Kilka dni później Teddy spędził pierwszy dzień na Grimmuald Place. Draco wszedł do salonu i niemal wypluł herbatę.
— Harry, on nienawidzi tej zabawki!
— Co? — Brunet podniósł głowę znad płaczącego na podłodze noworodka, trzymając jaskrawą grzechotkę w dłoni. — To najnowszy zakup.
— Wiem. Dzięki, Potter — powiedział, podnosząc Teddy'ego i wychodząc z pokoju. Harry z osłupieniem patrzył na szczęśliwie gruchającego chłopczyka.
W ciągu najbliższych lat osiedlili się w normalności i dali się pochłonąć karierze. Armaty całkiem szybko wypracowały rutynę po grze.
— Wszyscy idą do Glendy... — powiedziała w szatni Minnick po szczególnie wyczerpującym meczu. To była ich trzecia wygrana z rzędu.
— Spadam do domu. — Uśmiechnął się Burnett, wzruszając ramionami. — Muszę przygotować kolację...
— Dziś twoja kolej? Jaki z ciebie domator — wtrącił się Draco. Wszyscy zachichotali, zaś Burnett zacisnął usta. — Nie, żeby coś, ale nie pokazałeś się w tym sezonie — zauważył.
— Najwidoczniej nie znajduję przyjemności w zdobywaniu pieniędzy. Też tak kiedyś będziesz miał, Draco.
— Szczerze w to wątpię. Czyżbyś mnie nie znał, Burnett?
Reszta drużyny zachichotała.
Gdy Armaty pojawiły się u Glendy, wszyscy zapomnieli o wcześniejszej przepychance słownej. Draco uśmiechnął się, widząc, że Harry już na niego czeka.
— Dobra robota. — Brunet odwzajemnił gest, a potem zmarszczył brwi. — Jesteś dziwnie czerwony.
— Wszystko w porządku — odpowiedział defensywnie, przyglądając się z rozbawieniem, jak obrońca Sokołów, będąc w wojowniczym nastroju, zatacza się po knajpce.
— Masz, trzymaj!
Omal nie podskoczył na krześle, gdy zmaterializował się przed nim ogromny kufel ognistej whisky. Część trunku rozlała się po blacie przy stawianiu.
Podążył wzrokiem po ramieniu, które zaproponowało mu kufel, a potem zamrugał ze zdziwieniem, zarejestrowawszy szczerzącego się Weasleya.
— Zasłużyłeś, dobrze ci poszło — skomentował zrzędliwie rudzielec, zarumieniony od wypitego alkoholu.
Draco owinął palce wokół szkła. To był symbol pokoju.
— Rzeczywiście — odpowiedział z zadowoleniem, a Weasley przewrócił oczami i bez grama gracji opadł na wolne krzesło.
Zamiast sięgnąć po kufel, zapatrzył się weń pustym wzrokiem. Harry z kolei, pogrążony w rozmowie z Petersonem, z roztargnieniem objął go w talii i pogłaskał po brzuchu.
— Potter! — zawołała Minnick, wskazując na Draco. Chciała, żeby dołączył do niej przy barze, gdzie część drużyny raczyła się shotami.
Czując, jak ogarnia go panika, natychmiast wstał.
— Idę do toalety... — powiedział, widząc zdezorientowane spojrzenia wszystkich obecnych, po czym będąc już w łazience, aportował się do domu.
Teddy miał już dwa latka, był całkiem duży, a Harry wciąż zgorzkniale przeżywał niesamowite umiejętności rodzicielskie Draco. Blondyn wiedział, czego chłopiec potrzebował, zanim podobne wnioski wyciągnęło dziecko. Co więcej, Teddy o wiele szybciej nauczył się mówić do niego „tata” niż „dada”.
Gdy maluch odkrył, że Andromeda będzie mu bardziej potrzebna, przeniósł nań większą część swojej uwagi, zupełnie jakby podświadomie czuł, że kobieta rozpieści go i niewątpliwie spróbuje zepsuć. Strasznie polubił też czekoladę. Kiedy tylko miał do niej dostęp, szalenie się nią zajadał.
Malfoyowie uwielbiali chłopca, ale nie radzili sobie z wyborami życiowymi syna. Wyraźnie pogardzali jego zainteresowanie Harrym i faktem, że nie przejmował się sprawą potencjalnego spadkobiercy rodu. Draco uważał to za cholernie zabawne i jednym uchem wpuszczał te narzekania, a drugim wypuszczał. Lucjusz i Narcyza żyli w mydlanej bańce, jakoby rodowe nazwisko jeszcze coś znaczyło w czarodziejskim świecie. Wiele się zmieniło po wojnie, do tego stopnia, że wychodząc za mąż, Draco zdecydował się przyjąć nazwisko męża.
Co do Harry'ego — małżeństwo z nim wcale nie było takie przerażające, jak się spodziewał. Nieustannie się sprzeczali — to jasne — i próbowali się pozabijać od czasu do czasu, ale to wszystko. Seks był po prostu genialny, więc nie przejmowali się tymi walkami.
Oboje radzili sobie coraz lepiej pod względem emocjonalnym. Ilość pojawiających się koszmarów sennych znacznie zmalała.
Naprzemienny smutek i zmęczenie Harry'ego powoli zanikało, wydobywając na wierzch jego wcześniejszą, bardziej radosną osobowość. Draco cholernie lubił rzucać mu sarkastyczne i uszczypliwe uwagi w najmniej spodziewanych momentach. Uwielbiał również go torturować, aby przypadkiem nie zapomniał, jak ważne jest wznoszenie przed nim murów. Naturalnie, zawsze był też gotów na podjęcie się wyzwania.
Jednego z wieczorów został zaciągnięty przez Harry’ego do Nory, gdzie niemal natychmiast wyzionął ducha, wciśnięty na siłę w niemożliwie gigantyczny biust rudowłosej matriarchini Weasleyów. Spędził ten czas, starannie unikając dotykania czegokolwiek w domu. W ramach zemsty zwabił męża do łazienki za jadalnią na szybki numerek, a kiedy ten się rozebrał, gwizdnął mu ubrania. Harry był zmuszony wyjść do ludzi, zasłaniając się ręcznikiem. Wszyscy się gapili, a Molly Weasley upadła jaka długa twarzą do swojego słynnego tortu, którego Draco nie dotknął nawet końcówką widelczyka, wcześniej nań nakrzyczawszy.
Oczywiście, srogo za to zapłacił. Mąż przekonał Teddy’ego, żeby przez tydzień chodził po domu z rudowłosą czupryną i piegami na policzkach. Żeby nie być dłużnym, Draco nauczył chłopca kilku niegrzecznych i zdecydowanie nieodpowiednich dla dziecka rzeczy.
Aby sprawiedliwości stała się zadość, Harry wypytał Gregory’ego Goyla na temat dzieciństwa męża i zrobił małe przedstawienie ze skrzatami domowymi w roli przyjaciół Draco. Zemścił się okrutnie, zabierając go do klubu nocnego i rzucając ślizgonom na pożarcie.
Co więcej, udało mu się przekonać partnera, żeby zjadł kolację z Narcyzą, która przez cały ten czas unosiła elegancko wypielęgnowaną brew, obserwując zmagania Harry’ego z rozróżnieniem właściwych posiłkom sztućców. W odwecie Draco skończył wypieprzony w swojej dawnej sypialni i nie łudził się nawet, że rzucili zaklęcia wyciszające; najprawdopodobniej słyszeli go wszyscy przebywający w rezydencji. To zagranie obróciło się jednak przeciwko niemu, gdyż następnego dnia Narcyza zmusiła go do przeglądania odpowiednio opisanych czasopism o życiu seksualnym. W międzyczasie wypiła z synem herbatkę.
Osiągnąwszy spektakularną porażkę Harry zdecydował się poflirtować trochę z Jones, znienawidzoną przez Draco koleżanką z drużyny. W rozmowie spekulował, czy uda jej się w kolejnym sezonie zdobyć miejsce szukającej.
Niedługo później poszli razem na kolację, podczas której blondyn wyznał, że jest w ciąży.
— Na... naprawdę? — wyjąkał po raz piąty gryfon.
— Oczywiście, że nie — odpowiedział mu, gdy znaleźli się z powrotem na Grimmuald Place.
Szczęka Harry'ego wylądowała na podłodze.
Być może Draco przesadził. Ich następne walki były jednym wielkim rozczarowaniem — mąż poddawał się szybko i stał się dziwnie troskliwy. Przestał nawet odpowiadać na klątwy, które dotychczas towarzyszyły ich dzikszym kłótniom. Blondyn dostawał od niego dosłownie wszystko, czego tylko chciał, dosłownie o każdej porze dnia i nocy.
Czasami testował cierpliwość Harry'ego i stawiał mu coraz bardziej absurdalne i niewygodne żądania. Zaczął się denerwować, dopiero kiedy facet skoczył do Egiptu po czekoladowy czajnik. Co gorsza, Harry nie był wkurzony.
Trwał sezon quidditcha, więc Draco pogrążył się w praktykach. Armaty radziły sobie teraz całkiem dobrze i — co zaskakujące — zdobywały coraz więcej fanów. Najwyraźniej ludzie byli romantykami i ciągnęło ich do słabszych. Związek szukającego ze słynnym na cały czarodziejski świat Harrym Potterem też nieco pomógł.
— Unikam Pottera — zakomunikował, wychodząc z Fiuu Notta po ostatnim meczu. Tak właściwie to po prostu rezygnował z wypadów do Glendy, ale na jedno wychodziło. — Ostatnio jest strasznie wkurzający.
Teodor opadł na kanapę razem ze swoją dziewczyną i rzucił mu zdziwione spojrzenie. Kobieta była uzdrowicielką, którą Draco czasem widywał, gdy przychodziło do badań drużyny. I od czasu do czasu, gdy miał potwornego kaca. Lovebad. Loathgood. Lovegood? O właśnie, Pomyluna!
Pomyluna uśmiechnęła się do niego wymownie, gdy wcisnął się w miejsce pomiędzy nimi.
Konsternacja Notta zmieniła się w kpiący uśmieszek.
— Och, naprawdę, Potter?
Draco spiorunował go wzrokiem. Ślizgońscy przyjaciele nigdy nie przywykli do tego, że zmienił nazwisko. Machnięciem różdżki zapalił kilka lampek. Dlaczego siedzą w ciemności? Ze stolika chwycił miskę chipsów i zaczął pakować je garściami do ust.
— Czujecie, że ten gamoń przyniósł mi niedawno kwiaty?
— To straszne. — Nott przewrócił oczami. — I wydaje mi się, że przejąłeś nieco jego maniery.
— No wiem! — powiedział, ignorując drugą część oświadczenia przyjaciela. — Kretyn do potęgi entej.
— Może stara się złagodzić to coś, co napędza wasze dysfunkcjonalne małżeństwo?
Ze zmarszczonymi brwiami odwrócił się do Pomyluny, która uśmiechnęła się do niego łagodnie.
— Wiesz, że twoje zachowanie powodowane jest przez gnębiwtryski?
— Co? Że jak? — zapytał wściekle.
— Och! — Pomyluna zdziwiona, nagle bardzo zdziwiona. — Mój błąd. To jednak coś innego. — Uśmiechnęła się promiennie.
Draco spiorunował ją wzrokiem — od dawna wiedział, że ta dziewczyna jest dziwaczką, a mimo to w pełni ją akceptował. Zawsze podpisywała mu raporty medyczne i była szalenie przydatna.
Kiedy wepchnął do ust kolejną garść chipsów, zdegustowany Nott wstał i ze zmarszczonym nosem strzepał okruszki ze swoich ubrań.
— Wiesz, Draco. Jak będziesz dalej tak jadł, to wkrótce będziesz zbyt gruby, żeby być szukającym — powiedział z nikczemnym uśmiechem.
— Jak śmiesz! — krzyknął i rzucił weń ceramiczną miską. Trafił idealnie. Oszołomiony Teodor upadł na plecy, a jutro najprawdopodobniej będzie narzekał na okropny ból głowy.
Pomyluna uśmiechnęła się tajemniczo.
— Czy mogę cię prosić na słówko, Draco? — zapytała i, zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, dziewczyna chwyciła go za rękę i pociągnęła do następnego pokoju.
Następnego dnia Harry pomachał mu dłonią przy drzwiach restauracji, uśmiechając się szeroko.
— Tęskniłem wczoraj za tobą. Musiałeś wrócić, jak już zasnąłem...
— Nienawidzę cię — przerwał mu ze wzburzeniem, a mąż zamrugał. — Ty gryfoński kawałku gówna, ty pieprzony...
— Draco! — syknął brunet, głową wskazując na rodzinę z dziećmi, która akurat koło nich przechodziła. Rodzice rzucili im pełne wyrzutów spojrzenie.
Blondyn przełknął ślinę.
— Tak sobie żartowałem... — wydukał.
— No dobrze. — westchnął Harry, otwierając mu drzwi.
Tym razem spotkali się na szybki lunch w aurorskiej przerwie w dziurze, którą ciężko było nazwać dobrą knajpką. Nie mogąc się powstrzymać, Draco jedynie rozglądał się wokół z niesmakiem i próbował być uprzejmym.
Dał się normalnie pocałować w policzek, a potem, cholernie zirytowany, musiał wręcz siłą oderwać mężowi dłoń ze swojego brzucha. Ostrożnie usiadł po drugiej stronie stołu i próbował sobie wmówić, że to wcale nie była wina Harry'ego, że był podniecony — zawiniła ta przeklęta magia. Gryfon wzruszył ramionami i zaczął oglądać jakiś zwój, jak zwykle będąc pochłoniętym przez pracę, podczas gdy Draco zerknął do menu i ze wszystkich sił walczyć ze wzdryganiem się przy przeczytaniu każdej pozycji. Zamieszczone w karcie dania brzmiały naprawdę obrzydliwie i dlatego też bardzo szybko zdecydował, że niczego nie przełknie.
Harry podniósł wzrok, możliwe, że wyczuwając rozgoryczenie męża. Odłożył studiowane zwoje i uśmiechnął się doń życzliwie.
— Twoja drużyna świetnie się spisuje. Nie mogę uwierzyć, że dotarliście aż do ćwierćfinałów — powiedział niemal smutno. — Wszyscy są tacy podekscytowani, żeby zobaczyć...
— Harry?
— Tak…?
— Jestem... — urwał, strasznie się czerwieniąc. — Muszę iść — burknął, a potem się deportował.
Wyszedł z łazienki i znieruchomiał, widząc Harry'ego w pustej już szatni. Teddy siedział oparty na jego biodrze. Musiał użyć swojego statusu Wybrańca, żeby go tutaj wpuścili.
— Tata!
Całkowicie bezmyślnie, Draco wziął chłopca na ręce.
— Unikasz mnie — podsumował mąż. Nie było sensu zaprzeczać temu oskarżeniu, więc milczał. — Widziałem, że gra twój rezerwowy — dodał, wspominając toczoną obecnie rozgrywkę. — Wszystko w porządku? — zapytał z twarzą pełną niepokoju.
— Jedynie się spóźniłem — odpowiedział, wygładzając swoje szaty do quidditcha. Był boleśnie świadom własnej niekompetencji, a czoło zrosiły mu pierwsze kropelki potu. — To był naprawdę ciężki sezon — dodał, mając nadzieję, że nie wygląda tak słabo, jak się czuje. Z oddali słyszał wiwaty tłumu i starał się ignorować nieokrzesane komentarze spikera.
— Nigdzie nie widać Draco Pottera. Może przytłoczyła go presja? W końcu Armaty mierzą się z Puddlemere. Jeśli teraz się poddadzą, może uda im się zdobyć wystarczająco punktów, żeby...
— Nikt cię nie osądzi, jeśli tym razem nie zagrasz.
Draco się skrzywił, kiedy Teddy postanowił go pomęczyć i wpychać malutkie piąstki do ust.
— Jak już mówiłem, wszystko w porządku — burknął, odpychając ręce chłopczyka. — To nic takiego.
— Jesteś pewien?
Teddy teraz zainteresował się jego włosami. Aby utrudnić mu zadanie, wzmocnił swój uścisk i tym samym unieruchomił ręce chłopca. W odpowiedzi dziecko zachichotało radośnie.
Harry obserwował ich uważnie.
— Zawsze byłeś do niego bardzo przywiązany.
— Raczej za nim tęskniłem.
— Dzięki wizjom.
Draco kiwnął głową.
— Poznałem go, zanim jeszcze się urodził. — Westchnął przeciągle. — Czasami naprawdę nienawidzę być tym cholernym jasnowidzem.
Po chwili oddał Teddy'ego Harry'emu i wyszedł z budynku. Słyszał za sobą kroki, które powiedziały mu, że ma towarzystwo. Gdy wiwaty z trybun stały się głośniejsze, wszystko inne zostało zagłuszone. Strona należąca do Puddlemere ryczała ponuro, a Harry stanął na uboczu i przyglądał się wskakującemu na miotłę mężowi. Kiedy wzbił się w powietrze, trybuny wybuchnęły najprawdziwszym wiwatem.
Armaty wygrały mecz w ostatnią chwilę. Jeszcze kilka sekund, a puściłby pawia — znów miał mdłości. Gdy jego stopy dotknęły ziemi, został niemal zmiażdżony w grupowym uścisku. W dłoni trzymał złotego znicza.
Kiedy obudził się następnego dnia, Harry obejmował go w talii. Usiłował się odsunąć, ale jedyne, co osiągnął, to obudzenie drugiego mężczyzny. Mąż nie zauważył nawet, co wyczyniał, wracając do rzeczywistości. Draco został do niego przyciągnięty plecami, świadomie czy nie, ale zdecydowanie przy pomocy magii. Zirytowawszy się, oparł się pokusie rzucenia jakiegoś paskudnego zaklęcia i zamknął oczy, próbując ponownie zasnąć.
Westchnął, gdy poczuł pocałunek na szyi. Harry possał przez moment wrażliwą skórę, a potem przeniósł swe zainteresowanie na odsłonięte ramię i klatkę piersiową. Kierował się w dół, ku brzuchowi blondyna. Gdy dotarł w okolice pępka, zastygł w bezruchu, uzmysłowiwszy sobie, że dotychczas twarde i zmysłowe mięśnie zostały zastąpione przez wiadomego pochodzenia wybrzuszenie. Z uśmiechem na twarzy obsypał to miejsce mokrymi pocałunkami, co sprawiło, że Draco posmutniał.
— Musimy zobaczyć się z uzdrowicielem — wymamrotał brunet.
— Dlaczego?
— Wiesz czemu.
Draco się skrzywił i odsunął od męża. Owładnięty następnym przypływem nerwów, powędrował do kuchni i przystąpił do jej dewastowania. Wyrwał zlewozmywak i górą część lodówki. Potem roztrzaskał blat i sprawił, że część stołu eksplodowała; wkrótce zaklęcie poleciało w meble. Gdy Harry zdecydował się wejść do kuchni, od razu tego pożałował. Opadła mu szczęka. Draco rzucił mu tylko rozwścieczone spojrzenie i wyszedł.
Lecąc na miotle, ledwo uniknął tłuczka. Zawładnęło nim nieprzyjemne uczucie deja vu. Zagryzł dolną wargę, próbując stłumić złośliwy uśmieszek. Wydawało mu się, że cały tłum krzyczał. Armaty wygrały półfinały. Jeszcze jedna gra i wreszcie będzie...
Coś twardego uderzyło go w głowę. Znicz wyleciał mu z ręki, a powieki zaczęły dygotać tak jak wtedy, gdy doznawał kolejnej wizji. Czuł się o dwadzieścia kilogramów cięższy, aniżeli zazwyczaj. Świat zamazał mu się przed oczami.
Czuł, jak powietrze otula go szybciej, jednocześnie odgarniając włosy z twarzy. Trawa była coraz bliżej niego, a siedzący na trybunach czarodzieje rzucili się naprzód...
Wtem został otulony przez magię.
Widział wyłącznie czerń.
O ile to było możliwe, krzyki stały się głośniejsze…
Wylądował w ramionach męża. Fani, drużyna, reporterzy — wszyscy próbowali ich dosięgnąć i wykrzykiwali pytania, ale Harry nie zwracał na nich najmniejszej uwagi — z uporem przepychał się przez tłum. Gdy znaleźli się za drzwiami, odgłosy dochodzące z boiska natychmiast ucichły. Draco słyszał tylko kroki swojego męża, a potem wyłapał jakieś szepty. Zarejestrował też białą zasłonę i moment, w którym został delikatnie położony na łóżku.
Nie wiedział, ile czasu minęło, zanim ponownie otworzył oczy. Rozejrzał się po pokoju. W punkcie medycznym zawsze panowała przeszywająca cisza. Harry siedział na pobliskim krześle, przyglądając mu się w milczeniu.
— Dzięki — powiedział ochrypłym głosem. — Złapałeś mnie.
— Nie, boisko było pod magiczną kontrolą.
— No tak.
Zdołał usiąść mimo okropnych zawrotów głowy. To był błąd. Natychmiast przyłożył dłoń do ust, a mąż podał mu metalową miskę.
Był zbyt dobrze wychowany, żeby zwymiotować w towarzystwie. Starał się mieć pod kontrolą wymioty, podczas gdy jego żołądek dosłownie wywracał się na drugą stronę. Między nimi zapadła chwila ciszy. Draco ściskał brzuch, a Harry nadal go bardzo uważnie obserwował.
— Wszystko w porządku — mruknął nieprzekonująco, odpychając od siebie pomocne ręce.
— No jasne, przynajmniej oberwałeś tłuczkiem tylko w głowę.
Draco rzucił mu jadowite spojrzenie.
— Wiesz, co mam na myśli, prawda? Jesteśmy... jesteśmy...
— W ciąży — dopowiedział. — Pomyluna, hm... — przerwał, uświadamiając sobie, że może lepiej będzie nie wspominać o swoich wrzaskach, gdy uzdrowicielka na osobności przekazała mu „cudowną” nowinę.
— Tak — powiedział Harry. — Tak właśnie podejrzewałem.
Draco nań spojrzał. Wszystkie chłopięce cechy, jakie posiadał, zanikły przez lata. Wyglądał bardziej męsko — jego rysy twarzy wyostrzyły się i z pewnością był szczuplejszy dzięki wymaganiom aurorskim. Siedział w ambulatorium w oficjalnych szatach, a mimo to od tygodnia nie przeoczył ani jednego treningu quidditcha lub meczu. Ewidentnie się martwił.
— Chciałem tylko dokończyć sezon — mruknął beznamiętnie blondyn.
— Powinieneś był ze mną porozmawiać.
— Wiem.
Harry wyglądał na zaskoczonego. Najprawdopodobniej nie sądził, że usłyszy otwarte przyznanie się do pomyłki. Przez po prostu się na niego patrzył.
— No tak. Molly.
— Yhym...
— Draco, czy mogę...? — Nie czekając na odpowiedź, Harry objął go i przytulił mocno do piersi. — Niemal czuję jej magię.
— Yhym — mruknął, opuszczając głowę.
— Jak się czujesz?
— Niesamowicie zirytowany — burknął szczerze. — Czuję też ulgę. I czasami się martwię... że nigdy więcej jej nie zobaczę.
— Oczywiście, że zobaczysz. Przecież jest teraz z tobą. — Harry cofnął się z wielkim uśmiechem. Jego twarz wręcz promieniała, niemal tak, jak w dzień schwytania tego drania, Neville’a Longbottoma. — W porządku. Zawołam Lunę — powiedział, po raz kolejny go obejmując. Gdy wyszedł, Draco zmarszczył brwi, zastanawiając się, kim u licha jest Luna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz