18. OSIEMNAŚCIE RAZY

Ból był praktycznie nie do zniesienia. Draco nie był w stanie przypomnieć sobie, w jaki sposób znalazł się na podłodze, ale był tam szczęśliwszy. Podejrzewał, że gdyby spróbował wstać, napotkałby znacznie gorsze trudności. Nie chcąc potęgować doznań, zamknął oczy i jęknął przeciągle.

Miał wrażenie, że zaraz odpadnie mu głowa, a sytuacji nie poprawiał fakt, że pod powiekami widział migoczące białe i żółtawe gwiazdy. Paliły go dłonie. Wszędzie czuł jakby dodatkowe kości, które wbijały mu się w płuca, żebra, klatkę piersiową i jelita. Czuł każdy mięsień swego ciała powolutku i precyzyjnie rozrywany na strzępy, jakby wpadł w łapy wybitnego mistrza tortur.

Cierpiał, a Harry, który powinien przybiec mu z pomocą, nic nie zrobił.

Nie czuł z tego powodu żadnej goryczy, ponieważ jego uczucia względem mężczyzny zmieniały się niczym w kalejdoskopie. Tyle dobrego, że odwracały uwagę od bólu. Przepełniała go nienawiść i pogarda, gdy myślał o tym, jak Harry obiecał być dlań bohaterem, a w godzinie próby okazało się, że nie potrafił wywiązać się z obietnicy. Czuł pożądanie, kiedy skupiał się na rozchodzącym się po palcach cieple, gdy przygotowywał mężczyznę na coś większego, wystarczającym, żeby zrekompensować agonię, w której się zanurzył. Tarzał się również w zazdrości, która niosła ze sobą wściekłą rozpacz, ponieważ w jakiś sposób musiał przebić się przez tę niespójność i ambiwalentność, która go otaczała. Chciał też upewnić się, że nikt nie odbierze mu Harry’ego, choć w rzeczywistości niewiele mógł zrobić.

Nade wszystko przepełniała go miłość.

Byli w błędzie, sądząc, że jedno machnięcie różdżką wystarczy, aby położyć kres uczuciu. Miłość była wszędzie — wypełniała jego świat po brzegi jasnym, lśniącym światłem, a ból, który go dręczył, mieszał się z tym wrażeniem. Gdzieś w środku dobrze wiedział, że już nigdy nie rozdzieli jednego od drugiego.

Zakładając, oczywiście, że po tym wszystkim pozostanie coś, co zapamięta.

Umrę, kochając cię, Harry. Draco uczepił się tej myśli, ponieważ wbrew przeciwnościom losu i opinii publicznej, śmierć miała dlań znaczenie. Leżał na podłodze, czekając na koniec bólu lub wyzionięcie ducha.

Całkiem prawdopodobne, że to jedno i to samo.


Harry stracił rachubę zaklęć, które wykrzykiwał, próbując zrealizować swój plan. Niczym na złość, nic nie wydawało się działać. Większość rzucanych przez niego uroków jakby rozpływała się w powietrzu w morzu otaczającej Draco magii, cholernie skutecznie tłumiąc ich skuteczność — mężczyzna wił się z bólu na podłodze, krew ciekła mu z ust, gdyż zapewne ugryzł się w język, a jego krzyki brzmiały wręcz nieludzko. Zdesperowany, miał ochotę również rzucić się na ziemię, zedrzeć sobie gardło i płakać z niemocy, ale wiedział, że to nie przyniosłoby nic dobrego.

Obiecał Malfoyowi, że go uratuje i zamierzał dotrzymać złożonego przyrzeczenia. Po prostu zajmie mu to więcej czasu, niż się z początku spodziewał.

Wziął głęboki oddech i odwrócił się na pięcie, aby zdjąć z półki w połowie zapisany zwój pergaminu. Chociaż było to naprawdę okropne, musiał zignorować krzyki wydobywające się z gardła czarodzieja.

Przez przypadek skrzyżował spojrzenie z Hermioną i zobaczył, że bezgłośnie płakała z różdżką skierowaną w stronę zaklętego kręgu. Warknął pod nosem z nadzieją, że przyjaciółka zrozumie przekaz i szczęśliwie się nie pomylił — dziewczyna po chwili wahania opuściła rękę.

— Stary. — Ron miał zadyszkę, a oczy prawie wyskoczyły mu z orbit. — Musisz zrozumieć, że tak dalej nie można. Malfoy musi umrzeć, nie ma innego wyjścia. Lepiej byłoby zapewnić mu godną śmierć niż…

— Nie w tym momencie! — syknęła nań Hermiona.

Harry pokręcił głową. Czasami wydawało mu się, że jego najlepsi przyjaciele kłóciliby się ze sobą, nawet gdyby świat się skończył, ponieważ mieli odmienne wizje następnego dnia.

Chwycił zwój i otworzył go na ostatnim zapisanym pergaminie, na projekcie, który zaczął, zanim blondyn przejął inicjatywę. Słowa, które wcześniej skrzętnie zanotował, rozmazywały mu się i migotały. Gdy zamrugał, zrozumiał, że to przez łzy, które spływały mu po policzkach. Otarł je wierzchem dłoni i ponownie skupił się na treści zwoju.

Jeszcze raz.

Nie sądzę, aby dało się złamać starożytne klątwy, które miały trwać wiecznie, albo być ostatnim zaklęciem rzuconym na ofiarę. Może jednak da się zneutralizować najgorszą ich część i zostawić nieszczęśnikowi coś, co nie będzie mu bezpośrednio zagrażało.

Kiedy zapamiętał niektóre z rysunków, zostawił zwój w spokoju, podszedł do kręgu ochronnego i uniósł różdżkę.

Postanowił zmienić swój umysł w twardy, błyszczący kryształ, na tyle, na ile było to możliwe, i skoncentrować się wyłącznie na jednej rzeczy, mającej obecnie znaczenie, a mianowicie na prawidłowym rzucaniu zaklęć. Empatia mogłaby go teraz sparaliżować i wszystko zaprzepaścić. Musiał dać z siebie wszystko, niezależnie od ostatecznego rezultatu. Nieważne, czy Draco go pokocha, czy znienawidzi po świata kres.

Dimidatus! — krzyknął.


Ból niespodziewanie zmalał, podczas gdy Draco wrócił do poczucia, że jego ciało jest zaledwie przedmiotem, a nie nieskończonym mikrokosmosem cierpienia.

Niestety, nie zniknął całkowicie. Wciąż był obecny, wędrując po kręgosłupie i znajdując nowe, interesujące sposoby, aby dotrzeć do mózgu, przez co szczerze wątpił, żeby jeszcze kiedykolwiek mógł położyć się do łóżka bez drżenia ze strachu przed koszmarami. Mimo to możliwość zrobienia czegoś innego, aniżeli rzucania się po podłodze i krzyczenia wniebogłosy była naprawdę miła.

Odwrócił głowę i zobaczył Harry’ego stojącego na skraju zaklętego kręgu, machającego w skomplikowany sposób różdżką. Otaczały go posrebrzane jakby włókna i ciemne fale — z sekundy na sekundę przepływało przezeń więcej magii i przenikało przez bariery ochronne, tworząc niecodzienną mieszankę.

Co on sobie wyobrażał? Myśli Draco były powolne i chaotyczne, ale wszystkiemu zaradzi porządny odpoczynek. Nie może robić tego, co przypuszczam…

Całkiem prawdopodobne, że się mylił, ponieważ coraz to więcej mocy trafiało do Harry’ego, otaczając go niczym stado lampartów. Facet był w pełni skupiony, co z kolei sprawiało, że poczuł iskrę abstrakcyjnego pożądania. Choć to wręcz niewyobrażalne, cholernie podobał mu się sposób, w jaki był oglądany.

To nie wszystko. W pewnym momencie brunet zaczął kręcić się w kółko, nie odrywając od niego wzroku. Srebrne i ciemne wstęgi podążały jego śladem, falując po podłodze, unosząc się w powietrzu i owijając się wokół jego nóg i ramion.

Strach ścisnął mu serce. Jeżeli Harry próbuje wziąć na siebie Novę Cupiditas, zabije go.

Nagle fakt, iż ból pozostał, w swym szaleństwie wydał mu się pocieszający. Gdy zmrużył oczy, odniósł wrażenie, że wciąż dostrzega krzywiznę splątanych kształtów na swoich ramionach i głowie, a więc cokolwiek Potter robił, dążył do czegoś zupełnie innego.

Kiedy Harry opuścił różdżkę i zamarł w bezruchu, wstęgi, a przynajmniej część z nich, zanurkowały w kierunku podłogi i nie uniosły się z powrotem w powietrze; pozostała reszta nadal owijała się wokół jego głowy, jakby szukając drogi do środka. Mężczyzna zacisnął zęby i ponownie odwrócił się do Draco.

Dimidatus! — powiedział stanowczym głosem.


Szczęśliwie, to zadziałało. Kiedy rzucił zaklęcie mające na celu wyciągnięcie magii z kręgu ochronnego, cisnął jednocześnie innym urokiem, który z kolei odpowiadał za element empatyczny, dlatego też poczuł echo bólu odczuwanego przez Draco.

To było po prostu straszne. Bolało tak bardzo, że na moment stracił wzrok, a potem pomyślał, że zaraz wybuchnie mu głowa. Mimowolnie zaczął się zastanawiać, czy na pewno wpadł na dobry pomysł.

Udowodnił swą rację. Wreszcie utwierdził się w przekonaniu, że jego technika działa. Kiedy ponownie rzucił zaklęcie rozdzielające, połowa uroku zaniknęła, a ból z koszmarnego przeobraził się w znośny.

Klątwa rozszczepiająca była zazwyczaj stosowana wobec szalenie potężnych czarodziejów podczas walki, żeby zmniejszyć ich potencjał magiczny o połowę, aby mogli zostać zwyciężeni. To było tymczasowe rozwiązanie, ale skuteczne. Harry miał nie więcej niż pięć minut na opracowanie trwałej odmiany tego zaklęcia, ale podołał zadaniu. Oszacował, że jeżeli przekroczy wyznaczony czas, to Draco po prostu odpadnie z powodu przeżywanego cierpienia.

Mógł się pomylić w obliczeniach i mieć mniej czasu, niż przypuszczał. Nie zamierzał jednak dywagować na temat potencjalnych rozbieżności, ponieważ w ostatecznym rozrachunku utrata Malfoya byłaby bardziej druzgocząca z powodu pośpiechu i spieprzenia sprawy, aniżeli przez najzwyczajniejszy w świecie błąd w kalkulacji.

Odłożył różdżkę i ponownie skupił się na Draco. Kiedy rozszczepił magię, aby przeprowadzić swój eksperyment, zmniejszył intensywność bólu, a także o połowę osłabił ochronę, a więc teraz będzie mu łatwiej doń dotrzeć.

A przynajmniej taką miał właśnie nadzieję.

Chociaż pozostał skupiony, usłyszał głosy Rona i Hermiony, kłócących się o coś, co z pewnością nie było ważne. Zignorowawszy przyjaciół, podszedł bliżej kręgu i przykucnął, żeby spojrzeć mężczyźnie prosto w oczy.

Dostrzegł w nich ulgę i świadomość. Kiedy Harry ponownie rzucił zaklęcie rozszczepiające, spojrzenie czarodzieja nabrało na ostrości. Niestety, nie mógł tego kontynuować, choć dokonał najprawdziwszego przełomu. Im bardziej będzie niwelował ból, tym mniej osiągnie.

W zamian musiał wykombinować odmianę klątwy rozdzielającej, która zabrałaby połowę wszystkiego, łącznie z odczuwanym cierpieniem. Owszem, część przekleństwa pozostałaby na Draco, ale uznał, że okaże się możliwa do zdzierżenia głównie dlatego, że facet miałby większą kontrolę nad swoimi działaniami, aniżeli dotychczas oraz w przyszłości mogliby zawiązać współpracę w celu całkowitego zniwelowania efektów Novy Cupiditas.

Dwie minuty.

Harry pochylił głowę, przymknął powieki i maksymalnie się skupił. Znał łacinę od podszewki, ponieważ poświęcił masę czasu na doszlifowanie języka. Wiedział, jak powinna brzmieć odpowiednia inkantacja. Kierowany instynktem, zgiął nadgarstek i zaczął wdrażać plan w życie. W duchu liczył, że to wystarczy.

Nie zgaduję. To nasza najlepsza szansa.

Umocniwszy swą pewność siebie, uniósł różdżkę.

Dimidatus! Dimidatus semper!


Draco miał wrażenie, że znalazł się w pobliżu centrum gwiazdy — jasność i ból przenikały przez niego do tego stopnia, że czuł mrowienie w kończynach i miał wyschnięte usta; przez sekundę również nie pamiętał niczego poza tym, co go otaczało.

Gdy to wszystko zniknęło, niemal się przewrócił, gdyż wydawało mu się, że traci grunt pod nogami.

Słyszał Harry’ego, intonującego w koło jedno i to samo zaklęcie. Zanim się zorientował, zaczął liczyć razy. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu dzięki temu kurczowo trzymał się rzeczywistości, zamiast odpływać w niebyt.

Dimidatus semper! Dimidatus semper! Dimi...

Przez chwilę stracił rachubę, ale był przekonany, że Potter nie przestawał mamrotać inkantacji — zdecydowanie był wierny swemu zadaniu. Stracił koncentrację, ponieważ w uszach zaczęło mu dzwonić i szumieć, najprawdopodobniej z powodu magii, dlatego też pochylił głowę i przeklął pod nosem.

Dimidatus semper! Dimidatus semper!

Według obliczeń Draco było to szesnaste i siedemnaste zawołanie. Co ważniejsze, rzeczywiście czuł się inaczej — nie tylko z powodu pieczenia oczu od otaczającego go blasku, ale również dlatego, że ból znacząco się zmniejszył, odchodząc niczym fale odpływu. Nadwyrężony umysł podpowiadał mu, że był obecnie wędrowcem stojącym na górskim klifie, obserwującym morze i wdychającym rzadkie, palące w płucach powietrze.

Dimidatus semper!

Osiemnasty raz.

Coś trzasnęło.

Draco spróbował krzyknąć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu. Wszystko wokół niego płonęło i naprawdę nie wiedział, w jaki sposób powstrzymać ogień. Paradoksalnie, było to jednocześnie wspaniałe i bolesne — chciał cierpieć aż do chwili, gdy zostanie z niego kupka popiołu, a to przecież nie mogło trwać w nieskończoność.

Wtem w warsztacie rozbłysło nowe światło i uformowało się w srebrzyste płomienie świec. Harry był w pobliżu. Draco czuł go dzięki czemuś, co nazwałby instynktem duszy, gdyby ktoś zażądał konkretnej nazwy — był obok i trzymał mu dłoń na ramieniu, nurzając się razem z nim w tych dziwacznych płomieniach. Jego głos nie był słyszalny, ale nie miało to większego znaczenia, bo byli ze sobą połączeni. Szczerze mówiąc, był święcie przekonany, że zdołałby go wyczuć nawet na drugim końcu świata.

Ogień tańczył w powietrzu, a potem jakby zaczął się zmniejszać, układając na posadzce niczym uliczna kostka brukowa. Ból zaczął sukcesywnie znikać, przez co odniósł wrażenie, że korzenie, które zapuściła weń klątwa, zostały wyrwane. W pewnym momencie nawet je zobaczył, ot czerwono–czarne, przerażające w swej powyginanej postaci, rozdzielały się i rozpadały na mniejsze łodyżki, czerniejąc i znikając pod wpływem palących ich płomieni.

Krzyknął, a echo jego głosu przybrało fizyczną formę. Zanim się zorientował w sytuacji, otoczyły go srebrzyste, dziwacznie brzęczące pręty, wbiwszy się w posadzkę, utwardzone przez wciąż buchający ogień.

Sięgnęły ku czemuś, co najwyraźniej miał na głowie. Draco poczuł silny nacisk na skronie, ale uświadomił go sobie, dopiero kiedy usłyszał okropny trzask, któremu towarzyszyła ulga. Zatoczył się i zacisnął dłonie w pięści. Szczęśliwie, został podtrzymany w pozycji pionowej.

— Już prawie koniec, Draco. — Usłyszał uspokajający głos, przepełniony nadzieją. — Wytrzymaj jeszcze chwilę.

Nie potrafił się powstrzymać przed drżeniem. Był prawdziwie wykończony, zupełnie jakby przeszedł skomplikowaną operację, której skutki przyjdzie mu odczuwać przez następnych kilka tygodni. Ze zduszonym jękiem osunął się na kolana, dzięki czemu wreszcie dotknął tej posrebrzanej mgły.

Nic się nie wydarzyło.

— To wszystko. — Usłyszał. — To wszystko, co mogę zrobić. — W głosie Harry’ego pobrzmiewało zmęczenie, o wiele potężniejsze, aniżeli ból, którego Draco przed momentem doświadczył. Instynktownie wyciągnął doń rękę, chcąc go pocieszyć, ale wtem zastygł w zupełnym bezruchu.

Nie czuł takowej potrzeby.


Harry stanął chwiejnie na nogach. Oczy zaszły mu łzami, więc zamrugał, aby przepędzić gwiazdy, które zaczął widzieć. Zapatrzył się w Draco, po czym rzucił kolejne sondujące zaklęcie, tym razem pozwalające sprawdzić, czy przypadkowo pozostawił jakieś ślady po przekleństwie.

Spodziewałem się oporu, ale nie przypuszczałem, że będę musiał rzucać ten urok aż osiemnaście razy, podsumował ze znużeniem, ledwo trzymając się resztek świadomości. To w sumie logiczne. Korona składała się z osiemnastu „macek”, reprezentujących pożądanie, dlatego też była najgłębiej zakorzenioną częścią Novy Cupiditas, za czym przemawiał również fakt, że pokazała się jako pierwsza.

Sapnął i zaczął analizować zaklęcie ujawniające. Jeżeli rzeczywiście miał rację, powinno dać konkretny wynik. Jeśli był jednak w błędzie, wolał nawet nie myśleć o konsekwencjach.

Na szczęście wszystko było w porządku. Nad głową Draco unosiła się rozrzedzona ciemnawa chmura, podczas gdy na jego ramionach ułożyła się reszta elementów klątwy.

Fałszywa miłość w formie przezroczystego węża, całkowicie zniknęła.

Wypuściwszy wstrzymywany oddech, Harry przymknął powieki i usiadł na posadzce. Nie miał się o co oprzeć, więc się na wpół położył, podparłszy łokcie o podłogę. Pozycja, w której się znalazł, nie była szczególnie wygodna, przez co mimowolnie skrzywił się z bólu, ale potem wymierzył sobie mentalnego kopniaka, ponieważ to nic w porównaniu z tym, przez co przeszedł Malfoy w ciągu ostatniej godziny.

— Co zrobiłeś, Harry?

To Hermiona zadała pytanie, nie Draco. Prawdę powiedziawszy, był zadowolony z osiągniętych rezultatów. Nie udało mu się całkowicie zneutralizować klątwy, ale znacząco osłabił jej działanie, dzięki czemu wyeliminował element przymusu — facet powinien być w stanie bardziej się kontrolować. Łatwiej było to wytłumaczyć osobie postronnej, aniżeli głównemu zainteresowanemu.

— Zmniejszyłem siłę przekleństwa o połowę — powiedział zgodnie z prawdą i przełknął ślinę. Miał podrażnione gardło od ciągłego intonowania inkantacji. Nie zauważył tego wcześniej, zbyt skoncentrowany na koordynowaniu rytuału. Czy naprawdę rzucił ten urok aż osiemnaście razy…? — Nie zdołałem wyeliminować elementu pożądania i zazdrości, bo klątwa została zaprojektowana tak, aby reagować na każdą próbę jej przełamania, głównie wszechogarniającym nieszczęśnika bólem. — Zadrżał, wróciwszy wspomnieniami do miotającego się na podłodze mężczyzny. Nie potrafił sobie wyobrazić potwora, który powołał do życia Novę Cupiditas. Jaki miał w tym cel?

— Co to dokładnie znaczy? — zapytała przyjaciółka.

Harry usiadł, a potem wstał, podparłszy się o najbliższy stół. Jakimś sposobem znalazł się poza kręgiem, chociaż wcześniej nawet tego nie zarejestrował. Interesujące, doprawdy. Musiał przekroczyć linię ochronną, kiedy ostatnim razem interweniował.

Zanim odpowiedział, spojrzał na Draco.

Malfoy wciąż siedział na podłodze, jakby na wpół przytomny. Włosy opadły mu na twarz, ale biorąc pod uwagę to, ile wycierpiał i paskudną naturę przekleństwa, wyglądał całkiem dobrze. W szarych oczach błyszczało coś, co sprawiło, że Harry skrzywił się i zwiesił głowę.

— Wybacz — wyszeptał z nadzieją, że stojący na schodach przyjaciele niczego nie usłyszą. — Zrobiłem wszystko, co mogłem. Wiem, że to wciąż niewiele, ale liczę, na razie wystarczy.

— Opowiedz, co właściwie zrobiłeś.

W głosie Draco nie było słychać żadnych emocji. Chociaż wiedział, że nie powinien, Harry z nostalgią porównał go z ciepłym tonem sprzed częściowego wyzwolenia, a potem zacisnął usta w cienką linię i potrząsnął głową. To całkowicie normalne i w gruncie rzeczy do przewidzenia. Jedyne, co mu teraz pozostało, to stawienie czoła konsekwencjom.

— Połowicznie przełamałem Novę Cupiditas — powiedział. — Udało mi się zneutralizować składową fałszywej miłości. To był najsłabszy element, niemniej jednak nie dałem rady wymazać pożądania i zazdrości. Co ważne, odzyskałeś nad sobą kontrolę. Owszem, nadal będziesz miał ochotę dzielić ze mną łóżko albo rzucić klątwą w kogoś, kto „przekroczy granicę”, ale zignorujesz te pragnienia bez większego wysiłku.

Malfoy się nie odezwał, po prostu nań patrząc. Harry objął się zaś ramionami, bo było mu strasznie zimno.


To, co usłyszał, nie miało najmniejszego sensu.

Czuł buzujące w skroniach emocje, nagromadzone w tylnej części głowy, wędrujące pod skórą niczym niewidzialne węże, którym nagle odcięto łby. Blade echa pożądania i zazdrości pojawiały się i znikały, nie pozostawiając po sobie większego wrażenia.

Szczerze mówiąc, spodziewał się czegoś zupełnie innego. Żył w przekonaniu, że jeżeli niczego nie wykombinują, będzie pragnął Harry’ego do końca swych dni, albo że ostatecznie pogodzi się ze swym losem, ponieważ nie będzie miał innego wyboru. Utknięcie w połowie drogi między jednym a drugim stanem, zdecydowanie nie było czymś, co przewidywał, nawet w najśmielszych marzeniach.

Teraz pozostało mu się przyzwyczaić.

Wyciągnął doń rękę. Harry przez moment się wahał, a potem chwycił oferowaną dłoń i przy użyciu odrobiny siły chwiejnie stanął na nogach. Ciepło drugiego ciała i to dziwaczne uczucie lekkości mąciły Draco w głowie i, paradoksalnie, uwolniły go od ciężaru, o którego istnieniu nawet nie wiedział.

Ten dotyk sprawił, że przekroczył barierę.

Z trudem przełknął ślinę.

— Naprawdę przepraszam, że nie mogłem zrobić znacznie więcej. — W zielonych oczach jaśniał najprawdziwszy żal, gdzieś głębiej pomieszany z pewnego rodzaju tęsknotą. Wtem Harry zdał sobie sprawę, że wciąż trzymają się za ręce, dlatego też natychmiast się odsunął. Draco z kolei zacisnął pustą dłoń w pięść i skinął mu głową.

Brunet przymknął powieki i wydawał się pogrążony w zadumie, jakby szukając siły, żeby ponownie stawić czoła światu. Wyglądał niemalże tak samo, jak wtedy, gdy stali naprzeciwko siebie przy łóżku w letniej rezydencji. Najdziwniejsze, że miało to miejsce zaledwie kilka godzin temu, a po piersi rozchodził mu się nieznanego pochodzenia ból.

— Teraz musimy zdecydować, co zrobić z ludźmi, którzy cię porwali i torturowali, oraz z tymi czarodziejami, których jeszcze nie złapaliśmy. — Harry otworzył oczy, sprawiając wrażenie zdeterminowanego. — To powinno być naszym nowym priorytetem z różnych powodów. — Spojrzał nań przenikliwie, niosąc całkiem zrozumiałe przesłanie. Jakby nie patrzeć, Draco zamordował osiem osób.

Jestem mordercą.

Zwilżył spierzchnięte usta. Głowę wypełniały mu dwa zestawy wspomnień. Jedno z nich było naprawdę okropne, ponieważ zawierało w sobie rozbryzgującą się na trawie krew i zaklęcia, których nigdy nie zamierzał użyć, a drugie przepełnione satysfakcją na myśl, że zdołał ochronić Harry’ego.

Harry’ego, którego właściwie powinien znów zacząć nazywać Potterem; mężczyznę, do którego nie powinien rościć sobie żadnych praw.

— W porządku — podsumował. — Daj mi chwilę, żebym mógł pomyśleć na spokojnie i coś zjeść.

— Możemy przełożyć to na jutro — zaproponował Potter i znów przymknął powieki. Draco odniósł nieprzyjemne wrażenie, że nie może znieść patrzenia mu w twarz. Najprawdopodobniej drażni go fakt, że nie jestem już w potrzebie, pomyślał, szczerze zirytowany. — Mogłem się wcześniej zorientować, że potrzebujesz odpoczynku. To oczywiste, że powinniśmy zająć się tym później.

— Z drugiej strony przeciąganie sprawy nie przyniesie nam niczego dobrego — zauważył, starając się zignorować zarówno chęć pozostania dłużej w warsztacie, ponieważ wiedział, że jeżeli zrobić kilka kroków w kierunku schodów, Granger i Weasley otoczą Harry’ego nadopiekuńczymi ramionami i straci swą szansę, a także wstręt, jaki niosło za sobą to przekonanie. — Zostaną znalezieni, jeżeli będziemy zbyt długo zwlekać albo, co mniej kłopotliwe, zajdzie potrzeba odnowienia zaklęć usypiających i maskujących.

— Owszem. — Facet skinął głową, a potem skoncentrował się na przyjaciołach, jakby Draco po prostu przestał istnieć.

Mimowolnie zacisnął dłonie w pięści. Naturalnie, w pełni rozumiał, że zachowanie dystansu będzie najlepszym rozwiązaniem. Gdyby wciąż pozostawali w bliskiej komitywie, mogliby zaprzepaścić cały proces.

Chociaż doskonale to pojmował, wszystko, co przeszedł, odbiło nań piętno. Wedle powyższych argumentów nie sądził, aby ignorowanie zadanych ran było dobrym pierwszym krokiem w procesie powrotu do zdrowia.

— Żegnaj, Potter — powiedział sztywno, skinął mu głową i wyszedł z laboratorium.

W drodze na piętro toczył wewnętrzną walkę. Był cholernie wdzięczny za odzyskaną wolność, ale też pragnął zbiec po schodach i wziąć faceta w ramiona. Ciekawe, ile czasu zajmie mu znalezienie złotego środka i dostosowanie się do sytuacji.


Kiedy Draco odchodził, Harry nie otworzył oczu. Wiedział, że uniesienie powiek i pokazanie swych emocji, byłoby największą głupotą, jaką mógłby popełnić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz