— Co takiego? — zapytał, całkowicie rozproszony tym nagłym zrywem i zbyt zajęty rzuceniem się w pogoń. Był cholernie zaciekawiony, co Remus właściwie zobaczył. Stanąwszy wreszcie w miejscu, wytrzeszczył oczy i otworzył z niedowierzania usta. — To prawda czy sen…?
— Nie możemy śnić o tym samym — odpowiedział rozsądnie mężczyzna, wciąż sprawiając wrażenie oszołomionego odkryciem. — Nie mogę w to uwierzyć. Naprawdę nam się udało! — dodał i z największą czcią przesunął palcami po kartuszu zdobiącym ogromny kamienny sarkofag, stojący tuż obok wejścia do pomieszczenia.
— Nie. To ty dokonałeś niemożliwego — odparł zgodnie z prawdą Severus, a następnie skupił się na wyrytych w kamieniu hieroglifach. — Kanclerz króla Egiptu. Pierwszy po królu Górnego Egiptu. Zarządca Wielkiego Pałacu, Szlachcic. Arcykapłan Heliopolis. Budowniczy. Główny stolarz. Główny rzeźbiarz. Główny twórca wazonów — przeczytał inskrypcję.
— Imhotep — wyszeptał z szacunkiem Lupin, błądząc wzrokiem po sarkofagu, jakby wciąż nie mógł uwierzyć we własny sukces. Gdy wreszcie oderwał wzrok od odkrycia stuleci, spojrzał na bruneta z nieskrywaną radością. — Naprawdę znaleźliśmy Imhotepa!
— To wyłącznie twoja zasługa. Od samego początku kierowałeś się wiarą, byłeś zmotywowany i skory do poświęceń. Nigdy się nie poddałeś i nie zrezygnowałeś — odpowiedział zgodnie z prawdą i z delikatnym uśmiechem na twarzy. — Znalazłbyś ten grobowiec, niezależnie od mojej pomocy. To oczywiste, że nie zamierzam przypisywać sobie żadnych zasług. W pełni zasłużyłeś na wszelkie poklaski, Remusie. To twoje osiągnięcie.
Potrząsnąwszy głową, mężczyzna podszedł bliżej.
— Nie dbam o zasługi. Naprawdę nie rozumiesz? Nigdy nie szukałem sławy, a tym bardziej nie zamierzałem przypisywać sobie zasług za to odkrycie — powiedział stanowczym tonem. — Pragnąłem znaleźć ten grobowiec przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze — chciałem rozwiązać zagadkę wszech czasów, której doszukałem się z tłumaczenia, a po drugie — chciałem podzielić się tym — tu machnął ręką, wskazując komnatę grobową — z resztą świata. Imhotep był najprawdziwszym geniuszem czasów starożytnych, co oznacza, że jego dzieła są godne podziwu dla obecnego społeczeństwa. Szczerze mówiąc, mam gdzieś to, czy wierzyłeś w poprawność mojego przekładu, czy też nie. Najważniejsze, że stoisz teraz u mego boku, dzięki czemu mogę się podzielić najnowszym odkryciem z równie zapalonym archeologiem, który jest również moim partnerem w życiu osobistym. To dla mnie najważniejsza rzecz na świecie.
Severus skinął głowę.
— W porządku — stwierdził ze świadomością przegranej. — Skoro tak przedstawiasz sprawę, tym razem ustąpię. — Spoważniał. — To największe odkrycie, jakiego kiedykolwiek dokonano. Świat z pewnością będzie ci wdzięczny. Oczywiście, ja już jestem.
— Nie bardzo rozumiem, dlaczego kierujesz się przekonaniem, że jesteś mi coś winien. — Lupin położył mu dłoń na policzku, a potem w pieszczotliwym geście przesunął ją na kark. — Skoro jednak nalegasz, to jestem przekonany, że znajdziemy odpowiedni sposób na spłatę długu.
— Och. — Snape podjął się gry. — Czyżbyś miał coś konkretnego na myśli? — wymruczał i zadrżał, gdyż ciepła dłoń przesunęła się teraz na jego szyję. — Zawsze honorowo spłacam swe długi.
— Cudownie. Myślę, że to będzie wymagało długotrwałego, szalenie wymagającego seksu…
— Całkiem sprawiedliwe rozwiązanie — podsumował z uśmieszkiem na twarzy. — Co ważniejsze, korzystne dla nas obu.
— Wiedziałem, że na nie przystaniesz. — Remus pochylił się i złożył na jego ustach delikatny, czuły pocałunek. — Chociaż chcielibyśmy od razu przejść do rzeczy, powinniśmy najpierw znaleźć wyjście z grobowca.
Severus odwzajemnił pieszczotę, po czym westchnął.
— Masz rację — stwierdził, a potem przesunął dłonią po klatce piersiowej mężczyzny, kierując się w dół. — Wyjście na powierzchnię byłoby bardzo odpowiedzialne.
— Owszem, odpowiedzialne i potencjalnie ratujące życie — potwierdził blondyn, po czym złapał go za rękę i ścisnął. — Mimo wszystko myślę, że powinniśmy się rozejrzeć. Mamy czas do padnięcia baterii. Światło powoli zaczyna słabnąć, więc przypuszczam, że nie mamy zbyt wiele możliwości.
Chociaż skinął głową, nie puścił trzymanej dłoni. Rozejrzawszy się po otoczeniu, doszedł do wniosku, że ta komnata nie prowadziła do wyjścia. Zamiast spodziewanej drogi ucieczki, wszędzie leżały stosy przedmiotów — w jednym rogu pomieszczenia stał nawet w połowie rozebrany rydwan. Wśród leżących na wierzchu znalezisk Severus wypatrzył bogato rzeźbione malowane skrzynie, zawierające najprawdopodobniej przydatne w życiu pozagrobowym rzeczy oraz słoje, całkiem możliwe, że z olejem i zbożem. Skarby umieszczono również w niszach na ścianach, ot głównie złote posążki egipskich bożków, stanowiące najprawdziwszą fortunę zarówno pod względem pieniężnym, jak i historycznym.
— Spójrz, postawiono mu nawet tron! — powiedział, wskazując dłonią na najdalszy kąt pomieszczenia, podczas gdy światło z latarki odbijało się od wszechobecnych bogatych złoceń. — Założę się, że był to prezent od Dżesera. Ze wszystkich naszych źródeł jasno wynika, że faraon darzył Imhotepa wielkim szacunkiem — i słusznie. Żaden inny starożytny król nie miał imienia zwyczajnego człowieka wyrytego na własnym posągu.
— Nie sposób zaprzeczyć tym argumentom. — Lupin skinął głową. — Z tego, co przeczytałem, Dżeser wydawał się darzyć Imhotepa wyjątkową sympatią. — Uśmiechnął się figlarnie. — Jestem ciekawy jak wielką.
Severus wzruszył ramionami.
— Kto wie — prychnął. — Jakby nie patrzeć, Egipcjanie byli znani z ożenków z własnym rodzeństwem, więc to również nie byłoby zadziwiające. Oczywiście, Grecy są bardziej znani ze skłonności homoseksualnych, ale Egipcjanie zawsze wyprzedzali wszystkich innych — zauważył z sugestywnym uśmieszkiem na twarzy. — Śmiem też twierdzić, że Egipcjanin, który ci towarzyszy, upodobał sobie pewnego szalenie irytującego Brytyjczyka.
— Wyżej wspomniany irytujący Brytyjczyk jest z tego powodu bardzo zadowolony — odpowiedział blondyn, a potem się zaśmiał. — Sam upatrzył sobie pewnego złośliwego Egipcjanina.
— Cóż, obaj mają wyśmienity gust. — Uśmiechnął się zadziornie i właśnie wtedy światło latarki groźnie zamigotało. Mimowolnie zmarszczył brwi. — Jasna cholera. Chyba naprawdę musimy się pospieszyć. — Zacisnął w determinacji usta. — Sprawdźmy za tronem. Niektóre grobowce mają pozornie ukryte dodatkowe wyjścia, głównie przeznaczone dla robotników przynoszących przedmioty pogrzebowe.
Remus skinął głową, trochę zaniepokojony, a następnie odwrócił się i pospieszył w kierunku tronu, mocno ściskając dłoń Severusa. Gdy dotarli do podnóżka, omiótł otoczenie światłem.
— Nie widzę niczego obiecującego, ale proponuję go przesunąć, tak na wszelki wypadek.
— W porządku, brzmi logicznie. — Snape mu przytaknął i na znak zaczął pchać. — O Boże! Sądząc po ciężarze, to najprawdopodobniej czyste złoto!
Lupin sapnął, a potem niedbałym ruchem odgarnął włosy z twarzy.
— Faraon Dżeser musiał szaleć na punkcie Imhotepa!
— Rzeczywiście. — Severus strzepnął kurz z poręczy tronu, a następnie stuknął weń kostkami palców. — To naprawdę jest czyste złoto. Nie chcę nawet myśleć, ile to warte. — Westchnął. — Niestety, nijak się stąd wydostaniemy. — Zastygł na moment w bezruchu, a potem uśmiechnął się zadziornie i wskazał tron dłonią. — Uważam, że powinieneś przynajmniej przez chwilę podelektować się odkryciem. Kiedy świat ujrzy komnatę grobową, nigdy więcej nie dotkniesz go nawet palcem.
Remus zamrugał, ewidentnie zaskoczony, a potem odwzajemnił uśmiech i wzruszył niedbale ramionami.
— Cóż, dlaczego by nie? — zapytał wszem wobec, po czym z największą ostrożnością usiadł na tronie. Chociaż starał się sprawiać wrażenie swobodnego, było jasne niczym słońce, że obawiał się uszkodzić znalezisko. — To najprawdopodobniej jedyna szansa, aby przynajmniej w najmniejszym stopniu poczuć się niczym faraon.
— Wyglądasz bardzo dostojnie. — Uśmiechnął się z uznaniem Snape. — Musisz się jednak trochę zrelaksować. Zasiadasz na tronie, a więc jesteś władcą wszechświata i bogiem, który zyskał ludzkie ciało, aby rządzić swoimi poddanymi. W rękach dzierżysz władzę nad życiem i śmiercią. Niżej postawieni szlachcice regularnie posyłają ci daniny w postaci najlepszych towarów, jakie mają do zaoferowania, błagając o łaskę i przychylność. Masz kobiet na pęczki, więc codziennie ogrzewasz inną kochankę, bo nikt nie waży ci się sprzeciwiać. Świat drży u twych stóp, podobnie jak wszyscy, którzy na ciebie patrzą.
— Och. — Lupin uniósł brew, raczej rozbawiony zaprezentowanym przedstawieniem, a następnie odchylił się na tronie i usiadł wygodniej. — Też drżysz, gdy na mnie spoglądasz? — wymruczał zmysłowo.
— Oczywiście — odpowiedział ochryple. Było coś niesamowicie podniecającego w siedzącym na złotym tronie Remusie, wyglądającym niczym pan całego świata, dokładnie tak, jak go opisał. — Nikt inny nie budzi we mnie podobnych uczuć — przyznał zgodnie z prawdą. — Nikt nie sprawia, że pragnę opaść na kolana i trochę się wykazać.
Mężczyzna uniósł latarkę.
— Co ze światłem? — zapytał. — Nadal musimy znaleźć stąd wyjście.
Severus stoczył mentalną bitwę pomiędzy pożądaniem a praktycznością. O jego wyborze zadecydowała przeogromna samotność ostatnich dwóch tygodni.
— Wciąż mamy trochę czasu — podsumował, wzruszywszy ramionami, po czym sięgnął do swojej torby, otworzył klapę i pogrzebał w środku, w duchu dziękując wszelkim bóstwom, że wrzucił do niej dosłownie wszystko, co stało na stoliku nocnym. Zadowolony, wyciągnął buteleczkę lubrykantu i położył plecak na ziemi, mając gdzieś przesąd o uciekaniu pieniędzy. Następnie podszedł do Remusa i wyciągnął ku niemu rękę, jakby właśnie składał dar. — Wyjdziemy na powierzchnię, ale najpierw mnie weź, bo zaraz umrę na miejscu.
— Lubrykant? — Mężczyzna uniósł w niedowierzaniu brwi, a sekundę później wybuchnął śmiechem. — Gdybym nie wiedział lepiej, byłbym zazdrosny. Mimo to zastanawia mnie, dlaczego nosisz w torbie środek nawilżający.
Ponownie wzruszył ramionami, aczkolwiek nie zdołał ukryć czerwieniejących policzków.
— Cóż, po prostu pakowałem się, żeby wyjechać. Właściwie to miałem szczęście, że wrzuciłem podręczne rzeczy do torby. To też jedyny powód, dla którego miałem przy sobie latarkę.
— Wspaniale. Rzeczywiście to nie jest najmądrzejsza rzecz, jaką możemy teraz zrobić, ale… — Zawiesił głos i wyciągnął rękę, aby położyć ją na policzku partnera. — Uwierz, że naprawdę za tobą tęskniłem.
— Jak wyżej. — Uśmiechnął się delikatnie. — Pozwól mi, proszę, to udowodnić.
Lupin przygryzł dolną wargę i znów odchylił się na tronie. Momentalnie wszedł w rolę, zrobiwszy wyniosłą minę.
— Skoro nalegasz, mój drogi małżonku, to pozwolę ci się wykazać. Jeżeli nie zadowolisz swojego faraona, narazisz się na jego gniew.
Severus wciągnął ze świstem powietrze, a następnie skinął głową, położył buteleczkę na poręczy tronu i się wycofał. Bez żadnego skrępowania zrzucił ze stóp buty i ściągnął skarpetki. Gdy rozpinał koszulę, patrzył mężczyźnie prosto w oczy, wiedząc, że buduje napięcie. Przez cały ten czas uważnie go obserwował, pozwalając, aby świadomość bycia nadal pożądanym tylko wzmagała pobudzenie. Kiedy rozpiął wszystkie guziki, zmysłowo zrzucił ją na podłogę.
Nigdy wcześniej nie skupiał się na własnym ciele. Chociaż obiektywnie rzecz biorąc, był chudy i kościsty, Remus zawsze uparcie twierdził, że po prostu jest szczupły i wysoki, dlatego też teraz przywołał ten obraz w głowie. Zatopił się w fantazji i wczuł w odgrywaną rolę. Usiadłszy na tronie, Lupin stał się faraonem, on zaś jego ulubionym małżonkiem — tym, który zrobił nań największe wrażenie. Wiedziony instynktem, uniósł podbródek i powoli odpiął guzik spodni; chwilę później wylądowały na ziemi razem z majtkami. Nagi podszedł do swego faraona, nie wstydząc się widocznego podniecenia. Prawdę powiedziawszy, pragnął tym przekazać, że jest gotów na wszystko, aby go zadowolić.
— Bardzo dobrze — podsumował blondyn, wyciągnąwszy rękę i pogładziwszy go po biodrze. — W jaki sposób zamierzasz udowodnić, że szalenie mnie pragniesz i jesteś stęskniony?
Severus zadrżał pod wpływem dotyku ciepłej dłoni, jak i palącej od środka potrzeby.
— W najprostszy — odpowiedział i opadł na kolana.
Bez skrępowania odpiął guzik spodni mężczyzny, potem rozpiął rozporek, aż wreszcie uwolnił twardą już męskość, ot czekającą na rozwój wydarzeń. Usatysfakcjonowany, złapał za podstawę i, patrząc Remusowi prosto w oczy, pochylił się i wziął go w usta. Został za to nagrodzony głośnym, jakże spragnionym jęknięciem i delikatnie wplątaną we włosy ręką. Wycofał się, po czym zaczął miarowo — powoli, bardzo, ale to bardzo powoli — poruszać głową. Chciał doprowadzić ukochanego na skraj wytrzymałości i rozgrzać do tego stopnia, aby mógł myśleć tylko i wyłącznie o zanurzeniu się w ciepłej i ciasnej dziurce oraz rozkoszy, którą dostarczało tarcie. Świadomość, iż Lupin znów doń należy, sprawiała mu ogromną przyjemność. Był cholernie szczęśliwy, że może go dotykać, całować i pieścić na wszystkie możliwe sposoby.
W pewnym momencie sapnięcia mężczyzny zamieniły się w gardłowe pomruki, a on sam zaczął kołysać biodrami. Może rzeczywiście minęło kilka tygodni, ale Severus nie zapomniał wyraźnych oznak zbliżającego się orgazmu.
Odsunął głowę i wstał z klęczek.
— Zgodnie z rozkazem, mój panie — powiedział zmysłowym tonem. — Czego sobie jeszcze życzysz?
— Czas na przygotowanie. — Remus wręczył mu butelkę lubrykantu. — Gdy skończysz, siądziesz mi na kolanach, abym mógł zadowolić nas obu — dodał z lubieżnym uśmiechem.
Snape posłusznie odebrał nawilżacz i bez słowa sprzeciwu spełnił polecenie. Wiedział, że jest zaczerwieniony i po prostu nie mógł uwierzyć, jak bardzo jest podniecony odgrywaniem roli poddanego, podczas gdy facet jego marzeń siedział na tronie i uważnie mu się przyglądał. Wszystko poszło sprawnie, bo chciał jak najszybciej poczuć go w sobie. Osiągnąwszy punkt kulminacyjny, wylał odrobinę lubrykantu na dłoń i podszedł do Remusa, sięgnął w dół i rozprowadził emulsję na całej długości twardego członka.
Całe szczęście, że siedzenie tronu było szerokie i głębokie, bo inaczej napotkaliby poważny problem. Wygodnie się usadowił, z nogami po obu stronach Remusa, czując się tak rozpustnie, jak nigdy wcześniej. Z największą ostrożnością opuścił się na sterczącego fiuta, przyjmując go jednym, płynnym ruchem. Właśnie wtedy Lupin zareagował — warknął pod nosem, gwałtownie się wyprostował i złapał go za biodra, aby przypadkiem się nie ruszył.
— Pocałuj mnie — rozkazał władczym tonem. — Pokaż, jak bardzo mnie pragniesz.
Severus pochylił się do namiętnego pocałunku, w który włożył całe swe serce i swą duszę. Chciał dać jasny przekaz — że pragnie być wzięty na każdy możliwy sposób. Lupin z pasją oddał pieszczotę, uprzednio położywszy mu rękę na karku i przyciągnąwszy jeszcze bliżej. Sekundę później przejął kontrolę, porzucając pozory delikatności na rzecz pokazu zaborczości.
Właśnie tego potrzebował — uczucia bycia posiadanym i szczerze pożądanym. Cichutko jęknął, po czym prawie się roztopił, czując zaciskające się na biodrach ciepłe, władcze dłonie. Te tygodnie, które spędzili z daleka od siebie, odcisnęły na nim niemałe piętno, dlatego też teraz czerpał ze szczęścia pełnymi garściami. Wszystko wreszcie wskoczyło na właściwe miejsce, a zmartwienia, z którymi się w międzyczasie zmagał, odeszły w zapomnienie, oczyściwszy mu serce i umysł.
Zacisnąwszy palce na ciemnych włosach, Remus oparł się plecami o tron i zaparł stopami o podłogę. Następnie zaczął drażnić Severusa płytkimi pchnięciami, mającymi na celu bardziej doprowadzenie do białej gorączki, aniżeli osiągnięcie spełnienia. Biodrami naśladował ruchy języka, jakby próbując zawładnąć kochankiem.
To zadziałało, bowiem Snape już po kilku minutach doszedł do wniosku, że niedługo popadnie w obłęd. Spokojne i niespieszne tempo, a także niewystarczający nacisk sprawiały, że z sekundy na sekundę stawał się coraz to bardziej zdesperowany. Chciał błagać o więcej, ale usta mężczyzny były nieustępliwie. Nie mógł zwerbalizować swoich myśli, dlatego też ograniczył się do niespójnych westchnień i sapnięć. Cały czas wiercił się niespokojnie, pragnąć dać kochankowi do zrozumienia, że powinien wejść w niego głębiej. Ten w odpowiedzi uśmiechnął się złośliwie i ponownie zaczął pieścić dłonią odsłonięte, wrażliwe biodra, jakby chciał na nowo zaznajomić się z gładką, przyjemną w dotyku skórą. Chwilę później, zapatrzywszy się w wykrzywioną z rozkoszy twarz ukochanego, owinął palce wokół twardej, dumnie sterczącej męskości i zaczął mu obciągać w rytmie, którego nie zapomniał przez czas rozłąki.
— Tak! — Severus szarpnął biodrami, chcąc więcej. Nie mógł przestać dyszeć i wić się z przyjemności, jednocześnie nie przejmując się swoim wyglądem. Mokre włosy przykleiły mu się do karku, ale miał to gdzieś, bowiem nawet na sekundę nie odwrócił wzroku od tych niebieskich oczu. Całkowicie się odsłonił i pozwolił zobaczyć swe najskrytsze pragnienia i żądze. Niczego nie ukrywał, niczym się nie zasłaniał, a więc był bezbronny. Z Remusem czuł się bezpiecznie i wierzył, że mógł oddać mu każdą cząstkę siebie bez obawy, że otrzyma coś zupełnie przeciwnego.
Wreszcie nie wytrzymał i poddał się niemożliwej do zniesienia przyjemności. Z krzykiem zatopił się w ramionach ukochanego i przeżył jeden z najpotężniejszych orgazmów w życiu. Gdy napięcie opadło, dysząc, zakopał twarz w zagłębieniu szyi mężczyzny. Zdecydowanie potrzebował złapać oddech.
— Idealnie — podsumował. Było to jedyne słowo, które mógł w tej chwili wypowiedzieć, ale oddawało wszystko, co pragnął przekazać.
— To oczywiste. — Uśmiechnął się żartobliwie Lupin. — Jakby nie patrzeć, jestem teraz faraonem. — Objął Severusa w pasie i mocno się doń przytulił.
Odwzajemnił uścisk, zanurzywszy się w poczuciu spokoju i zadowolenia, głębszego niż kiedykolwiek wcześniej — poniekąd miał wrażenie, że został opatulony ciepłym, przyjemnym w dotyku kocykiem. Remus dał mu więcej, niż mógłby się odwdzięczyć, ale przynajmniej chciał spróbować. Postanowił zacząć od rewanżu.
Musnął ustami skroń mężczyzny, a potem skubnął małżowinę uszną. Wiedział, co należy zrobić, aby i jego doprowadzić na szczyt.
— Mój pan jest cholernie twardym facetem — wymruczał, sugestywnie poruszywszy biodrami, a następnie sapnął, kiedy główka członka zahaczyła o jego dziurkę, przesuwając się w rowku ku górze. — Co mogę zrobić, żeby pomóc w rozwiązaniu tego problemu?
Lupin zadrżał i podwinął palce u stóp.
— Cóż, patrząc na rozliczne talenty mojego małżonka, z łatwością mogę stwierdzić, że porusza się z najprawdziwszą gracją. Ma naprawdę apetyczne ciało i wie, w jaki sposób wynieść faraona na wyżyny — wyszeptał mu do ucha. — Właśnie tego pragnę.
— Zgodnie z życzeniem — odpowiedział, nie mogąc stłumić przebiegającego po kręgosłupie dreszczu. Czuł się absolutnie rozwiąźle, ale bez słowa sprzeciwu spełnił prośbę. Ustawił się odpowiednio, nakierował twardego członka na swe wejście i nań opadł z cichym westchnieniem. Z początku poruszał się powoli, a potem przyspieszył, oceniwszy reakcje kochanka.
Remus zacisnął dłonie na jego biodrach i wbił weń pożądliwe spojrzenie. Nim minęła dłuższa chwila, jęki, które z siebie wydawał, przybrałby na sile. Owładnięty najprawdziwszą ekstazą, wspomógł Severusa, wychodząc mu naprzeciw. Zagubiwszy się w przyjemności, w pewnym momencie całkowicie stracił rytm i niekontrolowanie drżał.
— Tak! — Snape z zapałem patrzył, jak Lupin dochodzi, ogromnie usatysfakcjonowany faktem, że odwdzięczył mu się równie fenomenalnym orgazmem. Pochylił się naprzód i złożył na ustach mężczyzny namiętny pocałunek, będący zwieńczeniem całego aktu. Kiedy się cofnął, położył mu dłoń na policzku. — Czy mój pan jest zadowolony? — zapytał z cwanym uśmiechem na twarzy.
— Cholernie zadowolony — odpowiedział z rozmarzoną miną Remus. — Mam tylko nadzieję, że Imhotep nie powróci, żeby nas ukarać za nieposłuszeństwo, zbezczeszczenie grobowca, czy też zbrukanie pozostawionego mu tronu. Zdecydowanie nie chciałbym być nawiedzany przez rozgniewanego egipskiego geniusza lub, co gorsza, stać się zwierzyną łowną dla mściwej mumii tak jak w tym filmie przygodowym.
Severus parsknął śmiechem. To nonsensowne obawy.
— Szczerze mówiąc, jestem święcie przekonany, że to nie pierwszy raz, kiedy ten tron został użyty niezgodnie z pierwotnym zastosowaniem, niezależnie od tego, czy Dżeser i Imhotep byli kochankami. Nie wierzę w mściwe duchy, czy też przywrócone do życia mumie, ale jeżeli naprawdę jesteś tym zmartwiony, uroczyście przysięgam, że ochronię cię przed bestią, która będzie nas ścigać.
— Doceniam troskę — odpowiedział bez większych emocji Lupin, a potem spojrzał na migoczącą latarkę. — Myślę, że powinniśmy się trochę ogarnąć, a następnie naprawdę zacząć szukać wyjścia na powierzchnię. W przeciwnym wypadku obaj skończymy tu jako wysuszone szkielety.
— Racja. — Westchnął dramatycznie, po czym niechętnie się odsunął i stanął na nogach. Podszedł do swoich ubrań i zadowolił się przetarciem chusteczką. Gdy się ubrał, zacisnął usta w wąską linię. — Można śmiało powiedzieć, że nie damy potem rady przenieść tronu, ale poradzimy sobie z resztkami rydwanu.
— Nadal masz siłę i energię? — Uśmiechnął się drwiąco Remus, po czym również trochę się ogarnął chusteczką. — Cóż, czyli następnym razem muszę bardziej się postarać.
Severus parsknął śmiechem i rzucił mu przez ramię rozgniewane spojrzenie. Chwilę później zajął się ubieraniem butów.
— Spokojnie, mój panie. Prawdę powiedziawszy, jestem padnięty, ale za to zmotywowany do odnalezienia wyjścia z grobowca. Nie mam nic przeciwko spędzeniu wieczności w twoim towarzystwie, aczkolwiek wolałbym, żebyśmy obaj byli żywi i mogli pieprzyć się do upadłego.
— W tej kwestii zdecydowanie się zgadzamy. — Uśmiechnął się zadziornie Lupin. Wyprostował się, zapiął spodnie i poprawił ubranie. Zużytą chusteczkę schował do tylnej kieszeni spodni, po czym uniósł latarkę i poświecił na resztki rydwanu. — W porządku, co proponujesz? Nie chcę ryzykować uszkodzenia któregoś znaleziska, ale czy myślisz, że damy radę przenieść kilka rzeczy samodzielnie, nie zadrapując ich lub niszcząc w inny sposób? Wszystko wygląda na bardzo ciężkie.
— Jeżeli będziemy ostrożni, poradzimy sobie — odpowiedział i rozejrzał się wokół. — Oczywiście, jeśli zgaśnie nam światło, nici z planów, bo wtedy z pewnością coś potrzaskamy. Zachowajmy największą ostrożność, a może przetransportujemy kilka kanop. Z tego grobowca musi być jakieś wyjście, więc myślę, że obecnie wylądowaliśmy w najlepszym możliwym pomieszczeniu, żeby rozpocząć poszukiwania. — Podszedł do koła powozu i skinął Remusowi głową. — Jeżeli oprzemy je o tron, podjedziemy korpusem rydwanu do sarkofagu. To są największe części. Gotowy?
Mężczyzna odłożył latarkę i podszedł do koła z drugiej strony. Przytaknął, chwyciwszy je oburącz.
— Naturalnie.
— Na trzy. Raz, dwa, trzy!
Aby unieść ogromne koło w powietrze, potrzebowali całej swej siły. Logika podpowiadała, że powinni potoczyć je po ziemi, ale Severus obawiał się, że upływ czasu i brak należytej ostrożności spowoduje uszczerbienie się drewna i tym samym większe szkody. Sapiąc z wysiłku, ruszyli w kierunku tronu. Gdy dotarli na miejsce, z uwagą położyli koło na ziemi i otarli pot z czoła.
— Cudownie, że rydwany miały tylko dwa koła, a nie cztery — podsumował z wysiłkiem, patrząc z wyrzutem na ostatnie.
— Zdecydowanie. — Lupin również się skrzywił, a potem wziął głęboki oddech w przygotowaniu do dźwignięcia kolejnego koła. — Cóż, przynajmniej tym razem wiemy, czego się spodziewać. Jesteś gotowy?
— Owszem — powiedział, po czym wzięli się do pracy. — Żałuję, że wczoraj nie postawiłem sobie butelki wody na stoliku nocnym — dodał, gdy podeszli do rozebranego powozu. Zmarszczył brwi, zauważywszy, że blade światło latarki zaczęło niknąć. — Jasna cholera! Lepiej się pospieszmy.
Mężczyzna skinął głową i obejrzał rydwan ze wszystkich stron.
— Jak myślisz, Severusie? Zaoszczędzimy sobie wysiłku, jeżeli chwycimy je z przodu i z tyłu, czy po bokach? Która opcja będzie mniej problematyczna?
— Chwyćmy po bokach — powiedział, nie poświęciwszy tej myśli nawet sekundy, boleśnie świadomy coraz to większej ciemności. Jak zarządził, tak zrobili. Gdy skończyli, szybko ogarnął wzrokiem pustą przestrzeń, którą zyskali. Zanim światło całkowicie zgasło, miał wystarczająco dużo czasu, aby zobaczyć olbrzymią kamienną płytę, równie solidną co reszta pomieszczenia. — Jasna cholera! — warknął i wyciągnął rękę w kierunku, gdzie stał Remus. — Niewiele zarejestrowałem — przyznał szczerze. — Będziemy musieli znaleźć wyjście na powierzchnię na czuja. — Zaśmiał się bez większej radości. — Jesteś biegły tylko w językach mówionych, czy również potrafisz czytać poprzez dotyk? Całkiem prawdopodobne, że czeka nas rozszyfrowanie hieroglifów z rzeźb, o ile, naturalnie, nie znajdziemy schodów w inny sposób.
Chwilę później został złapany mocno za rękę. Chociaż nie chciał przyznać tego na głos, trochę się uspokoił.
— Wysilę wszystkie komórki mózgowe. — Usłyszał w odpowiedzi. — Wszystko będzie dobrze. Z każdego grobowca jest jakieś wyjście.
— Mam nadzieję.
Severusa ogarnęły wątpliwości. W krypcie panowała nieprzenikniona ciemność, co sprawiło, że naprawdę zaczął się martwić. W duchu liczył, że nie był zbyt optymistyczny w stosunku do ich szans. Nie zamierzał się jednak poddawać, więc odwzajemnił uścisk dłoni, po czym ruszył w kierunku narożnika, który przed momentem oczyścili.
— Trzymajmy się razem. Nie chciałbym, żeby któryś z nas przypadkowo się zranił, a drugi musiał szukać go po omacku — stwierdził.
— Cóż, słyszałem o gorszych rzeczach, ale zgadzam się, że powinniśmy chodzić za ręce.
Idąc naprzód, potknęli się kilka razy.
— Myślę, że należy sprawdzić całą długość ściany — burknął i z niechęcią puścił trzymaną dłoń. — Skoro nic nie widzimy, nie zaszkodzi podwójne sprawdzenie, ot na wszelki wypadek. Najpierw pójdziemy w jedną stronę do rogu pomieszczenia, a potem zawrócimy. Co sądzisz?
— To dobry plan — podsumował ze skinieniem Lupin. — Jakby nie patrzeć, to grobowiec spod ręki Imhotepa. Nie wiadomo, co nas tutaj właściwe spotka.
— Dokładnie. — Severus czuł pod palcami żłobienia hieroglifów, których krawędzie były równie ostre i odstające, co pięć tysięcy lat temu, kiedy zostały wyryte w kamieniu. — Niestety oznacza to również, że musimy uważać na potencjalne pułapki i inne zapadnie. Wciąż nie mogę uwierzyć, jak łatwo wpadliśmy do krypty. Ciągle się zastanawiam, czy pod stosem piachu, który osunął nam się pod stopami, nie ma żadnych szkieletów, czy pozostałości po innych nieszczęśnikach. Tamta zapadnia przypomina mi trochę pułapkę na muchy, jeżeli rozumiesz, o co mi chodzi.
— Nie byłbym zdziwiony, gdyby rzeczywiście tak było — odpowiedział Remus, ostrożnie stawiając kroki. — To oznacza również, że nie znaleźliśmy właściwego wyjścia.
— Och. — Zatrzymał się i zastanowił. — Czyli żywisz przekonanie, że po prostu wpadliśmy w pułapkę?
— Naturalnie. Wysłuchaj mojej argumentacji, proszę. Nasz upadek był dosyć gwałtowny. Architekt i budowniczy nie zadali sobie trudu, żeby go złagodzić, czy wstawić w tamtym miejscu schody, co oznacza, że nie jest to oficjalne wejście do grobowca. Z pewnością nie wnosili tamtędy tronu, części rydwanu, sarkofagu, ani innych skarbów. O wiele bardziej sensowne byłoby wybudowanie wejścia na poziomie gruntu.
— Świetna uwaga — stwierdził, szczerze zadowolony, że mężczyzna doszedł do najprawdopodobniej prawdziwego wniosku, co pomoże im w zlokalizowaniu wyjścia na powierzchnię. — Jest też druga opcja. Możliwe, że pracownicy zastawili czymś główne wejście, a sami wydostali się zapadnią, przez którą tutaj wpadliśmy. Jako archeologowie posiadamy rozległą wiedzę o grobowcach i wszystkim, co z nimi związane, ale przeciętny człowiek, ot dla przykładu rabuś, wpadnie w pułapkę i spanikuje. Mieliśmy też szczęście, że udało nam się przesunąć tę kamienną ścianę. Wątpię, aby większość starożytnych złodziejaszków wpadłaby na podobny pomysł.
— Ano, owszem. — W głosie Lupina pobrzmiewało podekscytowanie i nadzieja. — Szukajmy więc dalej. Nie wiadomo, na co jeszcze się natkniemy.
— Racja. — Z większą niż dotychczas determinacją ponownie ruszył wzdłuż ściany, śledząc palcami każdą napotkaną szczelinę i pęknięcie w murze. Szukał w ten sposób, dopóki drogi nie zagrodziły mu inne przedmioty pozostawione w krypcie zmarłemu. — Zawróćmy i przejdźmy się w drugą stronę aż do momentu, w którym ponownie będziemy zmuszeni się zatrzymać — zaproponował ze spokojem. — Jeżeli nie znajdziemy innego rozwiązania problemu, pousuwamy przedmioty z drogi.
Zamienili się miejscami. Idąc w przeciwną stronę, Severus dotykał muru dłońmi na wypadek, gdyby Remus rzeczywiście coś przeoczył.
— Czekaj — poprosił, przystając w pół kroku. — Na coś właśnie wpadłem. Sprawdzaj niżej niż przedtem, a ja spróbuję wyżej. Z góry założyliśmy, że umieścili wyjście na poziomie gruntu i że jest wielkości przeciętnego człowieka. Może się pomyliliśmy. Największym tutaj skarb, tron, który zbezcześciliśmy, ma co najwyżej półtora metra. Równie dobrze mógł zostać wniesiony pochylony w jedną stronę. Gdyby wejście znajdowało się mniej więcej metr nad ziemią lub więcej niż półtora metra, najzwyczajniej w świecie byśmy go przeoczyli.
— Słusznie! Uklęknę, żeby poszukać. — Zamilkł na moment, a kiedy się znów odezwał, brzmiał dość chrapliwie. — Wybacz. Na chwilę odpłynąłem myślami. Twój pomysł trochę mnie otumanił, jeżeli rozumiesz, do czego nawiązuję. Jak stąd wyjdziemy, zrealizuję mą wizję.
Severus wstrzymał oddech, a potem zachichotał.
— Cóż, dodatkowa motywacja zawsze jest mile widziana — odpowiedział zaczepnie, a następnie skoncentrował się na dalszym przeszukiwaniu muru, tym razem na wyżej położonym obszarze. Jakimś cudem dosięgnął łączenia ściany z niższym sufitem i poruszał się wolniej, niż zazwyczaj, nie chcąc przypadkowo czegoś przeoczyć. Gdy dotarli do rogu pomieszczenia, z którego zaczęli, oparł dłonie na biodrach, wziął głęboki oddech. — Niczego nie znalazłem — oświadczył wszem wobec i wzruszył ramionami. Chociaż był zirytowany, nie zamierzał się poddawać. — Musi być stąd wyjście, bo powietrze jest dalekie od stęchłego — mruknął. — Gotowy, żeby wybadać następną ścianę?
— Tak. Kontynuujmy — odpowiedział Remus. — W końcu zlokalizujemy to przeklęte wyjście.
— Owszem. Nie chcę, żebyśmy tutaj pomarli — dodał, na nowo zdeterminowany. Wznowił krok i z największą ostrożnością zaczął ponownie dotykać kamiennej płyty, myśląc o tych wszystkich rzeczach, które planował zrobić ze swoim ukochanym, gdy się stąd wydostaną. Oczywiście, niektóre fantazje były po prostu niewykonalne na pustyni i wymagały udogodnień cywilizacyjnych, takich jak ogromnej wanny z nieograniczoną ilością ciepłej wody.
Im głębiej się zapuszczali, tym bardziej tracił poczucie upływającego czasu. Otoczony przez wszechobecną ciemność i względną ciszę, niemal popadł w trans. W komnacie było ciepło, ale nie duszno, co było niewielkim plusem, ponieważ wciąż czuł się jak w komorze deprywacji sensorycznej, gdzie był zdany wyłącznie na dotyk.
Kiedy prawie skończyli badać oczyszczony obszar, Severus westchnął i pogodził się z koniecznością przesunięcia cennych słojów. Gdy opuścił zdrętwiałe z wysiłku ręce, musnął coś opuszkami palców, tuż pod sufitem. Był to wyżłobiony hieroglif, na pozór identyczny, jak pozostałe, ale po dłuższym rozeznaniu doszedł do wniosku, że jest osadzony odrobinę głębiej.
— Czekaj… — powiedział do Lupina i uniósł się na palcach, żeby dokładniej zbadać napotkaną anomalię. Ostatecznie zdołał włożyć dwa palce w zagłębienie i sprawdził, czy za piktogramem jest jakaś pusta przestrzeń, mogąca sugerować ukrytą dźwignię, która otwiera przejście. Niestety natrafił na następny kamień, który ani drgnął, kiedy został popchnięty. Momentalnie stracił nadzieję i spochmurniał. Najprawdopodobniej odkrył tylko naturalną skazę w skale, ot nic godnego większej uwagi. — Zapomnij, to nic takiego — burknął niechętnie i opuścił dłoń.
Właśnie wtedy komnata jakby drgnęła, a ciszę przeszył charakterystyczny odgłos ocierających się o siebie kamieni. Chwilę później obaj usłyszeli dochodzące z tyłu dudnienie.
— Co to było, do diabła? — zapytał, wyciągnąwszy rękę w poszukiwaniu towarzysza. — Wszystko w porządku?
— Jest dobrze — odpowiedział Remus, brzmiąc na równie zaskoczonego. — Nie wiem, co to, ale dobiegało zza naszych pleców. Może nawet z okolic tronu.
— Mam tylko nadzieję, że nie pogorszyliśmy sytuacji — stwierdził. Ich palce wreszcie się spotkały, co przyjął z widoczną na twarzy ulgą. Mimowolnie wzmocnił uścisk. — Trzymaj się blisko — dodał i powoli ruszył w kierunku tronu. Zapobiegawczo wyciągnął do przodu drugą rękę, jakby przypadkiem miał natrafić na jakąś przeszkodę. Niestety, to nijak mu pomogło, ponieważ po kilku sekundach uderzył w coś stopą, potknął się i prawie przewrócił. Nie stracił równowagi, tylko i wyłącznie dlatego, że Remus przytrzymał go w pionie. — Chwileczkę.... — Schylił się, aby pomacać przedmiot, który stanął mu na drodze. — To jedno z kół rydwanu — podsumował, przesuwając dłonią po obręczy i szprychach. — Interesujące. Możliwe, że to małe trzęsienie ziemi spowodowało upadek.
— Najprawdopodobniej — odpowiedział blondyn, a potem jakby gwałtownie się obrócił. — Właśnie poczułem przeciąg, Severusie!
— Co takiego? — Odwrócił doń głowę, co było zupełnie bezsensowne, bo w tej ciemności i tak się nie widzieli. Wyciągnął przed siebie ręce, próbując poczuć jakiś powiew świeżego powietrza. — Masz rację. Jestem przekonany, że dochodzi z miejsca, gdzie postawiono tron. — Wciąż pochylony, po omacku wyminął koło rydwanu i sięgnął w kierunku złota. Zamiast solidnej konstrukcji, zauważył pustą przestrzeń. — Tron się przesunął, Remusie! Powietrze wydobywa się ze szczeliny… nie, dziury w ziemi.
— Genialne! Założę się o moją fedorę, że to wejście, którego szukaliśmy. Czy jest lepszy sposób na ochronę grobowca niż zamknięcie drzwi masywnym przedmiotem?
— To ma sens. Najwidoczniej uruchomiłem mechanizm aktywujący — podsumował fachowym tonem, po czym dotknął krawędzi czegoś, co wyglądało na kwadratowy otwór trochę mniejszy od tronu. — Myślę, że masz rację co do konstrukcji. Wejście od frontu jest zamknięte, bo otwór został zapieczętowany ciężkim złotym tronem, więc… najprawdopodobniej schodzimy na dół.
— Cóż, to lepsze niż siedzenie tutaj. — Usłyszał. — W gruncie rzeczy nie mamy innych możliwości.
— W porządku — odpowiedział, biorąc głęboki oddech. — Pójdę przodem. Jeżeli w pewnym momencie zapadnie cisza… uznaj, że wpadłem w pułapkę i poszukaj innej drogi. — Usiadł na krawędzi otworu, a następnie skoczył w ciemność, mając nadzieję, że uderzy stopami o twarde podłoże i się nie zabije. Na szczęście spadł tylko z wysokości mniej więcej trzech metrów i wylądował z cichym pomrukiem. — Jestem na dole! — zawołał i wyciągnął rękę, żeby sprawdzić, czy ma przed sobą ścianę. Dotknął jej prawie natychmiast, a potem odsunął się od przejścia. — Gdy zejdziesz, zastanowimy się, co dalej.
Nim minęło kilka sekund, poczuł powiew powietrza i usłyszał charakterystyczne tąpnięcie. Chwilę później poczuł dłoń na ramieniu.
— Jestem. Nie widzę żadnych kolców.
— Ani węży, doktorze Jonesie — odparł, chwyciwszy wyciągniętą dłoń. — Wnioskując po tym, jak nasze głosy się tutaj rozchodzą, jestem przekonany, że wylądowaliśmy w korytarzu. Czy wyczuwasz obok siebie ścianę?
— Tak, kamienną i gładką.
— W takim razie mamy wyznaczony nowy kierunek. — Skinął z zadowoleniem głową. — Liczę, że rzeczywiście zmierzamy do wyjścia. Idąc, przesuwaj palcami po ścianie, ot na wszelki wypadek. — To powiedziawszy, sam ruszył do przodu, oparłszy dłoń o mur po swojej prawej. — Ciekawe, czy ściany są ozdobione — zastanowił się na głos, w duchu licząc, że niczego po drodze nie uszkodzą. — Jeżeli zmarłego pochowano w pośpiechu, mogą być surowe. Szkoda, że nie znamy dokładnej daty śmierci Imhotepa… chociaż to może się zmienić, gdy wrócimy do grobowca na oględziny.
— Oby — odpowiedział z nutą podekscytowania w głosie Remus. — Choć pragnę się stąd wydostać, równie szybko chcę tu wrócić z lepszym oświetleniem.
— W pełni zrozumiałe. — Severus zaśmiał się pod nosem. — Szukasz doświadczonego asystenta? Tak się interesująco złożyło, że jestem obecnie bezrobotny i mógłbym służyć pomocą.
— Nie potrzebuję żadnego asystenta — podsumował stanowczym tonem mężczyzna. — Zależy mi na partnerze.
— Hmm. — Udał, że się namyśla, zachowując pokerową twarz. — Mogę aplikować również na tę posadę. Z drugiej strony, partner ma o wiele większą odpowiedzialność, niż zwyczajny asystent. Czy zostanie to odpowiednio wynagrodzone w postaci wypłaty?
Lupin zachichotał i wzmocnił uścisk.
— Już dostałeś pierwszą wypłatę. Jeżeli czujesz się nieusatysfakcjonowany, rozważę podniesienie stawki. Jestem hojnym pracodawcą.
— Zdecydowanie kusząca perspektywa — podsumował z uśmiechem na ustach. — Och. Mam tylko wrażenie, czy korytarz zaczyna się wznosić?
— Masz rację. — Remus skinął głową. — To dobra wiadomość. Całkiem prawdopodobne, że wreszcie wychodzimy na powierzchnię.
Severus przyspieszył kroku, równie chętny do opuszczenia grobowca. Dosłownie sekundę później gwałtownie się zatrzymał, gdyż natrafił na ścianę, która zablokowała mu drogę.
— Ała! — syknął blondyn, co było jasnym sygnałem, że również zderzył się z przeszkodą. — Chyba przestaję doceniać geniusz Imhotepa.
— Nie bez powodu — burknął, pocierając obolały od uderzenia nos. Następnie wyciągnął rękę i dotknął dłonią kamiennej ściany. — Ewidentnie dotarliśmy do końca korytarza. Sęk w tym, że do komnaty, z której przyszliśmy, naprawdę napływało świeże powietrze, co w praktyce oznacza, że ściana, która nas blokuje, nie jest solidna. To muszą być pewnego rodzaju drzwi.
Lupin westchnął.
— Wracamy więc do punktu wyjścia i znów skupiamy się na mechanizmie aktywującym — stwierdził, brzmiąc na zrezygnowanego.
— Tyle dobrego, że powierzchnia do przeszukania jest mniejsza od poprzedniej — podsumował i naprędce ścisnął dłoń ukochanego. Skoncentrowawszy się na kamiennej ścianie, wybadał krawędzie i niemal natychmiast znalazł podobny zatrzask. — Ha! — Uniósł głos. — Wygląda na to, że Imhotep miał gdzieś, czy ludzie wyjdą stąd żywi. Możliwe, że bardziej mu zależało na niezaśmiecaniu korytarza zwłokami. — Pokręcił w niedowierzaniu głową. — Jestem pewien, że mechanizm jest zepsuty, albo otwieranie wrót zostało podzielone na dwie części. Myślę, że musimy po prostu użyć siły i pchnąć.
— W porządku, do dzieła!
Severus prychnął, po czym naparł na ścianę. Towarzyszący mu Remus sapnął z wysiłku, ale ich poświęcenie się opłaciło, ponieważ powoli, bardzo, ale to bardzo powoli, drzwi zaczęły ustępować i się przesuwać.
— Nie waż się przestawać! — syknął z trudem, a potem jęknął, kiedy dokonali z pozoru niemożliwego. Solidny kamień uderzył o to, co było po drugiej stronie.
Jak się okazało, wreszcie wyszli na zewnątrz, ponieważ momentalnie uderzył w nich chłodny pustynny wiatr. Snape musiał zmrużyć oczy, żeby dostrzec padające nań słabe światło gwiazd.
— Wyszliśmy na powierzchnię! — podsumował z radością. — Naprawdę nam się udało!
Lupin natychmiast objął go w pasie i uniósł w powietrze. Naturalnie, tylko na chwilkę.
— Świetna robota! — Odsunął się na odległość ramion. — Gdzie właściwie jesteśmy…?
Severus również się rozejrzał po okolicy. Znał Sakkarę lepiej niż ktokolwiek inny, dlatego też natychmiast zidentyfikował miejsce, w którym wylądowali.
— Jesteśmy w piramidzie Sekhemkhet — oświadczył, nie mogąc uwierzyć, że przeszli tak wielki dystans. — Imhotep zbudował swój grobowiec tuż obok miejsca pochówku Sakhemkhet.
Remus znów westchnął.
— W takim razie czeka nas następna długa wędrówka. Mam nadzieję, że po tym wszystkim masz jeszcze ochotę na spacer.
W odpowiedzi potrząsnął w rozbawieniu głową.
— Może mnie poniesiesz?
— Schlebiałoby mi, gdybyś widział we mnie macho, ale obawiam się, że szybko postawiłbym cię na nogi. — Uśmiechnął się Lupin. — Możemy chwilę odpocząć, a potem przejść przynajmniej pół drogi, zanim znów posiedzimy na piasku. Skoro już się wydostaliśmy, nie ma pośpiechu.
— W porządku, jakoś się dowlokę do obozowiska — odpowiedział, uprzednio wydawszy z siebie pełne cierpienia westchnienie. Zdradzały go tylko i wyłącznie drgające kąciki ust. — Mam tylko jedno pytanie…
— Och, jakie? — Blondyn uniósł brwi.
Severus uśmiechnął się złośliwie, czując się lekki niczym piórko. Z ramion spadł mu cały emocjonalny bagaż, który nosił przez ostatnie tygodnie, dlatego też miał głęboko gdzieś, co pomyślą o nim inni. Czuł się po prostu wolny i szczęśliwy.
— Czy pamiętałeś, żeby zabrać butelkę lubrykantu z podłokietnika tronu?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz