LEKCJA DZIEWIĄTA: USTA MAJĄ RÓŻNORAKIE ZASTOSOWANIE

Draco otworzył list, który trzymał w dłoni, czując rozprzestrzeniający się po żołądku znajomy chłód. Zielona pieczęć z herbem Malfoyów jasno sugerowała, że otrzymał list od ojca, a nie od matki. Tylko Lucjusz był tak pretensjonalny i oficjalny, aby zapieczętować notkę do własnego syna.

Pobieżnie ją przeczytał, chcąc wyłapać ogólnikowy przekaz, nie poddając się jednocześnie ojcowskiej krytyce, ponieważ facet ostatnimi czasy nie aprobował jego wyborów życiowych. Draco nie mógł tylko pojąć, dlaczego patriarcha Malfoyów czuje potrzebę sprawowania nad nim władzy, skoro jest dorosłym człowiekiem, w pełni odpowiedzialnym za swoje czyny.

Zgodnie z jego przewidywaniami list dotyczył planów świątecznych. Popełnił błąd, informując matkę, że jest wolny podczas przerwy bożonarodzeniowej. W szkole zostawało naprawdę niewielu uczniów, a kilku pracowników dobrowolnie zgłosiło się do ich nadzorowania. Prawdę powiedziawszy, z początku był z tego zadowolony. Kilka tygodni wolnego od hogwardzkich obowiązków było mile widziane. Potem zaś przypomniał sobie, że najprawdopodobniej powróci do pustej rezydencji, gdzie nie będzie miał nic do roboty poza sporadycznym odwiedzaniem Nottów. Nie wspominając już o tym, że jego rodzice będą naciskać na spotkanie. Teraz żałował, że lepiej nie przemyślał sprawy, bo żadna z tych sytuacji nie była dlań szczególnie atrakcyjna.

Rozważał wysłanie odpowiedzi, że został wprowadzony w błąd przez panią dyrektor i jednak musi pozostać w Hogwarcie, ale kłamstwo ma krótkie nogi — ojciec z pewnością szybko go przejrzy, a to tylko pogorszy sprawę. Nie było żadnego wyjścia. Będzie musiał zebrać się na odwagę i spędzić święta we Francji.

— Nienawistna wiadomość? — Usłyszał i opuścił pergamin. Wtedy zobaczył Harry’ego, patrzącego nań zza stołu dla kadry nauczycielskiej. — Wnioskuję po twoim ponurym wyrazie twarzy.

Prawie otworzył usta, żeby zapytać go, co takiego niby uczynił, żeby zasłużyć na list z pogróżkami, ale się wstrzymał, widząc, że ten unosi jedną brew, a potem krzywo się uśmiecha. Dzięki temu zrozumiał, że Harry zażartował.

— W pewnym sensie, aczkolwiek „nienawiść” to zbyt mocne słowo — odpowiedział. — Czy istnieje coś takiego jak „pasywno–agresywna” wiadomość, kipiąca niezadowoleniem?

— Najwyraźniej tak.

— Więc takową otrzymałem.

— Od swojego ojca?

— Skąd wiedziałeś?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

— Zwracam uwagę na pozornie nieistotne szczegóły.

Draco musiał odwrócić wzrok od błysku uczucia w oczach Harry’ego. Nie wypadało wyglądać na zarumienionego kochanka w otoczeniu uczniów i innych współpracowników.

Ostatnio trudniej było to ukryć. Biorąc pod uwagę to, co dotychczas dzielili, nie sposób zaprzeczyć faktowi, że czuł względem bruneta szczególną bliskość, co w jakiś niewyjaśniony sposób przeniosło się poza ich komnaty. Miał nadzieję, że z zewnątrz wyglądało to po prostu na zwykłe polepszenie ich relacji i ocieplenie stosunków, ot na zacieśnienie przyjaznych więzi pomiędzy dwoma wcześniej zwaśnionymi nauczycielami. Oczywiście, jeżeli będą dalej wymieniać się takimi sugestywnymi spojrzeniami przy śniadaniowym stole, wszyscy w końcu zauważą, że coś jest na rzeczy — a to zdecydowanie nie byłoby dobre.

— Ojciec oczekuje, że spędzę Boże Narodzenie we Francji — wytłumaczył, spoglądając na list. — Nie mam pomysłu, jak się z tego wykręcić.

— Ach. — Harry skinął ze zrozumieniem głową. — Nie wyobrażam sobie żadnego sensownego wytłumaczenia.

— A co ty robisz w Boże Narodzenie? — zapytał.

— Jak zwykle będę w Norze z Weasleyami — odparł mężczyzna, przeżuwając kiełbaskę. — Spędzę trochę czasu z Ronem i Hermioną, najprawdopodobniej z Teddym i może spotkam się z kilkoma innymi znajomymi.

Draco przytaknął, czytając pomiędzy wierszami. To oczywiste, że Harry spędzi święta w towarzystwie najlepszych przyjaciół i syna chrzestnego, ale — co znacznie ważniejsze — zamierza również wykorzystać ten czas na randki ze swoimi kochankami. Prawdę powiedziawszy, nigdy nie poruszyli tego tematu, bo byłoby to nie na miejscu podczas ich cotygodniowych schadzek, zwłaszcza że nawet nie wiedział, jak facet często opuszczał teren szkoły i udawał się do Hogsmeade, aby się aportować. Powinien był wcześniej pomyśleć, że skoro będzie miał więcej wolnego, z największą przyjemnością skorzysta z nadarzającej się okazji i zabawi z innymi.

To zrozumiałe, przypomniał sobie mimochodem. Taką zawarliśmy umowę.

W rzeczywistości było to najlepsze rozwiązanie. Ostatnio w ich relacje wdało się napięcie i chwila odpoczynku dobrze im zrobi.

Może sam mógłbym kogoś poderwać, pomyślał. Sęk w tym, że nie wiedział, czy jest gotowy na samodzielne podboje. Nie chodziło o seks — w tej kwestii zamierzał poczekać na Harry’ego, aby mieć pewność, że wie, co robi; nie chciał przecież nikogo skrzywdzić. Jak dotąd, nabrał jednak trochę doświadczenia w gejowskich pieszczotach, więc raczej poradziłby sobie z męskim kochankiem.

— Musisz jechać do Francji na całe święta? — zapytał Harry, przywracając go do rzeczywistości.

Draco parsknął śmiechem.

— Na litość Merlina, nie. Zdecydowanie odmawiam. Nie zamierzam podporządkowywać się rodzicom bardziej niż to konieczne. Myślę, że przekoczuję wolne w posiadłości. Nie jest to idealne rozwiązanie, ale przynajmniej będę mógł czasem odwiedzić przyjaciół. To będzie miła odskocznia. Obiecałem Pansy, że wpadnę z wizytą. Jej syn jest moim chrześniakiem.

— Mm, racja.

Uczniowie zaczęli wstawać od stołów, co w praktyce oznaczało, że wkrótce rozpoczną się zajęcia, więc Draco złożył list i włożył go do kieszeni, a następnie również się podniósł.

— Do zobaczenia później — rzucił na odchodne.

— Jasne. — Uśmiechnął się lekko Harry. — Do zobaczenia.

*

Nie musiał długo czekać, bowiem spotkali się tuż przed obiadem, w pracowni eliksirów, po zakończeniu lekcji klas owutemowych dla szóstorocznych.

Harry zamknął drzwi na klucz i rzucił na salę zaklęcie wyciszające, co było dość niezwykłe. Szczerze powiedziawszy, Draco był zdezorientowany. Minęły tygodnie, odkąd posuwali się do czegoś więcej w miejscu publicznym, wliczając w to omawianie szczegółów układu.

— Mam pewien pomysł — wyjawił na wstępie brunet, pochodząc do biurka.

— Ach, tak? — zapytał, wciąż przeglądając stos wypracowań. Choć udawał wielce zajętego, najzwyczajniej w świecie próbował zachować nonszalancką postawę.

— Jak bardzo chcesz spędzić urlop w swojej posiadłości?

Zamrugał ze zdziwieniem.

— Właściwie to ani trochę. Zdecydowanie wolałbym tego uniknąć.

Harry skinął głową, zupełnie jakby spodziewał się podobnej odpowiedzi. Cóż, najprawdopodobniej tak było, biorąc pod uwagę sposób, w jaki Draco ostatnio mówił o swoim domu.

— W takim razie co powiesz na spędzenie go ze mną? Byłoby miło, gdybyś wpadł na kilka dni.

Malfoy zamarł w połowie układania wypracowań.

— Zapraszasz mnie do siebie?

— Tak. — Mężczyzna przytaknął. — Oczywiście, nie spędzimy razem całego urlopu. Na Boże Narodzenie odwiedzisz rodziców we Francji, podczas gdy ja zawitam do Nory, ale może uprzyjemnimy sobie przerwę świąteczną?

— A nie będziesz…? — urwał, próbując znaleźć odpowiednie słowa. Miał z tym problem, bo jego mózg wciąż przetwarzał tę nieoczekiwaną propozycję. — Byłem przekonany, że chciałeś spędzić czas z przyjaciółmi.

— To wciąż aktualne, ale możemy skoordynować nasze plany. Z tego, co pamiętam, też chciałeś spotkać się ze znajomymi. Możemy się normalnie rozdzielić — ty wyskoczysz do Pansy, a ja pójdę do Rona i Hermiony.

— A co z resztą…?

— Jaką resztą? — Harry przechylił głowę.

— Z innymi znajomymi, na których towarzystwu ci zależy — odpowiedział, a potem dodał, gdyż facet spojrzał nań z jakby niezrozumieniem: — Mówię o innych, no wiesz… kochankach. — Wziął głęboki oddech. — Wszedłem w ten związek z otwartymi oczami i nie chciałbym ci przeszkadzać w randkowaniu.

— Och. — Brunet podrapał się po głowie z półuśmiechem na twarzy. — Cóż, szczerze mówiąc… ostatnio nie spotykałem się z nikim innym.

Draco zmarszczył brwi.

— Odmawiałeś sobie randkowania?

Harry się roześmiał.

— Kiedy miałbym na to czas? W trakcie roku szkolnego wybywam na miasto najwyżej raz w tygodniu. Widujemy się częściej, bo najzwyczajniej w świecie pracujemy w jednym miejscu. Między zajęciami, innymi obowiązkami, patrolami i naszymi schadzkami… jestem raczej zajęty, prawda?

— Och. — Draco poczuł się głupio. — Wybacz. — Nie zdawał sobie sprawy, że monopolizował czas swego partnera.

Potter znów zachichotał, tym razem dłużej.

— Nie masz za co przepraszać — powiedział, podczas gdy w zielonych oczach pobłyskiwały ogniki radości. — Żałowanie jest ostatnią rzeczą, jaką powinieneś robić.

Szczerze mówiąc, nie był pewien, co o tym myśleć.

— Hmm — mruknął więc niezobowiązująco, a potem skinął głową. Oczywiście, że odpowiadał mu ten układ. Nie mógł udawać, że jest inaczej.

— Świetnie. — Uśmiechnął się Harry. — W takim razie nie widzę żadnego powodu, dla którego mielibyśmy wstrzymać się ze spotkaniami na czas przerwy świątecznej, zwłaszcza że razem bawimy się o wiele lepiej, aniżeli osobno. Wyrwanie się na dłużej z zamku mogłoby być naprawdę relaksujące. Po prostu zostalibyśmy w domu, robilibyśmy to, na co mamy ochotę, czasem wyskoczylibyśmy na spotkanie z naszymi przyjaciółmi, mielibyśmy przestrzeń dla wspólnych i osobnych aktywności i… no wiesz, mógłbyś bez przeszkód kontynuować swą edukację… — urwał sugestywnie, unosząc wyzywająco brew.

Draco musiał powstrzymać się od śmiechu. Kiedy Harry chciał, potrafił być cholernie uwodzicielski. Naturalnie, już wcześniej o tym wiedział, bo w jaki inny sposób znalazłby się w jego łóżku?

Nie spodziewał się zaproszenia na święta, zwłaszcza że próbował się przekonać, że krótkotrwałe rozstanie dobrze im zrobi. Z drugiej strony, czy naprawdę zamierzał zrezygnować z prawie trzech tygodni seksu na rzecz samotnego siedzenia w posiadłości i rozmyślania? Odpowiedź była bardziej niż oczywista.

— W porządku, wchodzę w to.

— Wspaniale. — Uśmiechnął się bez skrępowania Harry. Potem się doń pochylił i go delikatnie pocałował. — Właśnie uatrakcyjniłeś mi przerwę świąteczną.

— I nawzajem — odpowiedział z równie szczerym uśmiechem.

— Idziemy na obiad? — zapytał brunet, gdy się odsunął.

— Jasne.

W trakcie spaceru przez zamek facet zabawiał go opowieściami o swoim pierwszym spotkaniu z boginem na trzecim roku, podczas gdy Draco chichotał w odpowiednich momentach. Szczerze mówiąc, trochę odpływał myślami i po prostu starał się podtrzymać pozory zachowania uwagi. Co chwilę wracał wspomnieniami do rozmowy z pracowni eliksirów, nie mogąc wyrzucić z głowy jednego wypowiedzianego wówczas zdania.

Harry nie spotyka się z innymi kochankami. Jest tylko ze mną.

Wiedział, że to niczego nie oznacza poza tym, że facet był zbyt zajęty, aby umawiać się na randki. Mimo to, świadomość, że jest w stanie tak zaspokoić potrzeby partnera, aby nie szukał ukojenia gdzieś indziej… była cholernie motywująca.

Jestem wystarczający.

W piersi urosło mu coś, co uznał za dumę.

Yhym, zdecydowanie dumę.

*

Draco był w posiadłości zaledwie od pięciu minut, a już cieszył się, że większość przerwy spędzi w domu Harry’ego. To miejsce nie było… ponure z powodu przestronności i odosobnienia, ale dlatego, że brakowało w nim radości i życia. Rezydencja potrzebowała pomieszkującej w niej rodziny, a nie smutnego kawalera.

Kiedyś, powiedział sobie z większą determinacją niż kilka miesięcy temu. Kiedyś założę prawdziwą rodzinę.

Nie dzisiaj.

Wpadł tu tylko na chwilę, żeby sprawdzić stan dworu, co było rozsądnym posunięciem, biorąc pod uwagę fakt, iż większość czasu spędzał w Hogwarcie. Poprosił Nixie, skrzatkę domową, o oprowadzenie go po głównym piętrze i poinformowaniu go o wszelkich dokonanych naprawach. Szczęśliwie, nie było ich zbyt dużo. Nałożone na rezydencję zaklęcia ochronne były stare i dobrze ugruntowane, co w praktyce oznaczało, że ciężko było uszkodzić dom z zewnątrz. Skrzaty były pracowite, dlatego też rzadko coś popadało w ruinę.

— Wszystko wygląda w porządku — podsumował. — Jak zwykle doskonała konserwacja.

Nixie uśmiechnęła się promiennie i ukłoniła nisko.

— Czy Nixie ma podać filiżankę herbaty? Albo wcześniejszą kolację?

— To miłe, ale nie zostanę długo. Zatrzymam się u przyjaciela. Najprawdopodobniej przybędę dopiero w drugi dzień świąt, żeby sprawdzić, czy otrzymałem jakieś przesyłki. Jeżeli coś dostanę, niech pozostanie w posiadłości. Nie ma potrzeby ich przekierowania.

— Oczywiście, panie — odpowiedziała skrzatka. — Nixie z przyjemnością znów pana zobaczy.

Draco się uśmiechnął i skinął w podziękowaniu głowę. Naprawdę wierzył w jej zapewnienie, głównie dlatego, że w przeciwieństwie do nawyków, które wyniósł z rodzinnego domu, starał się być uprzejmy dla skrzatów i dobrze je traktować. Wcześnie się nauczył, że to szacunek, a nie strach, jest najlepszym sposobem dla otrzymywania wysokiej jakości usług. Choć Lucjusz nigdy nie przyznałby tego na głos, nawet on zauważył znaczną poprawę w utrzymaniu dworu po tym, jak została przekazana nowemu właścicielowi.

Nie zaprzątaj sobie głowy szczegółami, przypomniał sobie. Wyrzuć to z pamięci na przynajmniej tydzień.

Najwyższy czas skupić się na Harrym i dniach, które przyjdzie im spędzić razem.

*

Kiedy wyszedł z kominka na Grimmauld Place 12, przez chwilę się zastanawiał, czy przez przypadek nie pomylił adresu. Salon, w którym się znalazł, nie wyglądał tak, jak sobie wyobrażał. Gdy ostatnio widział to miejsce, było bardzo zaniedbane. Kiedy jeszcze podczas wojny o nim słyszał, rezydencją Blacków opiekował się stary skrzat domowy, który najzwyczajniej w świecie się obijał i nie sprzątał. Posiadłość została wyremontowana i na nowo umeblowana — sofa i fotele obite szarym zamszem nie mogły mieć więcej niż kilka lat oraz idealnie pasowały do wzorzystego niebiesko–białego dywanu. Ściany zostały pomalowane w spokojnym odcieniu zieleni, a pokój uzupełniał elegancki stolik kawowy z ciemnego drewna, razem ze stojącymi po bokach lampami elektrycznymi.

Znalazł się zasadniczo w salonie, jaki mogliby mieć mugole.

Kiedy uzmysłowił sobie to wszystko, zrozumiał, że nie jest tutaj sam. Harry siedział w jednym z foteli, przeglądając stos pergaminów. Jego zdenerwowanie objawiało się w przygryzionej wardze.

— Już przyszedłeś — powiedział mu na wstępie, unosząc wzrok znad dokumentów.

— Ano.

Mężczyzna wstał i doń podszedł.

— Witaj w moim domu — dodał, a następnie delikatnie go pocałował.

Draco rozejrzał się po pomieszczeniu, chociaż już dokonał wstępnego rozeznania.

— Widzę, że przerobiłeś to miejsce — zauważył. Szczerze mówiąc, nic dziwnego. O ile wiedział, ten dom zawsze był dosyć przygnębiający.

— Całe piętro i większość drugiego — a przynajmniej najważniejsze części drugiego piętra, jak moja sypialnia i kilka pokoi gościnnych — odpowiedział Harry. — Mieszkanie jest wciąż w remoncie.

— Nie jesteś właścicielem tej rezydencji od siedmiu lat? — zapytał, zanim zdał sobie sprawę, że zabrzmiał… niedowierzająco, jeśli nie osądzająco.

— Właściwie to od dziewięciu. — Uśmiechnął się odrobinę ironicznie Harry. — Prawdę powiedziawszy, remont zacząłem dopiero po zakończeniu wojny. Z początku byłem bardzo zajęty i nie spędzałem na Grimmauld Place tyle czasu, ile powinienem, aby doglądać postępu prac. Kiedy tu jestem, zawsze staram się coś zrobić.

— Sam przeprowadzasz remont? Nic nadzwyczajnego, że idzie ci wolno.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

— Tylko co poniektóre rzeczy. Do większości zatrudniam wykwalifikowanych robotników. Muszę jednak postępować bardzo… delikatnie. Stworek jest wrażliwy na obecność nowych ludzi w domu i czasami umyślnie przeszkadza w remoncie.

Draco zamrugał i dopiero po chwili uzmysłowił sobie, że Harry mówi najprawdopodobniej o skrzacie domowym.

— Chroni posiadłość?

— Coś w tym rodzaju. — Brunet się zaśmiał pod nosem, a następnie podniósł rolkę pergaminu, którą wcześniej przeglądał, zmniejszył ją zaklęciem i schował do kieszeni. Chwilę później znów się całowali, dalej stosunkowo niewinnie. — Co powiesz na oprowadzenie cię po moim domu?

— Byłoby cudownie.

Główne piętro okazało się gustowną i spójną mieszaniną mugolskiej i magicznej rzeczywistości, zarówno pod względem formy, jak i funkcjonalności. Meble i sprzęty AGD były nowoczesne i najwyższej klasy, ale cała rezydencja wręcz emanowała magią, objawiającą się przede wszystkim na czarodziejskich ruchomych zdjęciach, zawieszonych na ścianach portretach, w szklanych gablotach z rodzinnymi pamiątkami Blacków i w rogach pokoju, gdzie na małych stojakach zostały zgromadzone zaklęte przedmioty.

Wbrew temu, co się ludziom wydaje, mugolsko–magiczne aranżacje nie są rzadkością. Chociaż posiadłości czarodziejów czystej krwi ograniczały się do wyłącznie niepowtarzalnej magicznej atmosfery, domy półkrwi i mugolaków, które miał okazję odwiedzać w ostatnich latach, zawsze były pewnego rodzaju połączeniem światów. Często uważał tę integrację za nieco niespójną, bo odnosił dziwaczne wrażenie, że przechodząc z jednego pokoju do drugiego, przechodził wrotami do innego świata.

Grimmauld Place stanowiło wyjątek od reguły, aczkolwiek napotkał kwestie, które go zastanawiały. Harry miał czarodziejski gramofon, na którym mógł odtwarzać bogatą kolekcję płyt, a dodatkowo zaklęciem przenosić dźwięk do dowolnego pomieszczenia w domu, a mimo to miał w kuchni stację dokującą dla małego białego pudełka zwanego „iPodem”, najwyraźniej również pełniącego funkcję odtwarzacza muzyki i mogącego nieść dźwięk po całym parterze. To oczywiste, że posiadanie obu tych sprzętów było zbędne — zdecydowanie wystarczyłby czarodziejski gramofon.

— Dlaczego masz jedno i drugie? — zapytał, napędzany ciekawością, kiedy Harry pokazywał mu działanie iPoda, który świecił się obecnie słabym niebieskim światłem.

— Cóż, część muzyki mam na płytach, a część na iPodzie.

— Masz bardzo dużo płyt — zauważa. Więcej niż ktokolwiek naprawdę potrzebuje, dodał w myślach. Czemu gromadzić coś, co potem zalega?

— Owszem, ale iPod może pomieścić nawet dziesiątki tysięcy piosenek, podczas gdy magiczny gramofon jest uzależniony od zgromadzonej kolekcji. IPod pozwala mi na trzymanie zbioru w jednym miejscu. — Uśmiechnął się nieśmiało Harry, kiedy Draco uniósł sceptycznie brwi. — Po prostu przyjmij, że lubię mieć jedno i drugie — stwierdził. — Gramofon i iPod są niesamowite na swój własny sposób.

— Oba służą do odtwarzania dźwięku.

— Owszem, ale… trochę inaczej.

Odwrócił wzrok, żeby nie zdradzić, że nawet to małe dziwactwo wydawało mu się całkiem urocze. Facet miał w sobie coś z wdzięcznej upartości w swoich wyborach, co naturalnie się podziwiało.

Po oprowadzeniu po parterze Harry zabrał go na górę, gdzie od razu stało się jasno, które części domu zostały odnowione, a które nie. Sypialnia właściciela, pokoje gościnne i obie łazienki sprawiały wrażenie odświeżonych i przytulnych, podczas gdy reszta korytarza, w kierunku tego, co brunet określił mianem „potwornej pracowni”, wyglądała na brudną, bardziej zniszczoną i nadal skażoną ciemną rodzinną magią.

— To mój następny projekt — powiedział mężczyzna, wskazawszy ręką ów gabinet. — Wszystkie meble w tamtej pracowni są zaklęte, pełne podstępnych czarów, pułapek i kto wie czego jeszcze. Właśnie dlatego trochę odwlekam ten remont w czasie. Nie wiem, co zrobię z tym gabinetem, nawet po usunięciu z niego rzeczy i oczyszczeniu go z mrocznej magii. Mam własne biuro na parterze i tak naprawdę nie potrzebuję dodatkowej przestrzeni, ale Hermiona ciągle mi powtarza, że powinienem wreszcie zrobić tutaj porządek, więc… — urwał i wzruszył ramionami.

— Co z trzecim piętrem? — zapytał Draco, kierowany czystą ciekawością. — Jest w nieużytku, czy zostało ogarnięte?

Twarz Harry’ego się rozjaśniła.

— Właściwie to jest w toku. Zamówiłem magicznych renowatorów, którzy zajmą się oczyszczeniem całego piętra. Szczęśliwie, jest tam tylko kilka sypialni gościnnych, których w zasadzie nie potrzebuję. Zamierzam przekształcić je w centrum szkoleniowe — częściowo dla siebie, bo lubię dbać o formę i doskonalić umiejętności pojedynkowe, a częściowo na potrzeby mojego innego projektu. Tak sobie pomyślałem, że warto byłoby przyjąć na lato kilku uczniów, absolwentów Hogwartu, którzy chcą się podszkolić przed wstąpieniem do Akademii Aurorów. — To powiedziawszy, poklepał się po kieszeni, do której wcześniej schował małą rolkę pergaminu. — Robotnicy właśnie przesłali mi wstępne plany. Oglądałem je, kiedy przyszedłeś.

— Nie wiedziałem, że przygotowania do zawodu aurora są powszechne.

— Nie są, ale Akademia stała się ostatnio znacznie bardziej atrakcyjna, a co za tym idzie konkurencyjna. Zainteresowanie jest bardzo duże i właściwie mam całą grupkę owutemowych uczniów, którzy po szkole zamierzają przystąpić do szkolenia. Oczywiście, nie wszyscy zostaną przyjęci i właśnie dlatego co poniektórzy zapragnęli zwiększyć swe szanse. Zaoferowałem swoją pomoc.

— Czyli będziesz uczył zarówno podczas roku szkolnego, jak i w trakcie wakacji?

— Czemu nie? — Harry ponownie wzruszył ramionami, a na jego twarzy pojawił się półuśmiech. — Kocham nauczać, a poza tym letnich uczniów potraktuję bardziej jak praktykantów, aniżeli zwyczajnych studentów. Po zdanych owutemach będą wiedzieli całkiem sporo i samodzielna praca nie będzie stanowić dla nich większego wyzwania. Ja wcielę się w rolę nadzorczą — wytłumaczył i pogłaskał Draco po plecach. — Chodź, pokażę ci twój pokój.

Malfoy uniósł brwi ze zdziwienia, ale posłusznie poszedł za Harrym. Szczerze mówiąc, był przekonany, że będą razem dzielić sypialnię.

— Pomyślałem, że może chciałbyś mieć trochę przestrzeni wyłącznie dla siebie — powiedział mężczyzna, używając tej dziwacznej legilimencji bez kontaktu wzrokowego, do której nadzwyczaj często się posuwał. A może Draco po prostu zdradza zbyt wiele swą mową ciała, a Harry wykorzystuje to na własną korzyść. — Na wypadek, gdybyś chciał popracować, coś poczytać lub odpocząć w samotności. — Otworzył drzwi do pokoju gościnnego i skinął uprzejmie głową.

Sypialnia była przestronna, ale przytulna, z biurkiem, fotelem przy kominku i ogromnym łóżkiem z baldachimem, pokrytym prostą, ale puchowo wyglądającą niebieską pościelą.

— Jeżeli wolisz sypiać tutaj, to zapewniam, że łóżko jest wygodne — powiedział brunet, patrząc nań uważnie. — Chciałbym jednak, żebyś zapamiętał, że moje łoże jest dla ciebie zawsze otwarte. Lubię, kiedy śpisz obok mnie.

Draco parsknął śmiechem, dostrzegając błysk zrozumienia w zielonych oczach. Mimo to odwrócił się i rozejrzał po pokoju.

— To miłe z twojej strony. Dziękuję.

— Żaden problem. — Harry podszedł bliżej i objął go w talii. — Cieszę się, że przybyłeś. Myślę, że spędzimy razem całkiem miłe święta.

Malfoy jeszcze bardziej zmniejszył dzielący ich dystans, tak że ich usta prawie się zetknęły.

— Ja też — przyznał i pocałował partnera, używając odrobiny języka, co spotkało się z pomrukiem zadowolenia. Mimowolnie uniósł kąciki ust. Już czuł znajome ciepło w trzewiach, więc dał się ponieść fali i chwycił mężczyznę za tyłek, przyciągając go bliżej.

Może powinienem jasno dać mu do zrozumienia, że zawsze jest mile widziany w moim łóżku, pomyślał pomiędzy pocałunkami. Może powinienem mu to po prostu pokazać.

Niestety właśnie wtedy do ich uszu dobiegł charakterystyczny dźwięk aportacji. Automatycznie się od siebie odsunęli i spojrzeli na intruza.

W pokoju zmaterializował się najstarszy skrzat domowy, jakiego Draco kiedykolwiek widział. Był zgarbiony prawie w pół, szary, pomarszczony i pokryty plamami starczymi. Miał mętne, jakby niedowidzące oczy i ogromne uszy, z których wystawały dwie kępki białych włosów. Mimo swego wieku był zadbany, o czym świadczyła czysta, świeżo wyprana, choć nieco zużyta, poszewka, którą miał zarzuconą na grzbiet.

— Witaj, Stworku — przywitał się uprzejmie Harry. — Chciałbym ci przedstawić mojego przyjaciela, Draco Malfoya. Zostanie z nami przez większość przerwy świątecznej.

Skrzat nisko się pokłonił, aczkolwiek nie wymagało to zbytniego wysiłku przy tak zgarbionych plecach.

— Stworek czuje się głęboko zaszczycony, mogąc służyć potomkowi szlachetnego rodu Blacków — odpowiedział wysokim, chrapliwym głosem. — Jeżeli będzie pan czegoś potrzebował, wystarczy tylko zawołać Stworka.

Draco był zaskoczony tym wylewnym szacunkiem, dlatego też rzucił partnerowi pytające spojrzenie. Gdy ten się tylko uśmiechnął, z powrotem skupił się na słudze.

— W porządku, Stworku — odparł, naśladując barwę głosu bruneta. Chociaż bardzo się starał, i tak odniósł wrażenie, że zabrzmiał wyniośle. — Z pewnością skorzystam z twoich usług.

Skrzat przytaknął, a potem zwrócił się do Harry’ego.

— Czy Stworek ma przygotować obiad?

— Myślę, że nadeszła pora — odpowiedział mężczyzna i poczekał, aż Malfoy też zabierze głos.

— Byłoby dobrze.

Kiedy skrzat zniknął z trzaskiem, Harry natychmiast podszedł do Draco i złożył na jego ustach delikatny pocałunek.

— Powinienem zejść do kuchni i mu pomóc. Ostatnio jest… trochę powolny — wytłumaczył. — Zakładam, że chcesz zjeść przed jedenastą?

— Gotujesz? — zapytał z uśmiechem.

— Owszem. I to całkiem dobrze, jeżeli chcesz wiedzieć.

Aż się zaśmiał.

— W takim razie muszę się o tym przekonać na własne oczy.

— Nie wierzysz w me zapewnienia? — mruknął z niby przekąsem Harry, walcząc z formującym się na ustach uśmieszkiem, a następnie znów go pocałował. Draco było tak przyjemnie, że poświęcił chwilę na zastanowienie się, czy da radę go przekonać, żeby zostawił obiad skrzatowi i zamiast tego ochrzcił łóżko, ale mężczyzna zniweczył wszystkie jego plany, gdy się odsunął. — Zostań i na spokojnie się rozpakuj. Dołącz do nas w kuchni, kiedy będziesz gotowy.

Otworzył usta, żeby się sprzeciwić, ale właśnie wtedy przypomniał sobie, że przecież będą mieli nie tylko całą noc na igraszki, ale też cały tydzień i mnóstwo czasu, żeby nacieszyć się swoim towarzystwem.

— Zgoda.

Nie potrzebował dużo czasu na rozpakowanie kufra. Nie spakował całej garderoby, zakładając, że nie będzie wymagał zbyt wiele na początku urlopu. To oczywiste, że przez większość dni będą siedzieli w domu, a nie chodzili po restauracjach, barach czy klubach, bo tam mogliby zostać zauważeni przez niewłaściwe osoby; odpadał też zwyczajny spacer po parku. Co dziwne, świadomość ograniczenia się wyłącznie do rezydencji trochę go zmartwiła, a przynajmniej dopóki nie przypomniał sobie, że przecież sami narzucili sobie takie wytyczne. Jakby nie patrzeć, nadal nie zamierzał narażać się na potępienie ze strony rodziny, przyjaciół i w dużej mierze czarodziejskiego świata. Nie miał w planach ujawniania swej orientacji, a tym bardziej pokazania wszem wobec, że stał się kolejnym kochankiem słynnego Harry’ego Pottera. Problemy, których mogłoby mu to przysporzyć, nie były warte stawki.

Zwłaszcza że i tak chodziło tylko o seks.

Kiedy ponownie znalazł się na parterze, najpierw przywitał go dźwięk, a nie widok — chwytliwy rytm trąbki i soulowy głos śpiewającego mężczyzny.

„Our hearts were ringing, in the key that our souls were singing, as we danced in the night remember, how the stars stole the night away*”.

Harry poruszał się w kuchni w rytm muzyki, doprawiając coś na patelni.

Szczerze mówiąc, Draco nie był pewien, co powinien zrobić. Melodia była na tyle głośna, że nie miał żadnej pewności, czy został przez kogokolwiek usłyszany. Usiadł więc przy stole, uznając, że skoro tak wyglądają sprawy, to równie dobrze może obejrzeć sobie przedstawienie.

Jak się okazało, jego obecność została zauważona, gdyż Harry z uśmiechem i mrugnięciem oka postawił przed nim kieliszek musującego wina, po czym wrócił do pracy.

To było małe niedopowiedzenie. Siedząc na krześle i wystukując rytm stopą, uważnie śledził wszystko, co się działo w kuchni. Brunet odstawiał coś, co określiłby mianem „tańca kucharskiego” — poruszał się z łatwością, kołysząc biodrami podczas siekania czosnku, przeskakując z nogi na nogę w trakcie obracania pieczonej piersi z kaczki i wytapiania tłuszczu oraz wybijając rytm ręką przy jednoczesnym dodawaniu kiełków na patelnię. Chociaż na pierwszy rzut oka wyglądało to skomplikowanie, Harry tańczył i gotował z łatwością, bez zbędnych czy zamaszystych ruchów. Co więcej, przez cały ten czas nucił pod nosem i podśpiewywał słowa, które znał.

— Ba de ya, say do you remember, ba de ya, dancing in September…

Draco oparł łokcie na stole i zakrył dłonią usta, aby ukryć rozczulający uśmiech. Jakby potrzebował więcej powodów, żeby uznać Harry’ego za czarującego. To było normalnie zbyt wiele.

Jakim cudem coś tak teoretycznie głupiego może być równie seksowne w praktyce? Może chodziło o swobodę, z jaką facet się poruszał, albo o to, że nie przejmował się faktem, że był obserwowany. Oczywiście, mogło być to połączenie jednego i drugiego czynnika — albo Harry miał po prostu wrodzony talent. Nie wyglądało na to, jakby postępował według konkretnego przepisu, ale raczej kierował się własną intuicją lub podążał za zapamiętaną instrukcją. W kuchni stosował wyłącznie mugolskie metody, nie uciekając się do magii. Sprawnie i szybko kroił szalotkę, jakby robił to wcześniej milion razy. Zaklęcia najprawdopodobniej tylko by go spowolniły i przerwałyby rytm, który sobie narzucił.

Zdawał sobie sprawę, że ciekła mu ślinka, ale nie potrafił stwierdzić, czy było to spowodowane winem, które powoli sączył, przepysznymi zapachami unoszącymi się w kuchni, czy też widokiem seksownego mężczyzny ze szpatułką w dłoni.

Och, kogo właściwie chciał oszukać? Dobrze wiedział, dlaczego robiło mu się ciepło.

Stworek był zaledwie dodatkiem w kuchni, ponieważ jedynie się pałętał i czasem zaglądał do pieczonych w piekarniku ziemniaków. Wydawało się jednak, że jego głównym zadaniem było wchodzenie Harry’emu w drogę, gdy ten tańczył wokół potraw.

Sposób, w jaki brunet stawał z boku, kiedy skrzat zamierzał przemieszać kartofle, dając mu przestrzeń i możliwość wykazania się w kuchni, był po prostu uroczy i pokazywał, że Harry doskonale wie, co należy zrobić, żeby każdy poczuł się doceniony. Draco nigdy wcześniej nie widział, żeby czarodziej traktował w ten sposób skrzata, i wywołało to w nim dziwaczne uczucie domowej atmosfery, które go czasem ogarniało w towarzystwie partnera. Wiedział, że nie miało to najmniejszego sensu, ale takie były fakty.

— Chodź tutaj — poprosił ponad muzyką Harry, a Malfoy zamrugał, wyrwany z własnych myśli. — Chcę, żebyś spróbował — dodał, skinąwszy nań palcem.

Usłuchał, wstał od stołu i podszedł do kuchenki, gdzie zobaczył, że mężczyzna trzyma w dłoni łyżkę z jakimś czerwonawym sosem, który właśnie przygotowywał.

— Powiedz, czy jest wystarczająco słony.

Z początku chciał zaprotestować, bo nie jest kucharzem, ale potem przypomniał sobie, że chociaż nie ma pojęcia o gotowaniu, natura obdarzyła go całkiem dobrym podniebieniem. Rozchylił więc usta i polizał łyżkę.

Momentalnie uderzyła w niego cudowna symfonia smaków: cierpkość wiśni, kwaskowatość i słodycz, subtelna nuta czosnku złagodzona dodanym masłem, wyczuwalny na końcu posmak świeżo zmielonego czarnego pieprzu, a wszystko to dopełnione odpowiednią ilością soli.

— Jest idealny — podsumował i oblizał wargi z sosu.

Harry spojrzał nań spod półprzymkniętych powiek w sposób, który sprawiał, że robiło mu się ciasno w spodniach, a następnie przysunął się bliżej i pocałował go z użyciem języka, zupełnie jakby i on smakował cudownego sosu.

— W istocie, prawda? — wymruczał, a Draco uśmiechnął się delikatnie.

W porządku, stwierdził, przyznawszy się do winy. To nie tylko seks.

To zdecydowanie coś więcej — coś, czego nie dało się do końca zdefiniować ani poznać. Nie musiało być zgodne z powszechnie wyznaczoną ścieżką — mogło być tym, co razem ukształtowali, z całą tą kwaskowatością, słodyczą, bogactwem smaku, ostrością i kopem, jakiego czasem pragnęli sobie wymierzyć.

Wiedział, że to nie będzie trwało wiecznie, ale mogło wystarczająco, aby obaj byli zadowoleni. Gdy się rozpadnie na kawałeczki, każdy z nich pójdzie własną drogą.

W międzyczasie wyciągną z tego, ile się tylko da.

*

— Powiedziałam jej, że marnuje swój czas z tym pozbawionym ambicji susłem z Urzędu Łączności z Goblinami, ale myślisz, że mnie posłuchała? Oczywiście, że nie. Całkowicie przepuściła swoją szansę z Emmanuelem i może za to winić wyłącznie siebie.

Draco bezmyślnie skinął głową, świadomy, że tylko połowicznie słucha paplaniny Pansy. Zamiast poświęcać przyjaciółce sto procent swojej uwagi, poświęcał ją przyglądaniu się zabawie Teo i Gideona po drugiej stronie pokoju.

— Naprawdę nie wiem, kiedy stałam się lokalną swatką i uzdrowicielką umysłów dla wszystkich sierot, ale wygląda na to, że rozpoczęłam działalność charytatywną.

— Och, uwielbiasz to — odpowiedział, przewróciwszy oczami i ponownie skupiwszy się na czarownicy. — Kochasz wtrącać się w nieswoje sprawy, zwłaszcza jeżeli chodzi o miłość i pieprzenie. Nawet nie próbuj zaprzeczać.

Odwróciła wzrok z delikatnym uśmiechem, odmawiając przyznania mu racji. Draco przez chwilę obserwował, jak Gideon tłumaczy coś Teodorowi łamanym, sepleniącym językiem.

— Jak mieszka ci się z powrotem w posiadłości? — zapytała go Pansy.

— W porządku — odparł, taktycznie postanawiając nie wspominać, że w rzeczywistości pomieszkuje gdzieś indziej. Przyjaciółka bez wątpienia założyłaby, że na czas urlopu wprowadził się na swojej tajemniczej kochanki i zaczęłaby zadawać najróżniejsze pytania w nadziei, że coś mu się wymsknie. Prawdę powiedziawszy, nie miał do siebie wystarczająco dużo zaufania, że się z tego wykaraska, więc wolał milczeć.

Najgorsze, że gdzieś w głębi serca pragnął się jej zwierzyć. Nie tylko dlatego, że sam związek z Harrym Potterem był czymś zaskakującym i nowatorskim, że rozbawiłby Pansy do rozpuku, ale również dlatego, że to, co razem stworzyli, było po prostu… dobre, naprawdę dobre, a ten wspólnie spędzony czas stawał się ważną częścią jego życia.

Chciał opowiedzieć przyjaciółce wszystko, czego się nauczył i nie miał tutaj na myśli jak zadowolić mężczyznę, bo Pansy najprawdopodobniej była w tym specjalistką, ale pragnął przekazać jej prawdę na temat wzajemnego dawania i otrzymywania przyjemności, oddawania się bez poczucia winy, otwartości, od której od samego początku był zachęcany i o spokoju, który odnalazł na długo po rozwodzie z Astorią.

Był prawdziwie szczęśliwy i chciał się z tego zwierzyć, chociaż wiedział, że nie powinien.

Trzymaj się własnych warunków, przypomniał sobie z goryczą.

— Obawiałam się, że będzie to dla ciebie bolesne — zagaiła z największą ostrożnością Pansy.

— Spędzam sporo czasu poza domem i to mi pomaga.

— Ze swoją kochanką?

Draco westchnął i wyrzucił sobie głupotę. Powinien był przewidzieć, jak potoczy się ta rozmowa.

— Mam sporo na głowie — odparł wymijająco.

W głowie momentalnie przywołał obraz tańczącego podczas gotowania Harry’ego, delektowanie się rozmową podczas posiłku i orzeźwiającego wina, którego doń otworzyli. Potem płynnie przeszedł do tego, co nastąpiło później — pijackiego zataczania się do łóżka, pieszczot w najróżniejszym wydaniu i sprawieniu partnerowi ogromnej przyjemności przy użyciu rąk i języka.

Nie oznaczało to, że spędzali razem każdą sekundę ostatnich kilku dni. Obaj mieli do sprawdzenia egzaminy końcowe, co całkiem mocno ich zajmowało, a Harry dodatkowo poświęcał ze dwie lub trzy godziny dziennie na oczyszczanie „potwornego gabinetu” z niewyremontowanego piętra, dzięki czemu sam musiał znaleźć sobie zajęcie. Jednego dnia wyskoczył na Pokątną celem zrobienia zakupów, innego spędził miły wieczór na czytaniu przy kominku. Co więcej, przynajmniej raz dziennie wychodził na ożywczy spacer po okolicy w mroźnym grudniowym powietrzu.

Choć nie byli nierozłączni, szybko wypracowali tradycję wspólnego jedzenia kolacji, a potem zabawy w przestronnym łóżku Harry’ego. Draco mógłby, co prawda, spróbować zachować pozory nieśmiałości i wracać na noc do swojej sypialni, ale stwierdził, że ostatecznie nie ma to najmniejszego sensu, choć kochanek uszanowałby tę decyzję. Budzenie się obok partnera oznaczało w praktyce drugą rundkę rozkoszy. Czemu więc miałby dobrowolnie rezygnować z okazji do zaznania odrobiny przyjemności?

— Problem w byciu nauczycielem polega na tym, że praca właściwie nigdy się nie kończy. Miałem do sprawdzenia masę egzaminów owutemowych i wypracowań oraz musiałem zaplanować lekcje na następny semestr — kontynuował, słowem wytłumaczenia, aby odwrócić uwagę przyjaciółki od tematu sekretnej kochanki. — Szczerze mówiąc, profesor nie ma prawdziwych wakacji, czy też normalnego urlopu. Najzwyczajniej w świecie jest zbyt dużo do zrobienia — dodał. Nie była to do końca prawda, ale nic nie szkodzi zastosować małą hiperbolę.

— Hmmm. — Pansy spojrzała nań z ukosa, jakby doskonale wiedziała, że trochę podkolorował sytuację. — Skoro tak twierdzisz — dodała, więc ograniczył się jedynie do skinięcia głową. — Twoi rodzice przyjeżdżają do dworu na Boże Narodzenie?

— Tym razem jest na odwrót.

— Och. To miło, że wybierasz się do Francji.

— Naturalnie, całkiem przyjemnie. Będziemy siedzieć przy świątecznym stole, popijać grzane wino, rozmawiać, wymieniać się prezentami, podczas gdy mój ojciec będzie szukał każdej okazji, żeby subtelnie wspomnieć o wszystkich moich porażkach w roli mężczyzny — podsumował sucho. — Czeka mnie wyśmienita zabawa.

Przyjaciółka przez chwilę patrzyła nań bez słowa.

— Wszyscy rodzice czystej krwi są okropni, przynajmniej w pewnym stopniu. Zawsze o tym wiedzieliśmy.

— I po prostu to akceptujesz? — zapytał, unosząc brew w wyzywającym geście. — Jesteś teraz matką. Czy planujesz zrobić Gideonowi to samo, co nasi rodzice zrobili nam?

— Oczywiście, że nie! Czasy się zmieniły. Świat się zmienił i nadal ewoluuje. — Pansy pokręciła głową. — Przyznaję, że kiedy uczyliśmy się w szkole, byłam gotowa podzielać przekonania moich rodziców. Byłam młoda, głupia i podatna na wpływy. Nie wiedziałam, że można postępować inaczej. Teraz zaś… — tu spojrzała na bawiącego się kolejką syna i uśmiechającego się pod nosem Teodora — po narodzinach dziecka uzgodniliśmy, że nie będziemy aranżować mu małżeństwa. Niech sam wybierze sobie partnera, niezależnie od statusu jego krwi, pochodzenia, czy płci. Niech ma wybór, którego nam oszczędzono.

Draco przez chwilę poddał się oszołomieniu, bardziej przez komentarz dotyczący płci, aniżeli przez ten dotyczący nieistotności statusu krwi.

— Naprawdę?

Pansy przewróciła oczami.

— Owszem. — Podświadomie położyła dłoń na piersi, dokładnie w miejscu swego serca. — Gideon jest częścią mnie. Jego szczęście jest najważniejsze.

Jakby chłopczyk wiedział, że o nim mowa, wstał z podłogi i podszedł do matki, trzymając w małej rączce czerwoną lokomotywę, wyglądającą bardzo podobnie do hogwardzkiego ekspresu.

— Mam puciu, mamo — powiedział.

— Widzę, kochanie. — Kobieta natychmiast zmiękła, stając się prawie nie do poznania. — Masz piękny pociąg. Chcesz go pokazać swemu ojcu chrzestnemu?

Gideon wspiął się na kanapę i usiadł Draco na kolanach.

— Cześć — powiedział. — Puciu.

— Pociąg — powtórzył blondyn, biorąc lokomotywę od chrześniaka. — Bardzo przyzwoity.

Gideon zaczął opowiadać o swojej zabawce — a przynajmniej tak przypuszczał Draco. Nie rozumiał większości, co mówił chłopiec. Mimo to kiwał głową, mruczał pod nosem i zachęcał go do rozmowy, patrząc na tę słodką buzię, w której dostrzegał zarówno cechy Pansy, jak i Teodora.

Gdy zaczęło im burczeć w brzuchach, czarownica zaproponowała, żeby zjedli obiad.

— Papu! Papu! — krzyknął podekscytowany maluch.

— Czas na jedzenie! — dodał Teo, po czym podniósł syna z kolan Draco i kilkukrotnie podrzucił go w powietrze, co sprawiło, że mały chichotał niekontrolowanie.

— Jesce, tatusiu! Jesce!

Malfoy musiał przełknąć ślinę i odwrócić wzrok. Nie przeszkadzało mu widzieć Pansy z synem ani spędzać czasu z Gideonem, ale było coś w tym widoku, w miłości i dumie w oczach Teodora, że trochę go ściskało w sercu.

To mogłem być ja.

Czasami zastanawiał się, czy bardziej bolała go utrata dziecka, aniżeli rozpad małżeństwa.

Całkiem prawdopodobne.

Wziął głęboki oddech i odsunął od siebie te nieprzyjemne myśli. Ta przyszłość nie została przed nim zamknięta na zawsze. Wystarczy, że wyleczy złamane serce i znajdzie kobietę, która na nowo tchnie w niego życie.

Mógł mieć wszystko, co Pansy i Teodor, tego był pewien.

*

Kiedy wrócił tego popołudnia na Grimmauld Place, na piętrze panowało zamieszanie. Automatycznie dobył różdżki z zamiarem aportowania się na górę i przybycia z odsieczą, cokolwiek się tam działo, ale właśnie wtedy Stworek zbiegł po schodach z zaskakującą jak na swoje lata szybkością, trzymając w pomarszczonych dłoniach bliżej niezidentyfikowany pakunek. Chichotał przy tym niczym szalony, nie zwróciwszy na Draco najmniejszej uwagi. Pędził w stronę głównego korytarza, mając jasno wyznaczony cel.

Tupanie po schodach zasygnalizowało, że Harry był niedaleko. I rzeczywiście, chwilę później mężczyzna również zbiegł na dół z różdżką w ręce i zdeterminowanym wyrazem twarzy.

— Gdzie pobiegł ten mały drań?

Zakładając, że chodzi o Stworka, Draco wskazał na kuchnię. Ku jego zaskoczeniu, Harry nie ruszył się z miejsca, tylko zwiesił ramiona.

— Z pewnością zdążył zakopać to w swojej kryjówce.

— Zwinął jakiś artefakt? — zapytał, bo było to jedyne wytłumaczenie, które przyszło mu do głowy. Wiedział, że skrzat ma mieszane uczucia co do oczyszczania podejrzanego gabinetu na piętrze — najprawdopodobniej był przekonany, że Harry znajdzie w którymś biurku jakąś cenną pamiątkę Blacków i postanowi się jej pozbyć.

— Już niejeden, ale tym razem nie widziałem, co to było. — Mężczyzna westchnął przeciągle. — Nie, żeby mnie to obchodziło, ale czasem znajduję w tym domu naprawdę niebezpieczne rzeczy. W przerwie letniej Stworek zabrał do swojej nory stary dziecięcy kocyk, który próbował go udusić podczas snu. Dzięki Merlinowi, że byłem wtedy w rezydencji, bo inaczej znalazłbym na dniach martwego skrzata. Najgorsze, że jemu by to nawet nie przeszkadzało. Wszystko, co niegdyś należało do Blacków, nawet stare przeklęte koce, są dla niego ważne.

— Blackowie mieli dziecięcy kocyk, który dusił ludzi we śnie…?

— Najwyraźniej. — Harry znów westchnął. — W krwi Blacków płynęło szaleństwo.

Draco uniósł brwi, ale w milczeniu zgodził się z tym stwierdzeniem. Niejednokrotnie słyszał od matki o dziedzicznym szaleństwie Blacków. Tyle dobrego, że nie wszyscy zostali nim obarczeni. Narcyza, jak i jej siostra Andromeda, zostały oszczędzone przez naturę. Ciotka Bellatriks z kolei oberwała nim podwójnie.

— To trochę utrudnia mi życie — kontynuował Harry. — Stworek jest wiernym skrzatem, mimo że ród Blacków zakończył się na Syriuszu. Moim zdaniem dostał trochę szaleństwa w spadku.

— Co zamierzasz teraz zrobić?

— Poczekam, aż się uspokoi, a potem spróbuję go przekonać, żeby pozwolił mi sprawdzić, czy to, co zabrał, nie stanowi dla niego zagrożenia. Jeżeli wszystko będzie w porządku, pozwolę mu zatrzymać tego rupiecia. Nie mam nic przeciwko jego gratowisku, o ile zostało oczyszczone z klątw. Całkiem możliwe, że po pewnym czasie sam przekaże mi jakąś rzecz do wyceny i wystawienia na sprzedaż — najprawdopodobniej dopiero po kilku miesiącach.

— Czemu tak krążysz wokół niego na paluszkach? — zapytał, szczerze zaintrygowany. — Możesz po prostu nakazać mu posłuszeństwo. Wtedy nie będzie wykradał ci niebezpiecznych przedmiotów.

Harry westchnął.

— Owszem, technicznie rzecz biorąc, ale nie lubię wydawać bezpośrednich rozkazów. Stworek z kolei… dobrze wie, w jaki sposób obejść niefortunne dla niego polecenia. Nie chciałbym dodatkowo komplikować naszych i tak skomplikowanych relacji. To ważne, aby zachował pewien poziom przejrzystości i zaufania względem mnie. W przeciwnym razie, gdy dopadają go wątpliwości, staje się bardziej… zakręcony, co nie jest dobre dla żadnego z nas.

Draco patrzył na niego przez kilka długich sekund, zastanawiając się, jaka seria wydarzeń doprowadziła do tak poplątanej sytuacji ze skrzatem domowym w roli głównej. Szybko przypomniał sobie jednak, że Harry nieszczególnie często podążał za wytyczonym przez społeczeństwo schematem, czego dowodem było respektowanie dziwactw Stworka.

— Jak ci idzie oczyszczanie tamtego gabinetu? — zapytał w zamian.

Mężczyzna zamrugał, jakby wyrwany z zadumy.

— Całkiem sprawnie. Wreszcie uporałem się ze szpargałami z biurka — odpowiedział, a potem pocałował Draco w policzek na powitanie. — Jak ci minął dzień? Co u Pansy?

— Wspaniale. Nadal chce poznać tożsamość mojej tajemniczej kochanki, ale niczym się nie zdradziłem.

— Ach, naturalnie. Zapewne zakłada, że spotykasz się z kobietą.

— Oczywiście. Nie dawałem jej żadnych wskazówek, aby było inaczej — odpowiedział zgodnie z prawdą, a brunet przez chwilę po prostu patrzył w dół korytarza, jakby wciąż czekał na pojawienie się skrzata domowego. — Harry? — zapytał, gdy spotkał się z niecodziennym milczeniem partnera.

— Czy kiedykolwiek… — zaczął mężczyzna, ale urwał, najwyraźniej nie wiedząc, jak zakończyć zdanie. Ostatecznie potrząsnął głową. — Nieważne. — Pochylił się, aby ponownie złożyć na ustach Draco delikatny pocałunek. — Skończyłem pracę na dziś i chcę odczekać kilka godzin, zanim porozmawiam ze Stworkiem. Chcesz pograć w szachy lub porobić coś innego, nim zacznę przygotowywać kolację?

Mimowolnie się uśmiechnął. Facet był niezłym szachistą i sprawiał, że gra zawsze była interesująca, chociaż zawsze przegrywał. Tyle dobrego, że Harry nie wydawał się przejmować swą porażką i lubił rozegrać partię lub dwie, ot dla samej rozrywki.

— W porządku, zagrajmy.

*

— Mmm, tak…

Z ledwością łapał powietrze, chociaż Harry jeszcze nie wziął go w usta, ograniczając się do lizania i całowania trzonu. Gra wstępna była po prostu cudowna, a Draco bardzo szybko nauczył się kochać to narastające napięcie w jądrach i rozlewające się po piersi ciepło. Jego partner zawsze wiedział, co zrobić, aby cholernie go rozgrzać.

Wtem wszystko zniknęło, na co zareagował pełnym żałości jękiem.

— Czemu przestałeś?

W słabym świetle sypialnianej lampy zauważył, że Harry opierał się na łokciach i uważnie mu się przyglądał.

— Chcę spróbować czegoś nowego.

— W porządku, do dzieła.

Mężczyzna zachichotał, słysząc słabo ukryty niepokój w głosie Draco.

— Jeszcze nie usłyszałeś, na co mam ochotę.

— Czy cokolwiek, co mi zaproponowałeś, było przykre lub krzywdzące? — zapytał, gdyż nie miał najmniejszego powodu, aby wątpić w intencje kochanka, przynajmniej jeżeli chodziło o seks.

— Nie. — Uśmiechnął się Harry. — I myślę, że to też ci się spodoba, ale biorąc pod uwagę twoją pierwszą reakcję, kiedy wystąpiłem z propozycją palcówki, wolę być ostrożny.

Draco spojrzał nań uważnie, rozważając w głowie najróżniejsze scenariusze. Facet wyraźnie zasugerował, że ma ochotę na coś związanego z jego tyłkiem, a że jakiś czas temu uzgodnili, że pieprzenie odpada, nie potrafił zwizualizować sobie czegoś innego.

— O co chodzi?

— Słyszałeś kiedyś o rimmingu? — Harry oblizał usta, podczas gdy Draco po prostu się nań gapił. — Mam ogromną ochotę wylizać ci dziurkę. Zasadniczo pragnę zerżnąć cię językiem. — Mówiąc to, delikatnie wzmocnił uścisk na twardej erekcji, aby nie osłabła.

To niesprawiedliwe, pomyślał, przyswajając sobie słowa partnera. Gdyby został postawiony przed tą propozycją przed wznowieniem pieszczoty na fiucie, całkiem możliwe, że zareagowałby większym zaskoczeniem. Teraz gdy był tak cholernie podniecony, perspektywa wypięcia się na klęczkach wydawała mu się pociągająca — chciał mieć w sobie język.

Wybuchnął śmiechem, a pożądanie sprawiło, że zabrzmiał nieco chrapliwie.

— Harry Potter pragnie pocałować mnie w tyłek — podsumował głośno, po czym ponownie parsknął śmiechem. Brunet pozwolił mu na tę chwilę odrealnienia, patrząc nań z wyrozumiałością. — Wybacz, to tylko… — Draco znów zachichotał — brzmi jak drwina, którą poszczułbym cię w szkole. „Pocałuj mnie w dupę, Potter”, tylko że… — wciąż rechotał — …teraz zrobiłbyś to z przyjemnością. — Zabawność tego stwierdzenia sprawiła, że zaczął niekontrolowanie drżeć.

Brunet pozwolił mu jeszcze nacieszyć się chwilą i żartem, a potem dźgnął go palcem pomiędzy żebrami, sprawiając, że Draco krzyknął.

— Hej! — burknął, z ledwością łapiąc oddech. Próbował nadać swemu głosowi jak najbardziej sarkastyczny ton, co było dość trudne, biorąc pod uwagę jego rozbawienie. — Pocałuj mnie w tyłek, Potter — powtórzył wyzywająco.

Harry parsknął. Wreszcie nie wytrzymał i również wybuchnął śmiechem. Kiedy się trochę uspokoił, powiedział z udawanym gniewem:

— Ssij mi fiuta, Malfoy.

— Weź w obroty moje jajka, bliznowaty. — Najzwyczajniej w świecie nie mógł się powstrzymać.

— Złap mnie za drąga, fretko.

Draco odchylił głowę do tyłu i ryknął śmiechem, podczas gdy Harry zakopał twarz w jego piersi i również chichotał.

— Wyliż mnie do czysta.

— Naskocz mi.

— Wypnij się.

— Padnij na kolana.

— Kutas.

— Fiut.

Draco próbował uszczypnąć Harry’ego, ale został powstrzymany.

— Drań — powiedział na wydechu.

— Dupek.

— Głupek.

— Palant. — Harry z szerokim uśmiechem na twarzy przytrzymał go w miejscu. Po chwili złagodniał, a spojrzał nań z półprzymkniętych powiek. — Jesteś zabawnym, seksownym, nieodpartym bałwanem, ale wiem, jak sprawić, że przestaniesz tak chichotać.

— Tak? — zapytał.

Rozbawienie zniknęło z twarzy mężczyzny, zastąpione teraz czystym pożądaniem.

— Odwróć się — poprosił.

Draco uniósł brew.

— Naprawdę zamierzasz to zrobić?

— Tak. Gwarantuję, że pokochasz każdą sekundę. W rzeczywistości będziesz mnie błagał o więcej. — Kilkukrotnie poruszył biodrami, otarłszy się o twarde przyrodzenie blondyna.

Prawdę powiedziawszy, zupełnie nie wiedział, dlaczego Harry chciałby wylizać mu dziurkę, ani czemu miałoby to być przyjemne, ale kim był, żeby się kłócić z doświadczonym ekspertem? Jeżeli facet naprawdę chciał go skosztować od tyłka strony — tu stłumił następną falę śmiechu — proszę bardzo.

— Wyzwanie przyjęte — odparł i przewrócił się na brzuch.

Pierwszą rzeczą, jaką poczuł, było charakterystyczne dla zaklęcia czyszczącego mrowienie w środku, wywołujące kolejną falę chichotów. Zamknął się, dopiero kiedy mężczyzna złapał go za pośladki i zaczął je pieścić, przesuwając dłońmi po gładkiej skórze. Chwilę później dotknął pomarszczonego otworu, przez co Draco mimowolnie zadrżał.

Oczekiwanie i płynąca z niego przyjemność sprawiła, że zaczął ocierać się o prześcieradło, zadowolony z delikatnego tarcia o swoją erekcję. Nie był pewien, co poczuje, gdy Harry zabierze się do pracy, ale jego dotyk zawsze był miłym doznaniem.

Gdy został ugryziony w udo, nie mógł powstrzymać cichego okrzyku zaskoczenia. Kiedy poczuł zęby kochanka na wewnętrznej stronie, sapnął, tym razem bardziej na to przygotowany.

— Rozsuń dla mnie nogi. — Usłyszał polecenie.

Stłumił jęk, ponieważ ta prośba sprawiła, że poczuł się cholernie rozwiązły i odsłonięty w najseksowniejszy możliwy sposób. Rozłożył szerzej nogi, a wtedy został nagrodzony ciepłym oddechem owiewającym mu krocze.

— Mmm, tak. Właśnie tak. — To powiedziawszy, Harry jeszcze bardziej się zbliżył, po czym musnął jego szczelinę czubkiem języka.

Draco momentalnie wygiął się w łuk.

Jakim cudem to było jeszcze bardziej podniecające? Czuł, jak kochanek unosi się nad jednym z jego najwrażliwszych miejsc, ale zupełnie go nie widział i nie miał najmniejszego pojęcia, co dalej zamierza zrobić.

Harry ponownie polizał mu szczelinę, przesuwając językiem w dół po tylnej części moszny, po czym w górę, nad kroczem, i jeszcze dalej. Językiem pieścił mu skórę, drażniąc go i rozpalając do czerwoności.

— Kurwa — wymamrotał Draco do poduszki. To naprawdę się działo. Doznanie było dziwaczne, obce i… cholernie erotyczne.

Partner zatrzymał się przy pomarszczonej dziurce, a Malfoy zdał sobie sprawę, że wstrzymuje w oczekiwaniu oddech. Harry bardzo powoli rozchylił mu pośladki, a potem wysunął język i odnalazł dziurkę.

Draco wypuścił drżący oddech i przymknął oczy, czując, jak mężczyzna zaczyna okrążać mu otwór.

— Boże! — wykrzyknął, po czym mocno przygryzł dolną wargę. Nie chciał tak szybko dać brunetowi satysfakcji, przyznając, że cholernie podnieca go to doświadczenie. Nigdy nie byłby w stanie tego zapomnieć.

Właśnie wtedy Harry jęknął, zupełnie jakby naprawdę cieszył się smakiem, a potem zaczął zataczać językiem kółeczka, i nagle Draco zdał sobie sprawę, że zaczął odpowiadać na te dźwięki przytłumionymi westchnieniami.

Harry Potter liże mi tyłek, pomyślał z wypaczoną fascynacją. Automatycznie poruszał biodrami w przód i w tył, wykonując niewielkie pchnięcia, czerpiąc przy tym ogromną przyjemność z powodu tarcia fiutem o prześcieradło.

Cholernie mu się to podobało.

Harry wciąż manewrował językiem wokół brzegów dziurki, nie zapuszczając się w głąb, dlatego też Draco nie miał innego wyboru, jak się poddać i przyznać do sromotnej porażki.

— Jasna cholera! — krzyknął, szczerze sfrustrowany. — Tak, kurwa! — dodał, a partner zaczął pracować z większym entuzjazmem. — Och, Harry. Pieprz mnie językiem. Zanurz go w środku.

Mężczyzna odpowiedział długim, niskim jękiem, a ten gardłowy dźwięk był wyrazem niezaprzeczalnego uznania. Draco napierał mocno na materac, stopniowo pogrążając się w rosnącym z każdym pchnięciem pragnieniu, ale Harry dotrzymywał mu kroku, intensywnie masując wewnętrzne ścianki odbytu.

Język w nim był tak blisko prostaty, że niemal nań naciskał, ale to sprawiało, że jeszcze bardziej pragnął rozkoszy. Był świadomy faktu, że musiał wyglądać szalenie lubieżnie, bezczelnie posuwając łóżko, podczas gdy Harry dostarczał mu przyjemności oralnej, ale to tylko zbliżało go do nieuchronnego orgazmu. Nie było tu nikogo, kto mógłby go zobaczyć, poza kochankiem, który tu uwielbiał, nie miał co do tego żadnych wątpliwości.

Też do uwielbiał. To niesamowite, jak się zmieniał pod wpływem dotyku człowieka, na który był dlań ważny.

— Kurwa, zaraz dojdę! — powiedział, czując, jak osiąga szczyt. — Nie przestawaj pieprzyć mnie językiem, Harry! O bogowie!

Był zdumiony i tak cholernie podniecony tą myślą, że samo jej ogłoszenie sprawiło, że doszedł. Wytrysnął prosto na prześcieradło, ściskając je dłońmi, podczas gdy przyjemność była nie do zniesienia. Jęczał i jęczał w poduszkę, a jego fiut pulsował.

Dopiero gdy odzyskał zdolność widzenia, zdał sobie sprawę, że Harry ociera się o niego. Odwrócił głowę, aby zerknąć za siebie, i zobaczył, że partner używał zarówno swojej dłoni, jak i jego pośladków, aby zapewnić sobie trochę tarcia, wyglądając na równie podnieconego.

Ich spojrzenia się spotkały.

— Właśnie tak, Harry — wychrypiał z suchymi ustami. — Dojdź dla mnie. Dojdź na mnie.

— Kurwa mać! — Mężczyzna podniósł głos i to uczynił, tryskając nasieniem na dolną część pleców Draco i jego pośladki. — Boże — jęknął i przymknął powieki, rozkoszując się wspaniałym orgazmem.

Malfoy opadł na łóżko, nie przejmując się lepką plamą na prześcieradle. Przez chwilę słyszał ciężki oddech partnera, a potem zamruczał, gdy ten rzucił po cichu zaklęcie czyszczące, które zmyło z nich lepką, już trochę zasychającą spermę.

— Przesuń się trochę — powiedział Harry, szturchając go łokciem.

Draco westchnął, ale posłuchał, dając partnerowi możliwość wyczyszczenia również pościeli. Przewrócił się na plecy i po chwili poczuł, jak kochanek kładzie się obok niego na znów świeże prześcieradło. Natychmiast znalazł się w opiekuńczych ramionach, na co zamruczał z zadowoleniem.

— Mówiłem ci — zagaił brunet zadowolonym tonem.

— Yhym, w porządku — przyznał po chwili. — To było cholernie fantastyczne. Właśnie pozbawiłeś mnie ostatnich złudzeń, żeby w ciebie wątpić.

— Cieszę się, że przyswoiłeś tę lekcję.

— Uwierz, że mnóstwo się uczę.

— To dobrze.

W sypialni zapadła cisza, więc to naturalne, że Draco zaczął odpływać, zwłaszcza że bijące od Harry’ego ciepło pomagało mu się zrelaksować. Wtem do świadomości wróciły go usta partnera, przesuwające się po jego szyi.

— Kiedy opuszczasz kraj? — zapytał mężczyzna.

— Dopiero w Wigilię — odpowiedział zgodnie z prawdą. — Zarezerwowałem świstoklik na dziesiątą.

— Którego wracasz? — Brunet złożył delikatny pocałunek na jego szczęce.

— W popołudnie drugiego dnia świąt. Wpadnę na chwilę do swojej posiadłości, a potem fiuknę do ciebie.

— Mhm. — Harry przygryzł mu płatek ucha. — Czyli muszę przeżyć zaledwie dwie samotne noce. Myślę, że jakoś dam radę.

— Jestem ciekawy, jakim cudem to przetrwasz. — Uśmiechnął się łobuzersko.

— Och, dzięki masturbacji — odparł bez wahania mężczyzna. — Tylko ona mnie uratuje.

Draco się zaśmiał, nie zwracając uwagi na fakt, że przecież w Hogwarcie często sypiali w dwóch oddzielnych kwaterach. Szczerze mówiąc, strasznie podobało mu się to, że Harry zdawał się sugerować, że jest naprawdę szczęśliwy i nie może się nim nacieszyć, zwłaszcza że zaczynał mieć doń podobny stosunek.

— Cóż, gdy wrócę, będziemy mieli przed sobą jeszcze całe dwa tygodnie, prawda? — zagaił.

Brunet zamruczał z zadowoleniem, a potem położył mu głowę na piersi, gotowy do przyśnięcia.

— W porządku, będę się delektował każdą chwilą.

W brzuchu Draco zatrzepotały motyle. Nie był w stanie udzielić kochankowi podobnego zapewnienia, bo najzwyczajniej w świecie miał ściśnięte gardło.

Ja również.

 

* „September” Earth, Wind & Fire. Lyrics by Maurice White and Allee Willis, 1978. Postanowiłam zachować słowa w oryginale i ich nie tłumaczyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz