w stanie się aportować.

— Jasne, złapię taksówkę.

— Nie chcę, żebyś wpakował go samego do samochodu i pozwolił, aby odjechał. Wolałabym, żebyście się nie rozdzielali. — Uśmiecha się krzywo Ellen. — Zacznę powoli wywalać ludzi. Muszę wstać rano do pracy.

— Powodzenia. — Harry odwraca się do Malfoya, który opiera dłonie na ramionach jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego, lekko oszołomionego nieznajomego. — Gotowy do drogi, Draco?

— Nie jest jeszcze tak późno. Możemy trochę posiedzieć. — Blondyn skupia się teraz na nim.

— Ellen ma jutro pracę — odpowiada. Gdy obejmuje go ramieniem, ten mruczy z aprobatą. — Też powinienem się zbierać. Jem jutro brunch z Ronem.

Malfoy wywraca oczami.

— Nudziarze.

— Wcale nie — mówi, pozwalając blondynowi wygodniej się oprzeć. Bez większego trudu schodzą po schodach na parter, a potem maszerują pustym chodnikiem. Na zewnątrz jest chłodno, ale Draco jest zbyt wstawiony, żeby przejmować się chłodem. Harry z kolei lekko drży.

— Jest ci zimno? — Uśmiecha się promiennie chłopak. Musi odwrócić wzrok, bo intensywność tego gestu niemal zwala go z nóg. Alkohol sprawia, że Malfoy staje się słodki i odważny, a Harry naprawdę bardzo chce go dotknąć, choć nie do końca jest pewien dlaczego.

— Troszkę — odpowiada. Chwilę później robi się cieplej, ponieważ bardziej się do siebie przybliżają. Idą objęci, aż docierają do ruchliwego rogu ulicy, gdzie jaskrawe (przede wszystkim różowe i pomarańczowe) światła rzucają cienie na ich ręce i twarze.

Gdy Harry wzywa taksówkę, uświadamia sobie, że tak właściwie to nie zna adresu Malfoya.

— Gdzie mieszkasz?

— Czemu pytasz?

To oczywiste, że chłopak utrudni mu pracę tak bardzo, jak to tylko możliwe.

— Chcę cię odprowadzić do domu — mówi, gwoli wytłumaczenia, opierając się chęci głębokiego westchnienia i rzucając nerwowe spojrzenie taksówkarzowi, który już wydaje się zirytowany.

— Nie będziesz siedział w moim mieszkaniu. To totalny chlew.

— Nie będę u ciebie nocował, idioto — odpowiada i rzuca przelotne spojrzenie na biegnący licznik auta. — W porządku, nieważne. W takim razie pojedziemy do mnie. Jak będziesz jutro wkurzony, nie zrzucisz na nikogo winy.

Draco milczy, a Harry podaje taksówkarzowi swój adres. Ma niejasne podejrzenie, że jego towarzysz jest bardzo zadowolony z obrotu sytuacji, chociaż próbuje tego nie okazywać. W drodze go obserwuje. Nie może oderwać wzroku od platynowych włosów, mieniących się kolorami mijanych świateł ulicznych. W pewnym momencie dostrzega na twarzy chłopaka delikatny rumieniec.

— Wszystko dobrze? — pyta, kiedy osunął się na siedzeniu.

— Jestem po prostu zmęczony. — Blondyn się wierci, ponieważ chce bardziej naciągnąć na siebie o rozmiar za dużą bluzę. Wygląda przy tym naprawdę uroczo. Całkiem prawdopodobne, że to wina nieuniesionego w aroganckim geście podbródka. — Jakim cudem jesteś trzeźwy?

— Kontrolowałem ilość alkoholu — mówi zgodnie z prawdą. Jest całkowicie bezradny, ponieważ czuje, że nie może udzielić mu reprymendy za puszczenie hamulców w piątkowy wieczór.

— Powinieneś był się ze mną upić — odpowiada Draco, wciąż uważnie na niego patrząc. — Mogło się skończyć bajecznie.

— Możliwe, że skończyłoby się na wyzwaniu na pojedynek. — Prawdę powiedziawszy, nie jest przekonany, czy to do końca prawda. Między nimi nie ma już nawet grama wrogości, aczkolwiek dziwacznie jest przyznać, że powoli zaczęli się zaprzyjaźniać.

— Nie. Może. Założę się, że nadal mógłbym cię doprowadzić do szału, gdybym tylko chciał.

— Najprawdopodobniej — przyznaje, nie mogąc sobie teraz jednak wyobrazić podobnego scenariusza. Nie ma pojęcia, co musiałby powiedzieć Draco, żeby ponownie przywołać ich starą wzajemną niechęć.

— Chcesz, żebym spróbował? — Malfoy wygląda niczym drapieżnik patrzący na potencjalną ofiarę, bardzo ślizgońsko. W wyzywającym geście unosi wysoko brwi, uśmiechając się przy tym przebiegle.

— Nie, raczej nie — odpowiada szybko, a mężczyzna wybucha śmiechem.

— Przestraszony, Potter?

— Tak.

Draco patrzy na niego przez moment bardzo uważnie.

— I prawidłowo.

Harry decyduje się zachować milczenie. Zwalcza ogromną ochotę, żeby zadzwonić do Hermiony i wyznać, iż znów miała rację i siedział w tym po pas. W momencie wracają doń słowa Parkinson odnośnie opiekowania się pijanym Draconem, dlatego też postanawia, że osobiście dopilnuje, aby nie pocałował przypadkiem kogoś, kogo zdecydowanie nie powinien.

Draco również się nie odzywa, wyglądając przez szybę samochodu. Harry finalnie płaci taksówkarzowi i pomaga chłopakowi dostać się do swojego mieszkania. Jest skupiony na zadaniu, dlatego też trzyma mu rękę na plecach przez całą podróż. Gdzieś w środku zdaje sobie sprawę, że to wsparcie jest zbędne.

— Miłe gniazdko — komplementuje Draco, gdy tylko przekraczają próg. Harry włącza światło i nastawia czajnik. — Mogę też prosić o filiżankę?

Nieco nieprzytomnie bierze dwa kubki w rękę i jest odrobinę zaskoczony faktem, że Malfoy wskoczył na blat stołu i grzecznie go wysnuł prośbę. Z drugiej zaś strony, nie zapytał się, czy może zająć miejsce.

— Czy Pansy nie mówiła przypadkiem, że nie pijesz? — pyta, grzebiąc w pudełku z herbatami.

— Nie. Ograniczam alkohol. Czasem po prostu miło jest trochę wypić ze znajomymi i nie myśleć o wszystkim, co nieprzyjemne.

— Codziennie skupiasz się na tym, co przykre? — pyta, wpatrując się w płomienie pod czajnikiem.

— Oczywiście. Staram się, jak tylko mogę. Chcę być lepszym człowiekiem — odpowiada natychmiast Malfoy i krzyżuje nogi, patrząc przez okno. — Unikam robienia złych rzeczy — dodaje, a Harry się zagapia. Nie może znaleźć odpowiednich słów. — Nie w żaden dziwny sposób. Wiem, że ludzie się mnie boją; że widzą we mnie potwora.

— Nie jesteś potworem — mówi, mając nadzieję, że mężczyzna na niego zerknie. Oczywiście, wszystko idzie niezgodnie z planem, ponieważ ten bawi się dłońmi, w pełni skupiony na rozmowie.

— Niekoniecznie tak wielkim — precyzuje blondyn. — Decyzje zostały podjęte — niektóre przeze mnie, niektóre przez innych.

— Przestań — prosi stanowczo Harry, kręcąc głową. Naprawdę wolałby zakończyć tę rozmowę. — Jesteś pijany.

Draco opiera się na rękach.

— Alkohol nie fałszuje prawdy.

— Zachowywałeś się cudownie, gdy pierwszy raz wszedłem do warsztatu — kontynuuje, przypominając sobie, jak potoczyła się ich rozmowa. Malfoy wyglądał wówczas, jakby bał się nadszarpnąć wytworzone naprędce porozumienie. Sprawiał wrażenie nigdy niezłamanego, nigdy niepokonanego. Harry wraca wspomnieniami do rozmowy z Pansy Parkinson przed sklepem. Powiedział jej wówczas, że wystarczająco dużo dla niego zrobiła. Szczerze mówiąc, nie minęło dużo czasu, zanim sam się mocno nie zaangażował.

— Uratowałeś mnie i moją matkę od odsiadywania wyroku w Azkabanie. — argumentuje prymitywnie Draco. — Nie mogłem po prostu wystawić cię przed drzwi.

— Czy to właśnie dlatego jesteś dla mnie miły? — pyta z narastającą paniką, chociaż w głębi serca wie, że plecie głupoty, a ich nowo zaczęta znajomość jest czymś znacznie więcej — a przynajmniej taką ma nadzieję. Ta straszna myśl wwierca mu się w głowę, a chłód bierze we władanie nawet kości. Przebiegający po kręgosłupie nieprzyjemny dreszcz tylko potęguje strach, który czuje.

— Harry. Choć raz postaraj się nie być kompletnym idiotą.

Wciąż przestraszony, odnosi wrażenie, że jest transparentny.

W oczach chłopaka dostrzega dziwny, ciężki do zidentyfikowania błysk. Malfoy wyciąga ku niemu rękę i przekrzywia głowę. Waha się kilka sekund, po czym chwyta oferowaną dłoń i pozwala się przyciągnąć bliżej. Stojąc tak blisko, czuje zapach drugiego mężczyzny — wodę kolońską zabarwioną winem — przez co kręci mu się w głowie.

Ma ochotę zapytać, co właściwie wyczyniają, ale szybko zapomina o tym pomyśle. Draco kładzie mu dłoń na ramieniu i przysuwa się jeszcze bliżej. Żeby zmniejszyć dystans do praktycznie minimum, rozkłada szerzej nogi, a Harry sytuuje się między nimi.

— Niepotrzebnie się martwisz. — Chłopak pochyla się naprzód. Stykają się teraz czołami, a Harry chłonie ten dotyk całym sobą. Malfoy przez chwilę patrzy na niego nieodgadnionym wzrokiem, znajdując się w centrum jego wszechświata.

— Wiem — odpowiada, mocniej ściskając zaoferowaną wcześniej dłoń. Drugą, ot dla zachowania równowagi, zacisnął na blacie stołu.

Zamyka oczy i pozwala sobie na relaks. Wtem czuje delikatny dotyk na karku, a potem zostaje przyciągnięty do pocałunku. Draco smakuje winem, a jego wargi są cudownie miękkie. Harry sapie, uzmysłowiwszy sobie, że może raz, lub kilka razy, fantazjował o podobnej sytuacji. W trakcie otwiera na moment oczy i zastanawia się, czy mają podobne odczucia.

Cisza panująca w mieszkaniu jest przerywana wyłącznie ich westchnięciami i cichymi cmoknięciami. Nie sposób dłużej udawać. Obaj wiedzą, że to, na co się zdobyli, całkowicie zmieni ich relację. Malfoy wzmacnia uścisk, jakby bojąc się, że zaraz mu uczenie, co tylko potęguje poczucie bezpieczeństwa.

Zastanawia się również, czy wróci do zmysłów, Draco będzie udawał, iż nie pamięta, że zainicjował pieszczoty. Harry jest w miarę trzeźwy, więc przymyka powieki i czeka na następny krok.

Wtem gwiżdże czajnik i to oznacza powrót do rzeczywistości. Chce się cofnąć, cały czerwony i zażenowany, ale nie otrzymuje pozwolenia, bowiem Malfoy ponownie wzmacnia uścisk i przyciąga go do siebie. Usta ma na wpółotwarte, zaś dłonie lekko wilgotne.

Jest piękny, cudownie piękny. Od tygodni o nim myślał, ale dopiero teraz to przyznaje. Draco się nie odzywa, nawet słowem, i po prostu nań patrzy. Chociaż sprawiał wrażenie zmęczonego i przestraszonego, w szarych oczach było coś zwycięskiego — jakby dostał to, czego od dawna pragnął.

Scenie towarzyszy gwizd czajnika, a Harry stoi na straconej pozycji.

— Myślę... — chrząka, próbując wrócić do rzeczywistości. — Myślę, że się w tobie podkochuję.

— Idź po czajnik. — Uśmiecha się łagodnie Malfoy.

Harry robi to i niemal natychmiast tęskni za ciepłem drugiego ciała. Wciąż otumaniony, wyłącza palnik i zalewa wodą dwa kubki. Jeden podaje Draco i razem obserwują lodówkę, czekając, aż herbata się ochłodzi.

Jest spokojny, aczkolwiek gdzieś w środku wie, że to nie potrwa długo. Zaciągnął się i poczuł bliżej niezidentyfikowany zapach. Azalie? (3) Może to goździki? (4) Nie jest pewien, więc stara się skupić na płytkach podłogowych.

Świadomość, że pocałował Draco i świat się nie zawalił, jest bardzo pokrzepiająca.

Chwilę później Malfoy schodzi ze stołu. Obaj milczą, a ich kubki są puste. Wreszcie chłopak wkłada filiżankę do zlewu i w pieszczotliwym geście przesuwa dłonią po ramieniu Harry’ego, a następnie wychodzi z kuchni bez słowa wytłumaczenia. Atmosfera jest „domowa”, co działa nań niczym balsam na serce.

Umywszy naczynia, rusza na poszukiwania Draco. Znajduje go w sypialni, zwiniętego w kłębek na łóżku, ledwo co zakrytego kołdrą. To interesujące, że naprawdę postanowił spać w ubraniu. Brunet uśmiechnął się pod nosem, ściągnął tylko buty i położył kolano na pościeli, chcąc położyć się obok. Ostatecznie rozsądek bierze górę nad uczuciami i kładzie się spać na kanapie w salonie. Naturalnie, po drodze kradnie narzutę.

Leżąc na sofie, głęboko żałuje, że zrezygnował z cieplutkiego towarzystwa. Gdyby postąpił inaczej, mógłby przysunąć się bliżej, objąć chłopaka w pasie i zanurzyć twarz w jego miękkich włosach.

Łóżko należało dziś do wstawionego Draco, więc wkrótce zasypia.

Mimo wszystko czuje się samotny.


Gdy się budzi, widzi przed sobą Rona.

— Miło cię widzieć, słoneczko.

Unosi szybko głowę, uświadamiając sobie, że przez ostatnią noc kompletnie zapomniał o nastawieniu alarmu.

— Jak się tutaj dostałeś?

— Miałeś otwarte drzwi — odpowiada przyjaciel, zaś Harry wzdryga się na myśl, że Draco najprawdopodobniej wciąż okupuje jego łóżko. Jeszcze nigdy nie był tak blisko ujawnienia wszystkich swoich tajemnic ostatnich kilku tygodni. Najgorsze, że Ron o niczym nie wie.

— Która godzina? — pyta niskim głosem. W głębi duszy ma wielką nadzieję, że chłopak wyszedł wczesnym rankiem i są tutaj teraz tylko we dwoje. Jeżeli jego prośby zostały wysłuchane, wszystko będzie w porządku.

— Dziesiąta trzydzieści. Czas na brunch — odpowiada Ron, zdecydowanie zbyt głośno.

— Dobra, poczekaj w kuchni. Tylko się ubiorę — mówi, zrzucając koce i zbierając ubrania leżące na podłodze. Do swojego pokoju wchodzi już tylko w bokserkach. Przyjaciel patrzy za nim ponurym wzrokiem.

W sypialni jest spokojnie i słonecznie, a Draco śpi w najlepsze. W nocy zarzucił na siebie jedną z jego koszul oraz przykrył się cienkim prześcieradłem, aż po klatkę piersiową. Włosy ma potargane, ale to tylko dodaje mu uroku. Wygląda naprawdę pięknie, kiedy śpi, przez co Harry dochodzi do wniosku, że nie powinien go budzić. Ma cichą nadzieję, że chłopak albo zapomni o wczorajszych pocałunkach, albo przejdzie nad nimi do porządku dziennego. Sam wciąż przeżywa to, co się wydarzyło.

Siada na skraju łóżka i przeczesuje dłonią zmięte włosy.

— Obudź się, Draco. Chociaż na minutkę.

Draco leży bez ruchu, więc go szturcha. W końcu mężczyzna otwiera oczy.

— Co? — mruczy.

Harry potrząsa nim mocniej i cofa rękę, obawiając się ciepłoty tego ciała.

— Ron się wprosił. Muszę wyjść z mieszkania, więc musisz być cicho. Siedź w ukryciu, dopóki nie usłyszysz zamykanych drzwi.

— Och. — Malfoy trochę się odsuwa, przewraca na boczek i mocniej naciąga na siebie kołdrę.

Brunet bierze głęboki uspokajający oddech. Jest trochę sfrustrowany.

— Dlaczego masz moją koszulę? — szepcze.

— Obudziłem się w nocy i zwymiotowałem. Musiałem się przebrać. — Słyszy w zamian i dochodzi do wniosku, że chłopak jest zirytowany. — Nie zostawiłeś mi nawet szklanki wody.

Harry mruga, zaskoczony.

— To ty zasnąłeś w moim łóżku, dziękuję ci bardzo — mruczy w odpowiedzi.

— Zawsze mogłeś mnie obudzić — odpowiada Draco, rzucając mu rozgniewane spojrzenie. — I tak lepiej wyglądam w tej koszuli.

— Jesteś o wiele trudniejszy w obyciu, gdy jesteś trzeźwy. Niemal o tym zapomniałem — podsumowuje Harry, po czym wstaje, aby się ubrać. Odmawia nawiązania kontaktu wzrokowego i ewidentnie nie jest w tych odczuciach osamotniony. Nagle do jego uszu dochodzą kroki Rona, więc szybko próbuje się wcisnąć w zbyt obcisłe spodnie i znaleźć czystą koszulę razem z dwoma pasującymi do siebie skarpetkami.

— Baw się dobrze na nieudanej, małej randce — mówi chłodno blondyn i sięga ręką w dół, żeby przykryć się dodatkowym kocem.

— Spokojnie, w pełni zamierzam — odpowiada z taką samą ilością jadu, zamykając za sobą drzwi z niepotrzebną siłą. Trzask rozchodzi się echem.

Ron unosi brwi, ale nie przestaje wiązać butów.

— Kiedy zacząłeś rozmawiać sam ze sobą?

— Najwidoczniej dzisiaj rano. — odpowiada z grymasem. — Przepraszam, zasnąłem na kanapie. Jestem nieco zrzędliwy.

— No widzę właśnie. — Szczerzy się zawadiacko przyjaciel. — Zjemy dziś jajecznicę. To cudo koi wszystkie nerwy.

Harry uśmiecha się ze smutkiem i wychodzi na chłodny dwór. Szybko wyrzuca z głowy poranną sprzeczkę.


Brunch okazuje się rozkoszny, a hipoteza Rona prawdziwa.

Harry wybiera się na zakupy i próbuje odłożyć wszystkie myśli na bok; potem wraca do swojego mieszkania. Ma wielką nadzieję, że już wstał i postanowił wyjść, bo rozmowa po kłótni byłaby bardzo niezręczna. Nie ma mowy, żeby wciąż leżał w łóżku.

Biodrem otwiera drzwi i rzuca zakupy na podłogę. Potrzebuje chwili, żeby odsapnąć, a dobiegający z salonu dźwięk włączonego telewizora rejestruje, dopiero kiedy sięga ręką po karton mleka.

— Halo? — woła, chowając mleko do lodówki. Zagląda do pokoju obok i zauważa, że Draco siedzi na kanapie z kubkiem herbaty w dłoniach, oglądając „Antyki Roadshow”. Wygrzebawszy się z łóżka, wciągnął na nogi spodnie Harry’ego, ledwo zakrywające mu kostki.

Chłopak upił łyka i spojrzał nań z widoczną dezaprobatą.

— Coś długo zajął ci powrót.

— Myślałem, że sobie pójdziesz — odpowiada i uświadamia sobie, że zabrzmiał po prostu okropnie. Jak widać, matka natura zupełnie poskąpiła mu wyczucia.

— Jak na kogoś, kto bardzo chciał znaleźć się w moich łaskach, teraz za bardzo naciskasz, abym sobie poszedł. — Draco robi cholernie niezadowoloną minę i odwraca głowę w kierunku telewizora. Znów jest skupiony na aukcji. Na ekranie pokazany jest dywan. — Zbyt przeceniony. We dworze mieliśmy taki jeden w salonie i kupiliśmy go za połowę tej ceny. — Wydaje się bojowniczo nastawiony i gdyby zerwał się na równe nogi, Harry pomyślałby, że pragnie mu przywalić.

Wzdycha tylko głośno.

— Naruszasz moje zapasy herbaty?

— Cóż, nie przyniosłem swoich liści, prawda? — Chłopak jest burkliwy, ale Harry nie zamierza się znów kłócić. Zamiast słownie się przepychać, również siada na kanapie. — Dobrze się bawiłeś na brunchu?

Zdecydowanie jest obiektem żartów, ale postanawia to przemilczeć.

— Jajecznica rządzi — odpowiada grzecznie, wybierając takie tłumaczenie. W międzyczasie na ekranie jakaś starsza kobieta opowiadała o starej rodzinnej pamiątce, która wyglądem przypominała stos szkaradnych talerzy.

— Pięć do sześciu tysięcy funtów — mówi Draco, po czym skupia się na brunecie. — To akurat prawda.

— Oglądałeś ten program cały ranek? — pyta, czując, że to jedna z najdziwaczniejszych rzeczy, jaka kiedykolwiek mu się przytrafiła.

— Owszem. Masz coś przeciwko? — oburkuje blondyn, a następnie przyciąga kolana pod brodę i wciska się plecami w oparcie kanapy.

— Nie. Potrzebujesz koca? — pyta i wstaje w kierunku szafy, bo w ramach odpowiedzi otrzymał zaledwie oszczędne wzruszenie ramionami.

Gdy siada, okrywa ich razem ciepłą narzutką, choć akceptację takowego stanu rzeczy widzi tylko w spokojnej twarzy Malfoya. Tylko to pokazuje, że jest akceptowany.

Talerze zostają wycenione na cztery tysiące, a Draco marszczy brwi. Mimo to wciąż był bliżej z sumą, niż Harry by obstawiał. Kiedy dobrze zgaduje jeszcze trzy przedmioty, stara się nań nie gapić.

W końcu, gdy przychodzi czas na reklamę, postanawia zaryzykować.

— Jesteś na mnie zły?

Draco zaciska wargi i prycha.

— Cóż, nie byłeś dla mnie wcześniej zbyt miły, prawda?

— Ron był w kuchni, co miałem niby zrobić? — pyta z irytacją, aczkolwiek gdzieś w środku czuje się winny, że tak na niego naskoczył. Uważa też, że zdecydowanie miało wiele wspólnego ze wspomnieniem cudownych pocałunków — po prostu odreagował. Kiedyś będą musieli poruszyć ten temat, ale może przy innej okazji, bo teraz jest przerażony na samą myśl. Wprost mu powiedział, że się w nim podkochuje, zupełnie jakby był pierwszakiem w Dzień Świętego Walentego. Głupota, ale prawdziwa.

— Wstydzisz się mnie? — szepcze Draco z markotną miną.

— Chciałeś rozmawiać z Ronem Weasleyem w samych bokserkach i mojej koszuli? — odparowuje, czując ciepło rozchodzące się po twarzy. Oboje doskonale wiedzą, jak mogłaby się skończyć taka rozmowa.

— Nieszczególnie — przyznaje niechętnie chłopak. — Myślałem tylko, że po wczorajszych igraszkach będziesz miał trochę taktu i nie zapomnisz o odrobinie uprzejmości.

— Nie wiem, jakich dokładnie manier ode mnie wymagasz, Panie Doskonały — mówi z wyrzutem, po czym zdaje sobie sprawę, że reklama się skończyła i na ekran wracają „Antyki Roadshow”. Czemu właściwie Draco to ogląda? Dlaczego tańczy do melodii ABBY, gdy nikt nie patrzy? Dlaczego? — Gwoli ścisłości, ty zrobiłeś pierwszy krok!

— Tylko dlatego, że wyraźnie tego chciałeś — Na bladych policzkach formuje się bladoróżowy rumieniec.

— Och, proszę cię — odpowiada, szarpiąc nieco koc, chcąc być nieco małostkowym. — Wmawiaj to sobie.

— I dlatego, że praktycznie wyznałeś mi miłość — dodaje Draco, rzucając mu dłuższe spojrzenie.

Harry gwałtownie się czerwieni. Gorączkowo szuka wymówki — czegokolwiek, byleby tylko się wyłgać. Niestety, nadaremnie, bowiem natychmiast zostaje przejrzany.

— Byłem pijany.

— Ledwo co.

— Liczy się.

— Jasne, oczywiście. — Draco krzyżuje ręce, patrząc uważnie na telewizor. — Trzysta funtów.

Kilka minut później, omawiany koc jest wyceniany na dziesięć tysięcy i blondyn milknie.

— Nie wiem, czemu tak powiedziałem. — Harry odzyskuje zdolność mówienia. — Jakoś samo wyszło — dodaje, zaś Malfoy wyraźnie się spina i zdecydowanie zbyt długo zaciska usta. To niepokojące.

— Czyli po prostu ci się wyrwało. Nie żywisz do mnie głębszych uczuć — podsumowuje napiętym głosem.

— Ciężko stwierdzić — tłumaczy nieporadnie. — Sam nie wiem. Chyba wczoraj zgadywałem — duka, mając język z ołowiu. Wyznana na głos prawda sprawia, że wszystko staje się rzeczywiste oraz rodzi nowe problemy, z którymi należy przejść do porządku dziennego. To jest coś, z czym nie potrafił sobie poradzić.

— A co myślisz teraz? — Draco nawet nie drgnie. Wygląda, jakby bał się ruszyć, ale jednocześnie czuł ulgę, że wreszcie poruszyli wrażliwy temat.

— Nie wiem — odpowiada zgodnie z prawdą. — Szczerze mówiąc, nie lubię facetów.

Malfoy wzdycha, przeczesuje włosy i patrzy na telewizję, udając, że poświęca jej teraz uwagę.

— W porządku, rozumiem.

— Może po prostu chodzi wyłącznie o ciebie — kontynuuje, a potem się wzdryga. — Naprawdę nie wiem. Chyba tylko ty mnie interesujesz. Ciężka sprawa…

— Podczas gdy ja próbuję wierzyć, że mam nadzwyczajną moc mogącą zamienić hetero w homo, ty brzmisz, jakbyś szukał wymówek — podsumowuje ściszonym głosem chłopak.

Harry czuje się absurdalnie i ma wrażenie, że zaraz wybuchnie płaczem. Jak dotąd, nigdy nie zastanawiał się nad własną orientacją seksualną. Biseksualizm okazuje się mieć więcej sensu, aniżeli wcześniej zakładał.

— Naprawdę nie wiem, co czuję — wyznaje.

Draco potrząsa głową.

— Chciałbym, żebyśmy nie musieli prowadzić tej głupiej rozmowy.

— Przepraszam — odpowiada.

— Żałuję, że cię pocałowałem — kontynuuje Malfoy, tym razem bardziej do siebie, niż do niego. Niewidzialna ręka ściska Harry’ego za serce, ale podtrzymuje pozory i udaje, że wszystko w porządku.— Nie będę żadnym eksperymentem. Nie pisałem się na podobne gówno.

— Nie byłbyś eksperymentem — odpowiada natychmiast, tylko w połowie rozumiejąc, co proponuje. Właśnie głośno i wyraźnie zaznaczył, że potraktowałby go poważnie.

Sam sobie zaprzecza.

Draco przez chwilę rozważa opcje, a potem, przyjąwszy wyzywającą postawę, powoli odwraca się do Harry’ego. Kłębiące się weń uczucia nie znikają, a mocniej wwiercają się w głowę. Ma ogromną ochotę położyć na tym facecie ręce, ale wie, że powinno to mieć zdecydowanie mniej sensu.

— Wolałbym nie zostać zraniony — mówi ostrożnie blondyn, wyglądając, jakby na siłę wyrzucał z siebie te słowa. — Nie jestem zainteresowanym pragnieniem cię bardziej niż ty mnie. Nie wpakuję się dobrowolnie w bagno.

— Draco... — zaczyna Harry, ale nie ma szansy dokończyć zdania.

— Co dokładnie do mnie czujesz? — Malfoy sprawia wrażenie chłodnego, ale tylko dlatego, że przywdziewa nieprzystępną postawę niczym zbroję. Jest obecnie bardzo podatny na zranienia, dlatego Harry musi działać ostrożnie. Jeżeli teraz się nie określi i zdefiniuje swoich uczuć, już nigdy nie będzie miał szansy. Draco darzy go uczuciem, przez co mimowolnie się zastanawia, od jak dawna. Nie ma zielonego pojęcia, jakim cudem to wcześniej przeoczył.

— Naprawdę ciężko stwierdzić. — Stawia na szczerość, chociaż dobrze wie, że to nieszczególnie zadowalająca odpowiedź. Jest równie przerażony, jak przy pierwszej rozmowie z Cho. Przez chwilę się gnębił, że może w ogóle nie powinien pakować się w żadne związki, skoro ma ochotę wydłubać sobie oczy na myśl o jawnej deklaracji uczuć, ale potem odrzucił ten pomysł. Wciąż mocno zestresowany, bierze głęboki oddech. Właśnie wtedy uświadamia sobie, że nadal siedzą we dwójkę na salonowej kanapie i jeszcze nie został przeklęty. To całkiem dobry znak. — Chodzi mi o to, że… — urywa i przeciera powieki, gdyż przed oczami latają mu czarne plamki. Marzy o rychłym znalezieniu odpowiednich słów. Gdy krzyżuje spojrzenie z chłopakiem, który mu się podoba, wstrzymuje na sekundę oddech i zauważa, że usta ma wyschnięte na wiór. Właśnie wtedy doznaje olśnienia. — Czuję się przy tobie bezpiecznie. Wzajemnie się rozumiemy i znamy się lepiej, niż ktokolwiek sądzi. Mam wrażenie, że jesteśmy ze sobą związani. Nie wiem, czy w romantyczny sposób, czy po prostu pragnę, abyś był obok, ale cholernie podoba mi się to uczucie. — Wzdycha, zdeterminowany. — To miałem na myśli, gdy powiedziałem, że się w tobie podkochuję. Może to głupie, ale nie umiem tego inaczej wytłumaczyć.

— Nie musisz zmuszać się do kontaktu fizycznego, jeżeli widzisz w nim coś dziwnego — mówi powoli Draco. — Nie wymagam od ciebie podobnego poświęcenia, ale chcę po prostu… – Kaszle, co brzmi bardzo nienaturalnie. — Też chcę bliskości — dokańcza. — Kiedy nawrzeszczałeś na mnie z rana, byłem bliski wyjścia z mieszkania, ale potem zrozumiałem, że nie zamierzam tak wszystkiego kończyć. — Potrząsnął głową. — Tu jest tak spokojnie. To miejsce jest przesiąknięte twoją obecnością. Czuję się tutaj naprawdę dobrze.

— Możesz tutaj zostać tak długo, jak tylko zechcesz — zapewnia naprędce, nerwowo skubiąc krawędź narzutki. Nie potrafi sobie poradzić z nerwami, więc daje palcom zajęcie. Jest też boleśnie świadomy, że jego policzki są czerwone.

Malfoy powoli kiwa głową, ledwo podnosząc wzrok. Harry odwraca się ku telewizorowi, na którego ekranie prezenter przedstawia stary, grawerowany stół.

— Osiem tysięcy — zgaduje.

— Trzy tysiące — odpowiada Draco kilka sekund później.

Kiedy stół zostaje wyceniony na cztery tysiące, blondyn uśmiecha się zwycięsko, a Harry nabiera przekonania, że musi się w tym podszkolić, bowiem praktyka czyni mistrza. W milczeniu oglądają telewizję przez parę minut, po czym chłopak przysuwa się bliżej i opiera o zaoferowane ramię. Harry poprawia się na kanapie i obejmuje go ramieniem; niedługo potem obaj się rozluźniają. Napięcie, które wisiało nad nimi od samego rana, znika w okamgnieniu, pozostawiając po sobie potrzebę bliskości.

Gdy popołudnie staje się wieczorem, wciąż są spleceni w uścisku.


Draco idzie do pracy w jednej z koszul Harry'ego i w spodniach, które miał wcześniej na sobie. Jego włosy pachną szamponem.

Hermiona jest obecnie zajęta, ale Luna jest w domu. Spotykają się w kawiarni, ot po staremu.

— Cudownie cię widzieć, Harry. — Zostaje pocałowany w policzek i mocno uściskami. Od dziewczyny czuć specyficzny zapach mieszanki ziołowej i ciepło. Na nosie ma kilka piegów. — Co się stało?

Harry mruży oczy i zastanawia się, ile przyjaciółka już wie. Zawsze brylowała wśród informacji. Jak dotąd, nigdy nie widział w tym nic niepokojącego.

— Tak szczerze, to trochę głupie.

Luna kręci głową, a jeden farbowany czerwonawy kosmyk włosów wysuwa się z jej koka i opada na delikatną twarz.

— Z łatwością mogę powiedzieć, że coś się dzieje. Twoja aura jest dzisiaj nadzwyczajnie zabawna.

Harry spuszcza wzrok i znajduje sobie zajęcie w obserwowaniu podłogi. Ma wrażenie, że zaraz spłynie na niego jakieś różnokolorowe światełko, ale nic takiego nie następuje. O dziwo, wcale nie jest zaskoczony.

— Tak, ostatnio w ogóle było dziwnie — mruczy. Zadzwonił do Luny wcześniej, żeby ponarzekać jej na swoje życie, ale rozmowa przez telefon, a na żywo, to dwie różne sprawy. Zwierzanie się z problemów sercowych w kawiarni sprawia, że słowa brzmią irracjonalnie i śmiesznie. Wychodzi wówczas na zagubionego nastolatka.

— To prawda. — Przyjaciółka ze stoickim spokojem odrywa kawałek pączka. Ucho zdobi jej jeden marchewkowy kolczyk. Inne warzywne ozdoby błyszczą w świetle. — Ostatnia aktywność słoneczna jest niebywała. Zwiastuje duże zmiany w normatywnym zachowaniu społeczeństwa.

— Widzę w tym sens — odpowiada, nawet jeśli daleko mu do naukowca. Oczywiście, to nie znaczy, że Luna się myliła.

— Swego czasu badałam wpływ energii społecznej na czarodziejskie społeczeństwo. Istnieje wyraźne powiązanie pomiędzy pojawianiem się zorzy polarnej a najróżniejszymi zmianami. To niesłychanie interesujące — kontynuuje z zapałem dziewczyna, brzmiąc nieco autorytarnie. Harry jest dumny z jej zaangażowania w absurdy.

— To naprawdę niesamowite, Luno — stwierdza, a ona uśmiecha się w zamian, zupełnie jakby już wszystko wiedziała. Chwilę później zaczyna mu się zwierzać, że nie sposób dowieść tego odkrycia bez głębszego zbadania przyczynowości zjawiska. Musi się również przyjrzeć różnorakim uwarunkowaniom zewnętrznym. Słuchając jej argumentacji, chłopak dochodzi do wniosku, że ma genialną przyjaciółkę. — W porządku, teraz powiedz mi o sobie — prosi krukonka, zakończywszy swój wywód. Siada wygodniej na krześle i spogląda w przelocie na ostatni kawałek pączka. — Twoja wiadomość wyglądała na pilną.

Harry marszczy brwi i przeczesuje nerwowo włosy, robiąc w nich jeszcze większy bałagan.

— Zaangażowałem się w pewną relację. To istna katastrofa.

Luna wybucha śmiechem i przymyka na moment powieki.

— Nie jestem pewna, czy z tobą może być w ogóle inaczej.

— Hej, nie mam aż takich złych osiągnięć na koncie — protestuje słabo, chociaż wie, że to z góry przegrany spór.

— Och, kochanie, proszę. — Uśmiecha się w znajomy sposób dziewczyna, a potem potrząsa nieznacznie głową. — Komu przypadł ten nieszczęsny zaszczyt?

— No właśnie, to właśnie składowa tej katastrofy. — odpowiada Harry, a potem szybko się poprawia. — Ogromna składowa, mówiąc szczerze.

— Rozumiem. W takim razie najlepiej będzie, jeżeli najpierw przybliżysz mi więcej szczegółów, a dopiero potem zdradzisz tożsamość swej miłości.

Ulga, której doświadcza brunet, jest wręcz niewyobrażalna. To żenujące.

— Naprawdę ciężko to wszystko ogarnąć, ale spotkaliśmy się przez zupełny przypadek. Z jakiegoś powodu nie mogłem się powstrzymać przed kontynuowaniem tej znajomości — zaczyna. Wie, że plącze się w zeznaniach i jest bardzo tajemniczy, ale wyznanie prawdy sprawia, że jest mu lżej na sercu. — Z początku nie widziałem w tym nic więcej, a potem oboje się upiliśmy i zostałem pocałowany. Chwilę później wyskoczyłem ze swoimi uczuciami. — Wierci się niespokojnie, przekopując pamięć w poszukiwaniu jednego konkretnego wspomnienia. — Jestem przekonany, że powiedziałem „Myślę, że się w tobie podkochuję”.

Luna patrzy nań, pełna empatii i zrozumienia. Mimo to wciąż czuje się niepewnie. Nie wie, jak zareaguje, gdy pozna tożsamość owego tajemniczego kochanka.

— Czy twoje uczucie jest odwzajemnione?

— Owszem, a przynajmniej strach i poczucie sprzeczności — burczy, a potem odchrząkuje. — Wybacz. Sądzę, że jest odwzajemnione. Trochę o tym rozmawialiśmy.

— Cóż, to najważniejsze. Komunikacja jest podstawą każdego związku. Może właśnie dlatego wcześniej borykałeś się z problemami.

— Dziękuję ci, Luno. Zawsze doceniam twoją szczerość — odpowiada sarkastycznie Harry. Teraz jest po prostu zirytowany.

— Jestem tego pewna. — Uśmiecha się łagodnie dziewczyna. — Myślę też, że częścią tej „katastrofy” jest fakt, że zainteresowałeś się kimś, na kogo wcześniej nie zwróciłeś podobnej uwagi.

W przypływie paniki Harry przełyka niepogryziony kąsek pączka. Nieruchomieje na całe dwadzieścia sekund, zanim uświadamia sobie, że wcale się nie dusi, a więc będzie żył.

— Dlaczego ujęłaś to w ten sposób?

— Zaimki są neutralne w stosunku dla obu płci — tłumaczy tonem znawcy kobieta. — Od samego początku rozmowy dbałeś, aby unikać tych skonkretyzowanych. Ani razu nie użyłeś słowa „ona” albo „on”.

— Och — duka ze świadomością, że jest niewiarygodnie czerwony. Zmaścił, zanim jeszcze zaczął. Chcąc zatuszować swą pomyłkę, ponownie sięga po pączka. — No właśnie, to część problemu.

— O kim rozmawiamy? — Uśmiecha się Luna, sprawiając wrażenie bardzo z siebie zadowolonej.

— Nie możesz mnie wyśmiać — mówi zawczasu z twardym postanowieniem, że jeśli coś pójdzie nie tak, resztę pozostałych mu lat spędzi w lesie, gdzie w pełni odda się pustelnictwu. Niby posiada kempingowe doświadczenie, więc najprawdopodobniej sobie poradzi.

— Spokojnie, nie zamierzam. Wiem, że temat seksualności jest trudny — odpowiada poważnym tonem dziewczyna, a Harry wraca wspomnieniami do momentu, w którym po raz pierwszy powiedziała mu, że nie szuka romantycznie zaangażowanego partnera. Sekundę później dodała, że raczej nie zamierza go szukać.

— Nie chodzi tylko o płeć — odpowiada, ponieważ sympatia do mężczyzny najprawdopodobniej nie byłaby końcem świata, ale Draco jest kimś więcej, niż zwyczajnym facetem. — Znasz go.

Kobieta podskakuje na krześle i opiera podbródek na dłoni.

— Zagrajmy w dwadzieścia pytań, tak maksymalnie. Będzie łatwiej.

— Okej — przyznaje, bo jest święcie przekonany, że nie zdołałby teraz zdradzić imienia swojego chłopaka. Wbrew powszechnemu przekonaniu nie jest idiotą. Wie, że wreszcie spotka kogoś, kto będzie miał problem z tym związkiem.

— Czy chodził z nami do szkoły? — zaczyna Luna, obserwując go niczym sokół.

— Owszem — odpowiada, zaniepokojony tak szybkim zawężeniem pola manewru.

Kobieta powoli kiwa głową, przetwarzając zebraną informację. Harry wie, że nigdy nie była doceniana z powodu swojej niezaprzeczalnej inteligencji, a jawnie lekceważona przez wzgląd na barwność i pozorną lekkoduszność.

— Czy został przydzielony do Gryffindoru?

— Nie.

— Och, oczywiście.

— Czuję się idiotycznie. Naprawdę nie pojmuję, jakim cudem się spiknęliśmy — mamrocze pod nosem Harry, ukrywając twarz w dłoniach. — To kompletna katastrofa. Jesteśmy skazani na porażkę.

— Myślę, że jesteście dla siebie idealni — pociesza go Luna. — Lew i Bliźnięta to bardzo interesująca kombinacja. Jesteście bardzo dobrze zbalansowani.

— Wierzę ci na słowo — mówi, szczerze zdezorientowany brakiem przewidywanej eksplozji. — Myślałem, że będziesz próbowała odwieść mnie od tego pomysłu, albo przekonywać, że dokonuję złego wyboru.

Luna kręci głową, wyglądając na zamyśloną.

— Kiedy w czasie wojny byłam przetrzymywana we dworze Malfoyów, otrzymałam kilka małych paczuszek. Skrzaty domowe przynosiły je owinięte w niewielkie chusteczki. W środku były cukierki lub ciasteczka. Myślę, że parę razy dostałam też kwiaty. Nie wiem, czy rzeczywiście był to Draco, ale już po wojnie wysłałam mu sowę z prośbą o podziękowanie temu tajemniczemu przyjacielowi. Odesłał mi odpowiedź z bardzo uprzejmymi przeprosinami i kilkoma identycznymi cukierkami, owiniętymi w dokładnie takie same chusteczki. To było bardzo miłe.

— Jakiego rodzaju kwiaty? — pyta, czując, jak gardło mu się zaciska.

— Czerwone geranium. Takie sadziła kiedyś moja mama. — Uśmiecha się dobrotliwie Luna. — Niejednokrotnie się zastanawiałam, w jaki sposób się dowiedział.

Harry potrząsa głową i wyciąga telefon komórkowy.

— To język kwiatów.

— Słucham?

— Jak wolisz, kwiatowy kod. Trochę mi o tym opowiadał. Każdy kwiat ma ukryte znaczenie — pospieszył z tłumaczeniem, zapatrzony w wyświetlacz. Scrolluje stronę do momentu, gdy dochodzi do właściwej litery. — Geranium (5) oznacza komfort.

Luna nieruchomieje.

— Nigdy bym na to nie wpadła.

— Wiem — odpowiada.

Dziewczyna stuka stopą o podłogę, przyglądając mu się uważnie.

— Czy jesteś z nim szczęśliwy?

Harry wraca wspomnieniami do ostatniej imprezy, podczas której Draco beztrosko się do wszystkich szczerzył i był całuśny. To wręcz niesamowite, że dopiero niedawno zrozumiał, że chłopak chowa się za tarczą wylewności; nosi ją niczym odzież wierzchnią. W rzeczywistości jest o wiele spokojniejszy, bawi się po cichu i tańczy, kiedy nikt nie patrzy.

Mimowolnie się zastanawia, czy gdyby poprosił, Malfoy pozwoliłby mu zatańczyć obok siebie, razem z nim.

— Tak.

— W takim razie nie rozumiem, dlaczego przejmujesz się opinią innych — podsumowuje Luna, a następnie wzrusza lekko ramionami i naciąga na kolana wyszukane niebieskie szaty. — Tak między nami, już od dawna obaj zużywacie energię na robienie czegoś pozytywnego.

— Energię? — pyta, unosząc brwi.

— Dobrze wiesz, o czym mówię — odpowiada Luna, posyłając mu uspokajający uśmiech.

Och tak, w istocie.


Sms „Czy chciałbyś odzyskać swoją koszulę?” przychodzi do niego podczas prezentacji zaklęć z zakresu samoobrony. Prawdę powiedziawszy, nie pamięta, aby dawał mu swój numer, ale wiadomość przyszła od dodanego kontaktu pod nazwą „Draco”, razem ze smoczą omotką, zielonym sercem i dwoma zielonymi jabłkami. Całe szczęście, że demonstracja dobiegała końca, bo inaczej nie umiałby się dalej skoncentrować.

Od czasu pamiętnych pocałunków nie nawiązali żadnego kontaktu. Harry przyjął to milczenie ze zrozumieniem, starając się nie wparować do warsztatu przy pierwszej lepszej okazji i właśnie dlatego był tak bardzo zaskoczony tym, że Malfoy pierwszy wyciągnął doń dłoń. Jak dotąd, żył w przekonaniu, że chłopak będzie próbował zgrywać „fajnego” i wykazywał się oślim uporem. Z drugiej strony, może Draco nie analizuje tak szczegółowo wszystkiego, co się między nimi wydarzyło — albo po prostu lepiej ukrywa swe myśli i emocje. To również całkiem prawdopodobna opcja.

Odpisuje mu „Z przyjemnością. Wpadnij do mnie” i niemal natychmiast żałuje pochopności i udowodnionej gotowości do spotkania. Nie chce być odebrany jako desperat, nawet jeżeli jest w tym ziarno prawdy. Fakt, że umiera z tęsknoty za facetem, z którym niedawno doszedł do porozumienia, jest po prostu przerażająca — jego początkowe „raz w tygodniu” bardzo szybko zmieniło się na „jak najszybciej”.

Gdy dostaje wiadomość zwrotną potwierdzającą spotkanie, pędzi biegiem do domu z zamiarem doprowadzenia mieszkania do względnego porządku. Gdzieś w środku zdaje sobie sprawę, że to, co wyczynia, podchodzi pod pewnego rodzaju obsesję, bowiem Draco już tutaj gościł i widział porozrzucane wszędzie śmieci. Jakiś czas później o mało nie palnął się w czoło, bo zrozumiał, że sterczy przed lustrem i próbuje zapanować nad swoimi włosami. Chociaż bardzo by chciał, ta wojna jest z góry skazana na porażkę.

Kiedy dzwoni dzwonek, stara się nie panikować i zachowywać się w miarę normalnie. To przecież tylko Draco Malfoy — trzeźwy i w pełni władz umysłowych; ten sam mężczyzna, który wtulał się w niego przez cztery odcinki „Antyków Roadshow” i na odchodne pocałował go w policzek.

Przełyka nerwowo ślinę, a potem bierze głęboki oddech i otwiera drzwi. Draco ma na sobie czysty, włochaty sweter i szmaragdowe, dopasowane spodnie, które wyglądają na nim świetnie.

Zamiast się przywitać, blondyn mruży oczy.

— Kombinowałeś coś z włosami? — pyta.

— Tak — przyznaje, zawstydzony, że został przyłapany na gorącym uczynku.

— Lepiej wyglądasz normalnie — odpowiada Draco, a Harry opiera się ochocie wybicia mu zębów na dzień dobry.

— Och, masz na myśli tradycyjne ptasie gniazdo? — pyta i ręką rujnuje zaczątki porządniejszej fryzury.

— Yhym, jest minimalnie lepiej. — Malfoy kładzie świeżą i wyprasowaną koszulę na stole, a potem wplata dłonie w kruczoczarne kosmki i zaczyna się bawić w stylistę, dopóki nie jest usatysfakcjonowany rezultatem. Harry z przyjemnością wdycha zapach jego wody kolońskiej i zwalcza przemożną potrzebę skosztowania tych zapraszających ust. Wie, że powinno to nastąpić później. — Szczerze mówiąc, lepiej będzie, jeżeli poprzestaniesz na naturalności — dodaje blondyn.

— Dobrze wiedzieć, że moje włosy to przegrana sprawa — odpowiada, zaś Draco wzrusza ramionami, sprawiając wrażenie cholernie z siebie zadowolonego.

— Nie powiedziałbym, że przegrana — stwierdza blondyn, po czym przechyla głowę lekko w bok. — Cześć.

— Hej. — Harry czuje, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi. Wspomnienia z przyciemnionej kuchni, tak cudowne i wyraźne, ponownie pojawiają się w jego głowie. Z wrażenia zaraz zacznie się jąkać.

— Tak czy inaczej, teraz możesz się ponownie cieszyć koszulą.. — mówi Draco bezceremonialnie, po czym na jego twarzy pojawia się grymas. — Jasna cholera, jestem beznadziejny — mówi, machając w niezidentyfikowany sposób ręką i próbując przesunąć się w kierunku drzwi. — Przypuszczam, że na dłużej zobaczymy się, dopiero gdy postanowisz wpaść do warsztatu...

Harry szybko łapie go za ramię i wciąga z powrotem do mieszkania.

— Nie chcesz zostać trochę dłużej?

Draco uśmiecha się powoli, chętnie podchodząc bliżej.

— Miałem nadzieję, że o to zapytasz — wyznaje.

— Oczywiście — mówi, nie puściwszy go nawet na sekundę. Dzięki temu może udawać, że trzyma go z wygody, a nie dla czystego pragnienia dotyku.

— Pansy jest niesamowicie podejrzliwa — mówi blondyn, siadając na kanapie i narzucając sobie na nogi koc. Wygląda na bardzo zadowolonego wszystkiego z obecnego stanu rzeczy, a Harry ma paranoiczne podejrzenia, że Malfoy cholernie cieszy się „sekretnym związkiem”. Jak dotąd, wciąż nie wyklinił, dlaczego właściwie się nim zainteresował. — Najwyraźniej próbowała odwiedzić dwór w dniu, kiedy u ciebie nocowałem. Ze zgrozą odkryła, że żaden ze skrzatów nie wiedział, gdzie jestem.

— I myśli, że co robiłeś? — pyta, nagle niesamowicie przytłoczony.

— Z pewnością coś o bardziej niedorzecznego niż to, co się naprawdę wydarzyło — odpowiada bezceremonialnie Draco. — Aczkolwiek jestem święcie przekonany, że zgarnąłbym dodatkowe punkty za bratanie się z wrogiem.

— Wspaniale — podsumowuje i stara się zignorować ukłucie strachu, jakoby spotykali się tylko i wyłącznie dlatego, że Malfoya kręcą tajemnice i zabawa kosztem innych. Naturalnie, sam lubi różne sekrety i świetnie spędzać czas, ale nie w ten sposób. W duchu liczy, że nadinterpretuje rzeczywistość, ponieważ pragnie prawdziwego zaangażowania, może miłości i może tak na zawsze. Jeżeli nie śni na jawie, to wszystko przed nimi i nie muszą się spieszyć.

W salonie zapadła cisza, podczas której Harry próbuje nie wyglądać jak idiota, gdy po prostu się gapi. Ma ochotę wziąć chłopaka w ramiona i wie, że to uczucie jest odwzajemnione.

— Chcę cię pocałować — mówi więc na głos, wściekle się czerwieniąc. Może i faktycznie jest masochistą? Może to jest właściwe wyjaśnienie, w które wszyscy w miarę szybko uwierzą.

Draco mruga kilkakrotnie, wzięty z zaskoczenia, a potem na jego twarzy pojawia się łagodny uśmiech. W czułym, a zarazem intymnym geście kładzie mu dłoń na policzku, zupełnie jakby chciał go rozgryźć. Odrzuciwszy wahanie, Harry powoli się przybliża, aby ostatecznie usytuować się między jego nogami.

— Jesteś tego pewien? — Słyszy.

— Bardzo, bardzo pewien — odpowiada, obejmując go w pasie i przyciągając bliżej, ale prawda jest zgoła inna. Jest rozdygotany i zbyt onieśmielony, aby prosić o cokolwiek więcej. Na potrzeby sytuacji ogranicza się więc do pocałunków, które są po prostu wspaniałe. Gdy zatracają się w przyjemności, świat dookoła nich iskrzy, a lody topnieją.

Draco uśmiecha się i pochyla naprzód, zaś Harry słyszy bicie swego serca nawet w uszach. Jest zbyt zdenerwowany, żeby zrobić coś konstruktywnego, więc przymyka powieki i pozwala na spotkanie ust. Wargi chłopaka są cudownie miękkie i tak samo uzależniające, jak ostatnio. Równie wspaniałe są te zręczne dłonie, które w momencie zaczęły przeczesywać mu włosy.

Czuje się tak bezpiecznie. Nie wie, co ma robić z rękami — jest spragniony dotyku, więc sięga ku plecom blondyna, pieszczotliwie przejeżdża po łopatkach, a następnie zaciska palce na kuszących biodrach. Wtem wzdycha, gdyż rozchylił z nadzieją usta, a jego prośby zostały wysłuchane. Malfoy przejeżdża mu językiem po dolnej wardze, a potem wsuwa się do wnętrza ust.

Trwałby tak wiecznie, zwłaszcza że Draco zmienia pozycję i siada mu na kolanach. Sekundę później trochę się odsuwa, żeby odgarnąć włosy z twarzy, a Harry wykorzystuje moment i zaczyna go całować po linii szczęki w dół. Gdy dochodzi do szyi, ma wielką nadzieję, że chłopak zrozumie przekaz. Nie pyta o pozwolenie, opinię, czy dotrzymanie sekretu, a o najprawdziwszą miłość. Gnany pożądaniem, delikatnie zasysa miękką skórę i przestaje, dopiero kiedy upewnia się, że po pieszczocie zostanie ślad.

— Nie oczekuj, że będę w stanie ukryć malinkę — mówi bez tchu Draco, opierając czoło o jego czoło.

— Żaden problem — odpowiada szorstko. — Nie chcę, żebyś nawet próbował.

— Och. — Malfoy całuje go pieszczotliwie w czubek nosa. — Czy mogę się zrewanżować? Chyba że wolisz, aby ludzie nie zadawali pytań — dodaje, a brunet marszczy brwi. — Zrobiłem coś złego? — dopytuje, szczerze zaniepokojony. Nie spodziewał się podobnej reakcji, dlatego też ponownie przeczesuje kruczoczarne kosmyki. Właśnie wtedy Harry uświadamia sobie, że nade wszystko pragnie wszystkiego, co ich łączy. — Wstrzymam się, jeżeli masz coś przeciwko — kontynuuje niepewnie Draco, pokazując wszem wobec swą miękką i opiekuńczą stronę. Chce się tylko upewnić, że wszystko jest w porządku.

Nie może go stracić. W żadnym wypadku.

— Nie chcę tajnego związku — mówi, nie mogąc spojrzeć mu w oczy. — Ukrywanie się nie byłoby sprawiedliwe.

Draco ze świstem wypuszcza powietrze i przymyka oczy. Brak kontaktu wzrokowego zdecydowanie ułatwia im rozmowę.

— Jeśli cię ze mną zobaczą, nigdy nie przestaną plotkować.

— Mam to gdzieś — odpowiada zaciekle i opiera głową na ramieniu blondyna. — Powiedziałem Lunie prawdę i w gruncie rzeczy była zadowolona. Opinie, które głoszą inni, są najmniej istotne.

— Jesteś taki odważny. — Uśmiecha się ze smutkiem Draco, a Harry wie, że jego obawy są całkowicie bezpodstawne. Najważniejsze, że łączy ich prawdziwe uczucie. Opinia publiczna może się wypchać. — Sprawiasz, że wyjście z szafy wydaje się dziecinnie proste.

— Jest łatwe — twierdzi z przekonaniem i, żeby wreszcie nawiązać kontakt wzrokowy, dotyka czołem drugiego czoła. Jest przekonany, że są w równym stopniu zaangażowani w tę relację. — Jeżeli chcesz, na początku możemy wstrzymać się z wydaniem oświadczenia prasowego. Nie musimy ogłaszać nowiny całemu światu, a tylko naszym przyjaciołom.

— Jesteś tego pewien? — Malfoy wciąż się waha. W szarych szeroko otwartych nie sposób ukryć strachu, ale też nuty podziwu i przebłysku radości. W pewnym momencie chłopak przytula się twarzą do dłoni, którą ma na policzku. Wygląda, jakby próbował się schować przed nienawistnym, obłudnym światem. — Co, jeżeli fenomenalnie to spieprzymy?

— Nie sądzę, aby było to możliwe. — Uśmiecha się pocieszająco Harry, chociaż wie, że ich wspólna droga będzie wyboista i gdzieniegdzie będą musieli omijać wystające korzenie drzew. Jest przekonany, że pokonają wszystkie kłody, które los rzuci im pod nogi, bo po prostu nie może sobie wyobrazić scenariusza, gdzie wszechświat pragnie ich zguby i nieszczęścia. Oczywiście, Draco czasem wykazuje się nadzwyczajną wręcz głupotą, której dowodem jest brzydki, ciemny tatuaż na jego przedramieniu, ale teraz nie ma to najmniejszego znaczenia. — Cholernie mi na tobie zależy.

Draco także się uśmiecha, wreszcie prawdziwie.

— W takim razie w porządku — mówi, po czym pochyla się naprzód i szepcze mu do ucha. — Wiesz, mi również trochę na tobie zależy.

Harry żałuje, że nie może już przyciągnąć go bliżej. Przez moment obaj milczą, z zamkniętymi oczami rozkoszując się bliskością.

— Tak, tak. Oczywiście — podsumowuje, a chłopak parska śmiechem. — Wszystko będzie dobrze — dodaje i chowa twarz w ciemnym materiale swetra. W odpowiedzi otrzymuje pocałunek za uchem.

O dziwo, sprawy są mniej pogmatwane niż wcześniej.


W poniedziałek warsztat jest cichy, więc Draco puszcza „Does Your Mother Know?” i rzuca Harry'emu dezaprobujące spojrzenia, gdy ten próbuje tańczyć. Zmęczywszy się nieudolnością, brunet wciska się za ladę i siada obok swojego chłopaka, który aktualnie rysuje bliżej niezidentyfikowane kwiaty w swoim notatniku.

— I jak tam? Jesteś już spakowany na jutrzejszą podróż do Ameryki? — pyta leniwie blondyn, dorysowując nieco śniegu na jednej ze swoich górek.

Kiwa głową, dodając do obrazku odrobinę słońca u szczytu kartki.

— Liczę, że wszystko będzie dobrze. Mam dziwne wrażenie, że nie jestem odpowiednio wykwalifikowany do podobnych rozmów.

— No naprawdę nie mam pojęcia, jak pokonanie najmroczniejszego czarnoksiężnika naszych czasów mogło przygotować cię prowadzenia takich rozmów — odpowiada Draco, kopiąc go delikatnie w goleń, żeby podkreślić swoje słowa.

— Technicznie rzecz ujmując, nigdy nie ukończyłem szkoły — odpowiada, oddając szturchnięcie. — Z perspektywy czasu żałuję, że poszedłem na łatwiznę. Gdybym zdecydował inaczej, może napotkałbym po wojnie zdecydowanie mniejsze trudności. Wróciłbym do Hogwartu i normalnie podszedłbym do egzaminów.

— Może. — Malfoy kiwa głową w rytm muzyki. — Dla mnie Hogwart był domem, zwłaszcza gdy dwór przestał być przyjemny. Gdybym powtórzył rok, mógłbym, no wiesz…

— Też widziałem w nim swój dom — mówi zgodnie z prawdą i przez dłuższą chwilę patrzy na twarz chłopaka, śledząc tworzące mu się wokół ust linie koncentracji.

— Moim ulubionym miejscem był Pokój Wspólny Slytherinu. — Uśmiechnął się Draco. — Uczniowie zazwyczaj rozkładali się na podłodze i jak szaleni odrabiali zadania domowe tuż przed egzaminami. Siódmy rocznik zawsze przynosił wówczas masę słodkości i częstował młodziaków. Nawet pomagali, gdy ktoś sobie nie radził.

— Mieliście tam strasznie zimno — odpowiada Harry. — Raz się zakradłem i mnie przewiało.

Malfoy przewraca oczami.

— Śmiem twierdzić, że raczej zostałeś wpuszczony, a nie się zakradłeś. I nie zmarzłbyś, gdybyś pamiętał, że jesteś czarodziejem i możesz rzucić zaklęcie ogrzewające albo przywołać sobie koc.

— Zawsze można też rozpalić ogień w kominku, jak na normalnych ludzi przystało — burczy i wraca wspomnieniami ku miękkim, cudownie puchaty fotelom otaczającym palenisko w pokoju wspólnym gryfonów. Wizualizacja tego miejsca zawsze poprawia mu humor i koi nerwy.

— Jeśli podnieślibyśmy temperaturę, to automatycznie moglibyśmy się pożegnać z reputacją tych mrocznych i tajemniczych. Poza tym to mocno upośledziłoby mnie w zakresie zaklęć ogrzewających.

— Oczywiście. Jak w ogóle mogłem zapomnieć o słynnym na cały Hogwart przysłowiu „wygodny jak cholerny ślizgon”? — mówi i tylko nadejście klienta ze starym radiem w rękach zapobiega usłyszeniu ciętej riposty.

Harry kradnie notatnik i zaczyna w nim rysować małe chorągwie z godłem Gryffindoru. Draco w międzyczasie grzecznie obsługuje klienta. Na gryzmoły patrzy, dopiero gdy wraca z zaplecza.

— Koszmarna robota, doprawdy. Zniszczyłeś wszystko, nad czym tak ciężko pracowałem — stwierdza ze stalową nutą w głosie, więc brunet pokornie udaje, że nie zauważył ogników rozbawienia w szarych oczach.

W sklepie zapada cisza. W pewnym momencie Draco zaczyna nucić pod nosem ABBĘ i przestaje, dopiero kiedy uświadamia sobie, że jest odrobinę za głośno. Opamiętawszy się, rzuca Harry’emu dziwne spojrzenie.

— Naprawdę myślisz, że nie masz odpowiednich kwalifikacji do przeprowadzania poważnych rozmów?

— Hmm? — mruczy, podnosząc wzrok znad rysunków.

— Skup się, Harry. — Draco wzrusza ramionami i wygląda przez szybę. Sprawia wrażenie bardzo zainteresowanego wszystkim, co dzieje się na ulicy. — Mówię o twojej niewierze we własne możliwości. Czy naprawdę jesteś przekonany, że natura poskąpiła ci talentu do konwersacji? Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale przyciągasz tłumy, bo jesteś całkiem dobry w takich rzeczach.

— Jakich rzeczach? — dopytuje, mrużąc oczy.

— W ludzkich interakcjach. Jak na przykład w szpitalu. Zawsze się zachowujesz, jakbyś nie dbał o konsekwencje swoich działań, ale jesteś dobry w niesieniu pomocy. Wspaniale dla ciebie — tłumaczy Malfoy, zaś Harry odnosi wrażenie, że chłopak chciałby powiedzieć znacznie więcej, a się hamuje. Całkiem możliwe, że pragnął dodać coś doniosłego.

— Rzeczywistość jest raczej szara. Tak naprawdę nie mam na siebie żadnego pomysłu. Nie wiem, co innego miałbym robić — odpowiada z napięciem. Pracę charytatywną zaczął tylko i wyłącznie dlatego, że zanim się obejrzał, Hermiona wciągnęła go w jedną ze swoich krucjat. Nigdy jej nie zaprzestał i właśnie z tego powodu co tydzień pędzi do Świętego Munga. Oczywiście, to nie znaczyło, że robił wystarczająco wiele.

Draco potrząsa głową i wreszcie odwraca się, aby nań spojrzeć. Harry czuje się przyparty do muru i nie wie, w jaki sposób się spod niego wydostać.

— Właśnie to mam na myśli. Umniejszasz dobrą robotę, którą odwalasz i uważasz, że jest kompletnie niedorzeczna. Wolontariat w szpitalu i pomoc dzieciom w nauce rzucania zaklęć są niesamowite.

Zagapia się, próbując przetworzyć to, co właśnie usłyszał. Wszystko, co zostało przed sekundą powiedziane, nie ma najmniejszego sensu. Lubi to, czym się zajmuje — o wiele bardziej, aniżeli papierkową robotę i sporządzanie nudnych protokołów, bardziej niż pracę biurową w Ministerstwie Magii — ale jest przyzwyczajony do tego, że ludzie się nad nim litują, bo całkowicie poległ na stanowisku aurora. Najzwyczajniej w świecie nie wie, jak poradzić sobie z tym przeklętym współczuciem.

— Spokojnie, nie będę więcej naciskał. To wszystko, co miałem do powiedzenia — oświadcza Draco, po czym wypuszcza ustami powietrze. Aby dać ręką zajęcie, zaczyna układać długopisy w kubku, chociaż wie, że to bezcelowe.

Harry wyciąga przed siebie dłonie i szuka odpowiednich słów.

— Dziękuję. — Ma świadomość, iż jest w tym po prostu gówniany. Nigdy nie był dobry w artykułowaniu swoich uczuć, zwłaszcza przed drugą osobą i, co gorsza, zawsze czuł się przy tym wręcz absurdalnie, niedorzecznie. Mimo to próbuje wyrazić swą wdzięczność. — Wszyscy oczekiwali ode mnie, że będę robił coś wielkiego i dalej zmieniał świat. Czułem się przytłoczony i po prostu okropnie. Nie byłem dobrym aurorem i zawiodłem.

— Uważam, że to, czym się obecnie zajmujesz, jest o wiele ważniejsze, aniżeli piastowanie ciepłej ministerialnej posadki. Chciałbym, żebyś myślał podobnie.

— Dzięki — mówi. — Też jesteś w tym dobry.

— Wiem. — Chłopak nie wydaje się dumny. — Cholernie dużo się uczysz o pocieszaniu, gdy wali się twoje życie. Chciałbym, aby innym zostało to oszczędzone.

— Luna powiedziała mi o tych małych paczuszkach i kwiatach — wyznaje z nadzieją, że to nie była żadna tajemnica. — Nie miała stuprocentowej pewności, że pochodziły od ciebie, ale kierowała się przeczuciem. Sprawdziłem, co oznacza czerwone geranium. Słownik mówi, że komfort.

Draco bezmyślnie bierze z kubka jeden z długopisów, po czym odkłada go na miejsce.

— Kilka lat temu wysłała mi podziękowania. Schowałem pergamin do szuflady. Do tej pory jest dla mnie bardzo ważny. — Wzdycha pod nosem. — Prawdę powiedziawszy, stanowi doskonałe przypomnienie, że nie jestem do cna złym człowiekiem.

— W ogóle nie jesteś złym facetem — poprawia go z zapałem. Wojna zmienia ludzi. Wie o tym doskonale.

Draco wygląda kiepsko, jakby rozmowa o uczuciach była dlań trudna.

— Wciąż zastanawiam się, jak być dobrym człowiekiem. To naprawdę dziwne — żyć w ciągłym strachu, że zrobisz krok wstecz i znowu staniesz się okropny. Ciężko jest temu stawiać czoła, gdy jedyną emocjonalną obroną jaką masz, są żarty.

Harry nie do końca pojmuje, ale pragnie mu skłamać, że to, czego dopuścił się w szkole nie ma żadnego znaczenia. Zasadniczy problem leży w tym, że reputacja przylgnęła doń niczym lepka pajęczyna, której ciężko się pozbyć. Ma za sobą historię okrucieństwa, mimo że sam nie wybrał drogi, a został nią poprowadzony.

Z nim było podobnie, aczkolwiek został wepchnięty w rolę bohatera, nie złoczyńcy.

— Już jesteś dobrym człowiekiem — mówi w zamian.

— Ciężko pracuję — odpowiada Draco, wzruszając ramionami.

— Ja też. — Odwzajemnia gest.

Chłopak się uśmiecha, wychodzi zza sklepowej lady i w milczeniu przygląda się pędzącym ulicą samochodom. Stoją tak razem, dopóki Malfoy nie dotyka jego dłoni małym palcem. Usatysfakcjonowany, Harry łapie go za rękę i splata ich palce.


Draco pokazuje Harry'emu, jak zmienia się pasek w odtwarzaczu. Belinda wie, że coś jest na rzeczy, ale decyduje się powściągnąć głos. Chłopcy niczego nie wyjaśniają.

— To naprawdę trudne, bo trzeba z powrotem nałożyć płytę i naciągnąć taśmę na szpulkę. Przytrzymaj to w ten sposób i sam spróbuj.

Harry z pełnym skupieniem pochyla się nad sprzętem. Udaje mu się dopasować płytkę, ale zawodzi z taśmą.

— Jestem kiepski manualnie — mruczy, podnosząc odtwarzacz i przekazując go blondynowi, który robi minę i udaje, że jest mu przykro.

— Moje biedactwo — mówi, naprawiając urządzenie zręcznymi dłońmi. — Ewidentnie zabrakło ci finezji.

— Nie mam na to czasu — burczy, rzuciwszy mu obrażone spojrzenie.

— Draco, nie bądź wredny dla Harry'ego. — Belinda podchodzi bliżej. Szuka śrubokrętu.

— Nie jestem wredny — protestuje blondyn, wymierzając mu delikatnego kuksańca w bok.

W sklepie słychać dzwoneczek i Belinda wychodzi z zaplecza. Draco wykorzystuje moment i rzuca zaklęcie czyszczące na maszynę.

— Nie możesz robić tylko samych dobrych rzeczy. Święty Potter — burczy, więc pokazuje mu język i pozwala pocałować się w policzek. Harry owija palce wokół nadgarstków mężczyzny i przyciąga go bliżej. — Jestem w pracy — szepcze mu do ucha blondyn. — Masz cholernie wielkie szczęście, że Belinda cię przygarnęła.

— Olbrzymie — zgadza się i składa delikatny, rozbudzający zmysły pocałunek na śladzie zrobionej kilka dni temu malinki. Oczywiście, Malfoy przewiązał szyję chustką, ale nie na tyle wysoką, aby zasłoniła całego siniaka.

— Cześć, chłopcy! — Właścicielka wraca na zaplecze, niosąc w rękach stary, duży telewizor.

Draco momentalnie odskakuje od Harry'ego, próbując robić za przykład absolutnej niewinności, a brunet nie może się powstrzymać od nikczemnego uśmieszku.

— Mogę to wszystko wytłumaczyć…

Zanim kończy, kobieta macha dłonią.

— Nie mój biznes, słońce. Wolałabym jednak, żebyś pozostał na tyle skupiony, aby wiedzieć, co takiego właściwie naprawiasz.

— Wszelką winą można śmiało obarczyć Harry’ego — dodaje chłopak, a Belinda wybucha gromkim śmiechem, który odbija się od ścian zaplecza. — Nie wyszło, jak chciałem — kontynuuje, gdy znów zostają sami.

— Jestem innego zdania. — Brunet nie czuje żadnej skruchy. – Nie wyglądała na zmartwioną.

Draco przewraca oczami i przenosi gotowy odtwarzacz do części pomieszczenia z naprawionymi urządzeniami.

— Żadne zdziwienie. Bel jest po prostu cudowna.

— Naprawdę lubisz tutaj przebywać, prawda? — pyta. Mugolski warsztat wciąż wydaje mu się dziwnym miejscem pracy, ale jego chłopak jeszcze nigdy nie wyraził chęci zmiany miejscówki. Ani razu. — Na tym etapie najprawdopodobniej mógłbyś spróbować czegoś innego. Jeżeli chcesz, możesz zaangażować się w mój wolontariat.

Malfoy wzrusza ramionami, przygotowując do naprawy kolejny odtwarzacz.

— Jestem zadowolony z tej pracy, a Belinda potrzebuje pomocy, bo nie może przychodzić tu codziennie. Jej mąż zmarł w zeszłym roku i została ze sklepem sama. Myślę, że lubi moje towarzystwo i docenia pomoc.

— Tak na zawsze? — dopytuje, ponieważ odnosi wrażenie, że chłopak znalazł sobie kącik w osobliwym, dość nieprawdopodobnym jak na niego, miejscu.

— Niekoniecznie. Warsztat jest bezpieczną miejscówką. Zależy mi na bezpieczeństwie.

— Rozumiem. — Harry wraca wspomnieniami do pierwszej wizyty w sklepie i przypomina sobie własne wrażenia. To naprawdę doskonała kryjówka. — Ciężko ci to tłumaczyć przyjaciołom?

— Pansy od dawna mnie męczy, żebym spróbował dorwać jakąś ministerialną posadę. — odpowiada Draco. — O ile dobrze pamiętam, używa określenia „prawdziwa praca”. Słyszałem to już niezliczoną ilość razy. Zachowuje się, jakbym rzeczywiście miał być kiedyś szanowany.

Ciężko stwierdzić, czy chłopak ma rację, ale jest świadomy trwałości niektórych uprzedzeń. Wie, jak potrafią być dotkliwe.

— Ciekawie się ułożyło — podsumowuje Malfoy. Najprawdopodobniej ma również na myśli ich związek.

— Racja — stwierdza. — Szczęście w nieszczęściu.

Draco zaczyna pracować nad odtwarzaczem — rozbiera go i ostrożnie odkłada na stół poszczególne części — podczas gdy Harry po prostu mu się przygląda. Ma podwinięte rękawy, a Mroczny Znak odznacza się na tle sieci niebieskich żyłek na przedramieniu. Ma zadbane paznokcie, schludne i krótko obcięte. Palce zdobią mu plamy czarnego smaru, ot nieodłączny element tutejszej pracy. Na serdecznym widnieje niewielka blizna. Zaintrygowany, brunet zastanawia się nad jej genezą.

— Czy naprawdę natknąłeś się na mnie przypadkiem? — pyta nagle Draco, bawiąc się teraz drobiazgami na dużym talerzu, będącym częścią naprawianej maszyny.

— Tak. W zeszłoroczne święta pan Weasley dał mu w prezencie gramofon. Miałem wolne, więc postanowiłem zanieść go do naprawy. Jakby nie patrzeć, nie mam stałej pracy przy biurku i grafiku, którego muszę się trzymać — tłumaczy z ponurym uśmiechem. — Nawet nie mogę wyobrazić sobie sytuacji, w której to Ron wchodzi do sklepu.

— Raczej byśmy się tak nie migdalili. — Uśmiechnął się zadziornie blondyn. — Najprawdopodobniej. Nie sposób być w stu procentach pewnym.

— Obrzydliwe. — Harry się krzywi. Nie spodziewał się fali zazdrości i zaborczości. Wie, że uczucia są tematem, który niejednokrotnie powinni poruszać, tak samo, jak sytuacje, w których się całują, ale miał z tym pewien problem. Za każdym razem, kiedy się pieszczą, jednocześnie proszą o więcej czasu i jeszcze więcej miłości. Gdy myśli o swoim chłopaku w intymnej sytuacji z innym mężczyzną, czuje przemożną potrzebę naznaczenia go i wyduszenia zeń tak głośnych jęków, że wszyscy dowiedzieliby się, do kogo w rzeczywistości należy. Nie spieprzy tego związku i w zamian użyje swych niesamowitych umiejętności komunikacyjnych. — Powinieneś się z nim spotkać, tak czy inaczej. No wiesz, oficjalnie. Jako mój partner czy coś.

Draco nieruchomieje i unosi brwi do góry. Harry czuje się niczym największy w świecie idiota, ale znosi to z honorem. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu poczucie konfliktu i śmieszności stanowi jedną z solidniejszych podstaw ich związku. Z drugiej strony, jeśli właśnie dlatego są ze sobą blisko, nie ma nic przeciwko.

— Jako kto?

— Co?

— Jako partner czy coś? — cytuje chłopak, próbując nie okazywać uczuć. Chowa się za arystokratyczną maską i w charakterystyczny sposób przeciąga nawet samogłoski.

— Jako partner — natychmiast się poprawia, poniekąd przerażony. Nienawidzi momentów, gdy Draco zaczyna wątpić w trwałość ich związku.

— Naprawdę byś powiedział Weasleyowi? — Malfoy przerywa pracę i na niego patrzy.

Harry wzrusza ramionami.

— Jestem kiepski w prowadzeniu podwójnego życia. Byłem całkowitą ciapą w oklumencji i poniosłem sromotną porażkę w oddzielaniu od siebie rzeczy. Wszystko mi się cholernie mieszało — przyznaje, mając nadzieję, że takie wytłumaczenie wystarczy. W rzeczywistości chce, żeby jego przyjaciele zobaczyli w Draco to samo, co on — po prostu fantastycznego faceta. Oczywiście, najpierw odpowiednio przygotuje Rona, bo zawsze istniało prawdopodobieństwo, że kumpel wpadnie na jakiś szalony pomysł, zwłaszcza że niedawno prawie nakrył Malfoya w jego łóżku. Jest świadomy faktu, iż nie da rady ukrywać prawdy w nieskończoność. Mimo to jest przerażony świadomością, że potem wszystko ulegnie zmianie.

To on jest tym, który wpłynął na nieznane wody, zakochał się w innym mężczyźnie, chociaż wcześniej nie miał podobnych ciągot, więc to na nim leży odpowiedzialność za poskładanie sprawy do kupy.

— Zawsze byłem dobry w oklumencji — odpowiada blondyn, skupiając się teraz na suficie. — Szufladkowanie i kłamstwa to moja specjalność.

— Jesteś człowiekiem wielu talentów — podsumowuje, odczuwając ulgę, gdy chłopak uśmiecha się z zadowoleniem.

— Trudno cię przestraszyć, Harry. — Draco mierzy go uważnym spojrzeniem. Nie wie pojęcia, czego się doszukuje. — Przypuszczam, że w przyszłości będę musiał włożyć w to więcej wysiłku.

— Starasz się wystarczająco — odpowiada, nagle pochmurniejąc. Głęboko żałuje, że nie sposób scałować smutku z twarzy partnera. Momentalnie wrócił wspomnieniami do dnia, gdy doszli do porozumienia ze swoimi emocjami. Malfoy całował go wówczas bez opamiętania, a przez jego twarz przebiegała cała gama uczuć — od potrzeby udowodnienia swojej władzy i chęci posiadania, aż po próbę autodestrukcji. — Cholernie mi na tobie zależy. Chcę być z tobą. Nie przestraszysz mnie, bo zmierzyłem się w życiu z bardziej przerażającymi rzeczami.

Malfoy kiwa delikatnie głową, przyglądając się uważnie podłodze. Harry pragnie wyciągnąć ku niemu rękę i przyciągnąć go do ciasnego uścisku, ale się wstrzymuje. W ostatecznym rozrachunku uznaje, że lepiej potraktować go niczym spłoszone zwierzę.

To daje Draco sposobność, aby wykonać pierwszy ruch. Chłopak zaciska dłoń na jego nadgarstku, patrząc nań badawczo. Jest bardzo skoncentrowany.

— Powiem ci pewien sekret.

Harry kiwa głową, bojąc się nawet oddychać.

— Na szóstym roku, gdy grunt uciekał mi spod stóp i nie mogłem już dłużej udawać, zmagałem się z ogromnym poczuciem winy. Byłem też cholernie zmęczony. Musiałem stawić czoła prawdzie, bo wszystko się zmieniało. Skończyłem z grą pozorów i zaakceptowałem podstawowe fakty. Moi najbliżsi, których darzyłem uczuciem, odbierali życie innym. Status krwi i rodowy majątek przestał mieć dla mnie znaczenie. Znaczna część nienawiści, którą cię wówczas darzyłem, miała swoje źródło w zwyczajnej zazdrości i nastoletniemu pożądaniu.

— Co? — pyta cicho Harry, oglądając się na niebieską zasłonkę. Chciał mieć pewność, że wciąż są tutaj sami.

— Byłem o ciebie niesamowicie zazdrosny. Chciałem mieć wszystko, co ty miałeś — szepcze Draco, a Harry wstrzymuje oddech. Ma wrażenie, że powoli zanurza się w lodowatej toni jeziora i nie może zawrócić ku brzegowi. Serce ściska mu się w piersi, gdyż ciężko znosi jastrzębie spojrzenie szarych oczu. Widzi w nich przebłyski starej dumy, przez co czuje się wystawiony na olbrzymi upał. — Ciebie też pragnąłem. Los bywa przewrotny. Teraz jesteś mój i obawiam się, że cię stracę, bo po prostu będę sobą. Wciąż ciężko mi uwierzyć, że pragniesz być ze mną w związku — podsumowuje blondyn.

— Mogę ci śmiało powiedzieć, że to absolutnie wykluczone — mówi, walcząc z rumieńcami. — Jestem święcie przekonany, że wszyscy wokół mnie już w szkole wiedzieli, że obsesja, którą miałem na twoim punkcie, była czymś więcej, niż zwyczajnym zainteresowaniem. Nie mogłem cię zostawić w spokoju, nawet wtedy, gdy myślałem, że jesteś kutasem.

— Wciąż dużo myślisz o moim kutasie. — Uśmiecha się Draco, a Harry nie wie, czy nie wzniósł przypadkiem swej żartobliwej tarczy. To poniekąd przerażające. Chwilę później przestaje się spinać, ponieważ chłopak składa delikatny, aczkolwiek wilgotny pocałunek na jego nadgarstku, dokładnie w miejscu wyczucia tętna, nie przerywając przy tym kontaktu wzrokowego.

Wie, że powinien coś odpowiedzieć, ale w głowie ma pustkę. Ma wrażenie, że został złapany w sieć jakiejś bliżej niezidentyfikowanej, aczkolwiek szalenie potężnej starożytnej magii.

Chcąc się zrewanżować, łapie partnera za przedramię i również unosi je do ust. Mroczny Znak jest szary i wyblakły, zaś Draco nie może złapać oddechu, gdy Harry językiem śledzi jego linie. Gdy puszcza rękę chłopaka, ta opada bezwładnie. Wtem Malfoy chwyta jego twarz w obie dłonie i czule go całuje.

Razem przekraczają granicę.

Harry językiem toruje sobie drogę i przyciska chłopaka do stołu, owijając wokół niego ręce. Chce zminimalizować wszelki dzielący ich dystans, pragnie go chronić i zostać przez niego pochłonięty. W pewnym momencie blondyn łapie go za kołnierzyk koszuli i odsuwa od siebie, z ledwością łapiąc oddech.

— Jesteś absolutnie rozpraszający. — Potrząsa głową i opiera mu głowę na ramieniu. — Idź do domu.

— W takim razie wpadnij do mnie wieczorem — mówi i na do widzenia ponownie go całuje. — Wybacz, naprawdę. To cholernie nieprofesjonalne.

— Nie miałem nic przeciwko. — Uśmiecha się delikatnie Draco i z cichym westchnieniem przeczesuje swoje włosy. Speszony, prezentuje iście zachwycający widok. — Zobaczymy się później.

Harry kiwa głową, wychodzi z zaplecza, przeprasza Belindę za swoje zachowanie i się żegna. Kobieta uśmiecha się z czułością, przez co mimowolnie się zastanawia, co o tym wszystkim myśli. Może uważa ich za dwóch zakochanych w sobie szczeniaków albo niepokoi się, że ich wspólne życie wyłożone jest kolcami. Ciężko stwierdzić.

Najważniejsze, że darzy swojego chłopaka miłością, a uczucie jest odwzajemnione.

To poniekąd przerażające.

Nie może zapomnieć chwili, kiedy Draco powiedział mu, że pragnął go praktycznie od zawsze. Ma dziwaczne wrażenie, że gdy wszystko spaprali, Wszechświat postanowił dać im drugą szansę i przygotował grunt pod ich związek. Najwidoczniej zasłużyli na szczęście.

W domu sprząta i nastawia pranie. W międzyczasie robi zupę pomidorową i tosty z serem. Nie martwi się już niczym, nie zważając na to, że popołudnie szybko zamienia się w wieczór, a za oknem niebo ciemnieje. Draco przychodzi akurat, kiedy rozkłada wilgotne ubrania na suszarce.

Harry z uśmiechem na twarzy otwiera drzwi i szepcze „Hej”, po czym kładzie mu głowę na ramieniu.

— Masz zamiar mnie wpuścić?

— Hmm, kusząca opcja — odpowiada i niechętnie wypuszcza mężczyznę z uścisku. — Wejdź. Właśnie zjadłem, ale mogę ci przygotować tosty.

Chłopak kiwa głową i siada na blacie stołu, zupełnie tak, jak wtedy.

— Fantastycznie.

Harry ponownie rozgrzewa toster. W mieszkaniu zapada cisza, ale jest daleka od niezręcznej, gdyż wciąż się poznają. Ich związek sprawia wrażenie powoli rozkwitającego romansu, a przecież spotykają się już od przeszło dwóch tygodni.

— Zdecydowałem. — Draco zakłada nogę na nogę. — Jeżeli bierzemy to na poważnie, chcę, żebyś poznał moją matkę — dodaje, pragnąc wejść na głęboką wodę.

Zastyga w bezruchu z nieodpakowanym chlebem tostowym w ręce. Szczerze zdezorientowany, rzuca blondynowi zszokowane spojrzenie.

— Już poznałem Narcyzę Malfoy.

— Tak, jestem tego świadomy. — Chłopak patrzy nań intensywnie, a Harry momentalnie żałuje, że nigdy nie przykładał wielkiej wagi do zasad etykiety i wszystkich innych podobnych niuansów. — Ciesz się, że mój ojciec nie żyje, bo inaczej spotykałbyś się także z nim.

Wzdryga się na tę myśl i tłumi w sobie chęć zbuntowania. Wciąż do końca nie rozumie stosunku i uczuć swojego chłopaka względem jego rodziny, ale pojmuje, że to skomplikowana sprawa.

— W porządku — zgadza się, wkładając chleb do urządzenia. — Spotkam się z nią.

— Wspaniale. — Draco podciąga kolana pod brodę. — W zamian spotkam się z Ronaldem — dodaje, jakby mówił o jakimś dzikim zwierzęciu, którego nie planuje tykać palcem, a nie drugim człowieku.

— I Hermioną — zagaja Harry. Jeśli już umawiają się na całkowitą katastrofę, to dlaczego mieliby zatrzymywać się w połowie jej planowania?

— I jeszcze Pansy. — Malfoy wzrusza ramionami. — Sprawisz, żeby cię polubiła.

— Jak mam to zrobić? — Zastanawia się nad możliwościami. W jaki sposób przekonać do siebie najlepszą przyjaciółkę partnera, która najchętniej z miejsca by go zamordowała? Martwił się również tym, czy Ron i Hermiona rzeczywiście zaakceptują Draco, czy będą jedynie podtrzymywać pozory. Ostatecznie doszedł do wniosku, że jadą na tym samym wózku.

— Wykorzystaj swój wszechobecny urok i dowcip. — Uśmiecha się krzywo blondyn, a więc znów żartuje. — Spokojnie, nie rzucę cię rekinowi na pożarcie.

— Czyli naprawdę podchodzimy do tego na poważnie? — pyta, kładąc gotową kanapkę na talerz.

— Cóż, nie pozwolę ci odejść — mruczy czarodziej, nagle z uwagą oglądając swoje paznokcie. — Teraz jesteś mój.

Harry się uśmiecha i podchodzi bliżej, aby skosztować tych kuszących, cudownie malinowych ust. Wzdycha z zadowoleniem, kiedy palce chłopaka zaczynają przeczesywać mu włosy, robiąc w nich jeszcze większy nieład. Ściąga go ze stołu, zaciska dłonie na talii, a następnie kieruje się w górę pleców. Chciałby poczuć znacznie więcej i wie, że nie sposób mocniej kogoś kochać. Przez głowę przelatuje mu myśl, że warsztat naprawdę jest bezpieczną miejscówką, gdzie Draco nie musi nikogo udawać.

Jest bardzo szczęśliwy.

Całują się tak do momentu, aż tosty zaczynają dymić i Harry rzuca się, by wyłączyć urządzenie, przeklinając pod nosem na złośliwość rzeczy martwych. Szybko wciąga na nogi buty i próbuje odgonić dym od czujników, machając na niego ścierką. Koniec końców poddaje się i zrezygnowany schodzi schodami w dół razem z innymi mieszkańcami budynku. Spektakl oglądają z zewnątrz, podczas gdy strażacy zajmują się całą sprawą.

Grudzień charakteryzuje się naprawdę cudownymi, aczkolwiek zimnymi wieczorami. Na włosy spadają im pierwsze płatki śniegu, podczas gdy blondyn skarży się na niską temperaturę. Twierdzi, gorąco o tym przekonany, że chłód jest nieodpowiedni dla jego delikatnej skóry, śmieje się i drwi — ze świata, obecnej pogody, a może nawet i towarzystwa. Harry ucisza go pocałunkiem.


Niedługo potem Harry otrzymuje zaproszenie na herbatę. Z racji tego, że nie posiada niczego w miarę szykownego, zostaje zabrany przez Draco na ulicę Pokątną.

— Nie chodzisz na bale charytatywne, Potter? — pyta z niedowierzaniem chłopak, przeglądając jego szafę jakiś czas wcześniej. Jest pełna obcisłych jeansów, wyblakłych już podkoszulek i rzadko używanych szat (znajdują się wśród nich też te, które ubrał na wesele najlepszych przyjaciół). — Te szaty są okropne, po prostu okropne.

— Hermiona powiedziała, że wyglądam w nich dobrze! — protestuje.

Draco podsumowuje to głośnym i jakże wymownym westchnięciem i zabiera go do „Czarodzieja”.

W dzień spotkania z Narcyzą chłopak pojawia się w progu jego mieszkania, mając na sobie eleganckie szaty ze szmaragdową lamówką i zaczesane do tyłu włosy, dokładnie tak samo, jak podczas szkolnych lat. Zostawił sobie tylko kilka luźnych kosmyków, ot ładnie okalających mu twarz. Harry z grzeczności postanawia milczeć i zostawić dla siebie informację, że wygląda głupio. Zdenerwowanie i sprzeczka są zdecydowanie ostatnimi rzeczami, których teraz potrzebują. Ostatecznie uznaje, że wszystko jest w porządku, bo wciąż ma ochotę przyszpilić go do ściany i całować do utraty tchu.

— No cóż. Trochę trzeba nad tobą popracować — komentuje na wstępie Draco, rzucając miażdżące spojrzenie jego żyjącym własnym życiem włosom. — Może powinniśmy byli kupić ci też kapelusz?

— Myślałem, że podobają ci się moje włosy — mruczy, wpuszczając go do środka.

— Najbardziej lubię je rozgrzebywać. — Uśmiecha się delikatnie. — Wszystko będzie w porządku. Skończ wyglądać na wielce udręczonego.

Harry głośno wzdycha i drapie się po twarzy.

— Czuję się niedorzecznie. Poważnie? Szaty na zwykłą herbatę?

— Matka bardzo poważnie podchodzi do tego tematu — odpowiada z zamyśleniem chłopak. — Herbatą powinno się rozkoszować — twierdzi, po czym wzrusza ramionami i podaje mu rękę. — Gotowy?

Harry kiwa niepewnie głową i owija wokół niego ramiona. Wraca wspomnieniami do ich pierwszej łącznej aportacji i tego, jak wydawała się wówczas niezręczna. Wtedy po raz pierwszy przekroczyli granicę utrzymywanego dystansu, a nagła bliskość okazała się po prostu przytłaczająca. Gdy tylko dotarli pod szpital, natychmiast od siebie odskoczyli. Wciąż obawiali się dotyku.

Teraz jest inaczej.

Gdy lądują w eleganckim salonie, Harry ze smutkiem wyplątuje się z uścisku. Jako pierwszy dostrzega stolik kawowy, a na nim wazon z różowymi kwiatami, których nie rozpoznaje. Mimowolnie się zastanawia, co takiego oznaczają.

Słyszy gwizdek czajnika i orientuje się, że dobiega z innego pokoju. Zaskoczony, wygląda przez okno i dostrzega biały płot oddzielający ten dom od innych. Nie wie, dlaczego się spodziewał, że po tym wszystkim Narcyza nadal będzie mieszkała we dworze Malfoyów. Włości, udekorowane pięknymi jasnymi tapetami i zmyślnymi meblami, były niesamowite. Pokój, co prawda, sprawiał wrażenie lekko przepełnionego, a stolik nie do końca pasował do reszty, ale w mieszkaniu panowała domowa atmosfera. Harry przełyka ślinę, uzmysłowiwszy sobie, że pamięta ten blacik ze swojego krótkiego pobytu w rodowej rezydencji. Całkiem prawdopodobne, że Narcyza upchała tutaj wszystkie swoje ulubione meble z dworu.

Draco sięga po jego dłoń, ewidentnie zestresowany. Z niewiadomych przyczyn, nie jest tym pocieszony.

— Matko? Już jesteśmy.

— Idę, kochanie! — Z kuchni dobiega stukot porcelanowej zastawy. Harry zna ten dźwięk bardzo dobrze i ma ogromną ochotę schować się w najbliższym kącie lub wskoczyć pod dywan. — Usiądźcie, proszę. Czujcie się jak u siebie.

Draco podchodzi do jednego z siedzeń i zajmuje miejsce, najciszej jak potrafi. Widać, że stracił na swej odwadze. Używał jej niczym zbroi, a teraz ta tarcza rozsypała się na miliony kawałeczków, niemożliwa do ponownego złożenia. Harry zbliża się doń w kilku krokach, siada i we wspierającym geście bierze go za rękę.

Czekają kilka minut, a potem w drzwiach pojawia się Narcyza Malfoy, ubrana w piękną granatową szatę. Włosy ma spięte w dobieranego warkocza, ozdobionego maleńkimi klejnocikami. Jest bledsza, aniżeli zazwyczaj. W pewnym sensie przypomina ciotkę Petunię, gdy ta denerwowała się ważną kolacją biznesową wuja Vernona. W dłoniach trzyma tacę z parującym imbrykiem.

Kiedy zauważa ich siedzących na kanapie, zamiera w bezruchu i kilkukrotnie mruga. W powietrzu wisi realne niebezpieczeństwo, że z wrażenia upuści tacę. Jej reakcja uświadamia Harry’emu, że nie wiedziała, kogo zamierza przedstawić dziś Draco. Zanim jednak otwiera usta, żeby przeprosić za zamieszanie i się usprawiedliwić, czarownica tuszuje nieodpowiednią damie wpadkę, stawia imbryk na stole i wyciąga ku niemu rękę.

— To cudownie, że zostajemy sobie oficjalnie przedstawieni po tak długim czasie, Harry — mówi uprzejmie, przywdziewając na twarz ciepły uśmiech. Brunetowi wystarczy jedno spanikowane spojrzenie swojego chłopaka, żeby zrozumieć, co należy teraz uczynić. Bez zbędnych ceregieli całuje wierzch trzymanej dłoni. — Proszę, mów mi po imieniu — dodaje kobieta.

— Mi również miło cię znów widzieć — mówi z cichą nadzieją, że odpowiednio dobrał słowa. W momencie też zrozumiał, dlaczego blondyn tak naciskał na oficjalny strój. Mimo całkiem przyjaznego zachowania Narcyza emanowała gracją. Chociaż bardzo się starał i tak wychodził na zwyczajnego prostaka.

— Draco nie powiedział, że to ciebie dziś przyprowadzi — zagaiła, unosząc imbryk. — Cytryny, mleka, cukru czy miodu?

— Wystarczy kapka mleka — odpowiada, niepewny, czy to najlepszy moment na gorączkowe usprawiedliwianie swej obecności.

Narcyza nalewa herbaty do eleganckiej filiżanki i zgodnie z życzeniem dolewa doń odrobinę mleka. Chwilę później do swojej i Draco filiżanki wrzuca kilka kostek cukru.

— Syn wspominał o mężczyźnie, ale przyznam, że nawet po kilku próbach nie odgarnęłabym jego prawdziwej tożsamości.

— Może faktycznie przeoczyłem ten szczegół — mówi blondyn, ratując bruneta od udzielenia odpowiedzi.

— W istocie. — Narcyza wydaje się rozbawiona. — Złowiłeś całkiem dobrą partię.

Harry zwalcza w sobie chęć zapytania „Och, naprawdę?”, gdy podnosi filiżankę do ust.

— Cieszę się, że jesteś zadowolona…

— Oczywiście, kochanie. — Uśmiecha się kobieta. Brunet mruga, uświadomiwszy sobie, że to Draco w gruncie rzeczy wdał się w rodzicielkę. Kiedy silili się na uprzejmości, mieli taki sam kształt oczu. To było trochę denerwujące. — Z perspektywy czasu wszystko nabiera sensu. Gdy byłeś młodszy, niejednokrotnie się zastanawiałam, dlaczego tak często rozprawiałeś na temat Harry’ego Pottera.

— Matko. — Draco gwałtownie się rumieni.

— Żyłam w przekonaniu, że twoją wybranką będzie Pansy. — Narcyza wzrusza lekko ramionami, najwyraźniej zadowolona z innego obrotu spraw. — Harry Potter jest zdecydowanie lepszym wyborem.

— Matko. — powtarza chłopak, tym razem bardziej stanowczo.

Kobieta ponownie się uśmiecha, ewidentnie próbując wybadać grunt. Ciężko jednak stwierdzić, czy partner syna spełnił wszystkie jej oczekiwania.

— Jak się masz, Harry? Słyszałam, że w dość niefortunnych okolicznościach opuściłeś szeregi aurorów.

Draco się krzywi, a Harry chrząka, aby oczyścić gardło. Zastanawia się nad dobrą odpowiedzią, a w uszach słyszy śmiech swojego chłopaka.

— Zajmuję się głównie wolontariatem. Jest to dla mnie o wiele bardziej satysfakcjonujące niż wypełnianie dokumentów i dalsze zmaganie się konsekwencjami wojny.

Narcyza kiwa głową, przez co wplecione w jej włosy klejnociki jeszcze bardziej połyskują. Ostatecznie okazuje się świetnym słuchaczem. Szybko idzie odnieść wrażenie, że jest w pełni skupiona na prowadzonej konwersacji i swoim rozmówcy.

To trochę niepokojące.

— Oczywiście, społeczna służba — podsumowuje z zainteresowaniem.

— Kilka tygodni temu odwiedziliśmy razem Munga, by porozmawiać z kilkoma dzieciakami — wtrąca od siebie Draco, dokładnie tym samym tonem, którym posługiwał się w Hogwarcie. Jest też bardziej wyprostowany, aniżeli zazwyczaj, przez co Harry również próbuje poprawić swą postawę, czując się jak kompletny idiota. — Wykonuje kawał dobrej roboty.

— Cudownie. — Uśmiecha się ciepło Narcyza.

— Miałem też ostatnio przyjemność wykładać na temat obrony przed czarną magią w amerykańskiej szkole — mówi brunet, w duchu modląc się, aby to, co powiedział, nie zostało odebrane jako przechwałki. — Ich różdżkarskie praktyki są zupełnie inne od naszych.

— Studiowałam na Manhattanie kilka lat po ukończeniu Hogwartu — stwierdza uprzejmie Narcyza, upijając łyk herbaty z filiżanki. Cała porcelana jest pierwszorzędna, zdobiona w formie pozłacanych uszek i pięknych kwiatów. Na talerzyku kobiety jest drobna rysa, co jasno wskazuje, że komplet nie należy do najnowszych. — Amerykanie ciskają zaklęciami ostrymi ruchami. Są bardzo gwałtowni i brakuje im finezji.

Uprzejmie potakuje i także upija łyka, ciągnąc zaczęty przez siebie temat. Narcyza Malfoy okazuje się naprawdę fascynującą i życzliwą kobietą. Na pożegnanie daje im obu przelotnego buziaka w policzek.

Gdy aportują się do mieszkania Harry’ego, Draco wydaje z siebie głośne westchnienie, po czym wskakuje na kuchenny blat. Wciąż jest w eleganckich szatach.

— Myślę, że poszło nam całkiem dobrze — podsumowuje brunet, zajmując miejsce obok. Narcyza nie przeklęła go ani razu i nawet zagaiła na temat następnego spotkania, o ile, naturalnie, nie będzie zbytnio zajęty. — Hej — dodał, gdy zobaczył, że jego chłopak wierci się niespokojnie.

— Przepraszam za nią — mówi cicho blondyn. — Włożyła w tę wizytę wiele wysiłku.

— Było naprawdę przyjemnie — stwierdza.

— Wiem. — Draco smutnieje. — Matka myśli, że jeśli odpowiednio się ubierzemy i wypijemy razem filiżankę herbaty, wszystko będzie w porządku, tak jak kiedyś.

— Ach. — Harry doznaje olśnienia.

— Stroi się tak za każdym razem, gdy do niej przychodzę. Stosuje się do etykiety i zachowuje, jakbyśmy nadal mieszkali we dworze. — Chłopak opiera głowę na jego ramieniu. — Szczerze mówiąc, miewa tylko dwójkę gości — mnie i Pansy.

— Będę wpadał w odwiedziny — obiecuje.

— Nie musisz brać udziału w fanaberiach starszej kobiety — protestuje natychmiast blondyn, ale Harry jest świadomy aktywowanego mechanizmu obronnego. To naturalne, gdy z napiętego do granic możliwości organizmu schodzą nerwy. Draco nie tylko obawiał się, że Narcyza nie zaakceptuje partnera, którego postanowił oficjalnie przedstawić, ale również był zmartwiony, iż Harry nie da jej drugiej szansy i zapadła doń antypatią. Ewidentnie obawiał się również sposobu, w jaki matka stara się poskładać wszystko do kupy, aby zachować pozory resztek dumny.

— Oczywiście. To zrozumiałe, ale ta starsza kobieta z fanaberiami jest twoją matką — podsumowuje.

— Owszem. — Chłopak wbija wzrok w podłogę.

Harry nie wie, w jaki sposób najlepiej go pocieszyć, dlatego też zachowuje milczenie i po prostu oferuje mu komfort w swoich ramionach. Gdy atmosfera się rozluźnia, delikatnie nawiązuje do spotkania i pyta o ulubione smaki herbaty.


Powiedzenie prawdy zarówno Hermionie, jak i Pansy wydawało się doskonałym pomysłem do momentu, w którym docierają do uroczej kawiarni.

— Sprzymierzyły się przeciwko nam — stwierdza Draco, patrząc przez szybę. — No kurwa, oczywiście.

— Czuję, jakbyśmy popełniali właśnie straszliwą pomyłkę — mówi Harry, stając na palcach. — Jestem pewien, że teraz będzie już tylko gorzej.

— Zdecydowanie. — Malfoy kiwa głową. — Jakie mamy szanse na zaaranżowanie tragicznego wypadku samochodowego w osiem sekund?

— Wykluczone. Są na to za mądre — odpowiada, mając w głowie twarz przyjaciółki, gdy ta nie daje im nawet tych ośmiu sekund na sensowne usprawiedliwienie i przegląda ich od razu. Gra na czas z góry odpada.

— Nie mamy więc wyboru. Musimy zebrać się na odwagę i to przeżyć — mówi Draco, z westchnieniem otwierając drzwi kawiarni.

— Normalnie jakbyśmy wchodzili do jaskini lwa — mamrocze pod nosem, także wchodząc do środka.

— Raczej do wężowiska. Tutejsze kobry są bardzo jadowite. — Blondyn podchodzi do lady i zamawia coś wyszukanego i skomplikowanie brzmiącego.

Harry również składa swoje zamówienie. W duchu ma przeogromną nadzieję, że kawy zostaną im przyniesione za przynajmniej dziesięć lat. Tyle mogliby podchodzić do stolika. Niestety, pani podaje im filiżanki w ciągu kilku minut i tak oto stanęli przed faktem dokonanym. Pozbawieni wyboru, kierują się do okupowanego przez dwie kobiety rogu sali. Hermiona Granger i Pansy Parkinson sprawiają wrażenie najlepszych przyjaciółek.

— Witajcie, chłopcy. — Hermiona wygląda na niesamowicie niebezpiecznie, chociaż jest tylko w ciąży.

Nie chcąc pogarszać sytuacji, siada obok niej, zaś Draco zajmuje miejsce po stronie Pansy. Cholernie żałuje, że nie może złapać pod stołem dłoni swojego partnera. Co gorsza, jedynie siłą woli opiera się pokusie omdlenia.

— Mówiliście, że macie nam coś do powiedzenia? — zaczyna dyplomatycznie Parkinson, stukając swoimi zielono–czerwonymi akrylowymi paznokciami w blat stołu. Wygląda złowieszczo, zwłaszcza że szkarłatna szminka na jej ustach przywodzi na myśl krew. Oby nie zabiła nikogo przed przyjściem na to spotkanie.

— Tak. — Malfoy równie szybko milknie, co odpowiada. Hermiona nie wydaje się pod wrażeniem.

— Chcieliśmy wam powiedzieć, że Draco i ja... Cóż, jesteśmy... Mamy trochę... — zaczyna dukać, mgliście przypominając sobie wszystkie wskazówki dotyczące pertraktacji z przestępcami ze szkolenia aurorskiego.

Pansy mruczy wyczekująco oczy, stresując go jeszcze bardziej.

— Potter próbuje powiedzieć, że zdecydowaliśmy się zacząć coś na kształt… przyjaźni? — mówi Draco, a jego stwierdzenie przechodzi w pytanie.

— Spotykamy się tutaj tylko dlatego, żebyście nam oświadczyli, że się teraz przyjaźnicie? — Hermiona unosi wysoko brwi. — Do tego wystarczyłaby sowa lub zwykły sms.

— W zeszły weekend zapomniałeś o tym wspomnieć podczas naszej zwyczajowej herbatki, kochanie. — mówi Pansy do przyjaciela. — Chyba że to jakaś większa sprawa, wymagająca głębszego zaangażowania.

Harry robi minę, mając nadzieję, że kobiety szybko ich zamordują.

— Jesteśmy razem — wyrzuca na jednym oddechu.

— Dokładnie. — Draco wygląda na spanikowanego. — Oficjalnie jesteśmy parą. No wiecie, w związku. Partnerami.

Przy stoliku zapada cisza, a potem Pansy odwraca się do Hermiony.

— Wyglądali na przerażonych, prawda?

— Zdecydowanie na spetryfikowanych. — Granger kiwa głową. — Stukanie paznokciami w stół wypadło idealnie.

— Najważniejsze już wiemy, chłopcy. — Parkinson nie może powstrzymać uśmiechu na widok ich zszokowanych min. — Albo raczej podejrzewałyśmy coś podobnego.

— Jakim cudem, u licha? — Draco jest oburzony, zaś Harry rozdarty pomiędzy potrzebą płaczu a nerwowym rechotem.

— Zaprosiliście nas na kawę, aby ogłosić tę rewelację — podsumowuje Hermiona. — Nie jesteśmy idiotkami.

— Równie dobrze moglibyśmy powiedzieć wam coś zupełnie innego. To nie musiała być deklaracja związku. Co byście zrobiły, gdybyśmy wyskoczyli z tekstem, że zostaliśmy przeklęci cholernie potężnym czarnomagicznym zaklęciem i zostały nam trzy dni życia?

Kobiety wymieniają między sobą znaczące spojrzenie.

— Po pierwsze: rozmawiałam wczoraj z Belindą, skarbie. Miała dla mnie kilka ciekawych informacji. Po drugie: kiedy ostatnio zaproponowałam ustawienie cię z pewnym uroczym reporterem, z ogromną radością odrzuciłeś tę propozycję — podsumowała słodkim głosem Parkinson.

— Co? Zgadałyście się? — pyta brunet, mrużąc podejrzliwie oczy.

— Masz naprawdę słabą pamięć, Harry. Mówiłam ci wcześniej, że Pansy mnie odwiedziła. Bardzo się o was martwiłyśmy — przypomniała Hermiona, przyjmując matczyny ton. — Sporo na wasz temat rozmawiałyśmy. Musiałam się mocno natrudzić, żeby ją przekonać, że nie masz zamiaru zniszczyć Draco życia w jakimś głupim akcie dziecinnej zemsty. Naturalnie, nie jestem w błędzie, prawda?

— Oczywiście, że nie! — odpowiada z oburzeniem, nie mogąc się zdecydować czy powinien się cieszyć z takowego obrotu spraw, czy też być zirytowanym. Szczerze rozdarty, wybiera dyplomatyczne podejście i upija łyka kawy. Czuje się po prostu niedorzecznie. — Więc technicznie bardzo nam pomogłyście.

— Jesteśmy po prostu szczęśliwe, że robicie coś konstruktywnego, zamiast wzajemnej krzywdy — dodaje Pansy, obdarzając ich miłym uśmiechem. — Chociaż jeśli przekroczysz granicę, Harry, osobiście cię zamorduję.

— Ciebie tyczy się to samo, Malfoy — rzuca ostro Hermiona.

— Prawdę powiedziawszy, zupełnie inaczej wyobrażałem sobie tę rozmowę. — Draco wzdycha pod nosem. — Byłem przygotowany na groźby i inne zagrożenia.

Parkinson unosi brwi.

— Jeżeli ładnie poprosisz, wcielę się w demo nicę — stwierdza groźnie.

Żaden z nich nie chce siłowego rozwiązania, więc oboje zamykają usta.


Ron został poinformowany tuż po wyjątkowo cichym obiedzie.

— Pieprzysz się z Malfoyem i nic mi, do jasnej cholery, nie powiedziałeś? — Chłopak z trzaskiem odkłada sztućce na stół. — Nie mogę w to uwierzyć! Przyszedłeś do mnie w pierwszej kolejności, jak zakochałeś się w Ginny, a Malfoya przemilczałeś!

— Tak właściwie to jeszcze nie jesteśmy na tym etapie — protestuje, aczkolwiek nie wie, czy to mądry pomysł, wcinać się przyjacielowi, gdy ten nie ma najlepszego nastroju.

— Wiedziałem, że się wtedy nie przesłyszałem! — trajkota dalej Ron, zupełnie nie zważając na komentarz Harry'ego. — Myślałem, że miałem omamy słuchowe tamtego ranka, co przyszedłem wyciągnąć cię na brunch. Był w twoim pokoju, prawda?

— To wcale nie takie dziwne. — odpowiada zrzędliwie, podczas gdy Hermiona śmieje się pod nosem.

— Jestem absolutnie zdegustowany i przerażony twoimi preferencjami — kontynuuje przyjaciel, wskazując na niego palcem. — Nie chcę słyszeć o twoim życiu seksualnym. Nigdy, przenigdy!

— Ron! — protestuje.

— NIGDY! — Weasley potrząsa z niedowierzaniem głową. — Cholera, Harry. Malfoy? Naprawdę? Jakim cudem?

— Nie jest czarnym charakterem. Zobaczysz, jak go poznasz — tłumaczy. — Jest taki sam jak ja — cichy i zabawny.

— Stary, w życiu bym żadnego z was w ten sposób nie opisał! Widzę, że trafił swój na swego! — Ron przerywa, zatrwożony następną myślą. — Czy będę mógł się z niego nabijać podczas rodzinnych obiadków?

— Tylko bez żadnych przekleństw, proszę — odpowiada łagodnym tonem, podczas gdy przyjaciel zaczyna się szczerzyć.

— Będę miły dla twojego chłopaka — mówi koniec końców Ron, nucąc ostatnie dwa słowa. — Otrzymasz też przebaczenie za kiepski gust co do mężczyzn, ale to tylko i wyłącznie dlatego, że Hermiona jest po twojej stronie i zazwyczaj się nie myli. Czasem, co prawda, jej się zdarza, ale… — przerywa, gdy żona uderza go w ramię, nie odstawiając nawet kieliszka, który trzyma w dłoni.

— Dziękuję, skarbie — parska dziewczyna.

— Żaden problem, Mionka. — Weasley całuje ją w czubek głowy.

Harry pozwala się im sprzeczać, czując się o niebo lżejszy niż przedtem. Ma wielką ochotę pobiec do warsztatu, pochwalić się ogromnym sukcesem i pocałować swego chłopaka. Powiedział Ronowi prawdę i wszechświat nie wybuchł. Właściwie to nic się nie zmieniło.

Normalność jest cudowna.

Oczywiście, jest daleka od doskonałości. Wciąż nie wie, gdzie dokładnie mieszka Draco, a Pansy nadal jest przerażająca. Mimo wszelkich nieścisłości wkłada w ten związek całe swe serce.

Czuje, że to wypali.


Następnego dnia odbiera Draco z pracy, choć przedtem obserwuje zza okna, jak ten wypełnia jeden z formularzy. Gdy kiwa głową, kilka blond kosmyków opada mu na twarz. Ma na sobie jeden zza dużych swetrów, przez co Harry ma ochotę go przytulić. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu zaczyna się zastanawiać, czy miałby coś przeciwko spaniu na łyżeczkę, bowiem oczami wyobraźni już widział, jak robi za dużą łyżkę (6). Gdzieś w środeczku czuje, że jego chłopak może trochę protestować, ale i tak postanawia wybadać grunt.

Wtem zostaje zauważony. Wchodzi do środka, zawstydzony i zaczerwieniony. Już dawno nie został tak szybko złapany na gorącym uczynku.

— Hej — mówi, wyciągając zza pleców bukiet kwiatów. — Mam coś dla ciebie.

— Widzę. — Draco wygląda, jakby powstrzymywał wybuch radości. Z czułością obiera bukiet i wącha pączki. — Czerwone róże, lilie i floksy (7)? Jak romantycznie.

— Staram się, jak tylko mogę. — odpowiada, nagle niepewny.

Malfoy uroczo się uśmiecha. Potem naprędce dokańcza wypełniać formularz i odkłada go pod ladę.

— Okej, to gdzie dzisiaj idziemy?

— Na obiad? Zapewniam, że robię bardzo dobry makaron z puszki — odpowiada z bezczelnym uśmiechem.

— Gdybyś zaproponował mi to dwanaście lat temu, przekląłbym cię na czym świat stoi. — Chłopak przewraca oczami. — Mam nadzieję, że zaopatrzyłeś się w przynajmniej jedno dobre wino.

— Yhym, nawet nie byle jakie — mruczy, idąc za mężczyzną na zaplecze.

Gdy wchodzą razem na tył sklepu po płaszcz blondyna, Belinda podnosi wzrok i uśmiecha się dobrotliwie.

— Jakie plany na dzisiaj, chłopcy?

— Wymyślna randka — odpowiada Harry, podczas gdy Draco jednocześnie mówi „Makaron i gówniane wino”.

Mugolka wybucha śmiechem.

— Niezła zabawa — podsumowuje, wracając do swojej pracy i nucąc pod nosem.

We dwójkę wychodzą na grudniowy chłód. Kroki stawiają z największą ostrożnością, żeby się przypadkiem nie poślizgnąć na lodzie pod drzwiami. Jest piękna, bezgwiezdna noc. Nie spiesząc się, obserwują przejeżdżające obok samochody i migoczące świąteczne światełka na wystawach sklepowych.

— Co robisz w Boże Narodzenie? — pyta bezceremonialnie Harry, kopiąc bryłkę lodu, którą napotyka na swojej drodze i obejmując Draco ramieniem. Chłopak protestuje, bo chce ochronić bukiet. Po chwili zanurza nos w pąkach i wącha kwiecisty zapach, udając, że wcale tego nie robi.

— Zazwyczaj jem przyzwoity świąteczny obiad w towarzystwie mojej matki i Pansy. Rano otwieramy prezenty — odpowiada Malfoy. — Na szczęście, teraz to znacznie mniejszy spektakl niż kiedyś.

— Ja będę w Norze, na całkiem dużej imprezie. Trzeba będzie się trochę nagimnastykować z zaklęciami powiększającymi, żeby wszystko się udało. — Wraca wspomnieniami do ostatnich świąt, podczas których rzucili Engorgio (8) na stół, przez co rozciągnął się aż do salonu.

Blondyn przewraca oczami.

— Zostaw to po prostu Weasleyom.

— Uważaj, bo w przyszłym roku zaciągnę cię do Nory — parska, nieco wybiegając w przyszłość. Ma nadzieję, że partner odczyta ukrytą w tym zdaniu sugestię.

Draco robi z pozoru zbolałą minę, ale jasnoszare oczy błyszczą z nadzieją. To z kolei sprawia, że Harry dochodzi do wniosku, że ta niby groźba jest możliwa do spełnienia przy użyciu odrobiny perswazji.

— Co z Nowym Rokiem? — pyta. — Możemy razem wymyślić coś fajnego.

— Wtedy razem z Pansy i Blaise’em topię rozczarowania minionych dwunastu miesięcy w szampanie. Okazjonalnie przedstawiamy sobie kochanków. — Uśmiecha się przebiegle blondyn. — Myślisz, że sobie z tym poradzisz?

— Oczywiście — odpowiada, przyjmując wyzwanie. Jest tak zaaferowany tym, żeby wyglądać na gotowego do walki na śmierć i życie wojownika, że nie patrzy pod nogi i potyka się o wystający krawężnik. Draco kwituje to wybuchem śmiechu.

— Moglibyśmy urządzić jakieś przyjęcie. Od lat nie wyprawiłem dobrej imprezy.

— Czy aby na pewno chcesz zamknąć w jednym pokoju wszystkich naszych przyjaciół? — pyta z niedowierzaniem, po czym uświadamia sobie, że chłopak jest zamyślony. Niewiarygodne, naprawdę to rozważał! — Serio?

— Malfoyowie nigdy nie żartują — odpowiada blondyn beztrosko, chociaż obaj doskonale wiedzą, że to jedna wielka ściema.

— Och, możesz się przymknąć — burczy. — Najprawdopodobniej poradzilibyśmy sobie ze wszystkim. Jest jeszcze chwila do Nowego Roku.

— Pansy będzie wniebowzięta. Nie zaproponowałem jej wyjścia na odpowiednie przyjęcie od czasu naszego piątego roku. — Uśmiecha się delikatnie Draco. — Zobaczysz, będziesz miał całe mieszkanie w serpentynach i jakichś błyskotkach, zanim jeszcze zdążysz się jej zapytać, czy w pierwszej kolejności przyjdzie.

— Brzmi przerażająco — podsumowuje.

— To diabeł wcielony, sam się przekonasz. Wiesz, jest takie powiedzenie. „Przyjaciół trzymaj się blisko, a wrogów jeszcze bliżej” — stwierdza zarozumiale Malfoy, a Harry z trudem opiera się chęci przewrócenia oczami.

— Czy to właśnie robimy? — pyta, popychając go nieco.

— Oczywiście, Potter — odpowiada Draco, lekko chichocząc i także go popychając.

— W ogóle nie homo — drażni się, a ślizgon prycha pod nosem.

— Następnym razem, gdy włożę ci język do buzi, pamiętaj, że to odpowiednik uderzenia w twarz. — Uśmiecha się nikczemnie Malfoy.

Harry zatrzymuje go i przyciąga do siebie. Nie mogąc się oprzeć pokusie, przyciska chłodne usta do miękkiego, równie chłodnego policzka.

— Mam nadzieję, że nie traktujesz tak wszystkich swoich odwiecznych wrogów.

— Tylko ciebie. — odpowiada Draco, z czułością oddając pocałunek. — Jesteś moim ulubionym.


Z biegiem czasu naprawią wszystkie powstałe przez lata szkody. Wkrótce połączą ze sobą wszystkie uszkodzone przewody i wymienią zepsute części.

Draco nie zamierza w najbliższym czasie zmieniać pracy, a Harry jest szczęśliwy, bo to najlepsze, co go w życiu spotkało.

Obaj wymagają naprawy.


(1) Begonia — jedna z najpopularniejszych roślin ozdobnych. Jest to kwiat symbolizujący mroczne myśli, przeczucia oraz ostrożność. Może być też odczytywany jako skrucha i prośba o wybaczenie. W tekście przyjmowane jest pierwsze tłumaczenie

(2) Glam Rock (inaczej: Glitter Rock) — styl w muzyce rockowej. Powstał w Wielkiej Brytanii na początku lat 70. Jego wykonawcy wyróżniali się barwnymi uniformami, wysokimi butami i ostrym makijażem. Budzili też często wiele kontrowersji. Ich muzyka była zazwyczaj łagodna, dzięki czemu trafiali do większego grona odbiorców. Wśród przedstawicieli Gram Rocka można wymienić m.in. Davida Bowiego

(3) Azalie — Są dwa rodzaje azalii: 1. Azalia, zwana także różanecznikiem — oznacza kruche i chwilowe zauroczenie, podziw oraz wstrzemięźliwość; 2. Azalia indyjska — oznacza błędną decyzję. Wydaje mi się, że ważne są tutaj obydwa tłumaczenia. Harry jest rozdarty i ma poniekąd mieszane uczucia

(4) Goździki — goździk oznacza ogółem obietnicę i zauroczenie. Można je jeszcze rozpatrywać według koloru: 1. Goździk biały — oznacza czystość (w odniesieniu do uczuć); 2. Goździk czerwony — oznacza gorące podziękowania; 3. Goździk różowy — oznacza oczekiwanie na drugą osobę i jednoczesne wyrażenie zgody; 4. Wielobarwny bukiet z goździków — oznacza odmowę. Wydaje mi się, że należy zwrócić uwagę na trzy pierwsze znaczenia

(5) Geranium — Harry wymienia tylko ogólne znaczenie tej rośliny, bo akurat takie znalazł w Internecie. Geranium znane jest także jako anginowiec (anginka). Jest to popularna roślina doniczkowa o przyjemnie pachnących liściach. Bardzo często jest wykorzystywana w medycynie i farmaceutyce — ma właściwości lecznicze. Działa przeciwbakteryjnie i przeciwwirusowo. Używa się jej też do leczenia chorób układu oddechowego, stanów zapalnych i chorób układu krążenia. Oczyszcza też powietrze. Całkiem sprytnie to wymyślone — te wszystkie wymienione właściwości są życzeniami Draco, który wie, że jego szkolna koleżanka nie jest najlepiej traktowana w lochach. Co więcej, geranium (prócz komfortu) znaczy także optymistyczne kroczenie w przyszłość

(6) Na łyżeczkę — pozycja senna wśród par, kiedy jedna osoba jest przytulana (tzw. mała łyżeczka), a druga przytula (tzw. duża łyżka). Duża łyżka obejmuje małą. Według badań przeprowadzonych przez panią psycholog Corrine Sweet, śpi w ten sposób co piąta para. „Łyżeczka” jest oznaką zaufania — duża łyżka przyjmuje postawę obronną względem małej. Co więcej, pozycja ta ma duży potencjał seksualny

(7) Bukiet dla Draco:

Róża — jest jednym z najpopularniejszych kwiatów, jakie daje się w bukietach. W zależności od koloru znaczy co innego. Z racji tego, że w tekście jest jasno napisane, że chodzi o czerwone róże, to nie będę przybliżała symboliki innych kolorów. Czerwona róża niesie za sobą przesłanie miłości, namiętności i pożądania. Można ją odczytać także jako odwagę, szczerość i trwałe uczucie. Ciekawe jest to, że w przypadku róż ważna jest także ich ilość. Podejrzewam, że Harry nie wpadł do warsztatu z nie wiadomo jak wielkim bukietem — jakby nie patrzeć, przez drzwi przeszedł bez problemu. Śmiało więc zakładam, że Harry podarował Draco trzy róże, które najzwyczajniej w świecie znaczą „Kocham cię”

Lilia — jest to kwiat symbolizujący przede wszystkim czyste uczucia oraz życzenia pomyślności, wszystkiego, co najlepsze. I znowu, inne są jeszcze jej znaczenia w zależności od koloru: 1. Biała lilia — odnosi szczerości uczucia oraz cnotliwości; 2. Tygrysia lilia — stanowi komplement „jesteś piękny/piękna”. Ta odmiana lilii odróżnia się od innych tym, że na swoich płatkach ma bardzo dużo czarnych (przeważnie czarnych) cętek i jest barwna kolorystycznie, tzn. może być czerwona, żółta, łososiowa, pomarańczowa i bordowa. Swoim wyglądem przywodzi na myśl dziko rosnące kwiaty w buszu; 3. Lilia złotogłów — mówi „pokazuję ci swoje uczucia”, jest więc deklaracją. Spośród innych odmian lilii wyróżnia się tym, że jej płatki są bardzo odchylone ku łodyżce, dzięki czemu nieco przypomina wciąż rozkwitający kwiat

Floks — jest całkiem ciekawym i przewrotnym kwiatem, który na jednym końcu linii symbolizuje pecha, a na drugim połączenie dusz. Jednak, gdy weźmie się pod uwagę kolor jego płatków, zyskuje dodatkowe znaczenie. 1. Floks biały — stanowi deklarację miłości; 2. Floks fioletowy — oznacza wspólne marzenia; 3. Floks niebieski — oznacza iluzję prawdziwego uczucia

Wydaje mi się (żeby to grało i znaczeniowo i kolorystycznie), że bukiet składał się z trzech czerwonych róż, białych lilii (bo pozostałe odmiany są po prostu rzadkie) i fioletowych floksów. Harry więc przy pomocy bukietu chciał powiedzieć Draco, że naprawdę bardzo go kocha, uważa, że są sobie przeznaczeni i chce dzielić z nim przyszłość

(8) Engorgio — inaczej zwane Zaklęciem Żarłoczności (z ang.: Engorgement Charm) — zaklęcie typu powiększającego dające podobny efekt do zaklęcia powiększenia (z ang.: Enlargement Charm). Znajduje się w „Standardowej Księdze Zaklęć, Stopień 2”. Najbardziej popularnym momentem jego użycia jest nadanie pająkowi większych rozmiarów na pokazowej lekcji obrony przed czarną magią, prowadzonej przez Barty'ego Juniora


Wazon w domu Narcyzy.

Podobnie jak Harry, byłam ciekawa, co to za różowe kwiatki miała Narcyza w swoim wazonie. Autorka niestety nie podała nawet ich nazwy, dlatego też sama nieco poszperałam i najbardziej prawdopodobne wydają mi się być piwonie. Pasują pod względem sytuacyjnym, kolorystycznym i znaczeniowym. Pozwólcie, że wam to przybliżę:

Piwonia jest dostojnym kwiatem. Kiedyś była bardzo popularna w ogrodach królewskich (razem z lilią i różą). Oznaczała wtedy bogactwo, zdrowie i radość. Wydaje mi się, że całkiem dobrze komponowałaby się w ogrodzie dworu Malfoyów w czasach przed odrodzeniem się Voldemorta. Na chwilę obecną utożsamiana jest z elegancją, pięknem i dobrobytem. Jakby nie patrzeć, te trzy elementy możemy znaleźć w domu Narcyzy. Dobrobyt może być odbierany przynajmniej poprzez te wszystkie znajdujące się w nim meble.

„Oczka” piwonii znaczą „rozchmurz się”, „bądź bardziej pewny/a siebie”, a także „nie jesteś sam/a” i „nie bądź nieufny/a”. Symbolizują też nieśmiałość, zawstydzenie i szczęście.

Oczywiście, jak to z kwiatami bywa, ważny jest także kolor:

1. Biała piwonia — oznacza egzaltację (przesadne demonstrowanie uczuć)

2. Różowa piwonia — pogłębia zrozumienie

3. Czerwona piwonia — przywołuje nową miłość

4. Purpurowa piwonia — symbolizuje hańbę.

Co więcej, bardzo często przypisywane jest jej znaczenie nieoczekiwanego, ale szczęśliwego spotkania.


KONIEC


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz