LEKCJA CZWARTA: POCAŁUNEK MÓWI WIELE

W co należy się ubrać, idąc na podbój mugolskiego gej klubu?

Zastanawiał się nad tym, odkąd zaproponował Potterowi wycieczkę do niemagicznego świata, głównie dla zachowania anonimowości. Jakby nie patrzeć, dopiero co odkrywał swą seksualność, dlatego też nie widział najmniejszego sensu w ujawnianiu się przed czarodziejską społecznością, zwłaszcza że nawet nie wiedział, czy rzeczywiście pociągają go mężczyźni.

To rozwiązanie było nie tylko logiczne, ale również stawiało go w niekorzystnej sytuacji. Niewiele wiedział o mugolskiej kulturze, a jeszcze mniej o homoseksualnej, więc nie wiedział, jak powinien się zachowywać, wysławiać, czy też ubierać.

Potter nie był pomocny.

„Po prostu bądź sobą”, stwierdził, kiedy został zapytany. „Wystarczy, że wskoczysz w coś mugolskiego. Ubierz się, jak chcesz. Tak czy inaczej, wciąż będziesz wyglądał seksownie”.

Gdy wracał wspomnieniami do tej uwagi, musiał ignorować lekkie skurcze żołądka. Chcąc nie chcąc, Potter palnął, że uważa go za atrakcyjnego. Naturalnie, Draco wiedział, że jest przystojny, bo przecież został obdarzony niezawodnymi malfoyowskimi genami, ale sam fakt, że bohater czarodziejskiego świata nazywa go „dziesiątką”, był… co najmniej pochlebny.

Nie, żeby miało to jakiekolwiek znaczenie.

Skup się wreszcie!, zrugał się w myślach. Co najlepiej włożyć?

Całe szczęście, że w szafie miał kilka mugolskich ubrań. Nawet on musiał przyznać, że są bardziej stylowe i interesujące, aniżeli najlepiej skrojone czarodziejskie szaty. Problem w tym, że z czasem polubił prostotę. Podobała mu się klasyczna elegancja i linie, bez żadnych pstrokatych i zbędnych dodatków. Czy geje mieli podobne gusta? Czy powinien kupić coś bardziej krzykliwego? Czy w pierwszej kolejności powinien postarać się o bycie zauważonym?

Wtem ktoś zapukał do drzwi.

— Cholera — mruknął pod nosem, bo wiedział, że niezbyt dobrze zaczął ten wieczór. Potter doń przyszedł, a on wciąż chodził po mieszkaniu w nauczycielskiej szacie.

Natychmiast porzucił myśli o ekspresowym ubraniu pierwszych lepszych spodni i podreptał do drzwi. Otworzył je, ledwo zaszczyciwszy nowo przybyłego spojrzeniem.

— Zaczekaj chwilkę — poprosił, po czym odwrócił się na pięcie i pomaszerował do sypialni.

— Widzę, że jeszcze nie jesteś gotowy. — Usłyszał z tyłu.

— Gratuluję spostrzegawczości, Potter — odparł. — Miło wiedzieć, że twoje oczy rejestrują obraz — dodał, a w odpowiedzi otrzymał ciche chichotanie.

Zaczął przeglądać ubrania, ale zupełnie nie mógł się skupić. Świadomość, że obcy facet najprawdopodobniej stoi w progu jego sypialni i nań patrzy, trochę wytrącała go z równowagi i rozpraszała. Wyciągnął kilka różnych par jeansów i w zdecydowany sposób rzucił je na łóżko, choć w rzeczywistości nie był nawet bliski podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Następnie zaczął przeglądać koszule na wieszakach, absolutnie bezradny.

— Czy potrzebujesz pomocy…?

— Od ciebie, Potter? — prychnął. — Od kiedy jesteś ekspertem od mody? — zapytał i się odwrócił, aby nań spojrzeć. Uwaga, którą zamierzał wypowiedzieć, momentalnie utknęła mu w gardle.

Zgodnie z jego przewidywaniami Potter opierał się o framugę drzwi do sypialni, sprawiając wrażenie zrelaksowanego. Miał na sobie prostą czarną koszulkę, dopasowaną, ale nie przesadnie, ładnie uwydatniającą mięśnie brzucha i klatki piersiowej, obcisłe, szare i jakby poplamione farbą jeansy, które powinny wyglądać absurdalnie i sztucznie, ale z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu były po prostu seksowne oraz nieskazitelnie białe tenisówki.

Draco był świadomy fakt, że się w oczywisty sposób gapi, ale naprawdę nie mógł nic na to poradzić. Zlustrował mężczyznę od stóp do głów, a kiedy zatrzymał się na jego twarzy, uświadomił sobie coś jeszcze.

— Zgubiłeś gdzieś okulary? — spytał.

Potter pokręcił przecząco głową.

— Mam soczewki kontaktowe — odpowiedział, a Draco zmarszczył brwi, nie zrozumiawszy ani jednego słowa. — To mugolski wynalazek. Soczewki wkłada się bezpośrednio do oczu, dzięki czemu dobrze się widzi bez konieczności noszenia okularów — wytłumaczył, a potem wzruszył ramionami. — Uznaj to za próżność, ale kiedy wychodzę na miasto, unikam wszelkiego rodzaju ograniczeń. — Odsunął się od framugi i wszedł głębiej do sypialni. — Niejednokrotnie słyszałem, że oczy są moim wielkim atutem, dlatego też czasami pozwalam ludziom lepiej je dostrzec.

Och, Draco dobrze wiedział, co ma przez to na myśli. Nawet ukryte za normalnymi szkłami oczy Pottera były fascynujące, ale bez tej… bariery, z braku lepszego określenia, cholernie pociągające.

Musiał się wysilić, żeby odwrócić wzrok. Automatycznie zerknął na porozrzucane na łóżku ubrania.

— Chyba włożę czarne jeansy — stwierdził.

— Dobry wybór — odpowiedział Potter i również podszedł do łoża. Chwilę później podniósł ciemne spodnie. — Najbardziej obcisłe, jakie posiadasz. Masz niezły tyłek, więc dlaczego miałbyś go ukrywać?

Draco mimowolnie zerknął na pośladki bruneta, cholernie szczęśliwy, że ten pozostał nieświadomy.

— W porządku.

— Co do koszuli… — tu Potter zawiesił na nim wzrok — …to proponuję albo niebieską, albo szarą. Zdecydowanie chcemy podkreślić twoje oczy. — Podszedł do otwartej szafy i bezceremonialnie zaczął w niej grzebać, czując się bardzo swobodnie. Po kolei wyciągał koszule, które pasowały do opisu, podczas gdy Draco po prostu patrzył na rosnący stos ubrań.

— Nie włożę szarej — stwierdził. — Zazwyczaj w nich chodzę.

— W takim razie niebieska. — Mężczyzna sięgnął po chabrową i przyłożył mu ją do klatki piersiowej. Potem zlustrował go wzrokiem — Spójrz na mnie.

Zrobił to automatycznie i drgnął, znalazłszy się pod oceniającym spojrzeniem zielonych oczu. Facet cofnął się o krok, ewidentnie chcąc mieć szerszy ogląd na sprawę.

— Yhym. Wiedziałem, że masz na tęczówce niebieskie plamki — podsumował, po czym podał mu koszulę.

— Wiem.

— W takim razie zostawię cię na moment samego. — Uśmiechnął się Potter.

Kiedy Draco wyszedł z sypialni, ubrany i gotowy do drogi, zastał współpracownika przed biblioteczką, oglądającego poukładane w rzędzie książki. Facet natychmiast się doń odwrócił.

— Zbyt prosto? — zapytał, zanim ten zdążył cokolwiek powiedzieć.

Brunet pokręcił głową.

— Moim zdaniem prostota jest najlepszym stylem, no chyba, że chcesz odwrócić od czegoś uwagę. Nie widzę żadnego powodu, dla którego miałbyś to robić. — Obrzucił koszulę krytycznym spojrzeniem. — Jest jednak jedna rzecz… — Zawiesił głos i wyciągnął rękę, podczas gdy Draco dołożył wszelkich starań, żeby się nie wzdrygnąć. Potter podwinął mu rękawy, najpierw prawy, a potem lewy, odsłoniwszy Mroczny Znak, wciąż nienaruszony, aczkolwiek wyblakły po śmierci Czarnego Pana. Facet, przybrawszy zamyśloną minę, wydawał się niewzruszony zobaczeniem szarawego tatuażu. — Jesteś zbyt spięty. Musisz się trochę rozluźnić — podsumował. — Bądź bardziej otwarty, w przenośni i dosłownie. — Sięgnął do górnego guzika koszuli.

— Co właściwie robisz?

— Luzuję ci kołnierzyk — odpowiedział ze spokojem nauczyciel. — Pokaż tym mężczyznom, co mogą zyskać, jeżeli dobrze rozegrają swe karty.

— Mam tam… — Oblizał nerwowo usta. — Wiesz, blizna będzie widoczna.

Wychodziło na to, że nawet powyższe spostrzeżenie nie zrobiło na Potterze większego wrażenia. Zastygł w bezruchu, dopiero kiedy rozpiął mu trzeci guzik koszuli. W momencie jakby przestał oddychać, wpatrzony w jego klatkę piersiową, z zaciśniętą szczęką i drgającymi mięśniami. Wyglądał naprawdę niecodziennie.

— Potter?

Czarodziej uniósł wzrok, trochę się odsłoniwszy. W zielonych oczach dało się dojrzeć smutek, żal i strach — a może po prostu mieszaninę wszystkich tych emocji. Przez chwilę patrzyli na siebie w niezręcznym milczeniu, aż wreszcie brunet odzyskał głos.

— Nikomu to nie będzie przeszkadzać, a przynajmniej bardzo niewielu — stwierdził, po czym odchrząknął. — Prawdę mówiąc, sam mam mnóstwo blizn na ciele i nigdy nie spotkałem się ze skargami.

Draco skinął głową, szczęśliwy, że Potter szybko się pozbierał i wrócił do rzeczywistości. Nie miał najmniejszej ochoty na konfrontację dotyczącą ich młodzieńczej przeszłości, a tym bardziej na szczerą rozmowę o wszystkich błędach popełnionych podczas wojny. Niespecjalnie wkroczyli na bardzo grząski grunt, z którego ciężko się wydostać, a naprawdę nie chciał ponownie przeżywać Sectumsempry, z którą zapoznał się przed laty.

— Rozumiem, że jestem już gotowy — stwierdził, aby rozładować resztki wiszącego w powietrzu napięcia.

— Zostały nam tylko włosy.

— Co takiego? Chcesz wymodelować mi włosy? — zapytał z niedowierzaniem.

Zanim się zorientował, Potter przystąpił do działania. Zignorowawszy sprzeciw, wsunął mu dłonie w jasne kosmyki i zaczął przeczesywać palcami pasma. Draco zdusił w sobie krzyk szczerego oburzenia i zmusił się do stania i znoszenia wszystkich zabiegów. Zacisnąwszy zęby, co rusz przypominał sobie, że musi wytrzymać, chociażby po to, aby przyswoić przynajmniej odrobinę gryfońskiej magii, jeżeli chodzi o przyciąganie i zaspokajanie mężczyzn.

Po minucie musiał zrewidować swą motywację. Potter stał zdecydowanie zbyt blisko niego, a miejsca, w których go dotykał, dziwacznie mrowiły. Prawdę powiedziawszy, cholernie się powstrzymywał przed przymknięciem powiek, pochyleniem się naprzód i mruczeniem pod nosem z przyjemności. Z jakiegoś niewyobrażalnego powodu miał ogromną ochotę na całkowite zminimalizowanie dzielącego ich dystansu i opatulenie się naturalnym ciepłem promieniującym od Harry’ego Pottera.

Gdy modelowanie dobiegło końca, poczuł zaledwie częściową ulgę. Choć to dziwne, poniekąd był sfrustrowany i niezauważalnie aż się trząsł z potrzeby.

Dobrze, że zaraz wychodzimy na miasto, stwierdził w myślach. Byłoby naprawdę miło zaspokoić przynajmniej ćwierć tej potrzeby, bo wcześniej nawet nie przypuszczał, że równie znikomy dotyk w okolicy skóry głowy będzie miał na niego tak duży wpływ.

— Mam dla ciebie prezent — powiedział Potter, przywracając go do rzeczywistości.

— Och.

— To zaczarowana kabura — wytłumaczył, wyciągnąwszy z kieszeni coś długiego i smukłego. — Zasadniczo to schowek na różdżkę, który pozostaje niewidzialny i niewyczuwalny dla otoczenia. Pozwala na noszenie różdżki pod ręką w obecności mugoli. Dzięki niej będziesz uzbrojony, nawet w niemagicznym klubie i wyeliminujesz możliwość przypadkowej zguby.

Draco z fascynacją odebrał od niego kaburę. Była wykonana ze smoczej skóry i miała zapięcie u góry, które pozwalało na wsunięcie różdżki do środka.

— Nigdy nie słyszałem o czymś podobnym — przyznał całkowicie szczerze.

— To standardowe wyposażenie aurorów, technicznie rzecz biorąc niedostępne dla zwyczajnych cywili. — Uśmiechnął się ironicznie Potter. — Gdy opuszczałem Ministerstwo, pozwoliłem sobie zwinąć kilka sztuk. Żywiłem przekonanie, że kiedyś się przydadzą.

— Całkiem zmyślnie — podsumował z równie złośliwym uśmieszkiem.

Facet zrobił iście diabelską minę. Wyglądał z nią nadzwyczaj dobrze.

— Oczywiście, będziesz potrzebował mugolskiej waluty, choćby na kilka drinków. Albo, żeby postawić zapoznawczego shota jakiemuś przystojnemu mężczyźnie. — To powiedziawszy, podał mu prosty, składany portfel. — Jest zrobiony ze skóry wsiąkiewki i został zabezpieczony zaklęciem antykradzieżowym, więc na spokojnie możesz go trzymać w tylnej kieszeni spodni. Gwarantuję, że nie zostaniesz okradziony.

— Widzę, że naprawdę dobrze się przygotowałeś — podsumował, nie mogąc ukryć podziwu w swoim głosie. Napędzany ciekawością, otworzył portfel i z zainteresowaniem przejrzał mały plik banknotów w jednej z przegródek. Całe szczęście, że miał trochę wiedzy na temat mugolskich pieniędzy. Za to, w co został zaopatrzony, mógł nieźle się zabawić wieczorem.

— Praktyka czyni mistrza. — Uśmiechnął się zadziornie Potter. — Uczyłem się na własnej skórze.

Draco przytaknął, a następnie schował portfel i założył sobie kaburę.

— Czy to wszystko? Jesteśmy gotowi do drogi?

— Ano, owszem.

W milczeniu wyszli z zamku i zaczęli przemierzać błonia. Księżyc świecił jasno na niebie, dlatego też ścieżka do Hogsmeade była wspaniale widoczna w chłodnym, niebieskim odblasku.

— Jesteś zdenerwowany? — zapytał brunet, przerwawszy ciszę, dopiero gdy w oddali ujrzeli bramy czarodziejskiej wioski.

Draco się zawahał. Przez moment rozważał sprzedanie mu kłamstwa, ale szybko zrozumiał, że to bezcelowe.

— Byłbym zaskoczony, gdybyś emanował spokojem — kontynuował Potter, nie dając mu dojść do głosu, a tym samym oszczędzając wysiłku. — Mam dla ciebie pewną radę. Właśnie o to prosiłeś, prawda? — spytał głosem, który blondyn sklasyfikował jako ten, którym posługiwał się w klasie, występując przed uczniami. Spojrzał na niego, a kiedy Malfoy skinął głową, kontynuował: — Bądź wybredny. Nie ma potrzeby, żebyś wybierał pierwszego gościa, który okaże ci zainteresowanie. Możesz śmiało poświęcić trochę czasu, żeby najpierw zrobić rozeznanie, a jeżeli któryś facet wpadnie ci w oko, spędź z nim kilkanaście minut, żeby sprawdzić, czy jest między wami prawdziwa chemia.

— Chemia? — spytał, zdezorientowany. — Czym, na Merlina, jest chemia?

Potter się zaśmiał.

— Och, racja, przepraszam. To gałąź mugolskiej nauki, która zajmuje się głównie sposobami oddziaływania na siebie różnych substancji — wyjaśnił z profesorskim zacięciem. — Kiedy mowa o seksie, mugole używają tego terminu w odniesieniu do… — urwał, poświęciwszy chwilę na odpowiedni dobór słów — …sposobu, w jaki współgra ze sobą dwójka ludzi. Odnosi się do tajemnic ludzkiej atrakcyjności i tego, co sprawia, że nasza krew zaczyna wrzeć, rozumiesz?

— Hm, w porządku…

— To oddziaływanie bywa czasem nieprzewidywalne i nie zawsze wydaje się mieć sens, ale wystarczy, że się je poczuje.

Draco się nad tym zastanowił.

— Czyli w pewnym momencie uznam, że… jest między nami ta cała chemia, tak?

— Owszem, ale najczęściej nie od razu. Czasem trzeba dać sobie trochę czasu. Postaw facetowi drinka, porozmawiaj z nim. Sprawdź, czy potrafisz go rozśmieszyć lub czy on sprawia, że się uśmiechasz. To zawsze dobry znak — kontynuował Potter. — Jeżeli poczujesz się w jego towarzystwie wystarczająco dobrze, pozwól sobie na odrobinę fizycznej bliskości. Możesz zacząć na przykład od położenia mu dłoni na ramieniu. Potem, jeśli będzie w porządku, wyciągnij go na parkiet.

— Na parkiet?

Brunet uniósł brew.

— Ano, ale jeżeli nie lubisz tańczyć, to wystarczy, że…

— Dla twojej informacji — jestem świetnym tancerzem.

— Nie wątpię. — Uśmiechnął się Potter. — Taniec jest pouczającym wstępem do seksu. Udowadnia, czy do siebie pasujecie.

— Co, jeżeli pasujemy?

— Wtedy znajdź sobie ciemny kącik i zabaw się troszkę. Jeśli nie masz na to ochoty, po prostu zejdź z gracją z parkietu. Świat się wówczas nie zawali.

— Mówisz, jakby było to proste.

— Jest, o ile nie będziesz komplikował sprawy.

— Odejście nie sprawiłoby, że… — Draco nie był pewien, jak to dobrze ująć. Tyle dobrego, że Potter wykazał się cichym zrozumieniem i cierpliwie poczekał, aż zbierze myśli. — Nie wiem. Nie sprawiłoby, że zostałbym uznany za kokieteryjnego? Wolałbym nie być osądzony jako facet, który najpierw zakręcił tyłkiem, a potem zniknął bez słowa w tłumie. To znaczy, jeśli mam kogoś zaintrygować i zostawić podnieconego…

Brunet gwałtownie się zatrzymał, co sprawiło, że Draco również przystanął. Kamienie zazgrzytały im pod butami.

— Nie. — Potter zrobił kilka kroków, zmniejszając dystans pomiędzy nimi. — To nie tak działa — powiedział bardziej stanowczym tonem. — Naprawdę myślisz, że jesteś coś winien facetowi tylko dlatego, że przez kilka minut z nim potańczysz i się o niego poocierasz? Z tego miejsca ci mówię, że to właściwie nic nie znaczy. Nie masz żadnego obowiązku… — Potrząsnął w niedowierzaniu głową. — Mam ogromną nadzieję, że nie zamierzasz pochodzić do tematu z definitywnym nastawieniem na finisz. — Położył Draco dłoń na ramieniu. — Rób to, co na co masz ochotę i tylko tyle, na ile jesteś gotowy — nic ponad swoje możliwości. Nie ma znaczenia, czy facet jest natarczywy lub chce czegoś konkretnego. Jeżeli nie masz na to ochoty, po prostu od niego odejdź.

— Jasne, w porządku.

— Nie „w porządku”. Mówię poważnie, Malfoy.

Draco zamrugał i przygryzł dolną wargę. Ostatecznie skinął głową na znak, że zrozumiał przekaz.

— Dobrze, zastosuję się do twoich rad. Nie zrobię niczego, czego nie chcę.

— Dobrze. — Potter się odprężył i zdjął rękę z jego ramienia. Osiągnąwszy porozumienie, ruszyli dalej w milczeniu, aż wreszcie zawitali do Hogsmeade. Teraz gdy znaleźli się całkowicie poza terenem Hogwartu, mogli się swobodnie deportować.

— Aportacja łączna, jak mniemam? — zapytał blondyn.

— To ma największy sens, prawda? — odpowiedział pytaniem mężczyzna, rzuciwszy mu uważne spojrzenie.

Draco uniósł brew.

— Masz jeszcze jakieś złote rady?

— Jesteś pewien, że tego właśnie pragniesz?

— Tak, Potter. — Przewrócił oczami. Owszem, ciężko było uwierzyć, że dobrowolnie wybiera się do mugolskiego klubu gejowskiego, żeby poderwać jakiegoś przystojniaka i to jeszcze ze słynnym Harrym Potterem jako skrzydłowym, ale tak zdecydował. Musiał się przekonać, czy rzeczywiście czuje pociąg do swojej płci. Od tego zależał kierunek, w którym potoczy się jego życie seksualne.

— W takim razie chodźmy — podsumował brunet i wyciągnął doń rękę. Zrozumiawszy przekaz, Draco podał mu dłoń.

*

Miał wrażenie, że bardziej czuje muzykę, aniżeli ją słyszy. Rozbrzmiewała potężnym, stałym rytmem, przenikając przez podłogę, wibrując mu nawet w butach i docierając jeszcze wyżej.

Musiał się nieźle wysilić, żeby wszystko ogarnąć wzrokiem. Prawdę powiedziawszy, był nieprzyzwyczajony do przytłumionych kolorowych świateł, poruszających się wedle szablonu po zatłoczonym parkiecie, dlatego też ciężko mu było rozeznać się w terenie — jedyne, co widział, to mieszaninę łokci, tułowia i tyłów głowy. Zgromadzony w klubie tłum jawił mu się niczym amorficzna, amebowa istota, aniżeli sala pełna ludzi.

Mężczyzn było tu naprawdę wielu.

Odwrócił się, kiedy poczuł dłoń na ramieniu, i zobaczył pochylonego w jego kierunku Pottera.

— Co powiesz na pierwszego drinka? — zapytał, próbując przekrzyczeć muzykę. — Za jakąś chwilę rozejrzymy się po lokalu.

Przytaknął i poszedł za towarzyszem przez tłum, który kotłował się na parkiecie. Już po drodze wyłapał kilka dość oczywistych spojrzeń.

Mężczyźni są o wiele mniej subtelni niż kobiety, pomyślał z ironią, gdy jeden facet w różowych szortach, niepozostawiających dużego pola wyobraźni, sugestywnie pokazał mu język. Zagadanie z pewnością nie będzie trudne, dodał, niepewny, czy ta świadomość go ekscytowała, czy też przerażała.

Z radością odkrył, że przy barze muzyka była odrobinę mniej głośna, dzięki czemu bez większych przeszkód usłyszał, że Potter zamawia szkocką z lodem.

— Co dla ciebie? — zapytał barman, rzuciwszy Draco pełne uznania spojrzenie.

Był zaskoczony, bo nie miał najmniejszego pojęcia, jakimi trunkami raczą się mugole. Jakby nie patrzeć, nie mógł po prostu zamówić podwójnego Ogdena i oczekiwać, że facet będzie wiedział, o co mu chodzi. Spojrzał na zawieszone na ścianie menu i postanowił wybrać coś na chybił trafił, ale właśnie wtedy z pomocą przyszedł mu Potter.

— Gin z tonikiem. — Usłyszał, jak brunet kładzie na ladzie kilka banknotów. — Z limonką. — Zwrócił się do Draco. — Jeżeli ci nie posmakuje, zamówimy coś innego.

— Jasne, dzięki — odpowiedział, nieszczególnie się przejmując zamówionym napojem. Chciał się tylko trochę zrelaksować, a nie upijać. Zdecydowanie wolał zachować trzeźwość umysłu.

Chwilę później obaj rozejrzeli się po klubie.

— Ktoś wpadł ci w oko?

— Kilka osób, ale, szczerze mówiąc, nie wiem, od czego zacząć — odparł.

— Zobaczymy więc, kto pierwszy do ciebie podejdzie, co? — Uśmiechnął się zachęcająco Potter. — Wkrótce ruszymy na łowy.

— Wasze drinki, panowie. — Barman zza lady podał im zamówiony alkohol. Draco był zaskoczony, że jego napój jest klarowny i musujący, a nie mętny, jak się spodziewał. Upił łyka, najpierw zauważając cierpki smak, a dopiero potem orzeźwiający.

— Masz jakiś konkretny typ? — Usłyszał. — Czy nieszczególnie się nad tym zastanawiałeś?

— Ktoś szczupły i umięśniony, ale bez przesady — odpowiedział, patrząc na mężczyznę w markowych jeansach, który idealnie wpasowywał się w ten opis. Gdy przyzwyczaił się do klubowego ciemnego oświetlenia, wreszcie zaczął rozróżniać bawiących się ludzi. — Nie wyższy ode mnie, chyba. — Przeczesał wzrokiem tłum mugoli, aż zatrzymał się na brunecie, który śmiał się w najlepsze, odgarniając z twarzy potargane włosy. — Wolę ciemniejsze włosy — przyznał. — Lubię, gdy są zadbane, ale… nieodpicowane.

Potter zachichotał.

— Widzę, że jednak masz pewne preferencje.

— To chyba naturalne — odpowiedział, nagle uświadomiwszy sobie, że właściwie to opisał Harry’ego Pottera. — Podoba mi się wygląd tamtego faceta. — Wskazał na roześmianego mugola z rozwichrzonymi włosami. — Lubię jego fryzurę.

— Yhym, jest całkiem przystojny — zgodził się nauczyciel. — Osobiście lubię, kiedy moi kochankowie mają dłuższe włosy. Jest wtedy za co złapać podczas seksu.

Draco parsknął.

— Nie dowiem się tego, dopóki nie zdobędę trochę doświadczenia… — urwał, gdyż ktoś im przeszkodził.

— Harry?

Odwrócił się, żeby zobaczyć wysokiego i potężnego (w rzeczywistości to dosyć onieśmielającego) mężczyznę o rudobrązowych włosach i zadbanej brodzie, który podszedł do Pottera z uśmiechem na twarzy.

— Dobrze cię znów zobaczyć, Harry — dodał nieznajomy.

— Paul — powiedział po prostu brunet, a potem dał się pocałować prosto w usta — ewidentnie bardziej po przyjacielsku, aniżeli seksualnie. — Gdzie zgubiłeś Colina? — dodał, potwierdziwszy wszelkie przypuszczenia. — Ostatnio byliście praktycznie nierozłączni.

— Nie słyszałeś? Zerwaliśmy.

— Naprawdę? — Potter sprawiał wrażenie szczerze zaskoczonego. — Wypadłem z obiegu przez ostatnie tygodnie. Kiedy to się stało?

— We wrześniu. Colin podjął pracę w Edynburgu.

— Wyjechał?

— Wyjechał.

— Przykro mi.

— Tak miało być. — Brodacz spojrzał na Draco. — Widzę, że przyprowadziłeś przyjaciela. — Omiótł go wzrokiem od stóp do głów, nagle pełen uznania. Malfoy dość szybko załapał, jak rozpoznawać oznaki zainteresowania. — Zwykłego czy sporadycznego?

Potter się zaśmiał.

— To Draco, mój stary przyjaciel. Chodziliśmy razem do szkoły, a więc znamy się, odkąd skończyliśmy jedenaście lat.

— Nie żartuj.

— Teraz razem pracujemy.

— Czyli też jesteś nauczycielem — zagaił doń Paul. — Czego uczysz dzieciaki?

Draco otworzył usta, ale zupełnie nie wiedział, co odpowiedzieć. Jakich przedmiotów byli nauczani mugole?

— Chemii. — Z tarapatów uratował go Potter, mrugnąwszy doń ukradkiem.

— Naprawdę? — Mężczyzna uniósł brwi, jakby to było rzeczywiście interesujące. — Szczerze mówiąc, zawsze byłem nogą z chemii.

— Ja też, co Draco tylko potwierdzi — kontynuował brunet.

— Z pewnością, gdybyś dopuścił go do głosu — burknął Paul. — Jesteś niemową? — dodał w kierunku wyżej wymienionego, unosząc wyzywająco brew.

— Wręcz przeciwnie — odparł hardo. — Zabieram głos, kiedy mam na to ochotę. — Upił łyka drinka i odstawił szkliwo na ladę. — W tej chwili chcę poszaleć na parkiecie.

— Chcesz towarzystwa? — zapytał Potter.

— Nie, możecie sobie pogadać. Dam sobie radę.

— Jesteś pewien?

Nie odpowiedziawszy, odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę sceny. Nieważne, co planował Paul. Draco miał własne zamiary.

Ponownie rozejrzał się za mężczyzną z potarganymi ciemnymi włosami, który wcześniej wzbudził jego zainteresowanie, ale nigdzie go nie dostrzegł, więc po prostu zaczął się przedzierać przez tłum mugoli. Właśnie wtedy został nagle wciągnięty w hordę tańczących.

Muzyka otoczyła go niczym kokon — a może nie mógł się wydostać na zewnątrz przez masę ciał, obecnie do niego przyciśniętych. Czuł na sobie obce ręce, zachęcające go do poddania się zabawie. Zrobił to, naśladując ruchy innych. W niczym nie przypominało to tańca, który ćwiczył, dorastając; było znacznie łatwiejsze i nie wymagało wykonywania określonych kroków — wystarczyło dać się porwać rytmowi i poruszać się intuicyjnie.

Szczerze mówiąc, było to przyjemne, wyzwalające doświadczenie, móc ocierać się o nieznajomych i pozwalać się im dotykać. Nie znalazł jeszcze konkretnego partnera do tańca, ale zupełnie się tym nie przejmował. Czuł się mile widziany, zintegrowany z otoczeniem i naprawdę szczęśliwy.

Wtem poczuł ramiona owinięte wokół swojej talii, a kiedy podniósł wzrok, żeby zobaczyć śmiałego nieznajomego, ujrzał parę ciemnych oczu. Należały one do mężczyzny o nawet przystojnej twarzy, wysokich kościach policzkowych i spiczastym podbródku, ale zanim zdążył lepiej rozeznać się w sytuacji, został pocałowany przez te wąskie usta. Ich biodra same odnalazły rytm, poruszając się razem, a smukłe palce mugola śmiało masowały mu plecy; chwilę później wkradły się pod koszulkę, dotykając skrawka odsłoniętej skóry.

Nim minęło kilka sekund, miał już w połowie rozpiętą koszulę. Pozwolił nieznajomemu na trochę samowolki i nie zaprotestował przy następnym pocałunku. W pewnym momencie mężczyzna wysunął język i zaczął skubać mu dolną wargę. Draco zadrżał, ale nie do końca wiedział, czy to z zaskoczenia, czy też przyjemności. Chciwa ręka przesunęła się po jego brzuchu, a on rozkoszował się tym uczuciem, mimo że dłonie były większe i bardziej szorstkie niż te, do których był przyzwyczajony.

Właśnie tak. Szukałem czegoś innego, przypomniał sobie, chcąc odpędzić niechciane myśli.

Nie wiedział, że tak można — bez zbędnych słów nurzać się w uczuciach i odkrywać to, co nieznane. Klatka piersiowa, do której był przyciśnięty, była gładka i pozbawiona włosów, a dzięki duchocie panującej w klubie i odrobinie potu, z łatwością mógł przesuwać dłońmi po skórze ciemnookiego mugola. Dzięki temu miał okazję poznać, jak zbudowane jest męskie ciało, tak różne od kobiecego.

Szybko stało się jasne, że tańczący z nim mężczyzna… lubił nadużywać języka. Z początku popieścił mu obojczyk, co było dziwacznym uczuciem, a potem zaczął ssać mu małżowinę uszną; ostatecznie wsunął mu koniuszek języka do ucha. Draco naprawdę nie wiedział, co powinien o tym myśleć.

— Masz cholernie seksowny tatuaż.

Co takiego…?

Nie miał szansy zadać tego pytania na głos, ponieważ zanim się zorientował, nieznajomy złapał go za lewy nadgarstek i przyciągnął go do swoich ust. Draco wytrzeszczył oczy z niedowierzania, patrząc, jak różowy język śledzi ciało węża, kierując się w stronę otwartej paszczy czaszki.

Niewiarę momentalnie zastąpiła odraza. Kto chciałby pieścić w ten sposób Mroczny Znak? To było coś, co bez wahania zrobiłaby chora na umyśle ciotka Bellatriks, a on miał serdecznie dość wszystkich, którzy przypominali ją choć w minimalnym stopniu.

Odsunął się, zrobił szybki krok wstecz i zniknął w tłumie, ponownie skorzystawszy z przewagi liczebnej tancerzy. Co oczywiste, ten konkretny facet, chociaż z początku nawet całkiem całkiem, okazał się zupełnie nie w jego guście.

Momentalnie wrócił myślami do rad Pottera — że nie zawsze od razu będzie wiedział, czy czuje z kimś chemię. Teraz już wiedział, co miał na myśli.

Znajdzie sobie kogoś innego.

Nie przestawał tańczyć, nawet kiedy zmieniała się muzyka. Czas mijał, a on mimo najszczerszych chęci nie poznał nikogo wartego uwagi. Postanowił zrobić sobie małą przerwę, a gdy wreszcie wydostał się z tłumu splecionych ciał, jakimś cudem wrócił do baru, gdzie Potter nadal sączył drinka i rozmawiał z innymi.

Paul gdzieś zniknął, a na jego miejscu siedział chudy mężczyzna o ciemnych kręconych włosach i mahoniowej karnacji, popijający bliżej niezidentyfikowany krwistoczerwony koktajl i rzucający Potterowi sugestywne spojrzenia. Odrzuciwszy wahanie, Draco podszedł do lady.

— Poproszę wodę — powiedział do barmana, a ten przytaknął, przyjąwszy zamówienie.

— Wyglądasz na zachwyconego — podsumował nauczyciel, ogarnąwszy wzrokiem do połowy rozpiętą niebieską koszulę, odsłaniającą ładną, lecz pokrytą bliznami pierś. — Spotkałeś kogoś, kto ci się podoba?

— Nieszczególnie — odparł całkowicie szczerze, podziękowawszy barmanowi za szklankę skinieniem głowy. — Niektórzy byli całkiem przystojni, ale żaden nie sprawił, że moje serce zabiło mocniej.

— Jest jeszcze wcześnie.

— Jeden facet polizał mój tatuaż — powiedział, podnosząc rękę i robiąc zdegustowaną minę.

Potter się zaśmiał, a potem pochylił naprzód.

— Oni nie wiedzą, czym w rzeczywistości jest — wyszeptał konspiracyjnym tonem. — Są przekonani, że to mugolski tusz.

— Wiem, ale mimo wszystko…

— Masz pełne prawo nie lubić, gdy ktoś go liże. Nigdy nie przepraszaj za coś, co ci nie odpowiada, o ile oczywiście jest to nielegalne lub moralnie naganne.

— Może nie miałbym nic przeciwko, gdybyśmy się lepiej znali — odparł i się na moment zamyślił. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że zabrzmiał dość pruderyjnie.

Potter uśmiechnął się w odpowiedzi i wzruszył ramionami. Wtem Draco podłapał ponure spojrzenie mężczyzny z kręconymi włosami, którego wcześniej zauważył — najwyraźniej był zasmucony faktem, że odwrócił uwagę faceta, na którego względy liczył. Z jakiegoś powodu miał ochotę błysnąć mu zębami, ale się powstrzymał, ponieważ pomyślał, że może to zostać odebrane jako akt wrogości, a nie potrzebował wdać się w sprzeczkę.

Jakby wyczuwając niezadowolenie mugola, Potter się doń odwrócił i coś mu wyszeptał na ucho. Draco nie usłyszał nawet słowa, ale mężczyzna się lekko zarumienił i oblizał usta, ewidentnie usatysfakcjonowany. Czarodziej trochę się od niego odsunął, ale pozostał blisko — na tyle, że ich usta prawie się stykały.

Malfoy odwrócił wzrok, tłumiąc narastającą irytację. Owszem, Potter przyszedł tu w roli skrzydłowego, ale to nie oznaczało, że nie miał prawa również się zabawić, a co za tym idzie, Draco nie powinien mieć doń o nic pretensji. Najzwyczajniej w świecie musiał znaleźć sobie własną rozrywkę.

Wtem jego uwagę przykuł siedzący przy barze mężczyzna. Był ubrany w codzienne jeansy i koszulkę z krótkim rękawem, podpierający przedramiona na ladzie. Miał krótko przystrzyżone ciemne włosy, podkreślające mocną szczękę i złoty kolczyk w uchu, idealnie doń pasujący. Nieznajomy uśmiechał się uprzejmie do barmana, który coś do niego mówił. Miał naprawdę ładne zmysłowe usta oraz proste i białe zęby, które budziły zainteresowanie.

Mimowolnie poczuł się zaintrygowany. Zawsze podobały mu się śliczne uśmiechy.

Kiedy spojrzał na Pottera, zobaczył, że ten podąża za jego wzrokiem, a potem unosi w zapytaniu brew. Draco wzruszył ramionami.

— Idź — zachęcił go brunet, szarpiąc głową w kierunku seksownego, uśmiechniętego mężczyzny. — Wiesz, co robić.

— Jasne — odpowiedział, po czym sięgnął do tylnej kieszeni spodni, żeby upewnić się, że nie zgubił portfela.

Ciemnowłosy mugol zauważył, że się zbliża, i przygryzł wargę w zalotny, obiecujący sposób.

— Hej.

— Cześć.

— Masz może ochotę na…? — urwał, gdyż barman właśnie postawił przed nieznajomym szklankę z bursztynowym płynem, skutecznie przeszkadzając mu w podrywie. Facet spojrzał nań wymownie i znów uniósł brew, tym razem prowokacyjnie, dlatego też zdał sobie sprawę, że ma dwie możliwości — albo odejść z palącym w sercu upokorzeniem, albo się z tego zaśmiać. Zdeterminowany, wybrał drugą opcję. — Chyba się trochę spóźniłem z ofertą — dodał, wskazawszy dłonią na bursztynowy napój.

Ciemnowłosy zachichotał.

— To zaś oznacza, że to ja powinienem postawić ci drinka — stwierdził przyjemnym dla ucha głosem. — Na co masz ochotę?

— Gin z tonikiem. I limonką.

— Jestem Rick — przedstawił się nieznajomy, uprzednio złożywszy zamówienie u barmana.

— Draco.

— Draco — powtórzył mężczyzna w zmysłowy sposób, który sprawił, że aż zadrżał. Całkiem obiecujący znak, uznał. — Niczym konstelacja gwiezdna?

Skinął z zadowoleniem głową.

— Właśnie tak.

— Hm, interesujące. Świetnie imię.

Barman postawił przed nim drinka, dlatego też upił łyka, ciesząc się sposobem, w jaki Rick go obserwował.

— W mojej rodzinie istnieje tradycja nadawania dzieciom imion po gwiazdach.

— To znacznie bardziej poetycka tradycja niż w mojej rodzinie — odparł swobodnie mugol. — U mnie synowie są nazywani po ojcach. Szkoda tylko, że mój staruszek jest draniem.

— Więc mamy coś wspólnego.

— Hm, mój wyrzucił mnie z domu, gdy miałem szesnaście lat, bo postanowiłem pójść za głosem serca i wyznać, że lubię chłopców. Nazwał mnie wtedy pedałem. — Rick przeciągle westchnął. — Co zrobił twój ojciec?

Draco upił następnego łyka, zastanawiając się, jak najlepiej sformułować w miarę szczerą odpowiedź.

— Obawiam się, że wyliczenie wszystkich zbrodni mojego ojca zajęłoby całą noc — wyznał, w duchu ciesząc się, że ciemnowłosy mógł to zrozumieć na kilka różnych sposobów. — Ja zaś wolałbym spędzić ten wieczór zgoła inaczej — dodał sugestywnym tonem.

Mężczyzna znów przygryzł wargę, zupełnie jakby doskonale wiedział, że Draco lubi ten gest.

— Ja też — stwierdził. — Może powinniśmy znaleźć sobie bardziej ustronne miejsce, żeby… porozmawiać. Albo po prostu zająć się sobą.

Niemal duszkiem dopił drinka, a Rick poszedł za jego przykładem.

— Może powinniśmy — zgodził się i pochylił naprzód. — Ale najpierw ze mną zatańcz. — Wrócił myślami do rad Pottera, które jak dotąd nigdy go nie zawiodły. Chciał zobaczyć, czy dobrze im będzie na parkiecie.

Wyglądając na zaskoczonego, ale zadowolonego z obrotu spraw, mężczyzna skinął głową. Ośmielony, Draco wziął go za rękę i poprowadził na scenę. Po drodze minęli Potter i faceta, z którym wcześniej flirtował, obecnie siedzących tak blisko siebie, że niemal się całowali, ale nie miało to większego znaczenia, gdyż złowił lepszą rybkę.

Nad ich głowami migotały kolorowe światła, bas dudnił, a jakaś mugolska lesbijka krzyczała, żeby jeszcze bardziej pogłośnić muzykę, ale to wszystko było tylko tłem dla sposobu, w jaki Rick się z nim poruszał. Ładnie pachniał — trochę korzennie, co idealnie się komponowało z piżmem; to połączenie zapachów potrafiło pobudzić zmysły. Wtem Draco zdał sobie sprawę, że chce czegoś więcej niż ocierania się biodrami, więc zaufał swemu instynktowi i złożył mokry pocałunek na kusząco odsłoniętej szyi mężczyzny. Napędzany pragnieniem, przesunął językiem w kierunku płatka ucha, a potem go przygryzł, wziąwszy złoty kolczyk w usta. Gdy go oblizał, Rick jęknął.

Chwilę później role się odwróciły i to Draco był kąsany. Mężczyzna przygryzał delikatnie strategiczne miejsce, co było jednocześnie obce, ale i pobudzające — Astoria nigdy nie była osobą, która robiła mu malinki. Odchylił głowę i złączył ich usta w namiętnym pocałunku.

Gdy zaczęli się o siebie mocniej ocierać, stało się jasne, że obaj mają erekcję. Rick uśmiechnął się zadziornie i sięgnął dłońmi niżej, objąwszy go przez spodnie. Draco gwałtownie wciągnął powietrze, co sprawiło, że jego partner nie wytrzymał.

— Chodź ze mną — powiedział i pociągnął go za materiał rozpiętej koszuli.

Malfoy posłusznie spełnił polecenie. To było zbyt ekscytujące, zbyt obiecujące, żeby przestać i się wycofać. Bez słowa sprzeciwu pozwolił się zaciągnąć do łazienki z daleka od świateł i muzyki.

Ignorując innych mężczyzn w pomieszczeniu, zajętych najróżniejszymi czynnościami, dał się zatrzasnąć w kabinie, a potem przycisnąć do chłodnej metalowej ściany. Ich usta znów się złączyły, a Rick szybko przejął inicjatywę, dając mu jasno do zrozumienia, że jest gotowy przyspieszyć tempa.

Draco próbował za nim nadążyć i odpowiadać mu z takim samym żarem, ale zachowanie mężczyzny się zmieniło, jakby za sprawą jakiegoś przełącznika. W momencie stał się natarczywy, błądząc dłońmi po jego ciele bez opamiętania. Całkiem prawdopodobne, że jutro zobaczy siniki na bladej skórze. Pocałunki, dotąd przyjemne i ekscytujące, stały się… rozpraszające.

Może miało na to wpływ uczucie chłodnego metalu za plecami albo ostre światło w łazience, tak różne od nastrojowego oświetlenia klubowego, ale coś wyrwało go z zamroczenia i przywróciło do rzeczywistości.

Wtem Rick położył mu dłoń na kroczu i Draco przypomniał sobie, że przyszedł tu z jakiegoś powodu i jeżeli chce osiągnąć orgazm, będzie musiał pójść na pewien kompromis.

— Nie mam prezerwatywy — wydyszał ciemnowłosy, przycisnąwszy usta do jego szczęki. — Ty masz?

— Nie — odparł zgodnie z prawdą, bo nie miał najmniejszego pojęcia, czym właściwie jest prezerwatywa.

— Czyli tylko oral — podsumował Rick, po czym odpiął mu guzik jeansów i rozpiął rozporek. — Ty pierwszy czy ja?

Coś w tym płaskim, nonszalanckim tonie głosu i wprawnej zręczności palców sprawiło, że Draco odniósł wrażenie, że stoi gdzieś z boku i przygląda się przedstawieniu — ot dwóm nieznajomym mężczyznom, którzy mieli zamiar obciągnąć sobie nawzajem w obskurnej mugolskiej toalecie, jakby to nie było nic takiego, jakby żadnemu z nich nie zależało.

Wtem zrozumiał, że nie tego pragnął. Nie tak sobie wyobrażał pierwsze zbliżenie.

Chciał przestać.

— Zaczekaj. — Odepchnął Ricka, tworząc między nimi dystans. — Zaczekaj moment. Ja nie…

— Co do cholery? — zapytał ciemnowłosy, a jego twarz wykrzywiła się w wyrazie bezbrzeżnej irytacji i niedowierzania.

Draco ogarnęło poczucie winy i wstydu, a zaraz potem panika, gdy podłapał urażone spojrzenie Ricka. Bez słowa wytłumaczenia rzucił się do ucieczki. Otworzył drzwi kabiny i wypadł na zewnątrz. Wrócił tą samą drogą, którą przyszedł, rozglądając się gorączkowo.

Nigdzie nie mógł dostrzec Pottera, ani przy barze, ani na parkiecie. Całkiem możliwe, że tańczył w tłumie, a może zaciągnął następnego kochanka do ciemnego kąta i bezlitośnie go rżnął.

Kurwa, podsumował. Pieprzyć to wszystko.

Nie chciał tu dłużej być, więc zrobił jedną sensowną rzecz, która przyszła mu do głowy. Uciekł przez otwarte drzwi.

*

Chwała Merlinowi, że nie spotkał nikogo w drodze powrotnej. Przemierzając błonia, w pośpiechu zapiął koszulę, rzucił zaklęcie maskujące na szyję i poprawił fryzurę, aby nikt, kto by go zobaczył, nie podejrzewał, czym się przed kilkoma minutami zajmował.

Wszedłszy do zamku, praktycznie pobiegł do swoich komnat. Trzaskając drzwiami, niczego nie pragnął, tylko czekającej nań samotności. Gdy znalazł się na bezpiecznym terytorium, zeszła z niego adrenalina i poddał się fali beznadziejności.

Co jest z tobą nie tak?, zapytał sam siebie. Paradoksalnie, choć często się nad tym zastanawiał, tym razem było inaczej, bo naprawdę miał cichą nadzieję, że znajdzie coś, co sprawi, że znów poczuje się mężczyzną. Zamiast tego pokazałem, że nadal jestem małym, paskudnym tchórzem.

Pożądał Ricka, naprawdę go pożądał. I miał go na wyciągnięcie ręki. Mógł zrobić z nim dosłownie wszystko, spełnić swe najskrytsze fantazje. Mógł po raz pierwszy od miesięcy poczuć prawdziwą satysfakcję, więc dlaczego się powstrzymał w ostatnim momencie?

Ciche pukanie do drzwi sprawiło, że zastygł w bezruchu.

Potter.

Któż inny nachodziłby go w środku nocy? Nie był ani członkiem personelu medycznego, ani opiekunem domu, więc było bardzo mało prawdopodobne, aby za wrotami czekał nań inny nauczyciel.

To musiał być Potter.

Zapewne przyszedł wytknąć mi niepowodzenie, pomyślał zgorzkniale. Albo jeszcze gorzej. Może się pofatygował, żeby dodać mi otuchy i powiedzieć, że następnym razem pójdzie mi lepiej. Nie zniosę tego.

Natręt znów zapukał, tym razem zdecydowanie głośniej.

— Chcę się tylko upewnić, że wszystko w porządku Malfoy. — Usłyszał, ale nie odpowiedział, bo najzwyczajniej w świecie zastanawiał się, co powinien uczynić. — Muszę wiedzieć, że nie stało ci się nic złego ani że nie doznałeś… żadnej krzywdy. Obiecuję, że potem zostawię cię w spokoju.

Jakiej znowu krzywdy? O czym on plecie?

Szczerze zdezorientowany, przeszedł przez pokój i otworzył drzwi. Zaskoczenie na twarzy Pottera szybko przeobraziło się w troskę, którą potwierdziło oceniające spojrzenie, jakim go obrzucił.

— Wszystko w porządku. — Draco się odwrócił, ale pozostawił wejście otwarte. Zdawał sobie sprawę, że właśnie wystosował zaproszenie do swoich komnat, ale… szczerze mówiąc, gdzieś w środeczku jednak potrzebował towarzystwa.

Mężczyzna skorzystał z okazji i ostrożnie zamknął za sobą przejście.

— Wyglądasz na fizycznie nieuszkodzonego — podsumował po kilku sekundach niezręcznego milczenia.

— Oczywiście — prychnął. — Dlaczego miałoby być inaczej?

— Zaniepokoiłem się, kiedy zniknąłeś mi z oczu. Nie mogłem cię nigdzie znaleźć. Przez chwilę… podejrzewałem najgorsze.

— Najgorsze?

— Wiesz, nawet mężczyznom wędrującym samotnie w środku nocy może przytrafić się coś złego.

Draco uniósł brew.

— Naprawdę myślisz, że mógłbym zostać skrzywdzony przez mugola? — zapytał z niedowierzaniem. — Gdyby tylko spróbował czegoś niewłaściwego, przekląłbym go, niczym świat stoi.

— Słusznie. — Potter westchnął. — Może zabrzmi to irracjonalnie, ale po prostu się martwiłem.

Po piersi Draco rozlało się niecodzienne ciepło. To miłe, że facetowi zależało na tym, aby miał się dobrze.

Nie. Zwyczajnie nie chce ponosić odpowiedzialności, gdyby stało się coś złego, przypomniał sobie z goryczą. Szlachetny Harry Potter wciąż uważa, że jego obowiązkiem jest zapewnienie wszystkim bezpieczeństwa.

— Liczyłem, że wrócisz do Hogwartu. Wtedy zacząłem się martwić z innego powodu.

— To znaczy?

— Rozumiem, że sprawy z tym mugolem…

— Rickiem — wszedł mu w słowo.

— Właśnie, z Rickiem. Rozumiem, że sprawy z Rickiem nie wyszły najlepiej.

Draco zwiesił głowę. Jak wytłumaczyć fakt, że w tamtej chwili czuł tę dziwaczną mieszaninę pożądania i przerażenia oraz rozpacz z powodu utraty kontroli nad sytuacją, co w rezultacie spowodowało, że przestał rozpoznawać samego siebie?

— Po prostu… nie mogłem tego zrobić — wyszeptał.

Kątem oka dostrzegł, że Potter kiwa ze zrozumieniem głową.

— Och. Cóż, przynajmniej teraz już wiesz.

Zamrugał, szczerze zdezorientowany.

— Co takiego?

— Nie masz powodu do wstydu lub nurzania się w poczuciu winy. Nie miałeś pewności, czy podoba ci się bycie z mężczyznami, dopóki tego nie spróbowałeś — kontynuował brunet. — Szczerze mówiąc, to było bardzo odważne z twojej strony. To, że nie wyszło, nie oznacza, że…

— Nadinterpretujesz, Potter — wycedził przez zaciśnięte zęby, zakrywszy oczy dłońmi. — To nie dlatego.

— Wybacz. — W pokoju zapadła chwila ciszy. — W takim razie nie rozumiem, w czym problem.

— Nic dziwnego — stwierdził z goryczą. — Jesteś sławnym Harrym Potterem, bohaterem czarodziejskiego świata i gejowskim bogiem seksu. Nie masz praktycznie żadnych zmartwień.

— Ja… — Potter zaniemówił, a Draco poczuł ponurą satysfakcję z tego powodu. — Może mógłbym ci pomóc, gdybyś spróbował przybliżyć mi sedno swojego problemu.

— Chcesz mi pomóc?

— Owszem. Sam poprosiłeś mnie o wsparcie, prawda?

— O wskazówki w zagadaniu do mężczyzn, gwoli ścisłości. Nie o próbę naprawienia mojej popieprzonej natury.

Potter się zaśmiał.

— Jeżeli twoje wrodzone popieprzenie powstrzymuje cię przed podrywaniem mężczyzn, to dlaczego miałbym odwrócić się do ciebie plecami?

Draco spojrzał nań z niedowierzaniem. Nigdy w życiu nie spotkał kogoś tak… nieoceniającego. Sposób, w jaki facet mówił, ot z najszczerszym przekonaniem, sprawiał wrażenie, jakby strach przed występowaniem publicznym, z którym ma problem większość normalnych ludzi, był zaledwie drobną przeszkodą na drodze do wspaniałego przemówienia, a nie poważną wadą charakteru, ot brakiem pewności siebie, jak zawsze twierdził jego ojciec.

— Opowiedz mi dokładnie, co się stało, Draco — poprosił łagodnie Potter, specjalnie zwróciwszy się doń po imieniu. — Wtedy razem się zastanowimy, co dalej począć.

— Z początku wszystko szło naprawdę dobrze — powiedział, być może dlatego, że brunet użył słowa „razem”. — Tańczyliśmy, trochę się całowaliśmy i było mi przyjemnie. Całkiem szybko się… no wiesz… — Zamilkł i spojrzał wymownie na swoje krocze.

— Podnieciłeś? — zapytał brunet, unosząc brew. — Zrobiłeś się twardy?

— Właśnie — odparł, walcząc z chęcią zaczerwienienia się aż po koniuszki uszu. Zazwyczaj nie rozmawiał o takich sprawach na głos, ale skoro Potter potrafił podchodzić do tematu w sposób rzeczowy, on również mógł. — Oboje byliśmy podnieceni. Czułem, że… To znaczy, bez przeszkód mogłem wyczuć…

— Jego erekcję? — dodał mężczyzna, sprawiając wrażenie rozbawionego przebiegiem tej sesji psychologicznej.

— Przestań i pozwól mi dokończyć.

— Wybacz. Kontynuuj, proszę.

Draco westchnął, ale spełnił prośbę.

— Naprawdę nieźle się dopełnialiśmy, więc pomyślałem, że biorąc wszystko pod uwagę, całkiem dobrze sobie radzę. Niestety, zanim się zorientowałem, Rick wyciągnął mnie z parkietu w kierunku toalety. Na początku byłem nawet podekscytowany. Co mi szkodziło spróbować czegoś nowego. Chciałem nieco zaszaleć. — Ponownie westchnął. — Kiedy jednak znaleźliśmy się w kabinie… sprawy nabrały tempa i stały się… bardzo intensywne. Nie przywykłem do takiego rodzaju całowania. No wiesz, agresywnego i jakby zwierzęcego. To było… Hm, po prostu nie mogłem… Ciężko mi to lepiej wyjaśnić. — Zamknął na moment oczy, wróciwszy wspomnieniami do uczuć, które nim wówczas targały. — Zupełnie nie mogłem się zrelaksować, a tym bardziej pozwolić sobie na czerpanie z tego przyjemności. Hm, byłem strasznie rozkojarzony. — Potrząsnął głową. — Wiem, że całowanie mężczyzn różni się od całowania kobiet, więc może po prostu nieodpowiednio się do tego przygotowałem i nastawiłem; może powinienem był lepiej się dostosować, ale to wszystko działo się zbyt szybko. — Zacisnął na chwilę usta. — Rick rozpiął mi spodnie i zapytał, kto pierwszy. Dopiero wtedy zrozumiałem, że… nie tego pragnąłem. Jakoś automatycznie wróciłem myślami do twoich rad — że nie powinienem pozwalać na coś, czego nie chcę; że mogę najzwyczajniej w świecie odejść; że nie muszę… doprowadzać spraw do końca. Odepchnąłem więc gościa i powiedziałem, żeby poczekał, ale on zrobił naprawdę rozgoryczoną minę i burknął: „Co do cholery?”. To sprawiło, że po prostu… uciekłem z klubu. Czułem się jak kompletny idiota, jak typowa kokietka. Najgorsze, że zrozumiałem, że nie popłynę z prądem. Wiedziałem, że gdybym spróbował, Rick byłby prawdziwie rozczarowany. — Z trudem przełknął ślinę i zwiesił głowę. Zdecydowanie nie chciał widzieć wyrazu litości wypisanej na twarzy Pottera.

W pokoju zapadła cisza trwająca co najmniej minutę. Draco nawet nie drgnął, nie wiedząc, czego się teraz może spodziewać.

— Z tego, co powiedziałeś, najprawdopodobniej po prostu trafiłeś na dupka — podsumował ze spokojem brunet, a Malfoy uniósł z zainteresowaniem głowę. — Rick brzmi mi na faceta, który chciał tylko zaspokoić swoje potrzeby i nie dbał o twoje. Nie jestem zdziwiony, że wyszedłeś z klubu. Na twoim miejscu zrobiłbym dokładnie to samo.

Draco zdał sobie sprawę, że gapił się nań z otwartymi ustami, dlatego też natychmiast je zamknął.

— Mówisz poważnie?

— Oczywiście. — Potter zrobił kilka kroków naprzód. — Skupmy się na jednej rzeczy, a mianowicie sposobie, w jaki opisywałeś tamte pocałunki. Powiedziałeś, że nie byłeś do czegoś takiego przyzwyczajony — podsumował. — Czy mężczyźni naprawdę całują inaczej niż kobiety? Założę się, że Rick używał sporo języka i zębów.

— Tak właśnie było — potwierdził.

— To ma zazwyczaj miejsce, gdy mężczyźni są sobie bliżsi i wiedzą, co kto lubi, a nie przy pierwszym poznaniu. Cóż, wydaje mi się, że Rick był całkowicie pozbawiony finezji i nie miał najmniejszego pojęcia, co cię właściwie kręci — albo go to nie obchodziło. — Potrząsnął głową. — Jedną z rzeczy, których nauczyłem się na początku randkowania, jest to, że przystojny facet niekoniecznie jest dobrym kochankiem. W rzeczywistości często jest odwrotnie, bo ci urodziwi są przyzwyczajeni do tego, że wszystko idzie po ich myśli. Często spotykałem się z podejściem, że robią swoim partnerom przysługę; czują się darem natury, za który ci mniej uroczy powinni dziękować na kolanach. Niestety, niektórzy pozwalają im tkwić w takiej iluzji. Uważam, że powinieneś być dumny, że sprowadziłeś Ricka na ziemię i dałeś mu dosadnego kosza.

Draco zamrugał, próbując za tym nadążyć.

— Czyli… to nie zawsze tak jest — podsumował z wahaniem.

— Nie. — Potter podszedł doń jeszcze bliżej. — Mężczyzn, podobnie jak kobiety, charakteryzuje różnorodność — preferencji, podejścia do tematu seksu, pocałunków i pieszczot. Co więcej, mężczyźni lubią eksperymentować. Wszyscy mamy różne potrzeby i pragnienia, rzeczy, które lubimy i które nie sprawiają nam przyjemności. To wszystko jest zmienne. — Uśmiechnął się Potter. — Szczerze mówiąc, właśnie dlatego tak bardzo lubię seks. Owszem, samo osiągnięcie orgazmu jest wspaniałe, ale cholernie dobre pieprzenie to też… wyzwanie, zagadka, polegająca na odkryciu, czego pragnie twój kochanek i jak sprawić mu najwięcej przyjemności. Niezależnie od tego, czy spotykam się z kimś regularnie, czy też jest to jednonocna przygoda, partnerzy wciąż mnie zaskakują. Choć może wydawać ci się to niemożliwe, nadal uczę się nowych rzeczy. Kiedy rozwiążę zagadkę, jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Myślę, że tak właśnie powinien wyglądać seks — widzę w nim sztukę wzajemnego poznawania się, albo jak wolisz, wspólną grę, w której prześcigamy się o sprawienie partnerowi rozkoszy. Nigdy nie ograniczam się do osiągnięcia orgazmu i niezręcznego pożegnania.

Świat Draco znów się zachwiał, tak samo, jak jego spojrzenie na Harry’ego Pottera. Dotąd widział w nim boga seksu, ponieważ mógł mieć każdego mężczyznę, jakiego tylko zapragnął. Teraz musiał zmienić zdanie. Potter był bogiem seksu, ponieważ dbał o to, aby dawać tyle samo, ile dostawał.

— To oczywiście musi działać w obie strony — kontynuował swobodnie brunet. — Czerpię ogromną przyjemność z zadowalania moich kochanków, ale jeżeli oni nie są zainteresowani odwdzięczaniem się, to są dla mnie wyłącznie stratą czasu. I odwrotnie. Nie lubię sypiać z kimś, kto ma zbyt niską samoocenę i uważa, że nie zasługuje na to, czego pragnie. Takie nastawienie natychmiast mnie odstręcza. Jest po prostu… frustrujące. — Spojrzał Draco w oczy i zacisnął szczękę. — Zasługujesz na to, aby ktoś się postarał poznać, albo dowiedzieć się, co lubisz. Zasługujesz na to, abyś był całowany tak, jak ci się podoba. Jeżeli mężczyzna, którym jesteś zainteresowany, nie chce się odrobinę wysilić, zapomnij o nim.

Blondyn skrzyżował ramiona. Chociaż podobało mu się podejście Pottera do kwestii seksu, był to trudny do pojęcia koncept.

— Czy kiedykolwiek pomyślałeś, że może nie wszyscy są obdarzeni tym super zmysłem? — zapytał. — Ciężko jest od razu rozpoznać, czego pragnie twój partner. No chyba, że stosujesz seksualną legilimencję, czy coś podobnego.

Facet się roześmiał, a w zielonych oczach zabłyszczał radosny ognik.

— Uwierz, że to nie wymaga czytania w myślach — stwierdził z łagodnym uśmiechem. — Kochankowie zazwyczaj wprost mówią mi, co im się podoba. To zawsze jest pomocne, bo od czegoś możemy zacząć. — Pochylił głowę i zniżył głos do hipnotycznego szeptu. — Jeżeli są niepewni lub udają nieśmiałych… nie stosuję żadnej legilimencji. Zamiast na ich umysłach, skupiam się na ciałach. W rzeczywistości zwracam po prostu uwagę na drobne szczegóły takie jak reakcje na dotyk, wydawane przez nich dźwięki, a nawet sposób oddychania. — Uniósł hardo wzrok.

Draco zaparło dech w piersi. Jakimś cudem Potter znalazł się nagle bardzo blisko, ot na wyciągnięcie ręki i patrzył nań przeszywająco, uważnie śledząc każdy jego ruch.

— Gdy już wiem, co lubią, posuwam się o krok dalej. Reakcje, które zauważam, podpowiadają mi, co robić w następnej kolejności — mówią mi, żebym utrzymywał to samo tempo lub przyspieszył, był bardziej agresywny albo delikatny; może żebyśmy się mocniej rozgrzali, zanim przejdziemy do konkretów. Te wszystkie małe reakcje podpowiadają mi, czy mogę pozwolić sobie na więcej, czy mogę być namiętny, a nawet agresywny; mówią mi, czy będzie to szybkie pieprzenie, czy też zmysłowe i powolne. Niektórzy moi kochankowie chcą przejąć kontrolę, zaś inni lubią być całkowicie zdominowani; niektórzy plasują się gdzieś w środku — chcą trochę jednego i drugiego. Jeszcze inni pragną po prostu zostać rzuceni na łóżko i wzięci albo… zostać uwiedzeni — powiedział, przechylił głowę i oblizał sugestywnie usta.

Momentalnie zaschło mu w gardle. Spróbował przełknąć ślinę, ale to zadanie okazało się strasznie trudne.

— Czy też chcesz zostać uwiedziony, Draco?

Prychnął pod nosem, próbując znaleźć w sobie siłę, aby odpowiedzieć na to proste pytanie, ale nie podołał zadaniu. Oczywiście, że nie.

— To przecież nic złego. Masz pełne prawo poczuć się prawdziwie pożądany.

— Naprawdę? — wykrztusił, świadomy tego, że zabrzmiał chrapliwie.

— Tak. Każdy mężczyzna przy zdrowych zmysłach i skłonnościach homoseksualnych powinien uznać za przywilej możliwość uwiedzenia ciebie. — Potter wciąż nie oderwał od niego wzroku. — Gdzieś w środku wiesz, że mam rację — dodał, kiedy Draco potrząsnął w niedowierzaniu głową. Sprawiał teraz wrażenie łagodniejszego i, co niesamowite, jakimś cudem znów znalazł się bliżej. Oddychali niemal tym samym powietrzem. To nie Draco zmniejszył tę odległość, gdyż nie mógł oderwać stóp od podłogi. — Gdybyś trafił na mnie, widziałbym twoje wahanie i wiedziałbym, że jesteś niepewny sposobu, w jaki reagujesz na dotyk drugiego mężczyzny. — Zielone oczy nabrały na intensywności. — Zacząłbym powoli, od delikatnego miejsca, takiego jak wrażliwa szyja. — Uniósł ostrożnie, choć zdecydowanie rękę i musnął opuszkami palców skórę tuż obok tętna, co sprawiło, że Malfoy zadrżał, ale się nie odsunął. Potter przesunął kciukiem wzdłuż jego szczęki, patrząc nań naprawdę intensywnie. — Jeżeli zobaczyłbym, że ci się to podoba, podszedłbym bliżej i dotknął cię ponownie. — Zwiększył nacisk swych palców, tym razem przesunąwszy dłonią po jego gardle.

Draco wciągnął z lekkim świstem powietrze i znów zadrżał. Przebiegające po karku i kręgosłupie dreszcze rozprzestrzeniły się dalej, zalewając go falami centymetr po centymetrze. W pewnym momencie miał wrażenie, że traci równowagę, dlatego też automatycznie położył dłoń na biodrze Pottera, ot, żeby się ustabilizować.

— Fakt, że położyłeś na mnie rękę, oznacza, że wreszcie mogę ci powiedzieć, że wyglądasz naprawdę rozkosznie. Straszliwie pragnę cię posmakować.

Aż westchnął z zaskoczenia, a potem przymknął powieki. Potter chce mnie skosztować. Ta myśl nie powinna być tak podniecająca, ale w istocie była. Właśnie to pragnął usłyszeć.

Wtem mężczyzna pochylił głowę i musnął kołnierzyk jego niebieskiej koszuli. Wziął głęboki wdech, jakby po prostu go wąchał, a potem przesunął nosem w górę, wzdłuż odsłoniętej szyi.

Draco wciągnął powietrze, gdyż ciepły oddech przyjemnie połaskotał mu skórę. Posmakuj, poprosił w myślach. Błagam, posmakuj.

Było to najdelikatniejsze muśnięcie ustami, jakie kiedykolwiek otrzymał, a po nim nastąpiło lekkie dotknięcie językiem, ale i tak musiał powstrzymać jęk, który pragnął się z niego wydobyć. Miękkie usta przylgnęły doń mocniej, a następnie przesunęły się w kierunku szczęki; wtedy też subtelnie zassały mu skórę.

Mimowolnie wzmocnił uścisk na biodrze Pottera.

— Smakujesz wyśmienicie, Draco — wyszeptał mu do ucha mężczyzna. — Chcę odnaleźć — tu zaczął go podskubywać — i całować… i ssać… — Sprawił, że to słowo zabrzmiało naprawdę obscenicznie i sycząco. — …wszystkie miejsca, które sprawiają, że się dla mnie rozpłyniesz.

Potter lekko go ugryzł, tuż pod płatkiem ucha, a Draco jęknął, jakby co najmniej złapał go za fiuta i ścisnął. To uczucie było słodkie, ostre i jednocześnie cholernie satysfakcjonujące. Zareagował automatycznie i przywarł do czarodzieja, zadowolony z jego twardych mięśni, smukłej sylwetki, ciepłoty ciała i oczywistego wybrzuszenia w spodniach. Z trudem przełknął ślinę, a potem westchnął pod nosem.

To sprawiło, że Potter zrobił się śmielszy i zaczął sunąć ustami w kierunku jego brody, aż zatrzymał się przy kąciku ust. Ewidentnie miał ochotę na odrobinę drażnienia, bo pominął newralgiczną część twarzy, przenosząc się na drugą jej stronę i ponownie skupiając się na szyi, ot nowym, nieodkrytym dotąd terytorium.

Draco poddał się żądzy, napędzany uczuciem zaniedbania, które nie powinno mieć miejsca. Obecne pieszczoty okazały się niewystarczające.

— Potter — sapnął.

— Harry — poprawił go mężczyzna, jakby pozbawiony tchu, co zapewne było prawdą. — Mów mi po imieniu.

— Harry — powiedział, nieświadomy faktu, że nawet ta dziwaczna, zakazana natura imienia dawnego rywala sprawi, że jeszcze bardziej się podnieci. — Pocałuj mnie.

Potter odsunął się, aby nań spojrzeć, a Draco po raz pierwszy w pełni dostrzegł, jak to uwodzenie na niego podziałało — miał rozszerzone źrenice, zdecydowanie zbyt ciasne spodnie i uroczo zaczerwienione usta. To dodatkowo go pobudziło, wypierając z głowy ostatnie wątpliwości.

— Pocałuj mnie — powtórzył z naciskiem.

Mężczyzna się uśmiechnął, a potem położył mu dłoń na policzku. Chwilę później przesunął opuszkiem po dolnej wardze.

— Wreszcie — wyszeptał, zupełnie jakby czekał na to przez całe życie. Przychyliwszy się do prośby, zmniejszył dzielący ich dystans.

Draco czuł, że się rozpływa. To było… idealne, bez dwóch zdań. Ten pocałunek w niczym nie przypominał rickowego, był pozbawiony zębów i natarczywości. Potter całował go delikatnie, z wprawą i z gracją. W pewnym momencie przygryzł mu dolną wargę, przez co sapnął. Nacisk był doskonale zrównoważony, a uczucie niebiańskie. Kiedy poczuł się gotowy, wykazał trochę inicjatywy i wysunął koniuszek języka, aby trącić ten drugi. Brunet zareagował entuzjastycznie i po chwili razem delektowali się chwilą, nie zważając na upływ czasu.

Właśnie tak, pomyślał i wplótł dłoń we włosy mężczyzny. Właśnie tego pragnąłem od samego początku. Niewyobrażalne, ale po prostu nie wiedział, czego chciał. Teraz był w siódmym niebie i zdecydowanie wolał kontynuować.

Niestety, Potter się odsunął z cichym westchnieniem. Przez kilka sekund cicho dyszał, podczas gdy Draco gapił się na niego i zastanawiał, co się zaraz stanie, z mózgiem zamglonym pożądaniem i niedowierzaniem.

— Tak powinieneś być całowany — podsumował ochrypłym tonem nauczyciel. — Mam nadzieję, że zrozumiałeś. Tak powinieneś być traktowany przez każdego, z kim miałeś przyjemność.

Malfoy zamrugał, a potem powoli skinął głową.

— Nie pozwól nikomu — ani swojej byłej żonie, ani temu gadowi Rickowi, ani mężczyznom, z którym będziesz się spotykał — dyktować ci innych warunków. Jeżeli nie dostrzegą szczęścia, jakie ich kopnęło, niech idą w diabły, dobrze?

Draco był zaskoczony siłą słów Pottera, zwłaszcza że wciąż próbował pozbierać myśli i zaakceptować to, co się przed momentem wydarzyło.

— W porządku — stwierdził ochrypłym głosem.

— Dobrze. — Facet złagodniał, a następnie uniósł rękę i dotknął jego opuchniętych od pocałunków warg. — Nigdy o tym nie zapominaj — dodał i znów się odsunął. Bez słowa przeszedł przez salon i opuścił profesorskie komnaty.

Draco nadal stał w bawialni, z drżącymi nogami, gładząc własne usta, na których wciąż czuł dotyk palców.

Och, tej lekcji zdecydowanie nie wymaże z pamięci.

*

Pocałowałem Harry’ego Pottera.

Zagubiony w myślach, zapatrzył się w sufit swojej sypialni. Obserwował, jak światło świtu powoli wdziera się przez okno.

Całowałem się z Harrym Potterem, jakby od tego zależało moje życie.

Cóż, technicznie rzecz biorąc, to Potter zainicjował pocałunek, ale Draco pamiętał, choć wolałby utracić to wspomnienie, że praktycznie go o to poprosił. Jakby nie patrzeć, zareagował dość entuzjastycznie, a facet z kolei lubił sprawiać, aby mężczyźni go błagali.

Znów przesunął palcami po ustach, świadomy faktu, że robił to przez całą noc. Wydawały mu się pełniejsze niż wcześniej, bardziej wrażliwe, mimo że były pieszczone kilka godzin temu.

Powinienem czuć się upokorzony. Potter doskonale wiedział, co robi. Naszedł go w prywatnych komnatach późną wieczorową porą i wprost mu powiedział, że zamierza go uwieść. Gdy przystąpił go działania, dostał wolną rękę. Draco drżał z przyjemności niczym najprawdziwsza dziewica; dyszał i jęczał nieskładnie, ocierał się o dawnego rywala z niepohamowaną żądzą. Powinienem się czuć bezgranicznie upokorzony.

Zamiast tego, był… trochę podniecony.

Jak się okazało, Harry Potter naprawdę był geniuszem. Jakim cudem dobrze wiedział, co należało zrobić, aby wymazać z jego umysłu poczucie winy i uczucie palącego od środka wstydu z powodu nieudanego spotkania z Rickiem (gadem, przypomniał sobie z uśmiechem), zastąpiwszy go fizycznym zadowoleniem?

Jestem pewien, że właśnie to chciał osiągnąć. Chciał, aby znów poczuł się pożądany, seksowny i wart pościgu. Co więcej, Potter nawet nie próbował ukrywać swego zainteresowania, ani podniecenia; ani razu się nie zaśmiał z powodu cichych westchnień i jęków, które Draco z siebie wydobywał. Prawdę powiedziawszy, wydawało się, że im wzajemnie na siebie reagowali.

Uwodzenie i pocałunki nie miały na celu zdobycia nad nim przewagi — miały go wzmocnić. Facet chciał mu wszem wobec pokazać, że to on jest u władzy.

Sam pomysł uznał za radykalny, bo był… rewolucyjny. W przeszłości nie zachęcano go do takiego poglądu na seks, ale musiał przyznać, że mu odpowiadał.

Nawet bardzo.

*

Gdy zszedł na śniadanie do Wielkiej Sali, Potter już siedział przy stole nauczycielskim, obok Vector i naprzeciwko Franceski. Draco nie wiedział, co zrobić. Nie wypadało mu unikać gościa po wczorajszym wieczorze. To po prostu nie wydawało się właściwym rozwiązaniem, ale z drugiej strony był daleki od gotowości do oczywistego szukania kontaktu. Wciąż się zastanawiał, jak najlepiej rozegrać sprawy po tych słodkich pocałunkach.

Franceska podjęła decyzję za niego. Gdy tylko zauważyła, że się pojawił, gestem dłoni zaprosiła go do stołu. Pomachał jej i ostatecznie się przysiadł obok.

— Witaj, Draco — powiedziała uprzejmie.

— Dzień dobry — odparł równie grzecznie, zauważając, że Potter oderwał wzrok od Vector. Gdy ich spojrzenia się spotkały, poczuł motylki w brzuchu, podczas gdy brunet, najprawdopodobniej nieświadomie, oblizał usta, jakby przypomniał sobie nocne pocałunki, po czym przygryzł dolną wargę i zmusił się, żeby wysłuchać tego, co miała do powiedzenia jego rozmówczyni. Draco w międzyczasie zajął miejsce i upomniał się, że powinien oddychać, jeżeli chce przetrwać to śniadanie.

— Jak minęła ci noc? — zapytała Bianchi, podając mu półmisek z wędlinami.

— Bardzo przyjemnie — odpowiedział, przełykając ślinę.

— Co porabiałeś?

— Wybyłem na drinka z przyjacielem z Londynu. — Nasmarował chleb masłem i zaczął tworzyć losowe kanapki. Nawet nie zwracał uwagi na połączenie smaków. — Chciałem na chwilę oderwać się od szkolnej rzeczywistości.

— Brzmi cudownie.

— Miałaś równie ciekawy wieczór?

— Strasznie się wynudziłam w ten weekend. Najzwyczajniej w świecie siedziałam w moich komnatach i sprawdzałam zadania domowe.

— Czasem wszyscy musimy pocierpieć, prawda?

— Owszem, dobrze, że tylko czasami. — Skinęła głową. — Aczkolwiek muszę przyznać, że ucieszyłaby mnie wycieczka do Londynu. Jeżeli kiedykolwiek będziesz miał ochotę na mały wypad, chętnie do ciebie dołączę.

— Jasne, zapamiętam.

— Albo gdziekolwiek indziej.

Aby powstrzymać westchnienie, Draco upił łyka ciepłej herbaty. Franceska była dość oczywista, mimo że dorastała w Slytherinie. Musiała go uważać za przygłupa, skoro nie dał jej znaku, że zrozumiał podprogowy przekaz.

Czy naprawdę rozniecił jej nadzieje, wysyłając jakieś sygnały, że jest zainteresowany? Nie przypominał sobie takiego momentu. Z drugiej strony, granica pomiędzy przyjaźnią a flirtem czasem się zaciera. Całkiem prawdopodobne, że Bianchi wyciągała z ich rozmów to, co chciała wyciągnąć, a nie to, co zostało naprawdę powiedziane. Szczerze mówiąc, choć niezaprzeczalnie była atrakcyjną kobietą i darzył ją sympatią, nie był w stanie wykrzesać z siebie ani cienia poważniejszego doń uczucia.

Jeżeli zaś chodziło o Harry’ego Pottera…

Ich interakcje od samego początku cechowała dynamiczność. Wystarczyło kilka pomniejszych gestów, spojrzeń i uśmieszków, żeby przez wiele godzin nie mógł dojść ze sobą do ładu i składu. Te subtelna dotknięcia, przypadkowe lub świadome, gdy przygotowywali się do wyjścia do klubu, były po prostu elektryzujące; obudziły w nim pragnienia, które, jak sądził, nigdy nie powrócą po zdradzie żony.

A potem się pocałowali.

Nawet myślenie o tym wydawało się absurdalne, ale… prawda była taka, że nigdy wcześniej nie był tak całowany, ani nie czuł się tak dobrze — nawet z dziewczynami w szkole, ani z kobietą, którą darzył uczuciem, zanim rodzice zaaranżowali jego małżeństwo.

Nawet z Astorią.

Poddał się wówczas pragnieniu, czystemu i prostemu, nieskrępowanemu, nieograniczonemu skłonnościom do nadmiernej analizy; po raz pierwszy od dawna najzwyczajniej w świecie wyluzował i skupił się na pieszczocie, zamiast rozkładać wszystko na czynniki pierwsze.

Może jestem bardziej zainteresowany mężczyznami, niż myślałem, podsumował, a potem zadał Francesce o jednego z uczniów, podtrzymując pozory rozmowy. W rzeczywistości obserwował siedzącego po drugiej stronie stołu Pottera.

Strasznie rozpraszały go te usta. Chociaż kiwał głową i mruczał coś pod nosem w kierunku Bianchi, poświęcał jej jedynie ćwierć swojej uwagi. Kątem oka patrzył, jak Potter bierze kęs kiełbaski, a potem oblizuje wargi i wyciera palcem kroplę tłuszczu z kącika ust; następnie possał opuszek, co sprawiło, że Draco zaczął się podniecać.

Słodki Merlinie!

— Draco?

— Hm? — Spojrzał z powrotem na Franceskę.

— Czy miałeś problem z panną Jacoby? Też zauważyłeś, że ostatnio pogorszyła się w nauce?

— Szczerze mówiąc, jak dotąd nie zaprezentowała mi jakichś wybitnych wyników — odpowiedział, poświęciwszy zaledwie sekundę na zwizualizowanie sobie twarzy uczennicy. — Jednak masz rację. W ostatnim tygodniu było jeszcze gorzej. Z tego, co się dowiedziałem, boryka się z problemem miłosnym.

— Ach, to wszystko tłumaczy. — Bianchi wzruszyła beztrosko ramionami. — Nastolatki są bezużyteczne, kiedy chłopak, który im się podoba, nie daje z siebie sto procent w związku.

— Jestem przekonany, że w takiej sytuacji chłopcy są równie beznadziejni — odparł. — Jeśli nie gorsi.

— Tak myślisz?

— Wiem to. — Uśmiechnął się pobłażliwie. — Z doświadczenia — dodał, a Franceska odwzajemniła gest, włożywszy weń całą swą siłę.

Zdusił w sobie ukłucie żalu.

Mylisz się, kochaniutka, zapragnął jej powiedzieć. Nic z tego, jeszcze przez długi czas. Nie stracił nadziei, że kiedyś znów zainteresuje się kobietami.

Fakt, że wciąż odczuwał pożądanie, był obiecujący, niemniej jednak dzięki Harry’emu Potterowi, innemu mężczyźnie, mógł je zaspokoić. Aby to zrobić, musiał udać się do źródła.

*

Najpierw umawiał się z Pansy Parkinson, nie z powodu jakiejś szalonej obsesji, ale dlatego, że znali się od zawsze i nie mieli przed sobą żadnych tajemnic.

Nie czuł presji, żeby wszystko było idealnie i było to rzeczą, jakiej w tamtym czasie potrzebował. Pansy od dziesiątego roku życia była zaręczona z Teodorem Nottem, a Draco od trzeciej klasy z Daphne Greengrass. Technicznie rzecz biorąc, jedynym warunkiem tych kontraktów była przedmałżeńska czystość, tak więc spragnieni wrażeń, dorastający nastolatkowie po cichu ze sobą „ćwiczyli”, aby zdobyć doświadczenie przed stanięciem na ślubnym kobiercu.

Draco nie zamierzał powiedzieć „tak” z zerową wiedzą na temat seksu. Jako że Pansy miała podobne odczucia, szybko się zgrali. Chociaż jedyne, do czego się posunęli, kiedy się wciąż uczyli w Hogwarcie, to seks oralny, to było w porządku, ponieważ mieli wówczas zaledwie piętnaście lat. Gdyby nie rosnący w siłę Czarny Pan i wojna, w ostatnich latach nauki mogliby posunąć się troszkę dalej. Ze względu na wszystko, co się wtedy wydarzyło, dopiero gdy Pansy przyjechała z wizytą podczas powojennego aresztu domowego Malfoyów, przypieczętowali swoją umowę. Było to przyjemne, ale przede wszystkim pouczające doświadczenie, i po kilku szybkich rundkach zgodnie uznali, że są usatysfakcjonowani ze zbytej wiedzy.

Zgodnie z życzeniem rodziców Pansy wyszła za mąż za Teodora, zaś on przygotowywał się do małżeństwa z Daphne Greengrass. Stało się jednak coś nieoczekiwanego. Daphne zdecydowała się podążać własną ścieżką i uciekła z domu z czarodziejem półkrwi francuskiego pochodzenia o imieniu Luc, przez co Draco został na lodzie. Zerwanie umowy spowodowało, że przez kilka lat mógł na swobodnie szukać sobie żony, podczas gdy Malfoyowie negocjowali z Greengrassami rekompensatę za wyrządzone szkody. Po pewnym czasie zaczął rozważać kandydaturę o rok młodszej krukonki, z która mijał się na szkolnych korytarzach, o imieniu Emerence. Wywodziła się z rodu Selwynów i choć Tiara Przydziału nie wysłała dziewczyny do Slytherinu, jej rodzina należała do Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki, a więc Lucjusz i Narcyza nie mieli żadnego powodu, aby wyrazić swój sprzeciw.

Nie po raz pierwszy się zastanawiał, jak potoczyłoby się jego życie, gdyby poślubił Emerence Selwyn. Niestety, nie zdążył podjąć odpowiednich kroków, aby wcielić ten plan w życie, ponieważ Greengrassowie postawili wszystko na jedną kartę i zaproponowali Malfoyom swoją młodszą córkę. Zanim się zorientował, Draco znalazł się pod ogromną presją rodziców. Astoria była ślizgonką o wyglądzie, który gwarantowałby spadkobiercę o jasnych włosach, a co ważniejsze, to małżeństwo pomogłoby obu rodom zachować twarz po żenującej niedyskrecji Daphne. Nie widząc lepszego rozwiązania problemu, przystał na propozycję rodziców.

Właśnie w ten sposób popełnił największy błąd w swoim życiu.

Choć mocno przeżył rozstanie, nie zamierzał się nad nim rozwodzić w nieskończoność, bowiem miał przed sobą całe życie i przyszłość, którą mógł zbudować z kimś innym. W międzyczasie mógł podreperować swe zdrowie psychiczne, zabawiając się z mężczyznami.

A dokładniej — z Harrym Potterem.

Zainspirował się wspomnieniami o Pansy i relacji, którą nawiązali za obopólną zgodą. Och, był strasznie naiwny, myśląc, że może tak po prostu wyskoczyć na miasto i przelecieć przypadkowego faceta. Zdecydowanie nie był do tego stworzony, o czym przekonał się raczej boleśnie. Teraz zrozumiał, że potrzebował od Pottera czegoś innego niż to, o co poprosił.

Układ, który miał zamiar zaproponować, stanowił dlań idealne rozwiązanie problemu. I pozwalał mu na dalsze całowanie tych wybornych ust.

Zdeterminowany, następnego dnia postanowił dobić targu. Tym razem musiał poczekać chwilę pod salą obrony, bo profesor rozmawiał z jakimś uczniem, ale gdy tylko ten wyszedł, Draco wślizgnął się do środka, zamknął za sobą drzwi i zabezpieczył je zaklęciem.

Usłyszawszy charakterystyczne kliknięcie zamka, Potter uniósł głowę, wciąż siedząc za biurkiem i po prostu nań popatrzył. Przez chwilę tkwili w całkowitym bezruchu, a potem Draco przełamał pierwsze lody i zrobił kilka kroków naprzód. Nauczyciel obserwował go z nieufnością, z lekko rozchylonymi ustami i napiętymi mięśniami, jakby był gotowy do bitki lub ucieczki.

Nie wie, dlaczego przyszedłem, zdał sobie sprawę. Cóż, to oczywiste, że był nieświadomy powodu tych odwiedzin. Nie miał przecież najmniejszego pojęcia, jakie wnioski Draco wysnuł w przeciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin. Całkiem prawdopodobne, że z góry założył, że naszedł go po lekcjach, bo przemyślał sprawę i miał teraz doń pretensje; to tłumaczyłoby jego obronną postawę. Możliwe, że Potter sądził, że zaraz oberwie klątwą.

Najwyższy czas skorygować te błędne przekonania. Powinienem zrobić coś, żeby dać mu do zrozumienia, że tkwi w okropnym błędzie.

Z drugiej strony, musiał przyznać, że podobała mu się ta napięta atmosfera panująca w sali do obrony, gęste oczekiwanie wiszące w powietrzu, więc specjalnie zwolnił tempa, żeby się jeszcze nim porozkoszować. Usatysfakcjonowany, wolnym krokiem podszedł do biurka i zatrzymał się przed krzesłem, z którego Potter nawet się nie ruszył. Z nieczytelną miną położył mu dłonie na blacie i znacząco się pochylił, znalazłszy się zaledwie kilka centymetrów od jego twarzy. Wtedy też pozwolił sobie chłonąć każdy zobaczony szczegół, zastanawiając się, jak prawidłowo rozegrać swe karty.

Wydawało mu się, że dostrzegł zmianę w zielonych oczach, ot błysk zrozumienia. Mężczyzna zaczynał zdawać sobie sprawę, że raczej nie zostanie przeklęty.

Pozostała więc opcja pocałunku. Draco nie miał nic przeciwko i liczył, że Potter też nie. Cóż, musiał się po prostu przekonać.

Uniósł rękę i przesunął palcem po nauczycielskim krawacie. Poluzował węzeł i pociągnął go za kołnierzyk, aby wyszarpnąć odrobinę koszuli zza szaty, ot dla lepszej możliwości uścisku.

Pociągnięty do góry, Potter wstał z krzesła z zaskakującą gracją jak na kogoś, kto właśnie został szarpnięty za fraki. Draco pozwolił mu przez chwilę się pozbierać, a potem ponownie go pociągnął, tym razem wpijając się w te zapraszające różowe usta.

Od razu się zaangażował i odetchnął z ulgą, dopiero kiedy Potter objął go w talii, pokazując wszem wobec, że również go pragnie; wtedy pogłębił pocałunek. Mężczyzna jęknął, a Draco natychmiast to wykorzystał, wsuwając język do środka. Został za to nagrodzony mocniejszym uściskiem.

Ten pocałunek był zgoła inny niż ten pierwszy — z pewnością bardziej agresywny i desperacki, ale równie wymagający i przyjemny.

Miałem rację, pomyślał z niemałą satysfakcją, ssąc dolną wargę partnera. To nie był przypadek, a tym bardziej dziwaczny zbieg okoliczności, który doprowadził do jednej wspaniałej, ulotnej chwili. Było w nim coś głęboko zakorzenionego i niezaprzeczalnego; coś, co wykraczało poza granicę pojedynczego wieczoru i jeden rozkoszny pocałunek.

To kiedyś tłumaczył mu Potter — naturalną chemię. Całkiem możliwe, że istniała od czasów szkolnych, gromadząca się i niemogąca znaleźć ujścia, głównie przez przeszkody losu.

Draco wiedział, czego pragnie. Teraz musiał się tylko dowiedzieć, czy Potter przyklaśnie temu pomysłowi.

Spokojnie się odsunął.

— Czy dobrze to zrozumiałem? — zapytał, łapiąc oddech.

Brunet powoli otworzył oczy, a Draco nie mógł powstrzymać uśmiechu na widok zamglonych zielonych oczu.

— Co…?

— Nie będę udawał, że jestem mistrzem seksualnej legilimencji — wytłumaczył i uśmiechnął się jeszcze szerzej, gdyż mężczyzna uroczo oblizał spuchnięte i zaczerwienione usta. — Czy zgadłem, że lubisz być całowany?

Potter się roześmiał, a potem ponownie złapał go za biodra i przyciągnął bliżej.

— Piętnaście punktów dla Slytherinu — podsumował, a potem uniósł głowę z oczywistymi intencjami.

— Zaczekaj — poprosił, kładąc mu dłonie na klatce piersiowej.

— Na co właściwie?

— Mam pewną… propozycję.

— Czy wiąże się ona wyłącznie z całowaniem do przyszłego tygodnia, a potem może robieniem innych rzeczy? — Potter uniósł wyzywająco brew. — Jeżeli tak, to się zgadzam.

— Mniej więcej — odparł i nerwowo przygryzł wargę. — A dokładniej dotyczy wszystkiego, czego uznasz za stosowne mnie nauczyć.

Mężczyzna otworzył szeroko oczy, ewidentnie zaintrygowany.

— Kontynuuj.

— Cóż, zrozumiałem, co mnie powstrzymywało. — Wziął głęboki, uspokajający oddech. — Nie lubię ryzykować i próbować czegoś, w czym nie jestem dobry. Będę się czuł lepiej i swobodniej, jeżeli doświadczę nowości w bezpiecznym środowisku, gdzie wiem, że nie zostanę oceniony. Seks nie stanowi dla mnie wyjątku. Nauczyłem się, jak zadowolić kobietę z przyjaciółką, której ufałem, jeszcze w Hogwarcie. Upewniłem się, że moja partnerka jest cierpliwa i wspierająca. Chcę podobnego poziomu zaufania z drugim czarodziejem — wytłumaczył, ostrożnie dobierając słowa. — Nie wiem, jak to jest spotykać się z mężczyznami. Nie wiem, co robić, aby sprawiać im przyjemność; nie wiem nawet, czy mi będzie dobrze, ale chciałbym się przekonać. — Ponownie wziął oddech. — Właśnie dlatego przyszedłem do ciebie z pewną propozycją. Chcę, żebyś był moim mentorem. To jasne niczym słońce, że dobrze nam razem. Myślę, że to będzie genialna zabawa.

— Tak bardzo mi ufasz? — Potter wyglądał, jakby był na wpół wzruszony, na wpół niedowierzający.

— Owszem, chociaż nie wiem dlaczego, zwłaszcza po naszej wspólnej przeszłości. — Potrząsnął głową. — Jest w tobie coś wyjątkowego, prawda?

— Nie rozumiem, co masz dokładnie na myśli, ale zapewniam, że możesz mi zaufać.

— Wiem.

Potter spojrzał nań uważnie. Lekko poluzował swój uścisk, ale wciąż trzymał go za biodra. Sprawiał wrażenie zamyślonego.

— Czyli proponujesz mi w zasadzie związek.

— Otwarty związek — doprecyzował. — Nie zamierzam narzucać ci wyłączności. Jestem naprawdę daleki od tego, aby pozbawiać cię grona wielbicieli — dodał, a facet parsknął z udawanym gniewem. Draco musiał powstrzymać uśmiech. — Oczywiście, nie będziemy się publicznie z tym afiszować. Układ obejmuje tylko nas i nikogo innego. Nie wstydzę się ciebie, ale upublicznienie naszego związku skomplikowałoby mi życie na wiele różnych sposobów, a dodatkowo nie mam stu procentowej pewności, czy bycie z mężczyznami spodoba mi się na tyle, abym się bardziej wkręcił — wytłumaczył na spokojnie. — Chciałbym utrzymać nas w tajemnicy, co oznacza brak randek w eleganckich miejscach, czy też pikników w publicznym parku. Nic z tych rzeczy.

— Czyli interesuje cię tylko seks — podsumował profesorskim tonem Potter.

— Można tak powiedzieć, bez żadnych zobowiązań.

— Ufasz, że nauczę cię wszystkiego, co wiem o gejowskim seksie.

— Będę wdzięczny, jeżeli pomożesz mi się oswoić z ideą i zbudować pewność siebie. Chciałbym też spojrzeć na seks z twojej perspektywy. Nie zależy mi wyłącznie na umiejętnościach w łóżku.

— Co, kiedy wyczerpiemy sylabus?

— Wtedy się rozejdziemy, bez urazy i przykrości. Oboje pójdziemy w swoje strony i, jeżeli będziesz miał takie życzenie, zamkniemy ten rozdział i nigdy do niego nie wrócimy.

Potter cofnął się o krok i utworzył pomiędzy nimi dystans, jakby chciał fizycznie spojrzeć na sprawę z szerszej perspektywy. Usiadł na krawędzi biurka i skrzyżował ręce na piersi.

— Tajemnica. Niewyłączność. Otwarty związek — wyliczył. — Mniej więcej opisałeś seksualną relację nauczyciel–uczeń.

— Możesz uważać się za mistrza. O ile cię to kręci, mogę się wcielić w rolę studenta.

To określenie miało rozśmieszyć Pottera, ale ten nie wybuchnął śmiechem, tylko przygryzł wnętrze policzka, ewidentnie zamyślony.

— Muszę to przemyśleć — stwierdził.

— Musisz to przemyśleć? — powtórzył, czując rozprzestrzeniające się po ciele zimno. Miał wrażenie, że tonie.

— Tak.

— Ja… — Draco przełknął ślinę, tłumiąc rozczarowanie, które nim zawładnęło. — Myślałem, że chcesz się ze mną przespać.

— Oczywiście, że chcę. — Uśmiechnął się Potter. — Nie masz powodu, żeby wątpić w swoją atrakcyjność, ale nie jestem przyzwyczajony do podobnych umów. Zazwyczaj spotykam się z kochankami na prostszych zasadach, a ty postawiłeś bardzo konkretne warunki — wytłumaczył łagodnie. — Muszę to przemyśleć i zastanowić się, czy chcę dorzucić coś od siebie.

— Rozumiem.

— Przez pierwsze osiemnaście lat życia marginalizowałem własne potrzeby, ale teraz dojrzałem i wiem, czego oczekiwać. Lubię dawać innym to, czego pragną, ale to, co mi się marzy, jest równie ważne. Powiedziałeś, czego oczekujesz, więc teraz pozwól mi zastanowić się nad własnymi potrzebami. Obiecuję, że przemyślę sprawę i zobaczę, czy da się coś zorganizować.

Wymienione powyżej argumenty brzmiały naprawdę rozsądnie, iście ślizgońsko, co sprawiło, że Draco zapatrzył się na Pottera w szoku. Potem zrobił krok naprzód, na tyle blisko, że znów mogli się dotknąć, chociaż żaden z nich nie wykazał inicjatywy.

— Nie wiedziałem, że jesteś tak skomplikowaną osobą — pochwalił go. — Szkoda, że zrozumiałem to trochę późno. — Omiótł wzrokiem twarz mężczyzny i prawie się uśmiechnął, zarejestrowawszy lekkie drgnięcie brwi, świadczące o zaskoczeniu. — W porządku, na spokojnie przemyśl tę propozycję — powiedział. — Znajdź mnie, kiedy podejmiesz decyzję. Wtedy postanowimy, co dalej. — Nie wytrzymał i wygiął wargi. Był szczerze rozbawiony. — Mam jednak nadzieję, że nie będziesz przetrzymywał mnie w niewiedzy w nieskończoność. Aż rwę się do nauki.

Z satysfakcją odnotował, że facet tłumi śmiech. Na razie tyle mu wystarczy.

Odwrócił się ze świadomością, że wzbudził pierwsze zainteresowanie i jeszcze bardziej rozniecił ogień pożądania. Teraz musiał się tylko uzbroić w cierpliwość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz