17. ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Draco zapisał się do Stowarzyszenia Warzycieli, które wcześniej proponowało mu angaż. Stowarzyszenie było aż nazbyt szczęśliwe, mogąc przyjąć jego spóźnioną kandydaturę. Oczywiście zawczasu opanował wszystkie zaklęcia ochronne — nie mógł sobie pozwolić na żadne niebezpieczeństwo podczas pracy.

W międzyczasie Armaty przegrały Puchar Ligi, o czym trąbił ostatnio nieustannie Prorok Codzienny, ogłaszając przy okazji braki w oryginalnym składzie drużyny. Spekulacje w dużej mierze skupiały się na Draco, oskarżając go o przegraną. Opinia publiczna w pełni zgadzała się z redakcją gazety, przez co wszyscy domagali się wyjaśnień, z jakiego powodu zdecydował się na zawieszenie kariery. Posunęli się nawet do stwierdzeń, że został przekupiony przez drużynę przeciwną.

Starał się unikać prasy, choć nie było to już takie łatwe — w ciąży aportacja nie była wskazana. Aktualna miejscówka Stowarzyszenia nie miała podłączenia do sieci Fiuu i właśnie w ten sposób znalazł się w czarodziejskiej części Londynu. Idąc, ze wszystkich sił próbował zignorować reporterów.

— Panie Potter! Czy to część spisku, który zaważył na wyniku meczu?

— Draco, kochanie. Ile zapłaciły ci Harpie?

— Draco, dlaczego się wycofałeś?

— Nic podobnego — odpowiedział, zanim zdał sobie sprawę, że powinien trzymać buzię na kłódkę. W momencie został otoczony ze wszystkich stron. Wiedząc, że już za późno, rzucił dziennikarzom groźne spojrzenie.

— Zrezygnowałeś z finałowego meczu, bo bałeś się zmierzyć z Ginny Weasley? — zapytała Rita Skeeter.

Draco zacisnął zęby.

— Tylko kiedy piekło zamarznie... — powiedział i chwycił się za usta. Aparaty rozbłysły, a kamery zrobiły zbliżenie. Reporterzy zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego, przez co ich głosy zlały się w jeden wielki, niezrozumiały bełkot. Draco powoli opuścił dłoń, próbując uspokoić swój organizm. Nie znosił mdłości.

Z trudem przepychał się przez tłum, ruszając w kierunku najbliższego sklepu. Użył Fiuu, nie kłopocząc się nawet pytaniem o pozwolenie. Udał się do rezydencji Malfoyów — dostęp do Grimmuald Place możliwy był tylko i wyłącznie z określonych miejsc. Najchętniej od razu poszedłby do domu, ale mdłości zwyciężyły. W ostatniej chwili dobiegł do najbliższej łazienki, po drodze rejestrując tylko zaskoczoną twarz matki.

Po godzinie nieustannej męczarni usiadł na podłodze i opierał się plecami o ścianę. Takie coś zdecydowanie nie przystało w eleganckiej rezydencji Malfoyów. To musiała być kara za popełnione w przeszłości grzechy. Automatycznym ruchem przeczesał dłonią zmierzwione włosy. Nie był przygotowany na ten horror! To głupie. Wiedziony instynktem, położył rękę na trochę wypukłym brzuchu.

Merlinie, to się dzieje naprawdę!

Co jakiś czas Narcyza podchodziła do drzwi i pukała. Martwiła się od momentu, aż wyskoczył z kominka.

— Draco?

Och, matka była na tyle zaniepokojona, że wezwała posiłki w postaci Harry’ego. Mężczyzna się skrzywił i wstał z podłogi, potem naprędce przepłukał usta wodą i wygładził szaty. Otworzył drzwi, kiedy był gotowy.

— Co tu robisz? — zapytał, zauważając, że mąż przybył na wezwanie w aurorskich szatach. Musiał wpaść do Malfoyów od razu po skończonej pracy.

— Narcyza powiedziała mi, że przyszedłeś w odwiedziny — odpowiedział, patrząc nań uważnie.

— Och, naprawdę? — Draco przewrócił oczami. — W porządku. Możesz się już odpieprzyć, kochanie. To, że jestem w ciąży, nie znaczy, że potrzebuję pieprzonej opiekunki i... — Wytrzeszczył oczy, odwrócił się na pięcie i doskoczył do muszli.

— Widzę, że jesteś dzisiaj w uroczym nastroju — podsumował Harry, wchodząc do łazienki i zamykając za sobą drzwi.

Machnął na niego niegrzecznie dłonią i wrócił do przerwanej czynności, podczas gdy jego mąż oparł się bokiem o kontuar i cierpliwie poczekał, aż wymioty ustąpią. Potem pomógł mu pozbierać się z podłogi i podał szklankę wody, którą z wdzięcznością wychłeptał. Był wyczerpany. Żałosne.

Harry podszedł bliżej i wyciągnął ku niemu rękę. Obrzydliwie sentymentalne.

Draco przyjął oferowaną pomoc w obawie, że nie ustoi o własnych siłach i upadnie na podłogę. Pozwolił się zaprowadzić do salonu, gdzie aktualnie czekała na nich pani domu. Chociaż przywdziała na twarz codzienną nieczytelną maskę, jej postawa wskazywała na zaniepokojenie.

Wiedząc, że chciała się odezwać, naprędce spiorunował matkę wzrokiem.

Harry uśmiechnął się przepraszająco.

— Nie czujemy się za dobrze... — powiedział, podczas gdy Draco zacisnął ze złości zęby. Skurwiel zawsze obracał kota ogonem i mówił w liczbie mnogiej, zupełnie jakby naprawdę przechodzili przez dokładnie to samo. — Musimy wrócić do domu. Czy możemy użyć waszego kominka?

— Dlaczego się nie aportujecie? — zapytała podejrzliwie matka, mrużąc przy tym oczy.

Harry zręcznie uniknął odpowiedzi i wciąż naciskał na podróż przez Fiuu. Chociaż była wiosna i na dworze było nawet ciepło, Narcyza bez żadnego dodatkowego komentarza rozpaliła ogień.

Kiedy przybyli na Grimmauld Place, Draco nie posiadał się ze szczęścia. Jedyne, czego pragnął, to czmychnąć do swojej pracowni, ale dłoń Harry’ego przyciągnęła go bliżej i zniweczyła wszystkie plany.

Gdyby to było możliwe, staliby się jednością.  Ostatnimi czasy cholernie łaknął czułości. Był niczym jakaś pijawka. Ot, brzemię ciąży...

— Wszystko w porządku? — zapytał mąż

— To tylko poranne mdłości — odburknął.

— Już ci przeszło?

— Chyba tak.

Auror pogładził go po plecach.

— Powinniśmy powiedzieć twoim rodzicom.

— Powiemy — stwierdził. Kiedyś, dodał w myślach.

Ogień w kominku zapłonął.

— Harry? Stary, jesteś w domu?

Draco odwrócił się i zobaczył twarz Weasleya.

— Jasne, Ron. Możesz wejść — powiedział brunet, a Draco spiorunował go wzrokiem.

Kilka sekund później z kominka wyszli Weasley z Granger, trochę umorusani sadzą. Rudzielec wyglądał, jakby puszczenie dłoni dziewczyny oznaczało rychłą śmierć. Coś było na rzeczy.

Cała czwórka popatrzyła po sobie niezręcznie. Draco jako pierwszy odzyskał zdolność logicznego myślenia i wyrwał swoje ramię z uścisku męża.

— Więc...

— Spodziewamy się dziecka. — Harry nie wytrzymał napięcia, a blondyn rzucił mu pełne niedowierzania spojrzenie.

— Co? — Weasley podskoczył w miejscu, jakoś nieszczególnie zaskoczony obrotem sytuacji. — Co za zbieg okoliczności! My również.

— Serio? Nie do wiary! — wykrzyknął Potter, wymachując dziecko rękoma.

Co do diabła?

Draco spojrzał na Granger, która wydawała się zadowolona i wręcz promieniała. Nie sprawiała wrażenie chorej. Gdy tylko pomyślał o nieprzyjemnościach, poczuł kolejny przypływ mdłości. Cholera. Jakże tego nienawidził.

— Normalnie jakbyśmy to zaplanowaliśmy! — powiedział Weasley.

— Czego nie zrobiliśmy! — dodał Harry.

— Będziemy mogli wymieniać się spostrzeżeniami. — Uśmiechnęła się Granger.

— Nasze dzieci będą najlepszymi kumplami! — kontynuował rudzielec, wycierając oczy chusteczką.

— W twoich marzeniach... — zaczął Draco, ale musiał przerwać. Zakrywając usta, pobiegł do najbliższej łazienki.


Od czasu katastrofy na Mistrzostwach Świata w 1994 r. europejskie ministerstwa organizowały doroczne zjazdy aurorów, prawników i przedstawicieli różnych drużyn quidditcha w celu omówienia bezpieczeństwa podczas treningów, meczów oraz gamy najnowszych czarów, mających zapewniać to bezpieczeństwo.

Wśród trzydziestu czarodziejów zebranych wokół olbrzymiego, prostokątnego stołu Draco Potter reprezentował Armaty. Peterson wyjechał na wakacje i nie wróci do początku następnego sezonu. Niczym na ironię, Draco stanął na czele zespołu, chociaż nie będzie grał tej jesieni. Oczywiście, jeszcze nie podał powyższej informacji do wiadomości publicznej. Miał nadzieję, że zaoszczędzi trochę czasu  najlepiej tak dużo, jak to tylko możliwe — między innymi po to, żeby przetrzymać prasę przed dobraniem się do następnych szczegółów i kolejne plotki. Może też przy odrobinie szczęścia udałoby mu się zachować w tajemnicy swój stan.

Jak tylko Minister Spraw Zagranicznych zaczął rozwodzić się nad najnowszymi krokami i urokami, które mogłyby stanowić przeszkodę dla czarnych czarodziejów lub ataku Neville’a Longbottoma podczas Pucharu Quidditcha, Draco poczuł się niezmiernie senny. Do rzeczywistości przywrócił go dopiero ostry ból w kostce. Zirytowany, spojrzał wściekle na Wooda, który najwyraźniej nie pogodził się z przegraną swojej drużyny w ćwierćfinałach.

Będąc ponownie rozbudzonym, spróbował skupić się na uwagach nabzdyczonych polityków. Czuł się taki wyczerpany.

Postanowił zjeść krakersa.

Tyle dobrego, że poranne mdłości zaczęły się uspokajać. Martwił się też o utratę wagi, ale Pomyluna zapewniała go, że wszystko jest w porządku. Z Molly... Z dzieckiem było okej, a Draco miał tylko nieznaczną niedowagę.

Granger oczywiście nie sterczała codziennie nad muszlą. Ilekroć się widzieli, zawsze promieniała i wyglądała, jakby stała w świetle reflektorów. Szalenie zazdrosny, walczył wówczas, aby jej nie zamordować.

W pewnym momencie spojrzał na Harry'ego, który siedział po drugiej stronie stołu, wyglądając irytująco profesjonalnie, gdy z uwagą słuchał obecnego mówcy. Ostatnio sporo go ignorował lub udawał, że są nieznajomymi. To miła odmiana, móc zobaczyć go w apetycznie wyglądającego w aurorskim mundurze — ot, miła odmiana od domowego wizerunku: wymiętoszonego, nerwowego i chwilami apodyktycznego męża. Draco zupełnie się zapatrzył, przez co zupełnie zapomniał o krakersie, który zdążył mu rozmięknąć w ustach. Czemu akurat dzisiaj musiał tak dobrze wyglądać?

Wtem mąż wyłapał jego spojrzenie i się uśmiechnął. Blondyn gwałtownie się zaczerwienił, naprędce przełknął ciasteczko i odwrócił wzrok.

Ku jego bezbrzeżnemu zdziwieniu, spotkanie dobiegło końca podczas tych kilku sekund obserwacji. Ludzie szybko zaczęli wstawać od stołu.

— Hej — powiedział Harry, podchodząc do niego. — Wszystko w porządku?

— Hm... tak. — odpowiedział, kładąc mu dłoń na ramieniu.

Mężczyzna uśmiechnął się, wyglądając na zachwyconego.

— Świetnie, chcę jeszcze tylko porozmawiać z...

— Musimy iść. — Tym razem postanowił na stanowczość i, nie zważając na słabe protesty, zaczął ciągnąć męża w kierunku otwartego kominka.

— W trakcie przerwy przyjrzymy się wam uważniej — odezwał się nagle jakiś albański gbur, rozpychając się w miejscu, w którym stał. — To tylko formalność. Potrzebujemy rozeznania, żeby podpisać ostateczne umowy.

Draco skrzywił się, podczas gdy Harry spojrzał nań przepraszająco. Grupa ponownie zajęła miejsce, a Wiktor Krum zaczął się wiercić w swoim źle skrojonym brązowym garniturze.

— Podnieście swoje różdżki — powiedział głośniej Percy Weasley, wskazując na masywny zwój leżący na stole. — Wykrzesajcie z siebie iskierkę magii. Każdy z was. To wystarczy.

Trzydzieści różdżek wypuściło z siebie delikatne smugi światła, a pergamin się rozjaśnił. Kiedy połysk zgasł, Weasley zmarszczył brwi, uważniej przyglądając się zwojowi.

— To dziwne. Nie zadziałało.

— Co? — oburzył się jakiś hiszpański prawnik. — No entiendo.*

Rudzielec machnął ręką.

— Wygląda na to, że czyjś magiczny podpis jest słabszy, a przez to niespójny na tyle, żeby utrzymać kontakt.

— Mówisz, że któreś z nas jest po części charłakiem? — zapytał pewnie Wood.

— Nie, oczywiście, że nie — odpowiedział Weasley, rzucając Woodowi dziwne spojrzenie. — Jedno z was jest po prostu ciężko chore. — Rozejrzał się po sali. — Lub w ciąży.

Wszyscy zamarli w miejscu a niektórzy wyglądali na zniesmaczonych. Draco poczuł, że zatapia się w krześle.

— Kto jest w ciąży? — zażądał Weasley. — Lub umierający?

Każdy poruszył się niespokojnie pod podejrzliwym wzrokiem rudzielca.

— No! Nie ma co się wstydzić — dodał głośniej.

W pokoju zapanowała kompletna cisza, lecz nie zraziło to mężczyzny.

— Beckins! To ty?

Jakaś młoda czarownica zbladła.

— Co? Nie! — prychnęła.

— Patil, to ty, prawda? Widziałem cię wcześniej jak rozmawiałaś z Finch–Fletchleyem!

— Ja?! — zawołała przerażona dziewczyna.

— Krum! Wyglądasz na chorego...

— Ehm. — Kaszlnął niezręcznie Harry, nagle wstając. Draco momentalnie zbladł. — Cóż, ja i Draco... jesteśmy... — urwał, żeby dorzucić na wydechu. — ...umierający.

Wszyscy sapnęli, do cna przerażeni. Oliver Wood aż spadł z krzesła.

— To znaczy, ciąża. Jesteśmy w ciąży. — poprawił się szybko.

Nie dało się ukryć — wszyscy zgromadzeni w pokoju odetchnęli z ulgą, a potem zaczęli uważniej przyglądać się Harry'emu. Draco zsunął się jeszcze bardziej z krzesła, marząc tylko i wyłącznie o tym, żeby ziemia się pod nim otworzyła i pochłonęła go w całości.


Przez następnych kilka tygodni w gazetach pojawiały się jedne i te same nagłówki: HARRY POTTER W CIĄŻY!”, „HARRY POTTER W STANIE BŁOGOSŁAWIONYM!.

Towarzyszyły im urocze zdjęcia Harry'ego, który machał na nich niezgrabnie, próbując uciec z obiektywu.

Głupi Potter. Zawsze w świetle reflektorów, pomyślał Draco, rzucając mu jadowite spojrzenie, gdy ten wychodził z kominka.

Tym razem przyniósł dobrą wiadomość.

— Przyniosłem ci coś fajnego — powiedział i rzucił mu całą górę czekoladowych żab nad tekstami, w które akurat się zagłębiał.

Mężczyzna przez moment wpatrywał się w czekoladę, po czym roześmiał się w głos i rozejrzał za Teddym. Maluch był wręcz uzależniony od łakoci, aczkolwiek tym razem gdzieś się zaszył. Bez większej chwili namysłu Draco sięgnął po żaby i niemal połknął kartę przedstawiającą Hermionę Granger. Na szczęście mąż zdążył go w odpowiednim czasie zatrzymać.

Harry zawsze przynosił mu przekąski. Był już w szesnastym tygodniu ciąży i póki co wszystko szło dobrze. Mąż utrzymywał go dobrze odżywionego i dobrze wypieprzonego. Wspierał też jego starania o tytuł mistrza eliksirów. W rzeczywistości to upewnił się, że jest wystarczająco zajęty i ma wszystko, czego tylko zapragnie, czy potrzebuje do codziennej egzystencji. Podsumowując, Harry stał się bardziej niebezpieczny.

— Widać już brzuszek — stwierdził miękkim tonem.

Draco się wzdrygnął i podniósł wzrok znad przepisu, który studiował.

— Nie, nie, to jeszcze zbyt... — zaczął, po czym spojrzał na swój ciążowy brzuszek. Nie było sensu zaprzeczać. Nawet obszerna szata nie była w stanie ukryć wypukłości. — Do czego zmierzasz? — zapytał z groźnym błyskiem w oku.

— Najwyższy czas powiedzieć ludziom — stwierdził delikatnie Harry, nalewając sobie herbaty. — Zwłaszcza twoim rodzicom.

— Hm. — Zapatrzył się w książkę. — Zastosujmy w zamian technikę unikania.

Brunet zachichotał pod nosem, a Draco przełknął ślinę. Już próbował powiedzieć rodzicom prawdę, ale... tchórzył i koniec końców odkładał to na inny termin.

— Prasa staje się coraz bardziej podejrzliwa — kontynuował Harry.

— Każdy wie, że to, co mówią, jest gówno warte.

— To nie jest.

Miał rację. Ludzie i tak zauważą.

— W następnym tygodniu — obiecał ze świadomością nieuniknionego. — Pozwól mi tylko to skończyć. — Poklepał książkę, a Harry skinął głową.


Harry zdołał zaciągnąć Draco do rezydencji Malfoyów dopiero po dwóch tygodniach. Stali obecnie w bawialni, z niecierpliwością czekając na rodziców. Obaj się zastanawiali, czy nie najlepiej będzie podzielić się radosną nowiną już na samym początku rozmowy.

I wtedy zobaczyli Lucjusza.

Patriarcha Malfoyów dopiero niedawno opuścił Azkaban. Plotki głosiły, że za kratkami niejednokrotnie wdawał się w bójki i słowne przepychanki z Neville’em Longbottomem. Oceniając po wyglądzie, nie Lucjusz wyszedł z nich zwycięsko.

Draco wyglądał, jakby tylko siłą woli powstrzymywał wymioty. Jego ojciec wyglądał naprawdę okropnie. Zniknął ten majestatyczny, budzący respekt mężczyzna, a na jego miejscu pojawił się nadzwyczaj chudy, zmizerniały staruszek. Szaty wisiały na nim niczym na kościotrupie, a oczy zapadły się, nadając mu przerażający wygląd. Twarz miał bardziej kanciastą niż kiedykolwiek, a ciało całe posiniaczone.

Lucjusz nie miał żadnego kontaktu z mediami podczas odsiadki. Nie wiedział, co się działo w międzyczasie. Całkiem możliwe, że był nieświadomy małżeństwa swego syna.

Czarodziej zmierzył Draco surowym wzrokiem. Obaj kiwnęli sobie na powitanie głową i zajęli miejsca. Harry posłusznie podreptał za mężem, troszkę szczęśliwy, że został tylko uraczony oszczędnym łypnięciem okiem.

— Wyglądasz dobrze, ojcze — skłamał blondyn, oddychając w sposób, w jaki brunet zdefiniowałby kliniczną odrazę. — Hm, całkiem szczupło…

Lucjusz prychnął.

— Widzę, że ty z kolei nie ominąłeś żadnego posiłku.

Harry zmarszczył brwi, a Draco gwałtownie poczerwieniał. Przez krótką chwilę wyglądał na wzburzonego, a szare oczy ciskały gromy. Można było odnieść wrażenie, że miał wielką ochotę trzasnąć swojego ojca — nawet wykonał bliżej nieokreślony ruch ręką.

Ostatecznie zdołał się opanować. Głęboko odetchnął i przywdział na twarz swoją zwyczajową maskę, podczas gdy Harry wciąż wiercił się niespokojnie na krześle.

— Tak. Przypuszczam, że przybrałem nieco na wadze — rzucił chłodnym tonem blondyn.

W pokoju pojawiła się skrzatka. Ostrożnie położyła na stoliku tacę z herbatą, herbatnikami i kanapkami, ułożonymi w wieżyczkę, po czym bez słowa się deportowała. Potter nerwowo wepchnął jedną kanapkę do ust.

— Czemu przyszedłeś w towarzystwie? — zapytał Lucjusz.

Draco ze stoickim spokojem nalał sobie herbaty.

— Cóż, jesteśmy razem — powiedział nonszalancko, jakby właśnie komentował pogodę na najbliższych kilka dni.

— Słucham? — Lucjusz zerwał się na równe nogi. Harry też wstał — pod wpływem impulsu. Draco pozostał skupiony na swojej filiżance, podczas gdy obaj mężczyźni opierali się chęci dobycia różdżek.

— Nie bądź taki melodramatyczny, kochanie. — Narcyza weszła do salonu i usiadła obok męża. — To stare wieści. — Uśmiechnęła się kpiąco. — Nie w tym rzecz, więc możesz się uspokoić. Powiedz mu, kochanie — dodała w kierunku syna, bardziej psotnym niż sadystycznym tonem.

Ślizgonka z krwi i kości, pomyślał Harry.

Draco przełknął głośniej ślinę. W tym momencie ryzykował wydziedziczenie.

— Jakiś czas temu się pobraliśmy.

— Co takiego? — Lucjusz podniósł głos. — Gdzie ty miałeś rozum? Żeby stanąć na ślubnym kobiercu z tym... z tym... półkrwi zdrajcą! Naprawdę, Draco? Z Harrym Pieprzonym Potterem?! Zaraz cię wydziedziczę.

— Dziecko także?

W pokoju zapadła cisza.

— Mówisz o Teddym? — zapytała głucho Narcyza.

— Nie — odpowiedział Draco. — Nie o nim.

Lucjusz wydał z siebie dławiący dźwięk i opadł na krzesło, podczas gdy Harry sam sobie pokiwał głową, czując, jak uchodzi z niego całe powietrze.

— Trochę późno o tym wspominamy, ale... jesteśmy w ciąży — powiedział, siadając z powrotem na kanapie. Sekundę później chwycił męża za rękę.

Narcyza wydała z siebie dziwaczny, nietypowy pisk i lekko klasnęła w dłonie. Lucjusza nie szło jednak tak łatwo udobruchać.

— Który z was konkretnie? — zapytał, mierząc ich uważnym wzrokiem.

— Czy to nie jest oczywiste? — burknął groźnie blondyn, czerwony niczym cegła.

Harry kaszlnął dyplomatycznie.

— My... — zaczął, ale Draco powstrzymał go uniesieniem ręki w górę.

— Ja — stwierdził, po czym pozwolił, by jego dłoń powędrowała na brzuch.

Rodzice spojrzeli na niego tępo.

— Ty... bierny... — Lucjusz był do tego stopnia wściekły, że nie radził sobie z poprawnym formułowaniem zdania.

Rumieniec Draco się pogłębił.

— To nie tak... — wyjąkał Harry, także zarumieniony. — My nie... lubimy etykietowania...

— No oczywiście, że nie! — warknął Lucjusz, a następnie wstał i wyszedł z pokoju.

Draco patrzył za nim przerażony, a do rzeczywistości wróciło go dopiero przytulenie ze strony matki. Był ewidentnie zaskoczony, ale niczego nie powiedział. Harry z kolei pozwolił sobie na niewielki uśmiech.

— Zauważyłam, że tyjesz, kochanie.

— Dzięki — burknął.

— W którym tygodniu jesteś?

— Będzie nieco ponad cztery miesiące.

— Cztery! Dość długo trzymałeś to w sekrecie.

Draco kiwnął głowę, odwracając z zawstydzenia wzrok.

— W pełni zrozumiałe. — Narcyza ze współczuciem wzięła syna za ręce. Nie minęła jednak chwila, gdy zaczęła się rozwodzić nad butelkami, pieluchami, śpioszkami i porodem. Nawet porodem! Mężczyźni starali się zachować powagę, ale było to po prostu niemożliwe.

W międzyczasie Harry położył dłoń na brzuchu męża i z roztargnieniem go pogłaskał. Draco z kolei kontynuował rozmowę z matką w sposób dość naturalny, choć wydawało się, że chciał rozmawiać o wszystkim, tylko nie o cielesności.

— Waga jest w granicach normy, Mo… dziecka też. Jest całkowicie zdrowe. Staramy się to kontrolować na bieżąco — zagaił.

— Znacie już płeć?

— Właściwie to tak.

— Och?

— Na razie wolelibyśmy zachować to w tajemnicy.

Narcyza się rozczuliła i spojrzała na syna, jakby był czymś niesamowicie uroczym. Najprawdopodobniej powstrzymywała się wyściganiem go.

— Myśleliście o imieniu?

— To też będzie tajemnicą — powiedział z zażenowaniem.

Kobieta usiadła na swoim miejscu.

— Cóż, jestem bardzo zaskoczona, jak dobrze jesteście przygotowani — stwierdziła, patrząc uważniej na swojego syna. — Wydajesz się bardzo szczęśliwy, Draco.

Ten wzruszył ramionami, a serce Harry'ego zabiło radośniej.

— Jestem szczęśliwy.

 

* „No entiendo” — tłumaczenie z języka hiszpańskiego: „Nie rozumiem”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz