— Jakimi zaklęciami się teraz zajmujesz?
Harry automatycznie napiął mięśnie, ale potem przypomniał sobie, że przecież sam zaproponował Draco, aby się doń tymczasowo wprowadził i, jeżeli naprawdę mu to przeszkadza, powinien był cofnąć swe zaproszenie.
— Testuję kilka wariacji, których nauczyłem się podczas innych eksperymentów — odpowiedział zgodnie z prawdą, stukając różdżką w wezgłowie łóżka i rzucając urok bez użycia słów. Najprawdopodobniej zachowywał się cholernie paranoicznie, ale dusił w sobie obawy, że Malfoy wymyśli zaklęcie przeciwdziałające ochronie, jeżeli usłyszy inkantację. I pomyśleć, że to wszystko za sprawą ostatnich wydarzeń i faktu, że na własne oczy zobaczył, do czego może doprowadzić Nova Cupiditas.
— Och. — Facet oparł się o framugę drzwi swojego pokoju i zajął się cichą obserwacją.
Odwrócił głowę. Być może wykazywał się ogromną głupotą, ale niewykluczone, że pomoże im obu przetrwać to, co najgorsze — Harry’emu, ponieważ zmniejszała jego impuls do przepędzenia gościa, a Draco, ponieważ wciąż mógł mieszkać razem z nim.
Naprawdę chciał mu pomóc. Czuł, że razem pokonają tę przeszkodę i rozwiążą problem. Nie akceptował innej możliwości, więc powinien nastawić się optymistyczniej.
Kiedy się znów odwrócił, zarejestrował, że Malfoy nie ruszył się z miejsca, wciąż uważnie studiując wszystko, co robił. Mimowolnie się spiął, ale gdy odczekał chwilę, zrozumiał, że w jasno błyszczących szarych oczach nie ma ani cienia charakterystycznego dla klątwy zamglenia. Wyglądał, jakby próbował rozgryźć skomplikowaną łamigłówkę natury ludzkiej.
— Tak? — zapytał, starając się zachować spokój.
— Jakim cudem ci się to udaje? Jestem święcie przekonany, że gdybym był na twoim miejscu, nie byłbym w stanie przebywać w pobliżu niedoszłego gwałciciela.
— Jestem wściekły bardziej na tych, co w rzeczywistości zawinili, niż na ciebie — odpowiedział szczerze i na moment zamilkł, rozdarty pomiędzy prawdą, a tym, co powinien usłyszeć Draco. — Złoszczę się też na samego siebie — dodał po namyśle.
Malfoy zmarszczył brwi.
— Nie masz się za co obwiniać, Potter. — W jego głosie dało się uchwycić nutę dawnej goryczy, co zaś sprawiło, że Harry prychnął. To niesamowite, że on wciąż wydawał się sądzić, że w Hogwarcie wiódł sielankowe życie i nigdy nie popadł w kłopoty, co tylko dowodziło, że nie szpiegował McGonagall w odpowiednich momentach.
— Wręcz przeciwnie. Nie przewidziałem oczywistego i zbyt zaufałem Chłodnemu Prysznicowi, a przecież wiele się dowiedziałem o Novie Cupiditas i powinienem był wiedzieć, że pierwszy lepszy urok nie załatwi sprawy — odparł. — Jeżeli się poddam i zaakceptuję wyciągnięte dotąd wnioski, nigdy nie będę dobrym badaczem, a to zaś oznacza, że nie rozwiążę naszego problemu, nie mówiąc już o wszystkich innych, którymi chcę się zajmować w przyszłości.
Draco zamrugał, a następnie się skrzywił, co równie dobrze można było wziąć za półuśmiech lub szyderczą minę.
— Myślenie przyczynowo–skutkowe? Ostatnio używasz wielu skomplikowanych zdań. Co jeszcze wykombinujesz?
— Bądź wdzięczny, że jestem taki mądry i opanowany — burknął i go wyminął, gdy ten kierował się do kuchni. Uznał, że powinni coś zjeść, zanim wrócą do pracowni na dole. Malfoy może i nieszczególnie miał ochotę na kanapkę, bo zdecydowanie zadowoliłby się czymś zgoła innym, jednakże pożądanie nie umniejszało podstawowym potrzebom jego organizmu. — Nie chcę nawet myśleć, co bym zrobił, gdyby Nova Cupiditas została rzucona, kiedy jeszcze zmagałem się z traumą po wojnie.
— Jak zdołałeś ją pokonać? — zapytał blondyn, idąc tuż za nim — dzięki temu miał możliwość zmacania go po tyłku, ale trzymał ręce przy sobie.
Harry się zatrzymał i odwrócił, aby na niego spojrzeć. Draco również przystanął w miejscu, po czym podszedł bliżej, aniżeli było to konieczne, intensywnie weń wpatrzony. Szczerze mówiąc, ciężko wywnioskować, co pragnął wyczytać z jego mimiki twarzy, ani do czego właściwie zmierzał.
— Jakie to ma znaczenie? Nijak się wiąże z klątwą ani procedurami — zagaił w zamian. — Mogę tylko stwierdzić, że poradziłem sobie z tym lepiej, niż z innymi rzeczami. — Nie zamierzał wdawać się w szczegóły.
— Chcę wiedzieć.
Malfoy najprawdopodobniej uznał to za wystarczające wytłumaczenie, bo nie podał żadnego sensownego powodu. Harry zastanowił się nad tym, przygotowując w kuchni składniki do kanapek. Dzięki częstym wizytom na ulicy Pokątnej miał wystarczająco dużo świeżego mięsa i rodzajów sera, aby mogli wybierać, na co mają ochotę. Oczywiście, najprawdopodobniej nie dorównywał standardom we dworze Malfoyów, ale też daleko mu było do kiepskiego kucharza.
Draco ponownie oparł się o ścianę, nie kwapiąc się do pomocy. Uznał jednak, że nie wynika to z grzeczności czy też arogancji, a z głęboko zakorzenionego nawyku. W rodowej rezydencji był przyzwyczajony do obsługi skrzatów domowych, to bardziej niż oczywiste.
Właśnie dlatego postanowił odpowiedzieć na pytanie. Malfoy próbował go zrozumieć. Cóż, nie mógł mieć mu tego za złe. Co więcej, gdy czegoś się o nim dowie, obdarzy go większym zaufaniem. Ile razy on sam zakończyłby przyjaźń z Ronem i Hermioną, gdyby nie wiedział, co kryje się za ich ciągłym zrzędzeniem i absurdalnymi kłótniami?
— Częściowo dzięki pomocy Hermiony — odpowiedział po krótkiej chwili, położywszy na tacce kilka kawałków szynki, pieczonego kurczaka i wołowinki, a następnie cieniutkie plasterki cheddara i sera szwajcarskiego. — To ona zorientowała się jako pierwsza, że nie mogłem się pozbierać po wojnie. Była naprawdę uparta, aż wreszcie mnie przekonała, żebym nie ignorował stanu zdrowia.
Draco milczał tak długo, że Harry rzucił mu sondujące spojrzenie, szczerze przekonany, że przyjdzie mu zmierzyć się z nieznanym uprzedzeniem Malfoyów. W szarych oczach, zamiast przewidywanej pogardy, zobaczył tylko zdziwienie.
— To oczywiste, że nikt nie wyszedł z wojny bez szwanku. Nie uwierzyłbym, gdyby było inaczej.
— Ze mną było inaczej, niż ze wszystkimi — powiedział ściszonym głosem. — Nie byłem w Hogwarcie za czasów dyktatury. Nie cierpiałem tortur, które wy przeżywaliście. Nie wróciłem do szkoły, bo robiłem coś, co uważałem za wartościowe, nawet jeżeli czasami bywało cholernie ciężko. — W momencie zapragnął potrząsnąć głową, gdy myślał o miesiącach, które zmarnowali na poszukiwanie horkruksów. Teraz kiedy wydorośleli i przestali być głupimi dzieciakami, o wiele lepiej zaplanowaliby całą eskapadę. — W czasie bitwy o Hogwart zginęli tylko ludzie, którzy byli mi naprawdę bliscy. Cóż, wcześniej również, ale to było przed wybuchem prawdziwej wojny — dodał. Nie miał najmniejszej chęci rozmawiania z Draco na temat Syriusza i Albusa. Kierował się też przeczuciem, że lepiej byłoby nie wchodzić na grząski grunt i pominąć milczeniem osobę Dumbledore’a. — Pokonanie traumy sprowadzało się więc u mnie do przekonania, że nic, co mnie spotkało, nie było straszniejsze od tego, co przeżyli inni.
— Oczywiście. — Uśmiechnął się z pogardą Malfoy. — Oto gryfońska szlachetność w najlepszym wydaniu.
Harry wzruszył ramionami.
— Bardzo pomogła mi też rozmowa z Andromedą Tonks. Straciła na wojnie męża i córkę, a jej wnuk jest moim chrześniakiem. To nas do siebie zbliżyło — urwał, ponieważ Draco wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć z zaskoczenia. — Co takiego?
— Andromeda Tonks jest siostrą mojej matki. Jakby nie patrzeć, moją ciotką.
— Jest też kobietą wolną od uprzedzeń. Akceptuje mnie takim, jakim jestem — dodał i przewrócił oczami. — Uwierz lub nie, ale nie zawsze należy ślepo podążać za wpojonymi w dzieciństwie wierzeniami. Niektórzy widzą w mugolakach normalnych ludzi.
Malfoy wyszczerzył zęby, ale Harry nie widział w tym nic zabawnego.
— Nie wiedziałem, że utrzymujesz kontakt z tą częścią mojej rodziny — wytknął.
— Czy w pierwszej kolejności uważasz Tonksów za rodzinę? — zapytał, szczerze zaintrygowany. Nigdy nie rozmawiał z Andromedą o Malfoyach, więc jedyną wskazówką na temat ich relacji, była wypalona plama na gobelinie Blacków. — Nie sądzę, aby Narcyza próbowała ponownie nawiązać kontakt.
Draco uniósł podbródek.
— Zupełnie nie rozumiesz czystokrwistych, Potter. Matka nie może po prostu wyciągnąć ręki do kogoś, kogo rodzina wydziedziczyła. Na tej drodze stoi masę zawiłości. Dobrze by było, gdybyś o nich nie mówił.
— Jasne. — Wiedział, że nie powinien był zdradzać zbyt dużo informacji. W zamian zrobił sobie kanapkę z szynką i serem cheddar, a następnie odsunął się i zrobił miejsce tymczasowemu współlokatorowi. — Jak tylko zjem, zejdę do warsztatu. Wpadnij, kiedy skończysz.
Malfoy rzucił mu rozgniewane spojrzenie, najprawdopodobniej dlatego, że postanowił zakończyć tę rozmowę, zamiast dalej wysłuchiwać przemądrzałych wywodów. Harry go zignorował, zjadł kanapkę na kilka dużych kęsów, niemal ciesząc się bałaganem spowodowanym przez okruszki porozrzucane po całym stole, gdyż właśnie wykazał się ogromnym brakiem manier. W pewnym sensie wyraził również pogardę dla systemu wartości Dursleyów, ponieważ ciotka Petunia zawsze dostawała apopleksji, kiedy zostawił odcinki palców na filiżance, czy też nie sprzątnął po swoim posiłku.
Skończywszy, zszedł po schodach do pracowni, nie zwracając na Draco najmniejszej uwagi.
Nawalił i dobrze o tym wiedział, ale po prostu wpadł w jedną z wielu pułapek pomiędzy nim a Potterem. Ta była na szczęście łagodniejsza, a przynajmniej tak mu się wydawało. Mimo to reakcja faceta nie była zachęcająca.
Rozmyślał na temat ich rozmowy podczas jedzenia smakującego popiołem chleba i bezsmakowego mięsa. Ostatecznie doszedł do wniosku, że mógł nie przypominać, iż Andromeda Tonks jest siostrą Narcyzy. Najlepiej zrobiliby, gdyby pominęli ten temat milczeniem i skoncentrowali się na czymś innym.
Sęk w tym, że Potter zachowywał się, jakby chodzenie do niej na herbatki było czymś zupełnie normalnym. No po prostu musiał to przerwać…
Odchylił się na krześle i zapatrzył w schody, po których kilka minut wcześniej zszedł Harry. Kiedy się koncentrował, czuł jego obecność w laboratorium, a nawet gdy bywał rozkojarzony, klątwa działała dlań niczym kompas wskazujący północ. Wciągnąwszy powietrze, poczuł pragnienie, o wiele silniejsze i bardziej satysfakcjonujące, aniżeli jedzenie, które właśnie konsumował — to była obietnica uczty, zamiast skromnego posiłku.
Musiał to przerwać, ponieważ samo wyobrażenie sobie sytuacji, o której przed momentem rozmawiał, doprowadzało go do szaleństwa. Potter, chcąc nie chcąc, był związany z rodziną Blacków, a teraz dodatkowo pełnił funkcję ojca chrzestnego dla wnuka Andromedy, ze wszystkich możliwych ludzi.
Musiał dowiedzieć się czegoś więcej.
Oblizał palce, ponieważ w pobliżu nie było nikogo, kto zwróciłby mu uwagę, i zastanowił się nad własną reakcją. Czy wynikała z klątwy? Oczywiście, im więcej wiedział o Potterze, tym łatwiej przychodziło mu uwiedzenie go. Chociaż pragnął, aby było inaczej, jego umysł również potrzebował odpowiedniej stymulacji.
Naturalnie, wiedza, którą nabył, była kompletnie bezużyteczna. Zamiast zrobić z nią coś pożytecznego i obrócić sytuację na swoją korzyść, wszystko zaprzepaścił i odstraszył faceta. To z kolei przysporzy mu więcej kłopotów w przyszłości.
Wciąż pragnął zachować dla siebie tę szczątkową wiedzę, włożyć ją do mentalnego sejfu i chichotać z radości. Chociaż inni byli tego świadomi przed nim, wciąż mógł się nią cieszyć niczym błyszczącą monetą, szafować informacjami wedle własnego uznania i z niecierpliwością czekać na coś w zamian. Zawsze też może odmówić zdradzenia tajemnicy, nawet jeżeli ktoś będzie błagał. Z jakiegoś powodu aż go skręcało w środku, żeby dać ludziom do zrozumienia, że wszedł w posiadanie nowinki dotyczącej Harry’ego Pottera i może rozważyłby sprzedanie jej gazetom, gdyby nie fakt, że klątwa mu zabraniała. Gdzieś w środku doskonale wiedział, że otworzył w głowie mentalną szufladę wyłącznie na własny użytek i nie oddałby nikomu doń klucza bez względu na oferowaną sumę.
Szczerze mówiąc, nie miało to żadnego sensu, więc winna jest temu Nova Cupiditas.
Zjadł kanapkę i zszedł na dół. Zbyt długo był oddalony od Pottera i właśnie dlatego chodził teraz z boleśnie pulsującym, twardniejącym fiutem. Celowo się nie dotykał, chociaż sprawiało mu to niemały dyskomfort. Myślał o reakcjach swojego umysłu, a nie ciała. Zamierzał robić to tak długo, jak tylko mógł, żeby sprawdzić, czy przeciwdziała to klątwie.
— Malfoy.
Zatrzymał się wpół kroku i zamrugał w drzwiach pracowni, zupełnie jakby został uderzony prosto w brzuch.
— Czemu nie nazywasz mnie po imieniu? — zapytał, zanim zdążył się powstrzymać.
Potter wstał od stołu, na którym układał fiolki i rzucił mu nieczytelne spojrzenie.
— Założyłem, że wolisz zachować większy dystans po tej kłótni, którą odbyliśmy i… incydencie z powrotem klątwy — odparł. — Zwracanie się do ciebie po imieniu nie jest właściwe, prawda?
W odpowiedzi potrząsnął głową. Wiedział, że ta nagła niechęć do słyszenia własnego nazwiska z ust faceta, którego pożądał, wynikała z wielu powodów, ale miał to głęboko gdzieś. Nade wszystko chciał teraz bliskości.
— Mów mi Draco. Nie pokłóciliśmy się, tylko… Zresztą nieważne. Potrzebuję od ciebie jakiegoś gestu uznania. — Zaczerwienił się pod czujnym spojrzeniem, ale w gruncie rzeczy powiedział samą prawdę. Chciał zostać doceniony i nie widział powodu, dla którego musiał nieustannie uzasadniać swoje zdanie.
— W porządku — burknął bez większego przekonania Potter, po czym szarpnął głową w kierunku kręgu pośrodku warsztatu.
Średnio usatysfakcjonowany, spełnił polecenie, czując się niczym marionetka na sznurkach, ponieważ klątwa kontrolowała każdy jego krok. Chciał podejść do Harry’ego i położyć mu dłonie na ramionach. Wyobrażał sobie, że przeprasza go za to, co wydarzyło się na łące. Ugryzłby go lekko w kark, aby poczuć jego smak i naznaczyć jako swojego. Szczęśliwie, teraz już wiedział, że opinia Pottera była dlań ważna, więc aby go przekonać, pogłaskałby go po policzku, wyszeptałby kilka słodkich słów, po których facet odchyliłby się do tyłu i dał mu dostęp do…
— Odsuń się ode mnie.
Zamrugał i wrócił do rzeczywistości. Nie pamiętał, żeby podchodził bliżej, ale ewidentnie to zrobił, bo Potter celował weń różdżką. W zielonych oczach lśniła najprawdziwsza gama emocji, począwszy od spokoju, przez determinację i smutek, a skończywszy na niecierpliwości.
— Wiem, że to trudne — kontynuował brunet, a Draco przygryzł wargę, powstrzymując się przed eskalowaniem sytuacji. — Spróbuj bardziej się kontrolować. Wejdź z powrotem do kręgu.
— Pragnę cię — odpowiedział i się skrzywił, ponieważ prawie nie poznawał własnego głosu. Trudno mu było nie wyciągnąć ręki i nie przyciągnąć mężczyzny do uścisku. Jakiś zdradziecki impuls sprawiał, że nogi drżały mu z pożądania, a serce podpowiadało, że Harry ulegnie, kiedy tylko pokaże mu przyjemność płynącą z ich złączonych ciał.
— Wiem o tym. — Usłyszał i znów zamrugał. Potter brzmiał na potwornie wymęczonego. Spoglądał na Draco ze współczuciem, zalążkiem strachu i litością, jakiej po prostu nie mógł zdzierżyć. To wręcz nieprawdopodobne, aby taka mieszanina emocji naprawdę istniała. — Musisz się bardziej kontrolować, nawet jeżeli jest to cholernie trudne. Gdy dasz sobą ponownie zawładnąć, będziemy mogli jasno stwierdzić, że klątwa się wzmogła i przeskoczyła do następnego etapu.
— Nova Cupiditas nie ma jako tako etapów — burknął ze wciąż drżącymi dłońmi. — Proszę, Harry. — Głód zżerał go od środka. Miał wrażenie, że zanurzył się w morzu pragnienia, został porwany przez prąd i mógł mu się tylko poddać, całkowicie niezdolny do walki.
Potter zamarł.
— Kiedy zacząłeś nazywać mnie po imieniu? — zapytał ściszonym tonem, co paradoksalnie podekscytowało Draco, zamiast napełnić go przerażeniem. W jakiś niewyobrażalny sposób otumaniony umysł podpowiedział mu, że to oznaka intymności.
— Gdy zrozumiałem, że tego właśnie pragnę — odpowiedział. Wszystko szło w dobrym kierunku. Teraz wystarczyło poczekać, bo na końcu czekała go nagroda. Szczęśliwie, klątwa dodała mu cierpliwości. — Twoje imię naprawdę dobrze smakuje na języku. — Zamilkł na moment, żeby jego intencja została poprawnie zrozumiana. — Twój fiut smakowałby jeszcze lepiej.
Potter westchnął. Nawet ten cichy, znużony dźwięk wydał mu się piękny i sprawił, że pozazdrościł wydychanemu przez niego powietrzu.
— Uspokój się na moment i posłuchaj tego, co mówisz, Draco. Godzinę temu mi dogryzałeś i nazywałeś mnie po nazwisku. Znów zawładnęła nad tobą klątwa. Nie zapomnij, proszę, że musisz zachować większy dystans i swoją godność. Weź się w garść.
— Pragnę cię — powtórzył, szczerze zdekoncentrowany. Jakimś cudem wszystko zaczęło się sypać. Serce szalało mu z niepokoju. Musiał coś zrobić i poprawić swą sytuację. Dlaczego Harry, taki mądry i dociekliwy, nie oszczędził mu problemów i niepotrzebnie komplikuje sprawę. — Nie chcę myśleć o dawnych czasach, kiedy nie darzyliśmy się sympatią.
— Musisz. Skup się na swoich rodzicach, rodowej posiadłości i dziedzictwie, o którego zachowanie tak ciężko walczyłeś — argumentował Harry. — Czy naprawdę chcesz sypiać z człowiekiem, którego twoi najbliżsi nigdy by nie zaakceptowali? Zdecydowanie nie. Nade wszystko pragniesz poślubić czystokrwistą czarownicę, która niedługo potem urodzi ci dziedzica. Chcesz chronić swą krew i trzymać się z daleka od tej, która kiedykolwiek miała styczność ze szlamem. — Skrzywił się, a z ust Draco wydobył się cichy, zduszony dźwięk. Słowa, z którymi został skonfrontowany, sprawiły mu ogromny ból, dlatego też zaczął marzyć o lepszym zrozumieniu. — Lubisz być chłodny i zdystansowany. Zawsze byłeś zimny i spokojny niczym marmurowy posąg. Właśnie taki jesteś. Całkiem dobrze cię dotąd poznałem.
— Niewystarczająco. Moglibyśmy zacieśnić więzi — odpowiedział ciepłym i miękkim tonem, chociaż, szczerze mówiąc, nie zarejestrował nawet słowa, bo gdy tylko otworzył usta, klątwa zrobiła swoje. Jego umysł spowiła mgła, która z jednej strony miała sens, a z drugiej tworzyła migoczącą ścianę z brązu i złota. — Chodź tutaj i pozwól mi się dotknąć.
— Jesteś Draco Malfoyem. Jeżeli zapomniałeś, kim jesteś, będę pamiętał podwójnie — kontynuował brunet. — Twoi wrogowie chcieli przy pomocy Novy Cupiditas odebrać ci godność i tożsamość. Nie pozwolę na taką samowolkę.
— A gdybym powiedział, że dla ciebie się zmienię? — zapytał i zrobił krok naprzód. Wyostrzone przez przekleństwo zmysły podpowiadały mu, że Harry nie jest w nastroju do stawiania oporu. — Nadal twierdzisz, że nie mam prawa do własnego zdania? Odrzucam to dziedzictwo obiema rękami. — Zrobił gest, aby potwierdzić prawdziwość swych słów, choć w głębi serca poczuł ból niejasnego pochodzenia. — Jeżeli mi ulegniesz, zrezygnuję ze wszystkiego.
— Zupełnie nie jesteś sobą. — Potter zamilkł i zmarszczył lekko brwi, jakby pogrążony we własnych myślach. Draco nie rozumiał, jakim cudem może skupiać się na czymkolwiek innym, aniżeli seksie, dlatego też przesunął się w bok, szukając sposobu na zwrócenie jego uwagi. Lewa strona, pomyślał. Ma moc w prawej ręce.
Gdy została w niego wycelowana różdżka, uśmiechnął się pobłażliwie i opuścił uniesione dłonie, aby pokazać, że nie zamierza się bronić. Chciał udowodnić, że akceptuje wszystko, co Harry może mu zaoferować.
— Memoria sanguinis.
Zaklęcie uderzyło weń całkowicie niespodziewanie i sprawiło, że krew mu zawrzała. Uniósł rękę i dotknął twarzy, spodziewając się gorących policzków. Gdzie to się skumulowało?
Właśnie wtedy krew dotarła do mózgu i widmowe obrazy, które skrywały się za złoto–brązową ścianą, stały się rzeczywistością.
Zobaczył rozległe tereny rodowej posiadłości, pokryte zieloną trawą z gdzieniegdzie białymi plamami w postaci spacerujących w oddali pawi. Ile godzin spędził w dzieciństwie na gonieniu tych zwierząt i ile czasu matka zamartwiała się, że wyrwie im wszystkie pióra, zanim zdążą porządnie urosnąć.
Zobaczył prywatną bibliotekę we dworze, którą ojciec podarował mu, gdy naprawdę zainteresował się książkami, mniej więcej w wieku ośmiu lat. Widział, jak wchodzi do pokoju z odchyloną do tyłu głową i zaciśniętymi na dolnej wardze zębami, żeby przypadkiem nie opadła mu szczęka. Nie chciał okazać zdziwienia czy też nadmiernego zadowolenia, ponieważ oznaczałoby to, że dał się zaskoczyć, a przecież ojciec zawsze mawiał, że Malfoyowie zawsze powinni spodziewać się wszystkiego, co najlepsze. Sięgające sufitu i po brzegi wypełnione półki ogromnych regałów, jak i unoszący się w powietrzu charakterystyczny zapach skórzanych okładek oraz kurzu zawsze jednoznacznie kojarzyły mu się z wiedzą.
Zobaczył matkę ze starannie upiętymi z tyłu głowy włosami i naszyjnikiem z okrągłych szafirów zawieszonym na smukłej łabędziej szyi. Obok niej ojciec omiatał wzrokiem zaproszonych na przyjęcie gości niczym polujący na ofiary jastrząb.
Wszystkie te rzeczy były częścią jego dziedzictwa. Harry miał całkowitą rację. Rodzice wstydziliby się, gdyby poddał się pożądaniu i zapomniał o hamulcach. Żadne zaklęcie nie powinno mieć na niego tak ogromnego wpływu.
Uświadomiwszy sobie podstawowe zależności, skierował się na środek warsztatu.
— Potter — powiedział pewniejszym tonem i rzucił urok zamykający krąg. — Skąd wiedziałeś, że to zadziała? — zapytał przez ramię, stanąwszy doń plecami. Zdecydowanie wolał nie patrzeć mu prosto w twarz, bo obawiał się, że znów ulegnie pokusie dotknięcia go.
— Tylko zgadywałem. Czułem, że może się udać — odparł zgodnie z prawdą mężczyzna. — Zastanawiam się jednak, czy w przeszłości ktoś wypracował rozwiązania mające na celu poradzenie sobie z bardziej dramatycznymi skutkami Novy Cupiditas, bo są one bardzo nieprzewidywalne. Jeżeli tak, to wielka szkoda, że nikt nie zadał sobie trudu, żeby je udokumentować. Zaklęcie, którym w ciebie cisnąłem, najprawdopodobniej nie zadziałałoby na kogoś o nieczystej krwi, bo tylko arystokracja tak cholernie ceni swoją spuściznę.
Draco mruknął coś niezobowiązującego. Miał ochotę schować głowę w ramionach ze wstydu, ale z drugiej strony pragnął podtrzymać pozory opanowania. Ostatecznie postanowił stać nieruchomo, podczas gdy Potter zajął się organizowaniem im przestrzeni do eksperymentów — rzucał kolejne uroki, dokonywał pomiarów i burczał pod nosem inkantacje.
Wrócił myślami do rozmowy z matką w domu. Narcyza odmówiła spotkania z Harrym, unosząc się dumą, której z pewnością po nim również oczekiwała.
W momencie zaczął się zastanawiać, czy podtrzymanie reputacji i szczycenie się własnym dziedzictwem naprawdę było warte zrezygnowanie z kojącego dotyku drugiego człowieka.
Nie potrafił zignorować uporczywego dzwonienia w głowie, chociaż doskonale wiedział, że wynikało z klątwy.
Harry westchnął. Wreszcie zbliżał się do rozwiązania. Od dłuższego czasu z uwagą obserwował skutki, jakie klątwa wywierała na Draco — a raczej rozgryzł je później, bo ciężko mu było myśleć podczas ataku — i doszedł do wniosku, że są zbyt złożone, aby czerpały z wyłącznie jednego zaklęcia. Co w przypadku, gdy Nova Cupiditas składa z większej ilości połączonych ze sobą uroków?
Oczywiście, to nijak przybliżało go do uzyskania automatycznej odpowiedzi, ponieważ nie wiedział jeszcze, czy to kwestia dwóch, trzech lub więcej składowych, ale wszystko sprowadzało się do jednego wniosku, a mianowicie, że będzie musiał się namęczyć i rzucić większą ilość zaklęć.
Tyle dobrego, że był w stanie przetestować swoją teorię i uzyskać ogólny jej zarys, żeby potwierdzić postawioną zawczasu hipotezę. Istniało wiele czarów oddziałujących na umysł, w tym również wszelkiej maści uroki pamięciowe, składające się z wielu magicznych warstw. Automatycznie rzucił zaklęcie, dzięki któremu niegdyś ujawnił owe struktury. Chmura lśniącego proszku, widoczna wyłącznie dla niego, poleciała w kierunku Malfoya i zawisła wokół niego w powietrzu niczym proch rzucony na lepką ścianę.
Normalnie czarno na białym.
Harry sięgnął po czysty zwój pergaminu i najdokładniej zapisał to, co zobaczył. Nie miał za dużo czasu, ponieważ Nova Cupiditas okazała się na tyle silna i zapobiegawcza, że zaczęła rozpuszczać pył niemal natychmiast po uderzeniu w barierę.
Draco miał na głowie brzydką koronę spływającą mu postrzępionymi falami na ramiona, łączącą się odnogami bezpośrednio z mózgiem. Nie zdążył policzyć ich ilości, bo wizja zaczęła szybko się rozpływać, ale przynajmniej się dowiedział, że klątwa przypominała układankę z wieloma elementami.
Nova Cupiditas zagnieżdżała się w mózgu czarodzieja, a więc działała typowo od wewnątrz, a nie tylko oddziaływała na ciało, czego nie był wcześniej pewien.
Otworzył usta, żeby poinformować Malfoya o swoim odkryciu, ale właśnie wtedy w warsztacie ktoś się zmaterializował. Harry automatycznie się odwrócił i uniósł różdżkę, gotowy do odparcia potencjalnego ataku.
Odetchnął z ulgą, zobaczywszy Rona. Jakby nie patrzeć, mógł to przewidzieć, ponieważ najlepsi przyjaciele byli jedynymi osobami, dla których stworzył lukę w zabezpieczeniach swojego domu.
— Coś się stało? — zapytał, nagle zaniepokojony, zauważywszy, że kumpel był tak blady, że bez żadnego problemu mógł policzyć jego piegi na policzkach.
— Cóż, przyszedłem cię chronić — odpowiedział, zerkając w przelocie na Draco. — Hermiona wszystko mi opowiedziała i, stary, naprawdę uważam, że to wspaniałomyślne i szlachetne z twojej strony, tak się poświęcać, ale nie sądzę, żebyś przełamał tę klątwę.
Harry się wyprostował i uniósł wyzywająco podbródek. Żałował, że nie jest wyższy, bo wtedy efekt byłby po prostu piorunujący.
— Czy powiedziałbyś dokładnie to samo, gdyby Novą został trafiony któryś z twoich braci? — zapytał w zamian.
Ron się zaczerwienił.
— Nie miej mi tego za złe, ale po prostu uważam, że to naprawdę szalenie niebezpieczna sytuacja, zwłaszcza dla ciebie — burknął i poruszył się niespokojnie, ponieważ Draco spojrzał nań beznamiętnie. — Rozsądniej byłoby ustawić grafik trzymania straży i dołożyć wszelkich starań, żebyś nie został zaatakowany. — Podszedł bliżej i położył Harry’emu rękę na ramieniu. — Ufam ci, stary. Być może rzeczywiście rozwiążesz tę sprawę, ale aby to zrobić, potrzebujesz być przede wszystkim bezpieczny, prawda?
Miał odpowiedzieć, ale wtem stało się coś nieoczekiwanego. Z jakiegoś powodu w pracowni zaczęły latać zaklęcia.
Kiedy Draco zobaczył, że Weasley dotyka Pottera, zazdrość, którą dotąd tłumił w sercu, osiągnęła szaleńczy poziom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz