— Potter.
— Draco.
Harry żałował, że zabrzmiał tak szorstko, ale z drugiej strony, współczucie i ciepło okazane w głosie mogłoby spiętrzyć obecnie dręczące ich problemy, biorąc pod uwagę Novę Cupiditas. Skupił się na przygotowywanej owsiance, cholernie świadomy kroków, które jasno wskazywały, że Malfoy wchodzi do kuchni, a potem się zatrzymuje. Z chodu wynikało, że był spięty i niepewny, czy wciąż jest mile widziany.
Najprawdopodobniej nie powinien być, pomyślał, zacisnąwszy dłoń na różdżce, ot na wszelki wypadek, aby w razie potrzeby naprędce wznieść bariery ochronne.
— Mamy szczęście, bo zaklęcia dwuczęściowe są moją specjalnością — zagaił spokojnym, miarowym tonem, ponieważ wreszcie wymyślił temat, na który mogli porozmawiać. Co więcej, miał pewność, że Draco chętnie wysłucha wszystkiego, co związane z klątwą. — Od dłuższego czasu się zastanawiałem, dlaczego potrzebuję tylko jednego uroku ujawniającego, ale więcej, gdy chcę cokolwiek z tym zrobić, a nawet wprowadzić drobne modyfikacje.
— Naprawdę? — zapytał bez entuzjazmu blondyn.
Harry nadal się nie odwrócił. Zamiast tego sprawdził, czy owsianka się nie przypala, a następnie rzucił proste zaklęcie przywołujące na mleko, aby doń z gracją podleciało i nie rozprysło się po drodze.
— Owszem. W pewnym momencie zorientowałem się, że Nova Cupiditas składa się z dwóch elementów i teraz wiem, że będę musiał opracować system zaklęć, a nie koncentrować się na jednym uroku — kontynuował. — To naprawdę dobra informacja. Lepiej mieć świadomość, z czym się dokładnie pracuje i że rozwiązanie naszego problemu jest złożone. Dzięki temu możemy śmiało wykluczyć wszystkie proste metody.
Draco burknął coś niezobowiązująco. Nie wydawał się szczególnie chętny do rozmowy, ale nie sposób było go za to winić.
Harry nalał sobie szklankę i, wziąwszy głęboki oddech, wreszcie się odwrócił.
— Chcesz mleka, czy czegoś innego? — zapytał.
Malfoy wyglądał po prostu okropnie. Miał zapadnięte policzki i był bledszy, aniżeli zazwyczaj. Włosy opadały mu na ramiona, przypominając pajęczynę. Chwiał się na nogach, trzymając jedną rękę w pozycji, jakby zaraz miał chwycić się ściany, żeby nie upaść.
Z trudem przełknął ślinę i komentarz, patrząc nań bez zmian ze świadomością, że facet prędzej wolałby ogryźć sobie język, niż przyznać się do chwili słabości.
— Sok z dyni — burknął bez entuzjazmu. — Wolałbym pójść z tobą w ślinę, ale zadowolę się też sokiem z dyni.
Szare oczy w momencie zasnuły się mgłą. Harry dostrzegł w nich straszliwy głód i był pod wielkim wrażeniem, że Draco wytrzymał w swoim pokoju całą noc, a nie wyszedł na korytarz, aby go odszukać i przycisnąć do łóżka. Oczywiście, całkiem możliwe, że jednak nie wytrzymał i próbował się przebić, ale drogę uniemożliwiły mu niektóre z zabezpieczeń, które zawczasu przygotował.
Wziął głęboki oddech i potrząsnął głową.
— Zrobiłbym to — powiedział szczerze. — Gdyby nie było silnych etycznych zastrzeżeń i gdyby nie niszczycielska natura klątwy, nawet bym się nie zawahał.
Malfoy przewrócił oczami, a Harry ucieszył się w duchu, że otumaniony pożądaniem umysł wciąż reaguje na drobne żarty. Rozbawienie ładnie ukrywało też pragnienie.
— Czyli po prostu nie możesz się ugiąć.
Skinął głową.
— Nie będę gwałcicielem, tak samo, jak nie pozwolę, żebyś ty się nim stał — powiedział stanowczym tonem. — Gdy przełamiemy tę klątwę, odzyskasz rozum i znów będziesz myślał racjonalnie. Jeżeli coś się pomiędzy nami wydarzy, poczujesz do siebie większą odrazę, aniżeli kiedykolwiek wcześniej. Nie dopuszczę do tego.
— Odwróćmy perspektywę. — Draco poruszył się niespokojnie przy kuchennym blacie. — Jeżeli dam ci przyzwolenie, nie będziesz gwałcicielem. Każda odraza, z którą zmierzę się potem, będzie o niebo lepsza, niż ogień, który mnie teraz trawi.
Harry zaprzeczył. Szczęśliwie, przewidział ten kierunek rozmowy — stanowił chyba jedyną przewidywalną rzecz w całej otoczce klątwy — i dokładnie wiedział, co powiedzieć.
— Mówisz tak tylko dlatego, że znów zostałeś omotany przekleństwem. Gdybyś był przy zdrowych zmysłach, załamałbyś ręce nad głupotami, jakie pleciesz. — Zamilkł na moment, ponieważ w szarych oczach dostrzegł najprawdziwszą udrękę. — Wiem, że to trudne, ale wstrzemięźliwość jest najlepszym rozwiązaniem — dodał znacznie łagodniej. — Właśnie w ten sposób napastnicy planowali cię upokorzyć. Chcieli, żebyś błagał o seks kogoś o brudnej krwi.
Malfoy się zaperzył.
— Już ci mówiłem, żebyś wyrażał się o sobie z większym szacunkiem.
— Owszem, bo jesteś pod wpływem klątwy — odparł.
— Ciężko jest odróżnić to, co pochodzi ode mnie od tego, co dyktuje mi magia — powiedział po dłuższej chwili milczenia ze spuszczoną głową.
— W pełni zrozumiałe. — Zgodnie z życzeniem Harry nalał mu soku dyniowego. — Powinniśmy dziś wrócić do posiadłości Malfoyów. Nie zabrałeś ze sobą zbyt wielu ubrań i najprawdopodobniej poczujesz się lepiej, kiedy spotkasz się z rodzicami na neutralnym gruncie, tak beze mnie. Poza tym w waszej bibliotece są książki, które mnie interesują.
Draco podniósł rękę, a potem pozwolił, aby opadła wzdłuż ciała. Nie wiedział, czy był to gest protestu, czy po prostu zwyczajne machnięcie dłonią. Naturalnie, nie zamierzał tego sprawdzać. Bez słowa wrócił do swojego śniadania i odsunął się, aby towarzysz mógł sięgnąć po owsiankę i sok dyniowy.
Malfoy przeszedł obok niego bliżej, aniżeli było to konieczne. Całkowicie to zignorował, bo rozumiał, że naprawdę nie mógł się powstrzymać.
Wiedział też, że poczułby się normalniej, gdyby mu zrobił dobrze, choćby ręką. Oczywiście, niedługo później dopadłyby go wyrzuty sumienia i obrzydzenie własnym zachowaniem. Musiał pamiętać o prawdziwym Draco, tym, który został wczoraj upokorzony, kiedy odzyskał zdrowy rozsądek. Nie mógł uważać mężczyznę, który przed nim stał, za człowieka o pełni władz umysłowych, ale też nie mógł patrzeć na niego wyłącznie poprzez pryzmat choroby.
— Wszystko w porządku?
Harry był na tyle zaskoczony pytaniem, że zamrugał i spojrzał Malfoyowi w oczy, utwierdziwszy się w przekonaniu, że właśnie o to chodziło. Facet miał roziskrzony wzrok i zaciskał dłonie na krawędzi blatu.
— To znaczy?
— Mówię o zaklęciu, którym oberwałeś ze strony Weasleya. — Draco potrząsnął głową. — Niesłychane, że dopiero teraz o tym pomyślałem. Miało jakieś dalsze konsekwencje? Wszystko dobrze?
— Tak, jasne. — Uśmiechnął się wbrew sobie. Troska, którą mu okazywano, była… wzruszająca i urocza. Szkoda, że wynikała z przekleństwa. — To było zaklęcie sprawiające, że umysł zacznie się sam rozpraszać, zamiast skupiać na wszystkim innym. Nie poddałem się urokowi, ponieważ miałem ważny powód, żeby zwracać uwagę na teraźniejszość. Moje samozaparcie sprawiło, że serce zaczęło mi szybciej bić, bo dostałem od mózgu sprzeczne sygnały. Nic wielkiego. — Wzruszył ramionami i wziął łyżkę owsianki. — Ron niczego nie osiągnął.
— Jak dotąd, nie przypuszczałem, że kiedyś powiesz coś podobnego — podsumował Malfoy, po czym skoncentrował się na własnym śniadaniu.
— Myśl dalej w ten sposób. — Skinął głową. — Łatwiej przywrócimy cię do normy, jeżeli skupisz się na dzielących nas różnicach i przypomnisz sobie, dlaczego mnie nienawidziłeś.
Nie chcę, pomyślał, patrząc na pochylonego nad książkami w rodowej bibliotece Malfoyów Pottera, niedługo po tym, jak nakazał skrzatom domowym przetransportować swoją garderobę do nowego lokum. W ciszy obserwował, jak włosy mężczyzny muskają mu policzek i próbował stłumić abstrakcyjne pragnienie, ot znajome pieczenie w piersi, o którym nie sposób zapomnieć.
Gdy myślał o nim jako o Harrym, czuł się zdecydowanie swobodniej.
Wziął głęboki oddech i przymknął powieki. Ulga czekała nań zaledwie kilka centymetrów dalej. Powstrzymywał się przed wtargnięciem do sypialni Pottera w nocy — no cóż, przy małej pomocy założonych na nią uroków ochronnych, bo przecież podjął próbę. Musiał zadowolić się patrzeniem, jak ukochany śpi, bezskutecznie myśląc o tych wszystkich ciekawszych rzeczach, które mogliby w międzyczasie robić.
Jeżeli Harry będzie z nim współpracował, to nie dojdzie do żadnego gwałtu. Gdy stanie się chętny, z całego aktu odpadnie element przymusu, co zaś sprawi, że obaj dobrowolnie zanurzą się w przyjemności. Draco niczego bardziej nie pragnął, aniżeli rozłożonych przed nim smukłych nóg.
Niemal podskoczył z zaskoczenia, kiedy Potter wydał z siebie cichy pomruk, charakterystyczny dla zainteresowanego tematem badacza, a nie bujającego w seksualnych obłokach gościa. Opadł z powrotem na poduszkę, którą wyczarował dla wygodniejszej pozycji i zamknął oczy. Aż drżał z frustrującej tęsknoty.
Harry odwrócił ku niemu głowę, a kiedy skrzyżowali spojrzenie, fiut Draco drgnął z pragnienia. Momentalnie się zapatrzył. Zaczął odpływać myślami i podziwiać tę urokliwą gładką skórę, niesamowicie zielone oczy i bledsze usta. Prawie przez to przegapił wypowiedziane przez ukochanego słowa.
— Dlaczego nie pójdziesz poszukać swojej matki? Uważam, że to byłoby dla ciebie najlepsze.
— Nie jestem dzieckiem, żebyś mówił mi, co powinienem zrobić — warknął. W piersi zapłonęła mu zazdrość, cieplejsza niż dotychczas, przez co zaczął się zastanawiać, dlaczego Potter chce, aby wyszedł z biblioteki. Czyżby zamierzał naprędce wysłać patronusa do Wiewióry albo posłać skrzata domowego? Draco wcześniej powiedział skrzatom, że mają być gotowe na polecenia Harry’ego, ale prędzej cofnie tę decyzję, niż pozwoli na słanie miłosnych liścików potencjalnym rywalom.
Mężczyzna westchnął i pomasował bliznę, zupełnie jakby właśnie zmagał się z olbrzymim bólem głowy.
Chociaż pragnął inaczej, dał dojść do głosu swojej defensywnej postawie.
— Przepraszam, ale naprawdę myślę, że rozmowa z matką dobrze ci zrobi — powiedział brunet, gwoli wytłumaczenia. — Nie możesz mi pomóc z pracą badawczą i studiami, a stajesz się coraz to bardziej podenerwowany.
— Bo ciągle mi odmawiasz — burknął. Jeżeli Harry, błyskotliwy znawca magii, nie pojmuje, dlaczego jest niespokojny, musiał być trochę upośledzony umysłowo. — Niczym innym się nie irytuję.
— Cóż, rozpraszasz mnie, a powinienem skupiać się na pracy. — Facet odwrócił się w kierunku rozłożonych na stole ksiąg. — Zostawisz mnie samego?
Draco zwiesił głowę i posłusznie wyszedł, rozdarty pomiędzy dziwacznie sprzecznymi uczuciami. Z jednej strony darzył Pottera szacunkiem, bowiem nie uległ zwyczajowej gryfońskiej grzeczności i nie zmienił zdania, kiedy zaoponował przed opuszczeniem biblioteki. Z drugiej strony czuł wobec niego niechęć, bo był święcie przekonany i nie wahał się wyrażać swych poglądów, że nie powinni przebywać w swoim towarzystwie dłużej, aniżeli to konieczne. Z trzeciej zaś nade wszystko pragnął zobaczyć, co się stanie, jeśli się pochyli i weźmie te blade usta w swoje posiadanie.
Dziś mam lepszą samokontrolę, podsumował, myśląc o wczorajszym dniu. Idąc korytarzem, mimochodem patrzył na spektakularne widoki ogrodów i pokojów, w których mógł przysiąść i zdrzemnąć się w promieniach słońca. Żadne z tych miejsc nie było jednak tym, czego pragnął. Ogrody były znośne pod warunkiem, że oprowadzałby po nich Pottera; potem skalaliby klomb, pieprząc się przed stadem gapiących się pawi — to sprawiłoby mu ogromną przyjemność. Niezwykłe, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że klątwa posunęła się zaledwie o dzień.
Skręcił za róg i wpadł prosto na Lucjusza.
Natychmiast się zatrzymał i przez chwilę po prostu stali na korytarzu, gapiąc się na siebie niezręcznie. Ojciec opierał się teraz na lasce, jak zawsze od czasu powrotu z Azkabanu. Chociaż nie wykazywał żadnych oznak fizycznych zmian, Draco nie miał pewności, czy tylko nie podtrzymywał pozorów. Całkiem prawdopodobne, bo poruszał się wolniej. Oczywiście, mentalnie się zmienił, gdyż porzucił wszystkie swe nadzieje i żył życiem jedynego syna. Chłopak musiał się gorzko uśmiechnąć, zastanawiając się, czy ci fanatyczni mugolacy, którzy wrobili go w to gówno, o tym wiedzieli. Rzuciwszy na niego klątwę, odebrali życie dwóm osobom jednocześnie, co, naturalnie, nie byłoby możliwe, gdyby ofiarą Novy Cupiditas padł Lucjusz Malfoy.
— Draco. — Ojciec sprawiał wrażenie spokojnego. — Matka o wszystkim mi opowiedziała.
— Wspomniała o klątwie? — zapytał, również siląc się na opanowanie. Mimowolnie wyjrzał na zewnątrz poprzez pobliskie okno i dał sobie moment na zastanowienie. — I że Potter mi pomaga?
— Owszem. — Kątem oka zarejestrował, że Lucjusz zaciska dłoń na lasce. — Jesteś pewien, że on rzeczywiście ci pomoże, synu? Nie sądzisz, że może być powiązany z tymi szlamowatymi szumowinami, które cię przeklęły? Z informacji, które przekazała mi twoja matka, wynika, że znalazł się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie.
Draco warknął pod nosem.
— Nie mów o nim źle.
Ojciec uniósł podbródek, po raz kolejny prezentując światu swą elegancję i żelazne opanowanie.
Spróbował opanować oddech, ale zupełnie mu to nie wyszło — wciąż sapał. Gdy poniósł spektakularną klęskę, postanowił popracować nad ostrzejszym spojrzeniem.
— Ach. — Lucjusz trochę się pochylił i przez chwilę patrzył w podłogę. Gdy uniósł z powrotem głos, szare oczy intensywnie błyszczały. — Jesteś pod wpływem klątwy — podsumował. — Nie przypuszczałem, że tak mocno na ciebie wpłynie. Byłem przekonany, że pozostawi ci dumę wynikającą z pochodzenia.
— To właśnie duma odsunęła mnie od Harry’ego. — Draco miał wrażenie, że coś wyrywa mu słowa z głębi duszy. — Nie chcę, żeby to się pogłębiło, bo mi na nim zależy.
— Z powodu klątwy.
Im głębiej wchodził w mgłę, która zasnuwała mu umysł, tym trudniej było mu się oprzeć przekonaniu, że wypowiada własne myśli, a Lucjusz sprawiał wrażenie rozluźnionego.
— Wiem, że kiedyś czułeś do niego coś zupełnie innego — dodał ojciec.
— Owszem, coś innego — potwierdził bez żadnego problemu. — Teraz marzę, żeby go zerżnąć.
Lucjusz się skrzywił, najprawdopodobniej z powodu usłyszanej wulgarności, a nie przez wyznanie.
— W porządku, rozumiem, co chcesz powiedzieć — stwierdził beznamiętnie. — Zamierzasz po prostu żyć z brzemieniem klątwy, dopóki Potter w cudowny sposób nie znajdzie przeciwzaklęcia. — Skrzywił się nieznacznie. — Ono nie istnieje.
— W takim razie dokonamy przełomu — odpowiedział pewnym siebie głosem. — Nie znasz dobrze Harry’ego. Jest naprawdę inteligentnym mężczyzną — Zaczął się ślinić na samą myśl udowodnienia, że mówi prawdę. Być może wtedy Lucjusz pokornie pochyli głowę i pogodzi się z nieuniknionym, że pewnego dnia będzie miał zięcia, a nie synową.
Ojciec obserwował go spod przymrużonych powiek.
— Klątwa sięga głębiej, niż przypuszczałem — stwierdził. — Jesteś przekonany, że niektóre rzeczy są prawdziwe i nie potrafisz rozróżnić własnych myśli od podyktowanych.
— Zależy mi na Harry, niezależnie od wszystkiego. Wiem też, że jest cholernie inteligentnym facetem, przystojniejszym, niż zapamiętałem oraz cudownie empatycznym — wyjaśnił. — Nie próbuj go przypadkiem dla siebie zatrzymać — dodał ostrzej, doznając olśnienia. Ojciec nie prowadził przesłuchania bez żadnego powodu.
Lucjusz się roześmiał.
— Gdybyś mógł posłużyć się teraz legilimencją, zrozumiałbyś, że niczego bardziej nie pragnę, aniżeli pozostać u boku twej matki i widzieć cię, mego syna i spadkobiercę, całego i zdrowego, daleko od całego zamieszania.
Draco spojrzał nań z niedowierzaniem. Był jednocześnie zły i, paradoksalnie, zadowolony.
— Zostaw nas w spokoju — ostrzegł.
— Nie znajdziecie przeciwzaklęcia — kontynuował ojciec. — Potter tylko narobił ci nadziei. Twoi napastnicy użyli Novy Cupiditas, ponieważ niemożliwe jest przełamanie tej klątwy — dobrze o tym wiedzieli. — Oparł się mocniej na lasce i przymknął na moment powieki. Draco zupełnie nie rozumiał, dlaczego nagle się tak postarzał. To oczywiste, że Harry znajdzie przeciwzaklęcie, wbrew wątpliwościom ojca. Wtedy, gdy wreszcie odsapną, zaczną się pieprzyć niczym króliki. — Gdybyś był przy zdrowych zmysłach, synu, podziękowałbyś mi za to, co zamierzam zrobić.
Co takiego?, pomyślał niemrawo, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył wycelowaną w siebie różdżkę.
— Drętwota.
Zanim osunął się na ziemię, zdążył tylko wyciągnąć rękę, aby się czegoś chwycić. Niestety, trafił tylko na powietrze. Nie mógł zatrzymać upadku.
Nawet na skraju świadomości, słyszał swe szybko bijące serce. Był cholernie zaniepokojony, co będzie dalej. Strasznie się martwił zdrowiem Harry’ego.
Nawet nie przypuszczał, że ojciec go oszołomi.
— Panie Potter.
Harry zaznaczył palcem miejsce, w którym przerwał czytanie i uniósł głowę.
— Panie Malfoy — powiedział niezobowiązująco. Sądził, że nie spotka dziś ani Lucjusza, ani Narcyzy. Bez względu na to, co byli mu winni za zeznawanie na ich korzyść podczas procesu, ani dlatego, że niestrudzenie pracował nad przełamaniem Novy Cupiditas, z pewnością nie chcieli widzieć człowieka, do którego się ślinił ich syn. — Słucham.
— Nie sposób przełamać tej klątwy — powiedział na wstępie Lucjusz, brzmiąc niemal łagodnie. — Wiedziałby pan o tym, gdy poświęcił czas na przeprowadzenie rzeczywistych rzetelnych badań, zamiast gonić za mrzonkami.
— Mam inne zdanie na ten temat. Wierzę, że znajdę odpowiednie przeciwzaklęcie — odparł, zacisnąwszy palce na oprawie książki. Nie zamierzał pozwolić wyprowadzić się z równowagi pierwszym lepszym kąśliwie wypowiedzianym zdaniem. Draco potrzebował wsparcia rodziców tak samo, jak jego pomocy. — Jak dotąd, odkryłem Nova Cupiditas składa się z dwóch części, połączenia pożądania i zazdrości. Od czasu tego przełomu badam i analizuję podobne uroki, aby sprawdzić, czy wyodrębnię następną część wspólną.
Malfoy zmrużył oczy.
— Wczoraj przestudiowałem to zaklęcie od podszewki i nie natrafiłem na żadną takową wzmiankę.
— Specjalizuję się w śladach, jakie pozostawiają po sobie najróżniejsze czary. Sygnatury są moim konikiem — odpowiedział zgodnie z prawdą. — Nie sądzę, aby ktokolwiek inny dysponował równie rozległą wiedzą w temacie. — Uśmiechnął się bez cienia radości i, zignorowawszy mężczyznę, ponownie pochylił się nad księgą.
Lucjusz przez moment stał w zupełnym bezruchu, więc miał wielką nadzieję, że dał mu do pomyślenia. Jeżeli rzeczywiście skłonił go do refleksji, to nie wystarczyło, aby opuścił bibliotekę, ponieważ zrobił coś zgoła odwrotnego — spokojnym krokiem podszedł do stołu, który zajmował, a potem się schylił, żeby spojrzeć mu prosto w oczy. Harry, naturalnie, przyjął wyzwanie i nie opuścił wzroku, licząc w duchu przeskakujące nad płotem owce, aby spowolnić bicie serca i przynajmniej trochę uspokoić oddech.
— Syn jest dla mnie najistotniejszy na świecie.
Co z twoją żoną?, zastanowił się w myślach, ale nie do niego należało rozstrzyganie malfoyowskich spraw sercowych.
— Rozumiem dlaczego — odpowiedział zamiast tego, całkowicie niewzruszony. Z pewnością miał się poczuć poruszony wyznaniem lub zaszczuty zawalonym ostrzeżeniem.
— Zrobiłbym wszystko, aby zapewnić mu bezpieczeństwo. Zrobiłbym wszystko, żeby uwolnić go od klątwy — kontynuował bez zająknięcia Lucjusz. — Jest jedynym Malfoyem, który wciąż się liczy — jedynym, który ma jakąkolwiek przyszłość. Nie pozwolę, aby została mu odebrana.
— Najrozsądniejszą rzeczą, jaką może pan uczynić, jest poznanie tożsamości sprawców napaści i powstrzymanie ich przed zniszczeniem przyszłości następnych ofiar.
— Nie obchodzi mnie los innych. Ważny jest wyłącznie Draco. Samo patrzenie z boku, jak się o pana troszczy, a nie o swoją rodzinę i dziedzictwo, rani mą duszę.
Harry trochę złagodniał. Okazało się, że jednak mieli coś ze sobą wspólnego.
— Zrozumiałe — odpowiedział polubownie. — To, jak się zachowuje, nijak do niego pasuje. — Chciał zaznaczyć, że jest to „niegodne człowieka o nazwisku Malfoy”, ale w ostatniej chwili się powstrzymał przed zawoalowanym docinkiem. Gdyby nie ugryzł się w język w odpowiednim momencie, Lucjusz zapewne straciłby cierpliwość i wytknąłby mu, że mówi od rzeczy, bo nie zna podstawowych faktów. Lepiej unikać zaognienia sytuacji. — Kiedy przełamię klątwę, spodziewam się, że znów będzie we mnie widział marnego czarodzieja półkrwi, któremu wolałby niczego nie być winien. Możliwe, że zacznie unikać mojego towarzystwa. Spokojnie, naprawdę nie zamierzam stale się wokół niego kręcić — dodał, zastanawiając się, czy to właśnie gryzie patriarchę rodu.
— W istocie. — Uśmiechnął się chłodno Malfoy i wyciągnął różdżkę.
Harry zadrżał, ale nie pozwolił sobie okazać słabości. Musiał sprowadzić tę rozmowę do najzwyczajniejszego nieporozumienia. Draco potrzebował wsparcia ich wszystkich, a nie jedynego ocalałego z pojedynku.
— Nie zamierzam też nagle zmieniać zdania w połowie procesu i pozwolić pańskiemu synowi się zhańbić. Nie pójdę z nim do łóżka ani po dobroci, ani po starciu fizycznym — kontynuował ciszej. — To uczyniłoby nas obu gwałcicielami.
— Skłamałem, panie Potter. Istnieje jedno lekarstwo na Novę Cupiditas — powiedział niespodziewanie Lucjusz i pochylił się naprzód. — Jak już mówiłem, zbadałem wczoraj temat od podszewki. — Zbliżył różdżkę do gardła Harry’ego. — To żadna nowość, ale klątwa wymaga ofiary i obiektu pożądania. W tym przypadku ofiarą jest mój syn, zaś obiektem pan — przedstawił fakty. — Klątwę można przełamać poprzez usunięcie owego obiektu.
Harry był mądrzejszy niż w szkole, dorosły i bardziej rozważny. Doskonale wiedział, co Malfoy ma na myśli, ale najprawdopodobniej nie zrozumiałby przekazu, gdyby nie wcześniejszy wstęp do rozmowy. Ostrzeżenie, sprytnie wplecione w wyrażoną o dobro dziecka troskę, mógł puścić mimo uszu, ale wyciągnięta różdżka stanowiła przekroczenie granicy. W ostatniej chwili padł na podłogę, a spokojnie i niemal czule rzucona Avada Kedavra przemknęła mu nad głową.
Natychmiast przetoczył się pod stół i rzucił zaklęcie, które uniosło ławę i wymierzyło w cel. Lucjusz oberwał prosto w twarz. Harry nie zamierzał go skrzywdzić, ale też nie miał najmniejszej ochoty sprawdzać, czy ta dziwaczna ochrona, która umożliwiła mu dwukrotne przeżycie klątwy zabijającej, zadziała po raz trzeci.
Nie zamierzał bezczynnie czekać na dalszy rozwój wypadków, nawet kiedy mężczyzna krzyknął, gdy został uderzony, albo z bólu, albo frustracji wywołaną nieudaną próbą zabójstwa. W ciągu kilku sekund był już na nogach, pędząc w kierunku drzwi prowadzących na korytarz.
— Colloportus — powiedział Malfoy, a wrota się zatrzasnęły i zablokowały.
Automatycznie zmienił kierunek ruchu. Odskoczył w bok i wylądował niedaleko wyjścia. Obrócił się i półprzykucnął, gotowy do następnego skoku. Lucjusz wciąż leżał na podłodze i nie wykazywał większych chęci, aby wstać i rzucić się w wir walki, może dlatego, że cierpiał, o czym wskazywał ogromny, brzydki siniak formujący się w okolicach szczęki; chociaż z pewnością dzwoniło mu w głowie od uderzenia, uważnie śledził różdżką każde jego posunięcie.
— Twój syn… — zaczął, a potem potrząsnął głową, zaprzestawszy prób komunikacji. Tłumaczenie, że Draco nie będzie wdzięczny ojcu za to morderstwo, zupełnie mijało się z celem, bo najprawdopodobniej rzeczywiście będzie. Jeżeli Lucjusz ma rację, chłopak odzyska swą wolność w momencie śmierci Harry’ego. Co możliwe, będzie również zirytowany koniecznością zmagania się z bałaganem spowodowanym śmiercią bohatera wojennego, ale nie żałowałby popełnionej w jego imieniu zbrodni.
Mimowolnie się skrzywił. Naprawdę chciałby, aby istniał jakiś sposób na zakopanie topora i przywrócenie ich relacji na przynajmniej neutralny grunt, ale wiedział, że prawdziwy Draco prędzej by odgryzł sobie rękę, aniżeli uścisnął go na zgodę.
Jakbym tego potrzebował, podsumował i wrócił do rzeczywistości, ponieważ Lucjusz się roześmiał.
— Skończę w Azkabanie — stwierdził mężczyzna. — To nie ma znaczenia, bo mój syn pozostanie przy życiu i będzie wolny.
Jasna cholera, pomyślał, patrząc w szare oczy. Mówi poważnie.
To z kolei oznaczał, że koniecznie musi się stąd wydostać. Odwrócił się na pięcie i rzucił na drzwi zaklęcie wybuchowe, dzięki czemu wrota zostały wyrwane z zawiasów i wypadły na korytarz. Skulił się, aby uniknąć lecącej nań klątwy zabijającej i rzucił naprzód. Wylądował na podłodze i przetoczył się przez wyrwę. Skoczywszy na równe nogi, zaczął biec.
Lucjusz wydał za nim dźwięk przywodzący na myśl warczenie rozszalałego psa myśliwskiego, dlatego też nie zwlekał i uniósł różdżkę.
— Wskaż mi Draco…
Nie, chwila moment. Stary Malfoy musiał unieszkodliwić syna, bo inaczej Draco wparowałby do biblioteki sekundę po ojcu. Spotkanie się z nim w obecnym stanie mogłoby się równać poddaniu się wszechobecnemu szaleństwu.
W dworze była więc jedna osoba, która faktycznie mogła interweniować. Skrzaty domowe z pewnością opowiedzą się po stronie swego pana. Nie mogę zostawić Draco nie wiadomo gdzie, bo Lucjusz postanowił mnie sprzątnąć.
— Wskaż mi Narcyzę Malfoy! — wykrzyknął, a różdżka natychmiast poprowadziła go we właściwą stronę.
Szósty zmysł lub aurorski instynkt ponownie uratował mu życie, ponieważ Avada uderzyła w róg korytarza, za którym zniknął, pozostawiając po sobie brzydką czarną plamę. Harry zaklął pod nosem i wbiegł po schodach po dwa stopnie jednocześnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz