— Lepiej się poddaj i oszczędź sobie tej bezsensownej ucieczki — powiedział Lucjusz, gdy dotarł do pierwszego szerokiego zakrętu schodów.
Harry miał tylko sekundę na ocenienie odległości w oparciu o donośność głosu mężczyzny, a potem pomiędzy szczeblami balustrady pomknęła następna klątwa. Dokonał poprawnej oceny, gdyż uniknął śmierci, rzucając się w bok.
Poręcz nie wytrzymała. Pękła w kilku miejscach, groźnie zasyczała, aż wreszcie stanęła w ciemnych płomieniach. W momencie zmaterializowały się wokół skrzaty domowe i, spanikowane, zaczęły gasić powstały pożar. Harry się wzdrygnął, ale szczęśliwie nie znalazł się w centrum ich zainteresowania. Lucjusz mógłby nakazać służącym odwalić czarną robotę, pomyślał i czym prędzej pomknął po schodach.
Czemu Malfoyowie i inne czystokrwiste rodziny musiały budować tak ogromne posiadłości z wieloma kondygnacjami pięter i zakręcanymi schodami?
Gdy wreszcie znalazł się na szerokim korytarzu, niemiłosiernie sapał i praktycznie walczył o zaczerpnięcie oddechu. Oczywiście, praca, której oddał serce, nie wymagała szczególnie dużo ruchu na świeżym powietrzu, co bycie aurorem lub profesjonalnym graczem w quidditcha, ale ostatnimi czasy trochę popracował nad swoją sprawnością fizyczną — wykonywał masę ćwiczeń i wygibasów, aby uniknąć gwałtu lub morderstwa.
Zza otwartych na końcu korytarza drzwi słyszał kobiecy śpiew przy akompaniamencie fortepianu. Harry zatrzymał się na moment, oparł o najbliższą ścianę i stłumił chęć chichotu. Ucieczka przed Lucjuszem z towarzyszącą temu muzyką wydała mu się niesamowicie śmieszna.
Klątwa sprowadziła go na ziemię, ponieważ uderzyła w duży dywan u szczytu schodów. Zaczął biec i z impetem wpadł do sali muzycznej akurat, kiedy Narcyza Malfoy wybijała klawiszami wysoką, dramatyczną nutę. Głos miała pewny i krystalicznie czysty, że miał wrażenie, że świat wokół niego zadrżał.
Oparłszy dłonie na kolanach i wziąwszy głęboki oddech, ledwo zdążył dostrzec szczerze zaskoczoną kobietę i zarejestrować barwy otoczenia (kremowe ściany, jasne drewniane meble i wyróżniający się na tle pomieszczenia czarny fortepian). Wpadające przez olbrzymie okna światło słoneczne sprawiło, że zaczął szybko mrugać, aby pozbyć się napływających do oczu łez.
— Panie Potter. — Narcyza nie sprawiała wrażenia przyjaźnie nastawionej. Siedziała wyprostowana na stołku, jakby była królową, która łaskawie postanowiła osądzić krnąbrnego przestępcę. — Co to ma znaczyć?
— Pani mąż postanowił mnie zabić, ponieważ jest przekonany, że to uwolni Draco od rzuconej nań klątwy. Twierdzi, że jest gotów spędzić resztę życia w Azkabanie, byleby zapewnić synowi bezpieczeństwo — powiedział naprędce. — Musi go pani powstrzymać. Czy może go pani powstrzymać? Czy mogę liczyć na wsparcie?
Gdy wygłaszał tę przemowę w głowie, brzmiała zdecydowanie lepiej. Zamiast mówić płynnie, jąkał się i chrypiał, a pomiędzy niektórymi słowami musiał robić przerwę, żeby w ogóle złapać oddech. Co gorsza, odnosił dziwaczne wrażenie, że zniesmaczenie na twarzy Narcyzy nie jest spowodowane tym, co próbował jej wyłożyć, a sposobem, w jaki się wysławiał. W rzeczywistości, zanim skupiła się na rozmowie, w milczeniu obserwowała, jak moczy potem jasny dywan.
Właśnie wtedy Lucjusz zawołał go z korytarza.
— To się musi skończyć. — Potrząsnęła delikatnie głową. — Już mówiłam, że Draco powinien umrzeć z godnością. Ojciec próbuje mu odebrać tę możliwość. — Spojrzała na Harry’ego z ukosa. — Pan też mu przeszkadza, chociaż w mniej hałaśliwy sposób. Poniesie pan porażkę, bez względu na podejmowane wysiłki.
Przełknął ślinę. To był naprawdę niecodzienny powód, aby być jej wdzięcznym za pomoc, ale wyglądało na to, że rzeczywiście miał weń sprzymierzeńca.
Narcyza odeszła od fortepianu i przeszła do części wypoczynkowej pokoju. Gdy machnęła różdżką, wyczarowała potężną barierę, choć Harry mógł ją wyczuć tylko poprzez nagłą ciszę i ucisk w uszach. Jako znawca magii dobrze wiedział, że to skomplikowane, potężne zaklęcie i mimowolnie zastanowił się nad praktykami, którym poddawała się pani Malfoy za zamkniętymi drzwiami pokoju muzycznego. To niesamowite, że inni domownicy pozostawali nieświadomi tego faktu.
Kobieta odwróciła się i nań spojrzała. Harry szukał śladu ciepła, które dostrzegł w jej oczach w Zakazanym Lesie, ale gorzko się przeliczył. Narcyza stała wyprostowana i dumna niczym marmurowy posąg. Jej włosy spływały długim warkoczem po plecach, przywodząc na myśl cienkie nici szlachetnego złota, zbyt blade, aby mogły być prawdziwe.
— Lucjusz nie jest sobą, odkąd wyszedł z Azkabanu — powiedziała i go wyminęła. Obeszła białą kanapę, po bokach której stały stoły z kości słoniowej. Harry ostrożnie za nią podążył, niepewny, czy nie jest przypadkiem wabiony w zmyślnie zastawioną pułapkę. — Nigdy wcześnie nie zrobił jednak czegoś tak okrutnego i nierozsądnego. To chyba oznacza, że będę musiała wreszcie stawić czoła jego szaleństwu. — Westchnęła przeciągle, zupełnie jakby ukochany pies nasikał jej na dywan. — Dlaczego nie powstrzymał pan mojego męża zaklęciem? Jestem przekonana, że dysponuje pan odpowiednimi umiejętnościami.
Z trudem powstrzymał się przed zmarszczeniem brwi. Była obecna w Zakazanym Lesie, kiedy „triumfował” nad Voldemortem, jak również podczas pojedynku w Wielkiej Sali, więc powinna wiedzieć lepiej niż ktokolwiek inny, że jest potężnym czarodziejem.
— Nie chciałem skrzywdzić Lucjusza przez wzgląd na Draco — powiedział zgodnie z prawdą. — Mógłby mi tego nigdy nie wybaczyć.
Narcyza zastygła w bezruchu, patrząc nań przeszywającym wzrokiem. Gdy się otrząsnęła, pokręciła głową.
— To absurdalne, panie Potter. W pierwszej kolejności powinien się pan martwić ochroną własnego życia, a później czyimś uczuciami.
— Martwi mnie jedno i drugie. Przybiegłem do pani i zaryzykowałem dosłownie wszystko z nadzieją, że przyjdzie mi pani z pomocą i zwróci się przeciwko mężowi — wyznał z uporem.
Znów potrząsnęła głową.
— Zastanawiam się, czy Lucjusz ma rację, wierząc, że obiekt pożądania powinien umrzeć, aby zachować zdrowie psychiczne ofiary klątwy — mruknęła pod nosem. — Czy byłby pan gotów się poświęcić, żeby zwrócić Draco wolną wolę?
Harry wziął głęboki oddech. Nadal się spodziewał, że osłony, które zawczasu postawiła Narcyza, zostaną przełamane, a Lucjusz wtargnie do środka. Ton, którym pani Malfoy się posuszyła, był cichy i spokojny, niczym niezmącony, zbyt odległy od wszystkiego, co go spotkało. Wewnętrznie skonfliktowany, musiał teraz w jakiś sposób pogodzić ze sobą dwie swe strony, tę jaśniejszą i ciemniejszą.
Czarownica wciąż nań patrzyła bez słowa, zupełnie jakby nie chciała wyrwać go z zamyślenia.
— Nieszczególnie — powiedział zgodnie z prawdą. — Żal mi Draco i pragnę mu dać szansę na zachowanie swojej integralności, ale nie kosztem własnego życia. Mam cele, marzenia i przyjaciół, którzy nijak są z nim związani.
— Przykro mi to słyszeć — odparła z ciemniejącymi oczami, co nie powinno być właściwie fizycznie możliwe. — Chociaż nie wierzę, że przełamie pan klątwę, takie oddanie sprawie jest imponujące, aczkolwiek bezsensowne — stwierdziła ze spokojem, który przyprawił Harry’ego o ból głowy.
— Nie zamierzam się poddawać, bo pogodzenie się ze śmiercią byłoby tylko następną formą poddania się losowi. Równie dobrze mógłbym pozwolić na dokonanie gwałtu, bo to chwilowo złagodziłoby poziom pożądania Draco i dałoby nam więcej czasu na znalezienie przeciwzaklęcia, ale stanowczo odmawiam uległości. Gdy wróci do zmysłów, stanie się złamany i straumatyzowany.
— Owszem, poddaństwo nie leży w pańskiej naturze — podsumowała. — Ciekawe, czy ci ludzie o tym wiedzieli.
— Sądzę, wybór obiektu był nieprzemyślany — odpowiedział krótko. — W przeciwnym razie napastnicy nie przeklęliby Draco, aby pragnął kogoś, kto na co dzień zajmuje się magią eksperymentalną. Musieli żywić do niego naprawdę ogromną nienawiść, skoro chcieli odebrać mu szansę na wyzdrowienie.
— Albo byli przekonani, że również darzy go pan nienawiścią — że ucieszyłby się pan z okazji zniszczenia jednego ze swoich najstarszych rywali. — Wreszcie przestała zadzierać głowę. Jej oczy znów przybrały jasną barwę i zabłyszczały wyzywającym blaskiem, całkiem niepodobnym do burzliwych gromów Lucjusza. — Czy kiedykolwiek nienawidził pan kogoś do cna? Zastanawiam się, czy jest pan do tego w pierwszej kolejności zdolny. Niezmierzona nienawiść czyni cuda, ale może także stwarzać problemy. Desperacja, która skłoniła mojego syna do zasięgnięcia u pana pomocy, nijak może się z nią równać.
Harry przez kilka minut nie mógł znaleźć odpowiednich słów ze zdumienia.
— Najmocniej przepraszam — prychnął. — Czy naprawdę pani twierdzi, że jestem z góry skazany na porażkę, ponieważ nie potrafię wystarczająco mocno kogoś nienawidzić?
— Cóż, to niepodważalny fakt — bezbrzeżna nienawiść jest jednym ze sposobów osiągnięcia niewiarygodnego sukcesu — stwierdziła beznamiętnie. — Proszę wierzyć mi na słowo. Jestem dobrze obeznana z tematem. — Odwróciła głowę w bok, jakby czegoś nasłuchiwała. Harry, naturalnie, uczynił dokładnie to samo, dusząc w sobie zalążek strachu, jakoby Lucjusz mógł wtargnąć do pokoju przez jedno z dużych, oświetlonych okien. Szczęśliwie, wokół nich panowała niczym niezmącona cisza. — Czułabym się spokojniejsza, gdyby postępował pan zgodnie z powszechnie panującymi zasadami i regułami, wśród których zostałam wychowana.
Westchnął.
— Czy opowie się pani naprzeciwko mężowi? — zapytał. — Nie wiem, co innego miałbym uczynić. Naprawdę nie chcę stawiać Draco w sytuacji, w której będzie musiał wybierać pomiędzy mną a swoim ojcem.
Narcyza uniosła brwi.
— Dlaczego? Musi zdawać sobie pan sprawę, że to pan zostanie postawiony na piedestale z powodu klątwy. Nie ma pan żadnych podstaw, żeby się obawiać, że Draco z dnia na dzień zapomni o swoim zainteresowaniu.
— Obawiam się, że ten wybór odciśnie na nim piętro w przyszłości, gdy wróci do zdrowych zmysłów — wyznał ściszonym głosem. — Rodzina jest dla niego najważniejsza, pani Malfoy. Nie chcę, aby został zmuszony do podjęcia decyzji wbrew sobie, nawet jeżeli tylko dlatego, że jest otumaniony przez klątwę.
Narcyza zamarła.
— W porządku. Wstawię się za panem przez wzgląd na pańską inwestycję w przyszłość mojego syna.
Harry ponownie westchnął, tym razem z nieskrywaną ulgą. Gdy otworzył usta, żeby podziękować z czystej przyzwoitości, kobieta uniosła dłoń, na której lśnił cieniutki srebrny pierścionek.
— Żadnych wylewności, panie Potter. Wszyscy jesteśmy głupcami, a głupota sama w sobie nie jest powodem do dumy.
Zaczerpnął oddechu, żeby jednak coś odpowiedzieć, kiedy znów został uciszony. Narcyza zaczęła nasłuchiwać i tym razem ewidentnie wychwyciła coś, czego on nie był w stanie. Zmarszczyła lekko brwi, a potem szybkim krokiem podeszła do zabarykadowanych drzwi pokoju muzycznego. Jednym ruchem palca zniosła barierę ochronną wokół pomieszczenia.
— Coś się stało, pani Malfoy? — zapytał, podchodząc bliżej.
— Usłyszałam właśnie cichy dzwonek ostrzegający mnie, że ktoś rzucił w moim domu zaklęcie niewybaczalne — odpowiedziała.
Harry spróbował wysunąć się naprzód, ale Narcyza zasłoniła mu drogę i potrząsnęła głową.
— Idzie pan jako drugi, panie Potter. Na wypadek, gdyby mój mąż spróbował dopiąć swego.
Zacisnąwszy zęby, pozwolił się poprowadzić w dół schodów. Chciał powiedzieć, że w tej chwili mniej obawia się rozszalałego Lucjusza, aniżeli możliwości, że to Draco cisnął Avadą we własnego ojca. Ostatecznie się nie odezwał, bo doszedł do wniosku, że kobieta jest świadoma podstawowych zależności.
Oby nie to, pomyślał ze strwożonym sercem. Chcę, żeby Draco wrócił do swej rodziny, czuł się mile widziany i dumny, gardząc mną tak jak dotychczas.
Coś go bodnęło na myśl, że Malfoy ma go w poważaniu, kiedy próbuje mu pomóc, ale zignorował te niejasne uczucia. Zdrowie psychiczne Draco było warte o wiele więcej.
Draco patrzył, jak Lucjusz wije się pod wpływem Cruciatusa, zatracony w najciemniejszej i najintensywniejszej satysfakcji, jakiej kiedykolwiek doświadczał.
Czasami widział w głowie przebłyski wspomnień. Pamiętał, jak ojciec patrzył na niego z dumą, udzielał mu lekcji, zanim poszedł do Hogwartu, zawsze stał za nim murem z niezachwianą cierpliwością i wypisaną na twarzy chłodną wyniosłością czekając, aż wykombinuje prawidłową odpowiedź. Tak było kiedyś. Faktom nie sposób zaprzeczyć, podobnie jak powiewom wiatru i grawitacji.
Nie zawahał się użyć niewybaczalnego, bo na szali stało zdrowie i bezpieczeństwo Harry’ego. Na własne oczy widział, jak Lucjusz próbuje się przebić przez bariery otaczające pokój muzyczny matki i na własne uszy słyszał, jak przeklina i grozi jego ukochanemu rychłą śmiercią. Napędzany nienawiścią, wolałby użyć czegoś boleśniejszego, ale nie znał gorszego zaklęcia.
Teraz krążył wokół ojca, zastanawiając się, czego powinien użyć następnego. Może rozsądniej byłoby na moment znieść klątwę, aby Lucjusz powiedział mu, czy Harry jest ranny, czy też nie. W gruncie rzeczy bardziej martwił się o potencjalne obrażenia swojego partnera, aniżeli zemstę, dlatego też machnął różdżką i zaprzestał tortur.
— Draco.
Serce zabiło mu z radości. Harry powinien częściej mówić mi po imieniu, podsumował, obrócił się na pięcie i nań spojrzał — stał u podnóża schodów z szeroko otwartymi oczami i wyciągniętą ręką, jakby chciał go do siebie przyciągnąć, albo, co gorsza, utrzymać dystans. Oczywiście, wiedział, w jaki sposób chce zinterpretować ten gest, dlatego też pozwolił swojej wyobraźni działać i podszedł doń z uśmiechem na twarzy. Dziś nie będzie się ograniczał.
— Wybacz, przybyłem za późno. — Usłyszał. — Chciałem cię przed tym uchronić.
— Dlaczego? — zapytał z niezrozumieniem i złapał go za rękę. Przez chwilę muskał go palcami, podziwiając delikatność kości i napięcie ścięgien, po czym przyciągnął ukochanego do pocałunku.
Harry ograniczył tę pieszczotę do minimum, co sprawiło, że się zirytował. Gdy się od siebie odsunęli, spojrzał nań ze smutkiem w oczach.
— Nie chciałem, żebyś zrobił krzywdę swojemu ojcu.
— Dlaczego? — spytał ponownie i bez zbędnych ceregieli położył mu dłonie na biodrach. Powinien więcej jeść, pomyślał z roztargnieniem. Był zbyt chudy i choć szczupła sylwetka dobrze pasowała do czarodzieja zajmującego się badaniami, zamierzał dopilnować, aby wypełnił swe życie czymś więcej, aniżeli wyłącznie pracą. Draco miał wystarczająco dużo pieniędzy, aby sfinansować Harry’emu wycieczki do dziesiątków egzotycznych miejsc. Jeżeli zachciałby, kupiłby mu smocze jaja i kilka słoni. Umówiłby mu spotkanie z wilami i syrenami bez żadnych konsekwencji. Oczywiście, wszystko to dopiero wtedy, kiedy w pełni zabezpieczy swe prawa do ukochanego. Nie zamierzał pozwolić, aby jego uwagę przykuł inny mężczyzna. Ich przeznaczeniem jest bycie jednością, co w praktyce oznacza, że zachcianki Harry’ego są jego pragnieniami. — Z przyjemnością zrobiłbym dla ciebie wszystko, kochanie, a nawet więcej. Myślałem, że jesteś tego świadomy. — Całkiem prawdopodobne, że zasadniczy problem leży w braku pewności siebie ukochanego, aniżeli w lukach w wiedzy. Aby podkreślić wagę swych słów, wziął jego twarz w dłonie i spojrzał mu głęboko w oczy. — Naprawdę nie dostrzegasz mojej szczerości i oddania? — wyszeptał z uczuciem.
Wtem ktoś odchrząknął. Draco odwrócił się, cholernie zirytowany zakłóceniem tak ważnego momentu.
Narcyza stała na schodach i bacznie im się przyglądała. W dłoni trzymała różdżkę, skierowaną niejasno w ich stronę. Wciągnąwszy ze świstem powietrze, ustawił się pomiędzy nią z ukochanym i połączył fakty. Matka była w pokoju muzycznym, a Harry wbiegł tam w poszukiwaniu schronienia. Potem zostały wzniesione zaklęcia ochronne.
Zostali we dwójkę zamknięci w pomieszczeniu, do którego nikt nie miał prawa wstępu, nieprzepuszczającego widoków i dźwięków.
Automatycznie wycelował różdżką w Narcyzę, która spojrzała nań z najprawdziwszym niedowierzaniem i znacząco zbladła. Powoli uniosła rękę i z gracją odłożyła oręż na podłogę. Usatysfakcjonowany, skinął głową.
— Cofnij się o kilka kroków, a wszystko będzie dobrze — burknął.
Matka wykonała polecenie, zaś Harry złapał go za ramię. Draco był bezsilny wobec swoich uczuć — za wszelką cenę pragnął chronić to, co doń należało. Narcyza znała mniej bolesnych klątw niż Lucjusz, ponieważ preferowała te niebezpieczniejsze, oddziałujące na umysł i emocje. Właśnie takie uroki mogły odebrać mu Harry’ego.
To niedopuszczalne.
— Draco — powiedział udręczonym głosem ukochany, więc natychmiast się na nim skoncentrował. Nie mógł znieść bólu w zielonych oczach, a przecież chodziło o zapewnienie mu bezpieczeństwa.
Uniósł rękę i dotknął miękkiego policzka.
— Słucham — wyszeptał. — Wystarczy, że powiesz mi, czego pragniesz. Zrobię wszystko, o co mnie poprosisz.
Harry przymknął powieki, bo obawiał się, że zaraz wybuchnie płaczem. Naprawdę miał nadzieję, że nie dojdzie do najgorszego, że Draco nie skrzywdzi nikogo, zanim nie przełamią klątwy — łudził się, że będzie mógł wrócić do swojego życia bez nadszarpnięcia relacji z innymi ludźmi. Zemszczenie się na Ronie było okropne, ale oni nigdy nie mieli ze sobą dobrych relacji.
Malfoyowie byli inni, ponieważ stanowili rodzinę.
Zamiast tego, Draco przeklął Lucjusz i groził Narcyzie.
Nie miał zielonego pojęcia, czy ci ludzie są na tyle rozsądni, żeby wybaczyć synowi popełnione pod wpływem klątwy zbrodnie.
— Wysłuchasz mnie, Draco? — zapytał łagodnie.
— Tylko tego pragnę. — W szarych oczach pojawił się zaniepokojony blask. Mężczyzna przechylił głowę w bok, zupełnie jakby postanowił nań spojrzeć z nowej perspektywy.
Z trudem przełknął ślinę, a następnie wyciągnął ręce i położył dłonie na policzkach Draco. Zignorował przy tym ostrzegawcze i niezadowolone syknięcie Narcyzy, mając nadzieję, że kobieta zrozumie, że ten gest był konieczny dla załagodzenia i tak napiętej sytuacji, albo przynajmniej powstrzyma się od komentarza, bo już raz mierzono doń różdżką.
— To twoja rodzina. Twój ojciec i matka — powiedział ściszonym głosem. — Nawet jeżeli czasem robią coś, co ci nie odpowiada, nie chcę, żebyś ich atakował. Oni wiedzą, co dla ciebie najlepsze i nade wszystko chcą cię tylko chronić.
Blondyn rozdziawił usta, sprawiając wrażenie uwiązanego na smyczy psa, drżącego z niecierpliwości. Minęło sporo czasu, zanim się odezwał. To dało Harry’emu nadzieję, że zrozumiał przekaz.
Draco potrząsnął głową.
— Czyli zgadzasz się z… moim ojcem? — zapytał, zawahawszy się przed utytułowaniem Lucjusza. — Z góry ostrzegam, że nie pozwolę ci popełnić samobójstwa, żeby uratować mi życie. Gdybym cię stracił, mój świat by runął.
— Lubię chodzić wśród żywych i nie chcę zginąć. Nie poświęcę się w aż takim stopniu. — Malfoy uśmiechnął się promiennie, a Harry wbił wzrok w podłogę i zebrał siły na kontynuowanie tej rozmowy. To naprawdę przyjemne uczucie, pomyślał, być w czyimś centrum. Nie chciał tego przyznać, zwłaszcza że Narcyza dyszała mu w kark, ale to prawda. W przeszłości skupiał się na wyższych celach, takich jak pokonanie Voldemorta i zakończenie wojny, ale wiedział, że gościł w fantazjach niezliczonej rzeszy ludzi. Tym bardziej to, co wygadywał Draco, sprawiało mu przyjemność, ponieważ facet miał gdzieś jego heroiczną reputację. Niestety, musiał pamiętać, że przemawia przez niego wyłącznie Nova Cupiditas, bo prawdziwy Malfoy wolałby zginąć, niż dotknąć go w intymny sposób. — Nie zamierzam się jednak poddawać i z pewnością zrobię kilka rzeczy, które ci się nie spodobają — dodał. — Na początek poproszę cię, żebyś traktował innych przyzwoicie i zrozumiał, że nie są mną romantycznie zainteresowani, ani nie chcąc uprawiać ze mną seksu. — Wskazał dłonią na Narcyzę, która nadal bacznie ich obserwowała. — Twoja matka nie tknęła mnie nawet palcem. Jestem czarodziejem półkrwi, a ona mężatką. Wyszła za mąż za Lucjusza, który znacznie bardziej odpowiada jej gustom.
Draco wyglądał na spiętego. Całkiem prawdopodobne, że toczył wewnętrzną walkę pomiędzy przekonaniem Harry’ego, aby przestał sobie umniejszać, ulgą z powodu pozbycia się miłosnych rywali, a skłonnością klątwy do wysnuwania podejrzeń.
— Inni nie powinni tobą gardzić.
Miał ochotę się roześmiać, ale się powstrzymał. Widział, że gdyby parsknął śmiechem, wyszedłby na szaleńca.
— Nie sposób kontrolować tego, co ludzie o mnie myślą. W gruncie rzeczy mają prawo do własnego zdania, zwłaszcza w zaciszu swojego umysłu. Oczywiście, mam pewien wpływ na ich postrzeganie, ale nie potrafię sprawić, żeby z miejsca zapałali do mnie ogromną sympatią.
— Z nami jest inaczej. — Draco przyciągnął go bliżej i po prostu się doń przytulił. Chociaż sprawiał wrażenie ugłaskanego, nie opuścił swej różdżki.
Harry spojrzał na Narcyzę z grymasem. Wyglądało na to, że w zaistniałych okolicznościach obecność matki i ojca tylko zaogniała sprawę.
— Proszę mi wybaczyć, pani Malfoy — zagaił. — Zabiorę Draco do domu. Mam nadzieję, że pani mąż wkrótce wyzdrowieje.
Czarownica ich wyminęła, wciąż śledzona przez różdżkę syna, i z gracją przyklękła przy Lucjuszu. Położyła mu dłoń na piersi i znów skoncentrowała się na Harrym.
— Zgłosisz zawiadomienie do Biura Aurorów? — zapytała rzeczowym tonem.
Draco warknął pod nosem, więc ścisnął go mocniej za ramię. Ostatecznie potrząsnął głową.
— To nijak nam pomoże — stwierdził. — Muszę się przede wszystkim martwić o znalezienie przeciwzaklęcia, a nie wnoszenie oskarżenia.
— Nie musimy zgłaszać tej sprawy — dodał z przekonaniem blondyn. Harry spojrzał nań z nadzieją, za co został nagrodzony promiennym uśmiechem. — Mogę po prostu go zabić, a tym samym zapewnić ci bezpieczeństwo — kontynuował.
Westchnął.
— Rozumiem — podsumowała Narcyza. — Rozumiem teraz naturę klątwy i dlaczego obaj wierzycie w możliwość przełamania zaklęcia bez przymusu zlikwidowania obiektu. — Nie chciała nazywać rzeczy po imieniu, bo wspomnienie próby morderstwa ponownie rozwścieczyłoby Draco. — Ci ludzie… próbowali nas upokorzyć i poniżyć. Macie rację, że nie powinniśmy pozwolić na to upodlenie — stwierdziła. — Może pan liczyć na moje pełne wsparcie, panie Potter.
Harry przełknął ślinę.
— Dziękuję, pani Malfoy. Czy mogłaby przejrzeć pani księgi, które zostawiłem na stole w bibliotece i sprawdzić, czy wspominają o Novie Cupiditas? Obawiam się, że przez pewien czas będziemy stronić od wizyty we dworze.
— W porządku. — Gdyby nie była tak wyniosła, może i by się teraz uśmiechnęła. W niebieskich oczach zamigotał słaby blask, ale nie poruszyła ustami. — Idźcie.
Kiedy wyprowadzał Draco z rezydencji, zauważył, że mężczyzna jest zadowolony z opieki, którą nad nim roztoczył. Ta uległość go martwiła, ale nie bardziej niż fakt, że nie okazywał nawet grama skruchy z powodu rzucenia klątwy torturującej na własnego ojca — niszczył więc swe życie kawałek po kawałeczku, co od początku było zamiarem fanatyków mugolskiego pochodzenia.
Muszę mu pomóc, o ile stawką nie stanie się życie moje lub innych osób.
Gdy wrócili do domu, Harry skierował się do warsztatu z nadzieją, że Draco zgodzi się ponownie wejść do kręgu na podłodze, póki jest spokojny i niekonfliktowy. Być może wtedy będzie mógł poeksperymentować z zaklęciami, które przywrócą mu zdrowy rozsądek.
O ile takowe istnieje. Nie umknęło mu, że okresy przytomności stają się coraz to krótsze i trudniejsze do przywrócenia.
Wyciągnął rękę ku drzwiom prowadzącym do piwnicy, kiedy Malfoy gwałtownie go złapał i obrócił, przycisnąwszy do ściany.
— Wybacz, uświadomiłem sobie, że podszedłem do sprawy w niewłaściwy sposób. — Uśmiechnął się kojąco Draco. — Zamiast cię uwieść, postawiłem na bardziej natarczywe podejście. Nic dziwnego, że pomyślałeś o gwałcie.
— Znów się zatraciłeś — stwierdził spokojnym tonem, panując nad swoim głosem. Jeżeli uda mu się sprowadzić go do rzeczywistości, osiągnie ogromny sukces. — Nienawidzisz mnie. Musisz o tym pamiętać. Jesteś częścią jednej z najstarszych i najdumniejszych rodzin czystej krwi. Spróbuj się skoncentrować.
— Mówisz o dawnych dziejach. Teraz się zmieniłem. Kocham cię, Harry. — Mężczyzna potrząsnął głową, po czym dodał: — Czas na taktykę uwodzenia. — To powiedziawszy, delikatnie złapał go za kark i przyciągnął do pocałunku, natychmiast wsuwając natarczywy język do chętnych ust.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz