7. ROZDZIAŁ SIÓDMY

Po raz pierwszy w życiu widok piramidy Dżesera nie dał mu poczucia powrotu do domu.

Odwrócił wzrok, nie mogąc znieść przypomnienia, jak wiele stracił. Szczerze mówiąc, te dwa tygodnie, które spędził w Kairze, nie przyniosły mu żadnej ulgi. Musiał przedstawić Radzie pełne sprawozdanie wydarzeń związanych z kradzieżą, a następnie złożyć zeznania przeciwko sprawcy, więc dosłownie każdego dnia rozpamiętywał zdradę, której się dopuścił. Szczerze wątpił, czy nawet opuszczenie Egiptu przyniesie mu odrobinę upragnionego spokoju. Od dziś nie był odpowiedzialny za wykopaliska w Sakkarze, bo zrezygnował ze stanowiska mimo próśb przewodniczącego Rady, żeby pozostał.

Teraz zostało mu tylko spakować swoje rzeczy i ponownie wyjechać. Chciał poprosić Draco, żeby wrzucił mu wszystko do kufra podróżnego i wysłał bagaż pocztą, aby oszczędzić sobie bólu związanego z powrotem na pustynię hańby, ale chłopak był zbyt zajęty załatwianiem formalności na miejscu i zastępowaniem go — teraz też będzie miał jeszcze więcej pracy, ponieważ został wybrany na nowego głównodowodzącego.

Kierowca zatrzymał jeepa i Severus powoli wysiadł z auta. Automatycznie spuścił wzrok, nie chcąc nikogo widzieć. Instynktownie, patrząc tylko na swoje stopy, dotarł do namiotu i zaczął pakować rzeczy do kufra. Nic już nie miało dlań znaczenia. Liczyła się wyłącznie ucieczka z Egiptu.

Zastygł w bezruchu, słysząc dźwięk rozsuwanej płachty. Miał wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi. Jakie było prawdopodobieństwo, że Remus…?

— Widziałem, że Naranji parkował jeepa, więc wywnioskowałem, że wrócił pan, doktorze.

Severus powoli się odwrócił, rozpoznając charakterystyczny głos Draco. Spróbował dyskretnie przełknąć ślinę, żeby chłopak nie zobaczył, jak wzdycha z ulgi. Nie mógł teraz stawić czoła Remusowi; po prostu nie mógł.

— Tak, dosłownie na moment — odpowiedział beznamiętnie.

Malfoy skrzyżował ręce na piersi i zmarszczył brwi. Ewidentnie był zirytowany.

— Mam rozumieć, że znów zamierzał się pan wymknąć bez słowa? — zapytał ostrym tonem, co sprawiło, że uniósł z zaskoczenia brwi. — Otrzymałem wiadomość przez krótkofalówkę, że właściwie awansowałem — zostałem mianowany głównodowodzącym archeologiem. Jest to stanowisko, do którego nie mam odpowiednich kwalifikacji oraz którego niekoniecznie pragnę.

— Znasz Sakkarę lepiej, niż ktokolwiek inny — odparł, gwoli wytłumaczenia, wzruszywszy lekko ramionami.

— Dlaczego nie powiedział mi pan, że zamierza zrezygnować? Nie mogę uwierzyć, że poddał pan jedno z największych odkryć tego stulecia i swojej kariery! Postradał pan rozum? — Draco wziął głęboki oddech i nerwowym ruchem przeczesał włosy. — Doktorze Snape… Severusie. Wiesz, że darzę cię ogromnym szacunkiem i jestem zaszczycony, jeżeli naprawdę uważasz, że mogę cię zastąpić, ale to twoje wykopaliska. Musisz zostać w obozie i dokończyć to, co zacząłeś!

Snape potrząsnął tylko głową. Nie zamierzał wdawać się w tę dyskusję.

— To po prostu niemożliwe — stwierdził, wrzucając do kufra flanelową koszulę. — Wracam do Anglii, a potem najprawdopodobniej wybędę gdzieś indziej. Zasłużyłem na dłuższy urlop. Może poświęcę część tego czasu na coś innego, aniżeli archeologię.

Malfoy spojrzał nań z politowaniem.

— Wiedziałem, że jesteś świetnym badaczem, ale nie przypuszczałem, że takim tchórzem. Aż do teraz, naturalnie.

— Słucham? — Severus podniósł gwałtownie głowę, a gniew, który nim zawładnął, przegonił tę tęsknotę, z którą żył przez ostatnie dwa tygodnie. — Jak śmiesz, chłopcze? Jakim prawem…? — Aż się zapowietrzył.

Każdy, kto miał trochę rozumu i instynktu samozachowawczego, natychmiast by się wycofał z podkulonym ogonem. Draco, jak dotąd trzeźwo myślący, nie zamierzał uciekać. Zamiast tego uniósł rękę, żeby powstrzymać nadchodzący wybuch i tyradę, sprawiając wrażenie dziesięć lat starszego i dojrzalszego człowieka.

— Jestem teraz kierownikiem wykopalisk, a więc mam prawo mówić, co tylko zechcę. Tak zawsze twierdziłeś, prawda? — kontynuował z niecodziennym dla siebie zdecydowaniem. — Owszem, ośmielam się powiedzieć, że jesteś tchórzem, Severusie. Wbrew temu, co ci się najwyraźniej wydaje, nie jestem ślepy, tak samo Harry. Nie wiem dokładnie, co zaszło między tobą a Remusem, ale jestem przekonany, że prawidłowo zgadnę. Myślałeś, że to on był złodziejem, prawda? Oskarżyłeś go o kradzież artefaktów z grobowca królowej. Nie będę się zagłębiał, co tobą kierowało, bo po spojrzeniu, które mi rzucasz, widzę, że już wiesz, że popełniłeś największą w życiu gafę.

Nie odpowiedział. Chociaż wciąż był zapatrzony w byłego asystenta, nie potrafił wykrzesać z siebie wystarczająco dużo gniewu, żeby ponownie podnieść głos. Draco miał całkowitą rację, a fakt, że ktoś otwarcie wytykał mu porażkę, tylko pozbawiał go chęci do dalszej walki.

— To bez znaczenia — podsumował, gdy uzmysłowił sobie, że chłopak gapi się nań z oczekiwaniem.

— Co takiego? Oczywiście, że to istotne. — Malfoy nie dowierzał. — Severusie, do jasnej cholery! Obaj jesteście w fatalnym stanie. Remus przestał się uśmiechać, jest nieobecny i nie wydaje się czerpać przyjemności ze swoich wykopalisk. Skupił się na pracy, ale postawił na pełen profesjonalizm, nawet w stosunku do mnie i Harry’ego. Gołym okiem widać, że oboje cierpicie. Zanim uciekniesz, żeby lizać własne rany, możesz go przeprosić, bo chyba na tyle zasługuje. Chciałbym mieć przy sobie przynajmniej jednego doświadczonego archeologa, który mniej więcej wie, co robi i któremu zależy na sprawie.

Skrzywiwszy się na tę ocenę, Snape odwrócił wzrok. Nie mógł znieść oskarżającego spojrzenia, którym był raczony od początku rozmowy. Spotkanie z Lupinem było zdecydowanie ostatnią rzeczą na liście jego priorytetów. Nie chodziło o to, że nie pragnął przeprosić. Żałował tego, co powiedział pod wpływem emocji, żałował własnej niepewności, przez którą wypowiedział te okrutne słowa, żałował, że zranił mężczyznę, na którym mu zależało. Nie mógł znieść myśli, że stracił ukochanego. Nurzanie się w smutku, a spotkanie w cztery oczy to jednak dwie różne sprawy. Nie miał pojęcia, czy jest wystarczająco silny. Nie wiedział, czy da radę na spokojnie z nim porozmawiać, bez załamania nerwowego, kija w tyłku, czy zadzierania nosa. Zresztą Remus i tak mu nie uwierzy, że wszystkiego żałuje, ani mu nie przebaczy.

— Nie sądzę, abym był w stanie — mruknął, bardziej do siebie niż rozmówcy, ale ten i tak to usłyszał.

— Możesz i się przełamiesz. — Draco był nieugięty. — Przeprosiny może nie naprawią wyrządzonych szkód ani nie poprawią waszego samopoczucia, ale jeżeli nadal będziecie się snuć po świecie, udając prawdziwe życie, sumienie zeżre was od środka. Naprawdę będzie lepiej, jeśli się ukorzysz, Severusie. Gdy odmówisz i się zaprzesz, zabronię ci opuścić obozowisko. Na długie tygodnie utkniesz w tym cholernym namiocie, a potem zgnijesz, kiedy wciąż będziesz stawał okoniem.

Nie czekając na odpowiedź, Malfoy gwałtownie się odwrócił i wymaszerował na zewnątrz, zostawiając Snape’a samego, wpatrzonego w jego oddalające się plecy i zastanawiającego się, czy celowo go naśladował, czy może zawsze był równie apodyktyczny i bezpośredni, tylko udawał potulniejszego.

Po chwili wahania odwrócił się i kontynuował pakowanie rzeczy do kufra. Chociaż sprawiał wrażenie opanowanego, w duchu rozważał spełnienie prośby Draco i przeproszenie Remusa. Nie miał żadnych wątpliwości, że chłopak — wąż, którego wyhodował na własnej piersi — zamieni swe groźby w czyny i rzeczywiście uwięzi go w obozie. Oczywiście nie zamierzał przemierzać pieszo pustyni, żeby dostać się do najbliższego miasta.

Zanim uporał się z rzeczami, z pięćdziesiąt razy zmienił zdanie co do rozmowy z Lupinem. Wiedział, że jeżeli zdecyduje się jednak zostać w Sakkarze, to nie będzie w stanie przez przynajmniej rok udawać, że wszystko jest w porządku, a nie mógł się wiecznie chować w namiocie i stronić od ludzi. W pewnym momencie wpadliby na siebie i zrobiłoby się bardzo niezręcznie. To byłoby sto razy gorsze, bo nie byłby przygotowany i najprawdopodobniej zapomniałby języka w gębie. Lepiej będzie, jeżeli rzeczywiście przeprosi za swoje zachowanie i ostre słowa, a potem na spokojnie wyjedzie i zostawi ten związek za sobą. Wróci do Anglii, gdzie spędzi kilka następnych miesięcy na upijaniu się do nieprzytomności; potem może spróbuje poskładać swe życie w coś, z czym będzie mógł żyć przez kolejnych czterdzieści lat, zanim umrze z powodu raka wątroby.

Spakował zawartość stolika nocnego i zatrzasnął kufer. Pozbawiony wyboru, postanowił, że najlepiej będzie mieć to jak najszybciej za sobą. Zarzucił torbę podróżną na ramię, chwycił za rączkę kufra i wyszedł z namiotu. Na zewnątrz dał znać pierwszemu strażnikowi, którego zobaczył.

— Proszę, niech Naranji natychmiast spakuje moje bagaże do jeepa — powiedział. — Chcę opuścić obóz w ciągu godziny.

— Tak, doktorze Snape — odparł mężczyzna, po czym się odwrócił i pomaszerował wykonać polecenie. Chociaż Severus zrezygnował ze sprawowania funkcji kierowniczej, wyglądało na to, że jego słowo wciąż było w mocy.

Zdeterminowany, skierował się ku miejscu, gdzie Remus prowadził wykopaliska, o ile wciąż trzymał się wcześniejszego harmonogramu. Słońce chyliło się ku zachodowi, a to oznaczało, że praca robotników wkrótce się zakończy. Szczerze mówiąc, bardzo mu to odpowiadało. Wolał nie mieć publiczności, na wypadek, gdyby Lupin zdecydował się zastosować podejście otwarte i wyznać za dużo. Gdzieś w środku wiedział, że zasłużył na kilka gorzkich słów.

Zbliżywszy się do wykopaliska, zobaczył pracowników zmierzających w przeciwnym kierunku. Zawstydzony, spuścił wzrok i odwzajemniał uprzejmości delikatnym skinieniem głowy. Nie chciał wdawać się w niepotrzebne konwersacje i rozdrapywać stare rany — wolał unikać tłumów, bo zakończył z nimi współpracę. To okropnie bolesne, że już ich więcej nie zobaczy. Harowali ramię w ramię w poszukiwaniu skarbów Sakkary, a teraz musi puścić to w niepamięć. Chociaż znał ich wszystkich, nie mógł już mówić „moi ludzie”.

Wtem zauważył nadchodzącego Pottera, więc szybko skrył się za wydmą, nie chcąc wysłuchiwać następnej reprymendy od młodszego i mniej doświadczonego człowieka, który równie dobrze mógłby być jego synem. Na szczęście chłopak był zapatrzony w kartkę papieru, którą studiował w czasie marszu i go nie zobaczył. Na wszelki wypadek odczekał chwilę, a potem, upewniwszy się, że asystent naprawdę się oddalił, wziął głęboki oddech i ruszył dalej.

Po dziesięciu minutach usłyszał charakterystyczny odgłos kopania i, odrzuciwszy wahanie, powoli podszedł do krawędzi wykopu. Ostrożnie zajrzał do środka i bardzo szybko zlokalizował Remusa. Serce mu zamarło, a oddech uwiązł w gardle, gdyż znów zanurzył się w poczuciu pustki i ogromnej straty. Miał w zasięgu ręki kogoś wyjątkowego i nie mógł nawet tknąć go palcem. Lupin nigdy mu nie wybaczy, ale Draco miał rację — musiał przeprosić, żeby ruszyć naprzód.

Zmusił się, aby podejść bliżej. Ostatecznie stanął w miejscu, gdzie rów stał się płytszy, zszedł na ubity piasek i z największą ostrożnością podszedł do blondyna. Zatrzymał się kilka metrów przed nim, aby się zabezpieczyć. Zdecydowanie wolał nie ryzykować uderzenia łopatą.

Wziął głęboki oddech.

— Remusie?

Mężczyzna się wyprostował i odwrócił. Chociaż sprawiał wrażenie zaskoczonego, szybko się opanował i przybrał beznamiętny wyraz twarzy. Wbił łopatę w ziemię, oparł się o trzonek i spojrzał na Severusa bez większych emocji.

— Doktorze Snape. — Był chłodny i zdystansowany, tak różny od ciepłego i serdecznego, do którego zdążył się przyzwyczaić. — W czym mogę pomóc?

Z trudem powstrzymał się przed ucieczką z podkulonym ogonem. Niemożność wyrażenia uczuć sprawiłaby mu jeszcze więcej bólu. Sama myśl o tym przeszyła go niczym strzała.

— Ja… — Zamilkł, gdyż miał niewiarygodnie sucho w buzi. Wziął drżący oddech, a potem przełknął ślinę i zebrał ostatki siły, które pozwalały mu na co dzień funkcjonować, gdy zbrodnie ojca niemal doszczętnie go zniszczyły. — Zrezygnowałem ze stanowiska i postanowiłem wrócić do Anglii — wyrzucił na wydechu, szukając chwilowego wytchnienia w prozaicznej rzeczywistości. Nie mogąc odwlekać wyznania w nieskończoność, zmusił się, aby kontynuować. — Zanim wyjadę, muszę ci się przyznać, że bardzo żałuję wszystkiego, co powiedziałem. Zrobiłem coś niewybaczalnego i nawet się nie łudzę, że będziesz na tyle wielkoduszny, że spróbujesz mnie zrozumieć i rozgrzeszyć. Nie mam żadnego usprawiedliwienia dla mojego zachowania, ale naprawdę… żałuję, że sprawiłem ci masę bólu.

Spuścił wzrok i się odwrócił, aby odejść. Nie mógł znieść widoku zaprzeczenia i odrzucenia w niebieskich, niegdyś radosnych oczach. Znowu.

— Jestem zaskoczony — odpowiedział Remus, aczkolwiek wciąż brzmiał na chłodnego i zdystansowanego. — Nawet nie przypuszczałem, że zdajesz sobie sprawę z niewybaczalności swego czynu, a tym bardziej że przeprosisz. Przynajmniej za to powinienem być wdzięczny.

Szybki i ostry ból sprawił, że Severus się potknął i wyciągnął rękę w stronę wykopu, żeby zachować równowagę i utrzymać się na nogach. Każde wypowiedziane przez mężczyznę słowo raniło go do cna, na nowo rozrywając ledwo zagojone blizny na jego samo okaleczonych emocjonalnych ranach.

— Cofnąłbym czas, gdyby było to możliwe — powiedział, po czym potrząsnął głową. — Spokojnie, przestanę cię niepokoić. Chciałem się tylko pożegnać. Wszystkiego dobrego, Remusie. Mam nadzieję, że odnajdziesz grobowiec Imhotepa. — Skończywszy wywód, zaczął się oddalać, a z każdym krokiem pękało mu serce.

Co dziwne, w pewnym momencie się zorientował, że nie posuwa się do przodu, a stoi w miejscu. Sapnął, kiedy ziemia osunęła mu się pod stopami i automatycznie zerknął na Lupina, który również spadał. W desperackim akcie spróbował się chwycić boków wykopu, ale piach się ukruszył. Nie zdołał się uratować, dlatego pozwolił sobie zwiotczeć i zacisnąć oczy. W głębi duszy wiedział, że osuwisko go nie zabije, a tylko pogruchocze i posiniaczy. Prawdę powiedziawszy, mocno tego żałował.

Spadanie wydawało się trwać wiecznie, ale w rzeczywistości zajęło najwyżej kilka sekund. Upadł na ubitą ziemię z wystarczającą siłą, żeby stracić dech, ale nie przytomność, a więc nie zlecieli nie wiadomo jak nisko. Zgodnie z przewidywaniami był obolały, przez co przez parę chwil leżał oszołomiony, bezradnie obserwując, jak jest przysypywany przez resztki sypkiego piasku. Moment później świat pogrążył się w ciemności.

— Jasna cholera! — Usłyszał po minucie lekko stłumiony głos Remusa. — Wszystko w porządku? — dodał szorstko, najprawdopodobniej przypomniawszy sobie, że wciąż jest rozgniewany.

Severus naprędce ocenił swój stan. Owszem, czuł każde otarcie, ale nie sądził, aby się połamał.

— Całkiem możliwe — stwierdził i kaszlnął, krztusząc się powietrzem. Po chwili przewrócił się na bok i spróbował podnieść. — Co z tobą?

— Względnie dobrze — odparł lakonicznie Lupin. — Straciłem na sekundę dech, to wszystko.

— W porządku.

Snape odetchnął z ulgą, a potem przymknął powieki, ugodzony rzeczywistością. Zanim ziemia się osunęła, sytuacja była wystarczająco niezręczna, a teraz jeszcze bardziej się skomplikowała. Niestety, w tej chwili nie mógł niczemu zaradzić, dlatego też po omacku przeszukał teren w poszukiwaniu swojej torby. Chwyciwszy skórzany pasek, przyciągnął ją bliżej. Otworzywszy zatrzaski, wygrzebał ze środka latarkę, którą odruchowo zabrał z szafki nocnej.

Kiedy był zajęty organizowaniem światła, usłyszał szuranie i domyślił się, że Remus podźwignął się na nogi i próbuje zlokalizować drzwi. Panująca w dole cisza tylko potęgowała wszystkie inne dźwięki.

— Lepiej poczekaj z piętnaście sekund, zanim uruchomisz jakąś pułapkę lub zapadnię, dzięki której znajdziesz się na jeszcze niższym poziomie — powiedział, a następnie westchnął z ulgi, zacisnąwszy dłonie na cylindrycznej obudowie. Odkąd zaczął pracować na pustyni, nauczył się, aby mieć takie rzeczy pod ręką, ot na wszelki wypadek. Skierował latarkę w górę, po czym pstryknął włącznik. Jak się okazało, do sufitu było przynajmniej sześć metrów, a gładki kamień, który ich zakopał, stanowił ledwo zauważalne łączenie. — Nie sądzę, abyśmy mogli wrócić tą samą drogą, którą się tutaj znaleźliśmy.

— To raczej oczywiste — prychnął Remus. — Sprawdźmy ściany w poszukiwaniu wyjścia.

Severus powoli wstał, a następnie odsunął się od towarzysza w kierunku przeciwległej ściany. Lupin z pewnością nie chciał spędzać z nim czasu, a on nie zamierzał naciskać, dysząc mu w kark. Zdeterminowany, aby szybko zlokalizować wyjście, skierował wiązkę światła na kamień, dzięki czemu zauważył wyryte w ścianie hieroglify.

— Tutaj jest napis — zakomunikował wszem wobec i strzepał dłonią piasek, odsłaniając więcej piktogramów. — „To jest mój syn, mój pierworodny, którego sobie upodobałem”. — Zamilkł i wytrzeszczył oczy, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie przeczytał. — To początek Tekstów Piramid! Jakim cudem, skoro są wyryte tylko w grobowcach faraonów…?

Remus podszedł bliżej, aczkolwiek zachował bezpieczny dystans. Przez chwilę uważnie studiował hieroglify, a potem zmarszczył brwi.

— Cóż, całkiem możliwe, że miałem rację, ale tylko częściową. Jest tu grobowiec, ale nie Imhotepa. — Sprawiał wrażenie mocno rozczarowanego i ewidentnie potrzebował chwili, żeby dojść do siebie. Ostatecznie wziął głęboki oddech i się wyprostował. — Mimo wszystko odnalezienie grobowca nieznanego faraona jest wielkim odkryciem.

— Owszem. — Skinął głową, boleśnie świadomy faktu, że mężczyzna rozmyślnie unika wszelkiego bliższego kontaktu. — Powinieneś być bardzo zadowolony, zwłaszcza jeżeli natrafiłeś na władcę, o którym nie ma żadnych wcześniejszych wzmianek. To sprawi, że będzie on ważniejszy nawet od grobowca Tutanchamona.

Cieszył się z sukcesu Remusa, aczkolwiek ubolewał, że nie mogą razem dzielić szczęścia.

— Nigdy nie słyszałem o grobowcu z zapadnią jak ten. Jestem więc przekonany, że wywołasz prawdziwą sensację w świecie archeologicznym. Oczywiście, zakładając, że zdołamy się stąd wydostać, żebyś mógł o tym opowiedzieć. — Idąc w prawo, prześledził ciąg hieroglifów na następnej ścianie, biegnącej w kierunku, gdzie prowadzone były wykopaliska. Tamte ściany były bogatsze w wyryte zdobienia, co w połączeniu z instynktem podpowiadało mu, że to właściwy trop. Odwrócił się i podał Lupinowi latarkę, uważając, aby przypadkiem go nie dotknąć. Nie zniósłby widoku odrazy na tej pięknej twarzy. — Powinieneś przejąć inicjatywę. Jakby nie patrzeć, to twoje odkrycie. Potowarzyszę ci tylko do momentu, dopóki stąd nie wyjdziemy.

— W porządku. — Remus przyjął latarkę i skierował światło na teksty. Chwilę później przesunął po nich opuszkami palców, niemal z czcią. — Przekonamy się, czy ma nazwę, dopiero kiedy dojdziemy do komory głównej — mruknął z roztargnieniem.

 Chociaż Lupin skupiał się na ścianie z hieroglifami, nawet nikły snop światła nie zdołał ukryć faktu, że był mocno rozkojarzony — w jego zachowaniu i podejściu do sprawy brakowało zapału, do którego Severus był przyzwyczajony. Po minucie czy dwóch bezmyślnego gapienia się w piktogramy wreszcie nie wytrzymał i zmarszczył gniewnie brwi.

— Czym się właściwie kierowałeś? — warknął. — Co zrobiłem lub czego nie zrobiłem, że w momencie przestałeś mi ufać? Żyłem w przekonaniu, że jasno udowodniłem, że byłem twoim sprzymierzeńcem, a nie konkurentem; że twoje sukcesy sprawiały mi taką radość i dumę, jakby były moimi własnymi; że… zależało mi na teraźniejszości i przyszłości, a nie przeszłości. — Potrząsnął głową w wyraźnym obrzydzeniu. — Mimo to, gdy tylko napotkaliśmy pierwszą przeszkodę, natychmiast się ode mnie odwróciłeś. Zachowałeś się tak, jakby wszystko, co zrobiłem, nie miało nawet najmniejszego znaczenia.

Snape cofnął się o krok, porażony niespotykaną gwałtownością i złością byłego partnera. Gdyby Remus zadowolił się pobiciem go do krwi, nie zaprotestowałby nawet słowem i jeszcze pokornie pochyliłby głowę. Wdanie się w rozmowę było jednak znacznie gorsze, bo odpowiedź oznaczałaby ujawnienie swej najwrażliwszej, najbardziej odsłoniętej części.

Zawsze miał duże problemy w okazywaniu słabości. Wiedział, co spotykało ludzi, którzy nie sprawiali wrażenia silnych — natychmiast stawali się ofiarami i podnóżkami, a to z kolei było nie do przyjęcia. W szkole wielu próbowało się nad nim znęcać, ale walczył zaciekle, nie pozwalając się zgnieść niczym robaka. Oczywiście, chociaż stawiał opór, wciąż był obiektem drwin, ale po pewnym czasie nauczył swoich prześladowców, że nie warto z nim zaczynać, bo odpłaci się pięknym za nadobne. Właśnie w ten oto sposób stał się samotnikiem, stroniącym od nawiązywania przyjaźni i rzadko komuś ufającym. Gdy tylko skończył naukę i wziął się za pracę, został zdradzony przez jedną z najbliższych sobie osób, co zaś sprawiło, że zupełnie zrezygnował ze wszelkich więzi.

Teraz doszło do najgorszego. Remus stał przed nim, na poważnie rozzłoszczony i żądał praktycznie niemożliwego — żeby przyznał się do swoich porażek i naraził na pogardę. Prędzej odciąłby sobie rękę, niż poszedł na takowe ustępstwo.

Wtem stało się coś niezwykłego. Zobaczywszy na twarzy Lupina najprawdziwszą odrazę, przypomniała mu się matka, przez co miał ochotę położyć się na ziemi, zwinąć w kłębek i umrzeć. Wiedział, że uczucia, które niegdyś ze sobą dzielili, nigdy nie powrócą, ale może gdyby powiedział prawdę, nie zostałby do cna znienawidzony — może to wystarczy, aby ruszyć naprzód.

Westchnął i potrząsnął głową.

— W niczym nie zawiniłeś. Wszystko po prostu wydawało mi się zbyt piękne, żeby było prawdziwe. — Wziął głęboki oddech i kontynuował szeptem. — Byłem bardzo niepewny naszego związku. Obnażyłem swą… słabość. — Uniósł głowę i wreszcie nań spojrzał. — Jak mogę komukolwiek zaufać, skoro wykluczam nawet siebie?

Remus zamarł w bezruchu, a potem wypuścił wstrzymywane powietrze przez usta i przeczesał dłonią włosy.

— Nie wiem, czy czuję smutek, czy ulgę.

Severus aż się skrzywił.

— Jak już powiedziałem, najmocniej przepraszam — wymamrotał, szczerze skruszony. — Nie wiem, czy kiedykolwiek mi uwierzysz, ale naprawdę żałuję.

— Czemu? — zapytał Lupin, wykazując się tą samą upartością, co podczas ich pierwszej randki w restauracji. — Czemu właściwie ci przykro? Tylko dlatego, że nieomylny doktor Snape rzeczywiście się pomylił? Jest jeszcze jakiś inny powód?

— Popełniłem w życiu masę błędów. — Wzruszył ramionami z lekceważeniem i wziął głęboki oddech, wiedząc, że zaszedł zbyt daleko, żeby się teraz wycofać. — Wybacz, że sprawiłem ci ból. Albo raczej nam obojgu. To była zdecydowanie najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem i kosztowała mnie więcej, niż mogłem sobie wyobrazić. Wszystko dlatego, że miałem obawy, iż jesteś jedyną osobą, która może mnie skusić do tego, czego nie udało się mojemu ojcu.

— Czyli? — Remus zmarszczył w niezrozumieniu brwi i zbliżył się o kilka kroków.

— Współudziału — odpowiedział zgodnie z prawdą niskim, pełnym bólu głosem. — Wiesz, ojcu prawie się udało, ale popełnił błąd. Odwiedził mnie akurat, kiedy byłem tak rozgniewany faktem, że nasza praca, owoc wieloletniego wysiłku, przepadła, że nie byłem w stanie trzeźwo myśleć. Zaczął mówić o bogactwie pochodzącym z artefaktów i skarbów faraona. — Zadrżał i westchnął, po czym spojrzał rozmówcy prosto w oczy. — Właśnie wtedy przyznał mi się do popełnienia przestępstwa i poprosił, abym mu towarzyszył. Namalował obraz przedstawiający wszystkie kosztowności… i powiedział, że są naszą własnością; że napracowaliśmy się nad nimi, okupiliśmy wysiłek własnym potem, łzami i bólem mięśni. Boże, byłem naprawdę blisko od wyrażenia zgody. Wykopaliska są moją pracą, moim życiem… To nie tylko zakopane w piachu przedmioty — to też namacalna część mojego dziedzictwa, bogata w starożytną historię… Czułem we krwi i kościach wezwanie, żebym się poddał. Nie chodziło o pieniądze, a posiadanie, zgromadzenie tej historii wyłącznie na własny użytek, bez żadnego dzielenia się ze światem… Opierałem się pokusie, ale było to bardzo trudne. Cholernie ciężko jest zrezygnować z pokusy bycia faraonem, choćby tylko w wyobrażeniach. — Z następnym wzruszeniem ramion wypowiedział słowa, które, jak przypuszczał, spotkają się z największą pogardą Remusa. — Gdy dowiedziałem się o kradzieży, wspomnienia powróciły, żeby mnie prześladować. Ojcu nie udało się mnie skusić, ale w głębi duszy wiedziałem, że ty osiągnąłbyś sukces. Bez względu na me usilne starania, niczego ci nigdy nie odmówiłem. Prawdę powiedziawszy, toczyłem wewnętrzną walkę, bo gdybyś zaproponował mi współudział, z pewnością bym się zgodził. To z kolei zniszczyłoby ostatnie resztki szacunku do siebie, jakie udało mi się dotąd zachować.

Gdy skończył mówić, w pomieszczeniu zapadła nieznośna cisza.

— Chciałbym wiedzieć jedno. Czy naprawdę myślisz, że ukradłbym znaleziska i próbował cię nimi kusić…? — zapytał z napięciem mężczyzna. — Jestem podobny do twojego ojca…?

— Oczywiście, że nie. Kiedy ustąpiła panika i paranoja, uzmysłowiłem sobie, jaką głupotę zaadaptowałem w głowie — odpowiedział natychmiast. — Wszystko przez to, że skupiłem się wyłącznie na sobie i własnych słabościach, a niedorzeczne okoliczności zawisły nade mną niczym widmo przeszłości. Najzwyczajniej w świecie spanikowałem — przyznał skruszonym głosem. — Zareagowałbym zupełnie inaczej, gdyby to nie chodziło o ciebie. W głowie zbudowałem sobie wyobrażenie, że to niemożliwe, abyś rzeczywiście był mną zainteresowany, a wtedy wszystko nabrało pokręconego sensu. Nagle pomyślałem, że zostałem okrutnie pokarany, bo uwierzyłem, że ktoś mógłby się o mnie troszczyć z dobroci serca, bez żadnych ukrytych motywów. — Wzruszył lekko ramionami, do głębi zawstydzony wyznaniem. — Po raz pierwszy w życiu ktoś znaczył dla mnie więcej niż reputacja, na którą ciężko pracowałem i fucha, którą kocham całym sercem, a to z kolei sprawiło, że… zgłupiałem i stałem się słaby.

— Wytłumacz mi, proszę, w jaki sposób osłabiasz się uczuciem? — zapytał z podniesionymi brwiami Remus, ewidentnie zdziwiony przedstawionym tokiem myślowym. — Twój ojciec, Tobiasz Snape, był słabym człowiekiem, ponieważ wykorzystywał innych dla własnych celów. Nie jesteś współodpowiedzialny za chciwość, którą się kierował. Najważniejsze, że znalazłeś w sobie siłę i odwagę, żeby mu się przeciwstawić. Zupełnie się nie doceniasz, tym bardziej swej atrakcyjności. Słabość i głupota polega na powielaniu wzorców, ucieczce i ukrywaniu się po kątach. Prawdziwa siła polega na trosce pomimo ryzyka, przeszkód na drodze i świadomości możliwości przegranej. — Westchnął. — Wiesz, zaryzykowałem, wiedząc, że zostałeś w przeszłości strasznie zraniony. Miałem nadzieję, że do ciebie dotrę, a rana, którą nosisz w sercu, nie jest wystarczająco głęboka, abyś i mnie obdarzył zaufaniem. Liczyłem, że naprawdę mnie polubisz. — Spojrzał nań intensywnie. — Chciałbym wiedzieć, czy głupio zakładałem i byłem z góry skazany na niepowodzenie.

— W żadnym wypadku. — Severus spuścił głowę, znów walcząc z bólem. Zdecydowanie wolałby nie usłyszeć gorzkiej prawdy — że Remus rzeczywiście się o niego troszczył, podczas gdy on roztrzaskał tę relację w proch. — Nie powinieneś mieć sobie nic do zarzucenia, bo to ja popełniłem błąd. Nie mogłeś wiedzieć, że byłem blisko zdradzenia wszystkiego, w co wierzę, ani że, prawdę powiedziawszy, jestem bardziej podobny do ojca, aniżeli bym pragnął. — Wziął głęboki oddech. — Ufałem ci. Nadal ci ufam. — Zacisnął usta w cienką linię. — Po prostu nie darzę zaufaniem samego siebie.

Lupin wyrzucił ręce w powietrze.

— Słyszysz, co właściwie mówisz? Obwiniasz się o przestępstwo, które popełnił inny człowiek! — warknął, brzmiąc na zdenerwowanego i zniecierpliwionego. — Owszem, rozważałeś współudział, co w zasadzie jest czymś normalnym. Jestem święcie przekonany, że niejedna osoba zmagałaby się z pokusą, gdyby znalazła się na twoim miejscu. Najważniejsze, że odmówiłeś ojcu. Jeżeli naprawdę byłbyś tak do niego podobny, z miejsca byś się zgodził, a teraz byłbyś poszukiwany za kradzież. Uwierz, że nie zalecałbym się do Tobiasza Snape’a. — Westchnął i przeczesał dłonią włosy. — Twoim jedynym problemem jest nieprzepracowana trauma. Zbyt długo pozwalałeś wisieć nad sobą widmu ojca.

Słowa te były niczym rozgrzeszenie, ale niestety przyszły zbyt późno. Severus wiedział, że zepsuł cudownie zapowiadający się związek, ale przynajmniej będzie mógł ruszyć dalej bez bólu i zgorszenia sobą.

— Całkiem prawdopodobne — odparł, po czym potarł nasadę nosa. — Jeżeli ma to jeszcze jakieś znaczenie, dziękuję za wsparcie i udzieloną lekcję. Wciąż jesteś dla mnie dobry, mimo że zachowałem się nagannie. Naprawdę się starałeś, bardziej niż ktokolwiek inny, dlatego też przepraszam, że wszystko zniszczyłem. Nie chciałem, aby twoje wysiłki zostały nagrodzone wyłącznie smutkiem i rozczarowaniem. — Opuścił rękę. — Zastanówmy się, jak stąd wyjść, dobrze? Im dłużej będziemy rozmawiać, tym gorzej może być z podjęciem tego wysiłku.

— Nie uważam tej rozmowy za zakończoną — powiedział ze zdecydowaniem Remus, podkreśliwszy swe zdanie potrząśnięciem głową. — Możesz przepraszać, ile tylko zechcesz i rozwodzić się nad tym, jak spektakularnie wszystko spieprzyłeś, ale nie to jest najważniejsze. — Wciągnął głęboko powietrze. — Chcę wiedzieć, co zamierzasz zrobić w przyszłości. Czy dalej będziesz dawał ojcu się kontrolować i ulegał irracjonalnemu strachowi, czy może raz na zawsze zostawisz to za sobą?

— Skończyłem z ojcem — odpowiedział natychmiast i wzruszył lekko ramionami. Nie wiedział, dlaczego miało to jakieś znaczenie, skoro odebrał najdotkliwszą lekcję w życiu. — Odetnę się od przeszłości i na zawsze wyjadę z Sakkary. Czas znaleźć sobie coś innego do roboty.

— Czyli znów uciekasz. — Remusa ewidentnie trawił wewnętrzny konflikt. Po dłuższej chwili z trudem przełknął ślinę i wyprostował się, jakby zbierawszy odwagę. — Co byś zrobił, gdybym powiedział, że jestem skłonny dać ci drugą szansę?

Severus, w pełni przygotowany na zaprzeczenie, że wyjazd nie równa się podkuleniu ogona, zaniemówił, otworzywszy w zdumieniu usta. Zagapił się z wybałuszonymi oczami, nie mogąc uwierzyć, czy dobrze usłyszał, czy może umysł płata mu figle. Sapnął, czując suchość w buzi, a potem zdołał wykrztusić w miarę sensowną odpowiedź.

— Mówisz poważnie…? Naprawdę chcesz spróbować ponownie…?

— Mogę zaproponować ci ostatnią szansę — stwierdził ponurym głosem. — Jeżeli przynajmniej raz się potkniesz, to będzie definitywny koniec naszego związku.

Chociaż przebywał w pogrążonym w ciemności nieznanym grobowcu, Snape miał wrażenie, że nad głową zmaterializowało mu się słońce. Uniósł drżącą rękę i odetchnął z nadzieją w sercu, po czym zrobił kilka kroków naprzód i dotknął policzka mężczyzny.

— Nigdy więcej. Przysięgam — powiedział, wciąż trochę odrealniony. — Całkowicie ci ufam, Remusie. Nie chcę cię dalej krzywdzić.

— W takim razie sobie również zaufaj. Mówię poważnie, nie przejdę przez to po raz kolejny… To zbyt bolesne, a poza tym nie zamierzam spędzić reszty życia w roli worka treningowego dla twoich strachów, lęków i irracjonalnych obaw.

— Obiecuję, że dołożę wszelkich starań. Nie jestem dobry w dzieleniu się niepewnościami, ale nie zamierzam ich na tobie wyładowywać. — Severus wypuścił drżący oddech. — Wyniosłem wiedzę z bolesnej lekcji.

— To wszystko, o co proszę. — Uśmiechnął się nieśmiało Lupin, przekroczywszy granicę dystansu i oficjalności. — Spokojnie, nie oczekuję, że będziesz mi się zwierzał z każdej, nawet najmniejszej drobnostki. Po prostu nie chcę ponownie doświadczyć tak negatywnej interakcji.

— Zrozumiałe. Jeżeli potrafisz mi wybaczyć i dać drugą szansę, stanę na głowie, żeby było nam dobrze. — Spojrzał partnerowi głęboko w oczy. — Nie jestem doskonałym człowiekiem i mam okropny charakter, ale pragnę cię przy sobie zatrzymać. Najprawdopodobniej będę cię tylko irytował i doprowadzał do szału, ale skończyłem z kompleksami.

— Całkiem dobrze znoszę bycie drażnionym i doprowadzanym do szału. — Uśmiechnął się Remus. — Mam też spore doświadczenie z radzeniem sobie z twoim temperamentem. Uwierz, że to żaden problem.

Zwilżył wargi i skinął głową.

— Zanim zacznę być opryskliwy, proponuję pocałunek na zgodę. Jeżeli mi po tak długim czasie odmówisz, uznam, że zginąłem podczas upadku, a moim piekłem jest nurzanie się w pragnieniu, którego nie sposób zaspokoić.

 Remus prychnął, a potem delikatnie musnął wargami jego wargi. Severus cichutko jęknął i przymknął oczy, żeby porozkoszować się przyjemnością, której myślał, że już nie doświadczy. Miał gdzieś fakt, że drżał, bo liczyło się tylko to, że jakimś niewyobrażalnym cudem odzyskał utraconego przez głupotę kochanka. Naturalnie, nie zamierzał go zawieść, a starać się ponad siły. Lupin zasługiwał na wszystko, co najlepsze.

W pewnym momencie po prostu nie wytrzymał i przytulił się do mężczyzny. Cholernie potrzebował teraz bliskości. Jakby nie patrzeć, znów odsłonił swą słabą stronę, ale wiedział, że nie zostanie wyśmiany, czy upokorzony.

Remus odwzajemnił uścisk.

— Już w porządku. To koniec. — Ucałował Snape’a w skroń. — Skupmy się teraz na odnalezieniu drogi na powierzchnię.

Severus po raz ostatni wciągnął do nozdrzy zapach ukochanego, po czym doprowadził się do względnego porządku. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, co się właśnie wydarzyło i szalenie się bał, że utknął w majakach sennych i gdy się zbudzi, wróci do paskudniej rzeczywistości. Wziął głęboki oddech na otrzeźwienie i na moment zacisnął powieki. Kiedy otworzył oczy, przywitał go widok niepewnie uśmiechającego się blondyna.

— Przepraszam. Boże, przepraszam — wychrypiał. Gardło miał tak ściśnięte, że ledwo co mówił.

— Wiem, że żałujesz. W porządku. — Lupin objął go ramionami, najprawdopodobniej rozumiejąc, że potrzebuje bezpieczeństwa. — Już ci wybaczyłem.

Naprawdę potrzebował zapewnienia. Nie miał zielonego pojęcia, przez ile czasu trwali tak przytuleni, ale w pewnej chwili przestał się trząść. Odzyskawszy względną równowagę, uniósł głowę i spojrzał na Remusa.

— Dziękuję za drugą szansę — powtórzył z naciskiem. — Obiecuję, że nie pożałujesz swojej decyzji.

— W porządku. — Uśmiechnął się Lupin i odwzajemnił uścisk. — Wierzę ci na słowo.

Severus wziął głęboki oddech.

— Skoro wszystko sobie wyjaśniliśmy, proponuję rzucić okiem na twoje znalezisko i poszukać drogi do wyjścia na powierzchnię. Nie, żebym nie mógł umrzeć teraz szczęśliwy, ale wolałbym odłożyć tę nieuchronność w czasie, abyśmy mieli przynajmniej kilka dekad na świętowanie.

— Jak wyżej. — Remus puścił go i cofnął się o krok. — Zanim wstąpię w zaświaty, chciałbym się przynajmniej dowiedzieć, czyj to grobowiec.

— Nie zamierzam się tobą dzielić, nawet z martwymi. — Przeczesał dłonią włosy, a następnie wskazał dłonią na ścianę, którą wcześniej oglądali. — Wnioskuję, że powinniśmy pójść tędy. Widzisz jakieś łączenia w ścianie?

Mężczyzna skierował snop światła na wskazane miejsce, powoli badając najbliższe otoczenie.

— Tam. — Wskazał na bogato zdobioną ścianę. — Widzisz? Czy to ci wygląda na łączenie?

— Tak, chyba tak. — Severus podszedł bliżej Lupina. Stykali się ramionami, co w zaistniałej sytuacji sprawiło mu dużo przyjemności. — Jeżeli ta płyta jest wyważona, musimy znaleźć miejsce, które można nacisnąć — wytłumaczył, przesuwając palcami po gładkiej powierzchni. — Zacznij napierać po jednej stronie, a ja zajmę się drugą. W końcu trafimy w odpowiednie miejsce.

Remus parsknął, ewidentnie rozbawiony, ale posłusznie wziął się do pracy.

— Gdybym nie wiedział lepiej, pomyślałbym, że składasz mi propozycję.

Fakt, że facet się rozluźnił i zażartował, był dla Snape’a sekretną radością. Chcąc przynajmniej trochę zachować image, ograniczył się do uniesienia brwi i zarozumiałego uśmieszku.

— Może zaczynam nowy rozdział w życiu i pobieram od ciebie nauki — odpowiedział z cieniem podniecenia w oczach. — Nie zdziw się, jeżeli postanowię nosić takie same spodnie pod szatą, co ty.

— Och? — Remus uniósł brwi, nagle bardziej zaintrygowany. — To chyba oznacza, że będę musiał ponownie założyć fedorę.

— Cholernie ci pasuje. We wszystkim wyglądasz seksownie. W negliżu również.

— Wygląda na to, że rzeczywiście zacząłeś nowe życie — podsumował, z początku zaskoczony. — Nie przypominam sobie, żebyś wcześniej sypał komplementami niczym z rękawa.

— Mam nadzieję, że nie oczekujesz, że stanę się ckliwym idiotą — burknął, po czym wzruszył z nonszalancją ramionami. Radość wypisana na twarzy Lupina była dlań balsamem dla duszy. — Niemniej jednak nie chcę, żebyś kiedykolwiek zwątpił w nasz związek. Nie zapomnę o złożonej dziś obietnicy, a tym bardziej o tym, jak się czułem, kiedy cię straciłem.

— Cóż, nie chciałbym, abyś odebrał mi pozycję sentymentalnego głupka. — Uśmiechnął się delikatnie Remus, a potem wyciągnął rękę i pogłaskał Severusa po policzku. — Mimo to podoba mi się przypominanie raz na jakiś czas, że uczucie jest odwzajemnione.

— W porządku. — Zamknął na chwilę oczy, rozkoszując się pieszczotą. — Skoro moja pozycja złośliwego drania nie jest chwilowo zagrożona, myślę, że mogę się wystarczająco rozluźnić i od czasu do czasu przypominać… że należę tylko do ciebie — dodał z czerwieniejącymi policzkami. Z zażenowania spuścił również wzrok.

Usłyszawszy wyznanie, mężczyzna złożył na jego ustach krótki, ale zdecydowanie zaborczy pocałunek, który sprawił, że zrobiło mu się ciepło, a krew zaszumiała w uszach.

— Yhym, żebyś wiedział.

— Prawdę powiedziawszy, czuję ulgę, że nadal mnie pragniesz — mruknął i uniósł głowę. — Kiedy tylko zechcesz potwierdzenia… jestem bardziej niż chętny do uwiarygodnienia moich zapewnień.

Remus skinął głową.

— Gdy tylko się stąd wydostaniemy.

— W porządku. — Severusa z nowymi pokładami determinacji stuknął ręką w ścianę. — W takim razie bierzmy się wreszcie do roboty, dobrze?

Napierając dłonią w okolicach łączenia, próbował ustalić, czy płyta w ogóle się gdzieś ugina. Kopiec piasku pośrodku pomieszczenia, do którego wpadli, nie sięgał aż do ścian, zaś podłoga była stosunkowo wygładzona, dzięki czemu zapewniała stabilniejsze oparcie. Kiedy nie poczuł nigdzie mniejszego oporu, prześledził hieroglify palcami, szukając w żłobieniach jakiegoś punktu zapalnego, który otworzyłby im przejście.

— Czujesz może coś na kształt zatrzasku lub uchwytu? — zapytał.

— Niestety nie. Czekaj! Jednak czuję.

Ciszę przeszyło charakterystyczne kliknięcie, a po nim nastąpiło niemal złowieszcze zgrzytanie skały o skałę.

— Najwidoczniej coś uruchomiłem — parsknął z ironią Remus, podczas gdy Severus podszedł bliżej. W nikłym świetle latarki zobaczyli, jak płyta powoli się cofa, rzeczywiście odsłaniając przejście.

— Niezależnie od tego, kto został tu pochowany, grobowiec z pewnością wyszedł spod konstrukcji Imhotepa — podsumował, podziwiając działający nawet po pięciu tysiącach lat mechanizm. — Tylko on mógł zaprojektować równie wspaniały grobowiec. Nikt inny nie miałby ani takich umiejętności, ani wyobraźni.

Ściana z łopotem zatrzymała się po mniej więcej minucie tarcia, a w powietrze uniosła się chmura pyłu. Snape zakaszlał, przypadkowo wciągnąwszy odrobinę do płuc, a potem ogarnął wzrokiem powstały otwór — był wystarczająco duży, aby przepuścić trzech stojących obok siebie mężczyzn i przechodził w korytarz. W niedowierzaniu potrząsnął głową.

— Nie wiem, dlaczego nie wykryliśmy tej struktury podczas wcześniejszych oględzin terenu. Może jakieś właściwości skalne zakłóciły nasze odczyty — podsumował.

— Też myślę, że to miejsce zostało zaprojektowane przez Imhotepa. — W głosie Lupina pobrzmiewał szacunek i ogromny podziw. W międzyczasie wciąż oświetlał pobliskie ściany. Zadowolony z odkrycia, odwrócił się do towarzysza. Z błyszczącymi z podniecenia oczami i wesołym uśmieszkiem przyklejonym do twarzy do złudzenia przypominał małego chłopca w sklepie ze słodyczami. — Idziemy? Jestem gotowy przekonać się, komu został przypisany ten grobowiec.

— Chodźmy. — Jako archeolog podzielał ekscytację Remusa, ale jako mężczyzna nie miał najmniejszego problemu z zostawieniem przeszukania zapadliska na później i powrotem do obozowiska, gdzie mogli się kochać aż do samego świtu. Sęk w tym, że ten korytarz wydawał się drogą wyjścia, więc musiał stłumić swe pragnienia i wziąć się w garść. Skinął głową i gestem poprosił blondyna, aby poszedł pierwszy. — Najlepiej zrobimy, jeżeli się pospieszymy. Nie mam pojęcia, jak długo wytrzymają baterie w latarce. Jeśli nie znajdziemy alternatywnego źródła światła, będziemy błądzić po omacku szybciej, niż się spodziewamy. Naturalnie, wszechobecna ciemność utrudni nam wyjście na powierzchnię.

— Słuszna uwaga. — Lupin przeszedł przez otwór i rozejrzał się ze zdziwieniem. Gdy tak powoli szedł, było oczywiste, że nade wszystko pragnął się zatrzymać i obejrzeć ścienne zdobienia. W pewnym momencie, absolutnie wbrew sobie, postanowił przyspieszyć kroku. Nie było najmniejszych wątpliwości, że rozumiał niebezpieczeństwo związane z utratą jedynego źródła światła i pogrążeniem się w ciemności w nieznanym, dotąd niezbadanym miejscu.

Severus również badał otoczenie, zaintrygowany malunkami.

— Spójrz na obraz Nut — zagaił, przerwawszy ciszę, po czym wskazał dłonią na zdobiące sufit gwiazdy. Maciupkie punkciki błyszczały na ciele kobiety, która wyginała się nad ich głowami na długość całego korytarza. Na ścianach uwieczniono malunek rzeki z łodzią, którą wiosłowała łysa postać w przepasce na biodrach i charakterystycznym egipskim kołnierzem. — Niecodzienne. Nie przypominam sobie ani jednego malowidła grobowego, na którym przedstawiono by faraona bez nakrycia głowy. Też myślisz, że to dziwaczne? — Zmarszczył w zamyśleniu brwi. — Tym mężczyzną musi być pochowany tutaj zmarły. Któż inny podróżowałby łodzią do zaświatów?

— Egipscy władcy zawsze byli uwieczniani z nemesem na głowach. Może to grobowiec faraona, który w późniejszym czasie wypadł z łask? Albo po prostu dalszego krewnego władcy, z którym za życia utrzymywał dobre stosunki?

— Całkiem możliwe — przyznał, nagle bardziej zainteresowany tożsamością właściciela tej konstrukcji. Jakby nie patrzeć, stanowił niemałą zagadkę.

Na końcu korytarza wznosiła się następna kamienna płyta, również bogato zdobiona hieroglifami, tym razem charakterystycznymi dla rytuałów pogrzebowych Starego Państwa — piktogramy nie opisywały ani czynów zmarłego, ani próśb do bogów o przyjęcie go w zaświaty.

— Może to grobowiec małego dziecka. Jeżeli tak, to najbogatsza krypta, jaką kiedykolwiek odnaleziono. — Wskazał dłonią na płytę. — Myślisz, że we dwójkę damy radę ją przesunąć?

— Owszem. — Uśmiechnął się figlarnie Remus. — Nie musimy odsuwać całej. Wystarczy fragment, abyśmy mogli się przecisnąć.

Severus przewrócił oczami, aczkolwiek zdradziły go drżące z rozbawienia usta.

— Dobrze. — Zdecydowanym krokiem podszedł do kamiennej płyty. — Najwyższy czas wziąć się do pracy. Jeżeli będziemy pchać w tym samym kierunku, powinniśmy dać radę. — To powiedziawszy, poczekał, aż drugi mężczyzna zajmie pozycję, po czym z całej siły naparł na skałę. Co interesujące, płyta okazała mniej oporna, aniżeli podejrzewał. Nim minęło kilka sekund, zaczęła się przesuwać, zupełnie jakby została zaprojektowana w tym celu, a nie żeby na wieki zamknąć to pomieszczenie. — Zastanawiające — mruknął pod nosem i rzucił towarzyszowi szybkie spojrzenie. — Też masz wrażenie, że jesteśmy właśnie witani?

— Hmmm. — Lupin ostatni raz oświetlił płytę. — To dziwne. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego — przyznał i uniósł brew.

— To z kolei sprawia, że zastanawiam się, czy w środku nie czeka na nas jakaś nieprzyjemna niespodzianka — dodał, po czym z fatalistycznym spokojem wzruszył ramionami. — Niestety, musimy tam wejść bez względu na potencjalne niebezpieczeństwo. Jesteś gotowy?

Remus skinął głową i zrobił krok naprzód.

— Pozwól, że pójdę jako pierwszy. Jeżeli ze ścian wyskoczą jakieś kolce, postaraj się uchylić.

— Oczywiście, doktorze Jones. Wielka szkoda, że nie masz na głowie fedory.

— Cóż, powiedzmy, że sytuacja zmusiła mnie do odłożenia kapelusza na półkę — odpowiedział blondyn, podchodząc bliżej przejścia. Z największą ostrożnością zlustrował wzrokiem odsłoniętą komnatę, sprawdzając, czy jest pozbawiona starożytnych pułapek.

— Nigdy więcej nie będziesz musiał zbierać na nim kurzu — obiecał, położywszy mu dłoń na ramieniu. Chwilę później również rozejrzał się po pomieszczeniu. — Hm, nie wygląda na puste…

Gdy Remus oświetlił sam środek krypty, Snape zarejestrował tylko gwałtownie wciągnięty oddech, a potem ruch. Lupin, nie zważając na potencjalne zagrożenie, wskoczył do środka, nie mogąc pohamować radości.

— Spójrz, Severusie! Spójrz! Znaleźliśmy go!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz