Usłyszawszy pukanie do drzwi, Harry podniósł się z łóżka, przeklinając pod nosem. Spędził kilka godzin w swoim pokoju, próbując wszystko przemyśleć, uporać się ze wspomnieniami tortur, prawie gwałtu i morderstw, których dopuścił się Draco, oraz zrozumieć, dlaczego pragnął je usprawiedliwić.
No dobrze, w porządku — doskonale wiedział, czemu dążył do racjonalizacji tych zbrodni. Nie kierowały nim szlachetne pobudki, a własna wygodna psychiczna i chęć uspokojenia wyrzutów sumienia.
— Co? — krzyknął buńczucznie. Naprawdę liczył, że przyjaciele zrozumieją, że potrzebował chwili samotności.
W drzwiach pojawiła się głowa Hermiony. Dziewczyna była tak blada, że aż się skrzywił i w momencie pożałował, że podniósł głos. Nie chciał ranić swoich przyjaciół, ale najzwyczajniej w świecie sobie nie radził.
— Wybacz, Harry.
— Nie, to ja przepraszam. To musi być coś ważnego, że zapukałaś. — Uśmiechnął się słabo. — O co chodzi?
— Malfoy wpadł w odwiedziny — odpowiedziała z dużymi, szeroko otwartymi oczami.
Jęknął, ponieważ niczym na złość, wszystko się znów skomplikowało.
Draco czekał przed drzwiami z lekkim uśmiechem na twarzy. W normalnych okolicznościach przymus oczekiwania odebrałby jako potwarz, ale o tym upokorzeniu wiedziały zaledwie osoby znajdujące się w domu, ponieważ okolica była zabezpieczona przed ciekawskim wzrokiem przechodniów.
Szczerze mówiąc, miał ważniejsze sprawy na głowie, aniżeli potępiające spojrzenie Weasleya i Granger — jak na przykład ciśnięcie mroczną klątwą w tego pierwszego.
Gdy tak stał na zewnątrz, doszedł do wniosku, że może Harry chciał się przed nim ukryć, ale zdusił tę ideę w zarodku, bo nie pasowała do schematycznego zachowania mężczyzny i jego mechanizmów obronnych. Jeżeli jednak postanowił działać nieszablonowo, to znaczyło, że nie był gotowy stawić czoła rzeczywistości, co również wydawało się dość idiotyczne.
Parsknął pod nosem i zastanowił się, ile pociągnie, opierając się na tej lekkomyślnej pewności siebie. Wyzwanie rzucone ojcu prosto w twarz i dramatyczne wyjście z jadalni wprawiły go w wyśmienity nastrój, czego właściwie się nawet nie spodziewał, ale wiedział, że to bardzo szybko się zmieni, kiedy usłyszy odmowną odpowiedź.
Kiedy to Weasley otworzył mu drzwi, został przytłoczony emocjami.
Gdy oczami wyobraźni zobaczył go stojącego w warsztacie z ręką na ramieniu Harry’ego, dziwacznie zadowolonego z obrotu sytuacji, patrzącego wprost na niego, nie wytrzymał i dał się ponieść. Ten obraz wydawał się bardzo rzeczywisty i przesłonił mu nawet zdrowy rozsądek.
Zawładnęła nim zazdrość, poruszając jego kończynami niczym lalkarz marionetką. Draco popchnął Weasleya i przycisnął go plecami do ściany, warcząc coś niezrozumiałego pod nosem. Chwilę później wbił mu różdżkę w odsłonięte gardło.
— Dotknąłeś go? — syknął poprzez zaciśnięte ze złości zęby.
— Orientuj się w sytuacji, Malfoy. — Mężczyzna zmrużył oczy. — Spójrz w dół — dodał, podczas gdy blondyn poczuł nacisk czubka różdżki pomiędzy żebrami.
Wiedział, że powinien się zawahać lub wycofać, zwłaszcza że Weasley zachowywał się bardzo powściągliwie jak na aurora żywiącego głęboką urazę w stosunku do Malfoyów, ale po prostu nie potrafił. Kiedy próbował wziąć uspokajający oddech, zazdrość zacisnęła mu łapsko na sercu. Z diamentową jasnością, jaką dawała mu Nova Cupiditas, podsycała niczym nieuzasadnione podejrzenie, które zżerało go od środka — że Weasley wziął Harry’ego do łóżka, gdy tylko Draco zniknął z pola widzenia.
— Muszę wiedzieć, czy go dotknąłeś — powtórzył, chcąc doprecyzować pytanie. Chociaż w głowie przewijały mu się najróżniejsze obrazy zdrady, brzmiał na zaskakująco opanowanego. Szczerze mówiąc, byłby spokojniejszy, gdyby mógł odsunąć rękę i opuścić różdżkę.
— To pierwsze i ostatnie ostrzeżenie, następnego nie będzie. — Weasley trzymał swój temperament na wodzy, co działało na jego korzyść. Jakby nie patrzeć, został przeszkolony pod względem radzenia sobie z niebezpiecznymi mrocznymi czarodziejami. Gdyby mógł, Draco zacisnąłby usta w cienką linię. Nie obchodziło go, czy kieruje się własnymi urojeniami, czy też poklątwowymi. — Schowaj różdżkę i się poddaj. Bóg jeden wie, dlaczego jesteś tak ważny dla Harry’ego, ale dam ci szansę, mimo że mnie zaatakowałeś. Cofnij się, a może zapomnimy o tej napaści. Dobrze ci radzę, kolego.
Wciąż kierował nim gniew, dlatego też całkowicie zignorował wszystko, co powiedział Weasley. Nie zwrócił nawet uwagi na kobiece kroki zwiastujące przybycie kolejnego gryfona. Granger stanęła w progu z dłonią na ustach, a potem odwróciła się na pięcie i ruszyła korytarzem w przeciwną stronę. To był najmniejszy z jego problemów. Szczerze wątpił, żeby próbowała wydostać się na ulicę, skoro jej mąż, kochanek, czy po prostu przydupas, był w niebezpieczeństwie, a dopóki pozostawała w domu, mógł ją namierzyć i przepytać.
No właśnie, Harry. Żądza sprawiła, że zadrżał, jakby przeszyły go tysiące cieniutkich igieł z lodowatymi końcówkami. Westchnął. Nie, najpierw musi się rozprawić z rywalami, więc potrzebuje absolutnego skupienia.
— Nie mogę — wyszeptał. — Wiesz, że nie mogę, jeżeli chodzi o Harry’ego.
Weasley zrobił bardziej zaintrygowaną, aniżeli przestraszoną minę.
— Byłem przekonany, że zostałeś przynajmniej częściowo wyleczony. I że Nova Cupiditas była odpowiedzialna za to karygodne, mroczne i obsesyjne zachowanie — burknął pod nosem. — Co, jeśli klątwa znalazła sposób na wbicie w ciebie swoich pazurów?
— Spostrzegawczość ci nie wychodzi — stwierdził, aczkolwiek wzmógł swą czujność. Ktoś, kto wyciągał logicznie idące wnioski, zamiast drżeć ze strachu przed różdżką wbitą w gardło, sam stwarzał niemałe zagrożenie — mógł uderzyć w najmniej oczekiwanym momencie, wcześniej stworzywszy iluzję ujarzmienia.
— Teraz się zastanawiam, czy nie powinniśmy byli bardziej obarczyć cię odpowiedzialnością za wszystkie przewinienia. — Weasley westchnął ciężko. — Wreszcie pokazałeś prawdziwą twarz, prawda? Oszukałeś nas, dzięki czemu nabraliśmy przekonania, że to ta cholerna klątwa. Może w pierwszej kolejności nie rzucono na ciebie Novy Cupiditas, a tylko udawałeś. To tłumaczyłoby, dlaczego Harry tak łatwo cię wyleczył. Nigdy nie wierzyłem w to, co twierdziłeś. To znaczy, wiesz, kocham Harry’ego, ale…
Draco sapnął i wyszeptał pierwsze zaklęcie, jakie przyszło mu do głowy, ot urok, którym zgładził kilku czarodziejów na łące.
Nie zdążył jednak dokończyć inkantacji, bo różdżka wyleciała mu z ręki. Momentalnie się odwrócił, gotowy zniszczyć tego, kto mu przeszkodził, ale zastygł w bezruchu, zobaczywszy Harry’ego.
Harry nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył, gdy wyszedł zza rogu. Ron został przyszpilony do ściany przez Draco, chociaż w gruncie rzeczy powinno być odwrotnie, gdyż przyjaciel miał powód, aby nie darzyć Malfoya sympatią.
Wtedy dostrzegł charakterystyczny błysk w szarych oczach i promieniujący od mężczyzny gniew, dlatego też automatycznie zareagował i zrobił to, co powinien był uczynić dawno temu, żeby zapobiec wielu nieszczęściom. Wyćwiczony Experlliarmus znów się przydał.
Draco odwrócił się doń gwałtownie, rozgniewany do granic możliwości, a potem złagodniał. Uśmiechnął się złośliwie i podszedł do niego tanecznym krokiem, kuszącym i działającym na wyobraźnię, przez co Harry mimowolnie się zastanowił, czy próbuje udawać niewinność, czy po prostu nie potrafi podtrzymać pozorów.
— Witaj, Harry. Widzisz, co się dzieje, kiedy się rozstajemy?
Oczywiście, nie ustąpił, przypomniawszy sobie, że pozbawiony różdżki, facet nie stanowi dlań większego zagrożenia, zwłaszcza że klątwa straciła na swej sile.
— Kilka dni odosobnienia nie powinno mieć na ciebie tak wielkiego wpływu. Niedawno się widzieliśmy — podsumował. — Czemu się tak zachowujesz? Co sprawiło, że dałeś się ponieść emocjom? — zapytał, kątem oka dostrzegając wyciągającego różdżkę i unoszącego brew Rona. W odpowiedzi delikatnie potrząsnął głową, podczas gdy przyjaciel parsknął nosem, ale dostosował się do prośby i opuścił rękę.
— Odwiedziny. — Mimo że szare oczy były szeroko otwarte, wciąż wydawały się bardziej racjonalne, niż kiedy Draco był pod pełnym wpływem Novy Cupiditas. — Świadomość pomieszkiwania tutaj twoich przyjaciół i możliwość, że dzielą z tobą łóżko. — Drgnął, jakby miał zamiar się odwrócić i zamordować Rona samym spojrzeniem, jakiego nie powstydziłby się bazyliszek.
— W porządku — powiedział i wyciągnął rękę w uspokajającym geście. Szczerze mówiąc, naprawdę chciał czuć tę pewność siebie, którą pozorował. — Chodź tutaj, a zobaczymy, jak to naprawić.
Malfoy ostrożnie doń podszedł, zupełnie jakby podłoga, po której stąpał, była wyściełana drzazgami, a następnie ucisnął wyciągniętą rękę. Jego dłoń była tak ciepła, że niemal parzyła. Harry przeklął pod nosem. Liczył, że poradził sobie lepiej.
— Co się ze mną dzieje? — Usłyszał, ale był zadowolony, ponieważ w głosie mężczyzny pobrzmiewało mniejsze podekscytowanie, niż przed chwilą.
Odetchnął z ulgą. Nie chciał nawet myśleć, co zrobiłby Ron, gdyby Draco ani trochę się nie uspokoił i dalej paplał podszeptywane przez klątwę pierdoły.
— Zaraz spróbujemy się tego dowiedzieć — odparł łagodnie, prowadząc go do warsztatu. Hermiona stała na schodach i patrzyła na nich, wyglądając, jakby główkowała nad zaklęciem, które rozwiązałoby problem tu i teraz. Gdy Malfoy również ją przyuważył, natychmiast przysunął się do niego bliżej i wzmocnił uścisk na jego dłoni.
Harry skrzyżował spojrzenie z przyjaciółką i stanowczo potrząsnął głową. Kiedy otworzyła usta, żeby zaprotestować, zmrużył gniewnie oczy, dzięki czemu odpuściła i zgarbiła ramiona w geście porażki; brązowe loki sięgały jej niemal pasa.
Westchnął ponownie. Wiedział, że Hermiona po prostu się martwi i podobnie jak Ron wolałaby nie zostawiać ich samych, ale prawda była taka, że musieli wykombinować coś wyłącznie we dwoje.
— Owszem — wyszeptał mu do ucha mężczyzna, przez co zdał sobie sprawę, że wypowiedział te słowa na głos. Muszę się lepiej pilnować, zauważył. Jeżeli będę nieuważny, Draco zostanie skrzywdzony.
Gdy tylko sformułował tę myśl, serce zabolało go w piersi. Tak, to byłoby straszne, ale fakt pozostawał faktem — nie wykonał należycie swej pracy, przez co może być odpowiedzialny za przyszłe cierpienie swoich przyjaciół.
Mimo wszystkich argumentów przeciw gdzieś w środku pragnął wznowić z Draco relację na zasadzie wzajemnej pomocy. W głowie przekonywał się, że byłoby to mniej dezorientujące, aniżeli obecny rodzaj łączącej ich więzi.
Gdy schodzili po schodach do warsztatu, Draco odetchnął z ulgą, ponieważ zazdrość wreszcie zaczęła go opuszczać. Teraz mógł normalnie myśleć i przypomniał sobie, dlaczego w pierwszej kolejności przyszedł do Harry’ego. Chciał się dowiedzieć, czy na coś się zdecydował — na związek, pieprzenie, umawianie się, czy cokolwiek innego, nie był wybredny w kwestii określenia — mając wiedzę, że niekiedy będzie działał pod wpływem Novy Cupiditas.
Teraz zdobył wyraźny dowód, że łatwiej będzie go przekonać. Nie zaprotestował też, kiedy został obrócony doń twarzą, aby spojrzeć mu w oczy.
— Jak często miewasz takie napady? — zapytał brunet, zupełnie jakby był uzdrowicielem, zajmującym się szczególnym przypadkiem. Zmarszczył brwi, zaś Draco ze zdumieniem zauważył, że w tak krótkim czasie przywdział na twarz maskę chłodnej obojętności. Oczywiście, dzięki temu mógł skupić się na rozwiązaniu problemu, ale też bardziej widział w nim człowieka, aniżeli pozbawioną zdrowego rozsądku istotę. — Kierowała tobą zazdrość czy pożądanie? Co jest silniejsze? Czy zadziałał czynnik wywoławczy?
— Zazdrość, podsycana myślami, że byłeś w międzyczasie z kimś innym — odpowiedział zgodnie z prawdą. — Straciłem nad sobą panowanie, bo na własne oczy zobaczyłem człowieka, który mógłby dzielić z tobą łoże. To nie była wymyślona fantazja, a rzeczywisty obraz.
— Czy pomogłoby ci zapewnienie, że nigdy nie przespałem się z Ronem?
— Nieszczególnie. — Złapał Harry’ego za nadgarstki, zanim ten zdążył się odsunąć. — Wiem, że to, co widzę w głowie, jest naciągane i chwilami cholernie absurdalne. Myślę jednak, że rozwieję te wątpliwości poprzez zderzenie się z rzeczywistością.
Facet potrząsnął głową.
— Nie rozumiem. Chcesz usiąść w salonie z Ronem i Hermioną oraz posłuchać, jak silne i trwałe jest ich małżeństwo?
— Widzę, że znowu nie chcesz mnie zrozumieć — mruknął i przysunął się bliżej. — Nie zadowoli mnie nic innego jak niezbity dowód w postaci urzeczywistnienia co poniektórych fantazji, które chodzą mi po głowie.
Draco zamilkł i dał Harry’emu chwilę na przyswojenie informacji i zrozumienie sugestywnego przekazu. Mógłby, co prawda, pochylić się do przodu i zainicjować pocałunek, ale uznał, że ostatnio pozwolił sobie na zbyt wiele. Jeżeli mężczyzna był nim zainteresowany, powinien od czasu do czasu przejąć inicjatywę.
Brunet zamknął oczy. Oddychał bardzo szybko i wyraźnie zbladł. Nie odsunął się jednak, aczkolwiek najprawdopodobniej z obawy przed powrotem emocji wywołanych przez klątwę.
— Musimy znaleźć sposób, żeby to obejść — mruknął pod nosem. — Jeżeli jestem elementem czynnika wywoławczego, to trzymanie się na dystans powinno pomóc.
— Fakt, iż tracę nad sobą panowanie w twoim towarzystwie, nie oznacza, że nie odczuwam zazdrości w samotności — doprecyzował, wzmocniwszy uścisk na jego nadgarstku.
— Och. — Gdy Harry uniósł powieki, zielone oczy przepełnione były cierpieniem. W normalnych okolicznościach Draco zapytałby, co się stało, ale tym razem nie musiał, bo doskonale znał odpowiedź. Szczerze mówiąc, sam był sobie winien. — Cóż, przepraszam. Najwyraźniej będę musiał przeprowadzić więcej badań i spróbować wykombinować prawdziwe przeciwzaklęcie.
— Najwyraźniej. — Skinął głową i pogłaskał go po ramieniu. Uczucie szorstkiej tkaniny i ciepłej skóry dłoni nieszczególnie różniło się od dotykania innych osób, ale i tak zadrżał z przyjemności. Oczywiście, w pełni rozumiał, że to uczucie, którym darzył Harry’ego, nie było racjonalne, ale zaakceptował to i zdecydował się iść dalej. — W międzyczasie powiem ci, co postanowiłem. Niezależnie od tego, czy uda ci się mnie wyleczyć, czy też nie, nie zmienię swojego zdania.
Harry’ego zalała fala strachu. Przez chwilę był pewien, że Draco poprosi o zachowanie dystansu, a potem skarcił się za głupotę, bo przecież facet doskonale wiedział, że aby te badania przyniosły efekty, muszą być blisko siebie. Wysyłanie sów nie wchodziło w rachubę.
Oblizał usta i wziął głęboki oddech. Nade wszystko powinien zachowywać się jak mężczyzna, a nie płaczące dziecko, za które się czasami uważał.
— W porządku. — Skinął głową. — Co postanowiłeś?
Draco się uśmiechnął, olśniewająco i promiennie, tak samo, jak podczas wczorajszej konfrontacji, ale sprawiał przy tym wrażenie niebezpiecznego. Przywodził na myśl fałszywie zauroczonego człowieka, którym był, zanim częściowo przełamali klątwę. Smukłymi palcami zaczął sunąć mu po szyi, powodując dreszcze.
— Zdecydowałem, że jestem w stanie żyć z tą niepewnością.
— Hm? — mruknął, nie wykazawszy się wielką błyskotliwością, ale po prostu był rozproszony przez te subtelne pieszczoty.
— Mogę żyć w niepewności, z faktem, że niektóre z moich emocji są kontrolowane przez klątwę. — Szare oczy błyszczały spokojem. Harry nienawidził desperacji, która go ogarnęła. Myślał, że jest opanowany, ale teraz okazało się, że nie pragnął niczego więcej, jak kontynuowania czułości, aż obaj nie padną na miękkie, zapraszające łóżko. — Rzuciłem zaklęcie, które zwizualizowało mi wpływ przekleństwa na mój umysł — chociaż jest duży, to subtelnie ulokowany. Z tego, co wywnioskowałem, nie jestem w stanie kontrolować każdego mojego działania, bo nie mam stu procentowej pewności, czy nie wynika ono z klątwy; mogę to poznać tylko i wyłącznie dzięki natychmiastowemu przypływowi zazdrości lub pożądania.
— Ugh. — Harry pochylił głowę i znów przymknął powieki. Wciąż czuł osiadłą na żołądku desperację, ale teraz z innej przyczyny. — Muszę jakoś zwrócić ci wolność.
— Całkowita wolność jest tylko iluzją — podsumował Draco i zacisnął palce na jego ramionach. — Wszystko przemyślałem i właśnie taki wyciągnąłem wniosek. W gruncie rzeczy przyszedłem sprawdzić, czy też to rozumiesz. Ukształtowało mnie wiele rzeczy: wychowanie rodziców, czystokrwiste pochodzenie, a nawet okropieństwa wojny. Nie ma opcji, żebym z dnia na dzień zapomniał o tym wszystkim, bo najzwyczajniej w świecie jestem sumą wyżej wymienionych doświadczeń. Niemniej jednak mogę z tym żyć, pragnąc cię i nie wiedząc dokładnie dlaczego. Czy się na to piszesz?
Z trudem przełknął ślinę. Gardło miał wyschnięte na wiór, przez co cierpiał na ogromne problemy ze skleceniem prostego zdania.
— Draco…
Malfoy przewrócił oczami, przybrawszy bardzo dezorientującą minę — wydawał się chcieć nieść pocieszenie, a jednocześnie sprawiał wrażenie nad wyraz poważnego. Harry spróbował sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wcześniej widział go takiego, aby móc ocenić, na ile stoi przed nim prawdziwy Draco, a nie ten przeklęty.
— Wiem, co zaraz powiesz. — Usłyszał. — Zamierzasz ponownie mnie przeprosić, że jesteś niewiarygodnie głupi, że tylko połowicznie zneutralizowałeś klątwa, która normalnie odebrałaby mi życie. Zanim w ogóle otworzysz buzię, pozwól, że cię powstrzymam. Jesteś inteligentnym facetem i nie chciałbym, abyś zniżał się do poziomu półgłówka. Zdecydowanie nie gustuję w idiotach.
— Jesteś w błędzie. Nie chciałem tego mówić — zaprotestował słabo, choć w rzeczywistości zamierzał podobnie zwerbalizować swe myśli. — Hm, czy przyszło ci do głowy, że gdyby nie klątwa, nigdy byś tak na mnie nie spojrzał? Chcesz być ze mną, bo połączyli nas Tropiciele Sprawiedliwości?
— Oczywiście, że nie — odburknął Draco, a serce Harry’ego fiknęło koziołka z radości, a potem na moment się zatrzymało, co było bardzo nieprzyjemnym uczuciem. — Właśnie dlatego podjąłem decyzję, że będę tolerował tę niepewność, przynajmniej z początku. Czy jesteś w stanie się do mnie dostosować? Czy możesz dokonać wyboru, czy też zawsze będą ci przeszkadzały nadzieje i obawy? — Zrobił krok wstecz, wypuszczając go z uścisku. Ewidentnie chciał zobaczyć, czy Harry się zgodzi na ten związek, wolny od własnego pożądania. W szarych oczach błyszczała niezwykła determinacja.
Wziął głęboki oddech.
— W pierwszej kolejności nie powinniśmy nawet o tym dyskutować — stwierdził. — Najpierw pozbądźmy się następnej części klątwy.
— Ustalmy więc limit.
— Limit czego? — zapytał i potrząsnął głową, nie mogąc się powstrzymać przed zmarszczeniem brwi. — Ile razy będziemy się całować podczas przeprowadzania eksperymentów badawczych?
Chociaż pragnął inaczej, zareagował, kiedy Draco się roześmiał.
— Miałem na myśli limit prób usunięcia klątwy — doprecyzował, wciąż rozbawiony. — Całkowite zneutralizowanie Novy Cupiditas może być niemożliwe, a wiem, że gdy to zrozumiesz, zaczniesz się obwiniać. Ustalmy, że masz cztery możliwości. Przy piątej nieudanej próbie zaakceptujesz porażkę i pogodzisz się z konsekwencjami przekleństwa, tak jak ja z moimi bliznami.
— To trochę poważniejsza decyzja, aniżeli zaakceptowanie blizn — syknął. — Mogłeś dziś skrzywdzić Rona.
— Jesteśmy bogatsi o nową wiedzę. — Uśmiechnął się Malfoy. — To pierwszy raz, kiedy byłem w pobliżu twoich przyjaciół od czasu mojej wyprowadzki. Nie wiedzieliśmy, że coś takiego będzie miało miejsca. Niczego się nie spodziewaliśmy. Następnym razem będziemy przygotowani i zastosujemy wszelkie środki ostrożności, jeżeli przyjdzie taka potrzeba — wytłumaczył, a potem potrząsnął głową. — Nie wiem, czego jeszcze ode mnie oczekujesz, Harry.
— Czemu właściwie podejmujesz wszystkie decyzje? — zapytał. Wiedział, że był uparty niczym osioł, ale nie mógł się powstrzymać. Draco kierował się własnym wyobrażeniem przyszłości, ot pięknym obrazkiem wspólnego życia, ale pominął w niej najważniejszy element, a mianowicie jego.
— Bo ty jesteś temu niechętny — odpowiedział bez ogródek mężczyzna. — Żyjesz w strachu, chowasz głowę w piasek i narzekasz, że zostanę zraniony.
Zobaczywszy minę Harry’ego, Draco poświęcił chwilę na zastanowienie się, czy aby na pewno powinien się uśmiechać. Z drugiej strony powiedział tylko i wyłącznie prawdę — że facet waha się przed wyborem, dlatego też postawił mu ultimatum.
Wciąż gnieździła się w nim niecierpliwość, z którą wychodził z rodowej rezydencji. Owszem, zazdrość, której się poddał na widok Weasleya, była nieprzyjemną niespodzianką, ale nie widział żadnego powodu, dla którego miałby przestać spotykać się z Harrym i zamartwiać się w kącie, że sytuacja na zawsze pozostaje beznadziejna. Gdyby się poddał, równie dobrze mógłby poślubić wybraną przez Lucjusza kobietę. Zamierzał przynajmniej wykorzystać napotkane na drodze szanse.
Nie chciał też tracić czasu na gdybanie, skąd i dlaczego stał się zafascynowany bohaterem wojennym, ot swoim szkolnym wrogiem. Najprawdopodobniej z powodu klątwy. Jeżeliby nie Tropiciele Sprawiedliwości i Nova Cupiditas wszystko potoczyłoby się inaczej.
Inaczej, ale czy lepiej? Całkiem możliwe, że ożeniłby się zgodnie z życzeniem ojca i nudziłby się przez resztę życia. Być może, gdyby padł ofiarą klątwy w późniejszym czasie, zostałby ukierunkowany na innego czarodzieja — takiego, który nawet nie kiwnąłby palcem, żeby zwrócić mu wolność. Nie sposób przewidzieć, co by się stało.
Spojrzał Harry’emu w oczy i cierpliwie poczekał, aż zrozumie przekaz. Gorzko się rozczarował, bo facet stał w miejscu niczym słup soli i po prostu się nań gapił, wyglądając po prostu absurdalnie.
Westchnął.
— Musisz podjąć dwie decyzje — stwierdził, ruszywszy mu na ratunek. — Czy dasz radę żyć z tą niepewnością? Czy ograniczysz się do wyłącznie czterech prób przełamania klątwy?
Brunet gorąco pokiwał głową, co w rzeczywistości nie równało się zgodzie.
— Tylko jeżeli będziesz się kontrolował w obecności moich przyjaciół i wszystkich innych. Nie chcę, żebyś kogoś przeklął, a potem trafił do Azkabanu.
— Doceniam poświęcenie, którego dokonałeś. Obiecuję, że dołożę wszelkich starań, aby dostosować się do prośby — wymruczał, doskonale wiedząc, że brzmi uwodzicielsko. — Teraz naprawdę potrzebuję usłyszeć twą decyzję.
Harry przymknął powieki, jakby stanął przed naprawdę trudnym wyzwaniem, podczas gdy Draco zastanawiał się, czy powinien zażartować dla rozładowania napięcia, ale ostatecznie zrezygnował.
Co właściwie wyprawiam? Mogę go skrzywdzić.
W rzeczywistości już to zrobił, bo przecież słyszał jego wrzaski w trakcie neutralizowania klątwy. Mimo to Draco wciąż był gotów dać mu następną szansę, a potrzebował wyłącznie odpowiedzi.
Przez moment gorzko obwiniał Tropicieli Sprawiedliwości, którzy to wszystko zaaranżowali.
Chwilę później się zreflektował. Mógł po prostu mnie ignorować. Mogłem pozwolić, aby został oskarżony lub przynajmniej aresztowany przez aurorów. Mogłem uznać, że jest zbyt niebezpieczny i nie wyciągać doń pomocnej ręki. Mogłem pozbyć się ciężaru i powierzyć go opiece uzdrowicieli ze Świętego Munga.
Obrali swą drogę. Chociaż klątwa wywarła nań znaczący wpływ, też podejmowali decyzje.
— W porządku — powiedział, aczkolwiek nie poznawał własnego głosu. — Zgadzam się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz