Obudził się zanurzony w gorącu i nienawiści.
Nie wiedział, co się właściwie wydarzyło, że poczuł tę złość, ale wydawała się nadrzędnym uczuciem, unoszącym się gdzieś ponad jego ramieniem. Gdy odwrócił głowę, niemal ją zobaczył. Skupiwszy wzrok na bańce, zorientował się, że Harry zniknął. Kiedy nadstawił uszu, doszedł do wniosku, że nie było go nawet w pokoju.
Warknął, rozeźlony. Spróbował wstać i wyczuć, gdzie się podziewał, ale natrafił na niewidzialną barierę. W mieszkaniu było coś, co uniemożliwiało mu wyśledzenie bruneta. Ciekawe, czy Granger zapobiegawczo rzuciła jakieś zmyślne zaklęcie.
Wtem zrozumiał, że najprostsze wytłumaczenie jest również najbardziej prawdopodobne. Nie wyczuwał Harry’ego, bo po prostu wyszedł z domu.
Wrzasnął ze wściekłości, co sprawiło, że Granger wpadła do pokoju z różdżką w gotowości. Wyglądała na szczerze zdezorientowaną, ale zupełnie dziewczynę zignorował. Skoncentrował się na otaczającej go posrebrzanej kopule, ot pierwszej z barier, którą musiał pokonać, jeżeli chciał odnaleźć ukochanego i wziąć go w ramiona.
Zazdrość odebrała mu zdolność logicznego myślenia. Mgliście pamiętał, że już to kiedyś przeżył. Zaślepiony pragnieniem, całkowicie mu się poddał. Musiał znaleźć sposób, żeby dotrzeć do Harry’ego i odbić go z rąk tych, którzy ośmielili się położyć na nim brudne łapska.
Weasley podobno wrócił do siebie. Co, jeżeli został okłamany i to nieprawda? Co, jeśli ruda wiewióra wpadła w odwiedziny? Draco niejednokrotnie wcześniej widział, że byli ze sobą blisko i się całkiem swobodnie dotykali. To z kolei mogło oznaczać, że często tarzali się w łóżku…
Gdy pomyślał o najgorszym, stracił resztki opanowania, których się kurczowo trzymał. Stało się dokładnie to samo, co kiedy stał w kręgu w pracowni na dole. Wściekłość i zazdrość wbiły weń swe ostre pazury oraz sprawiły, że bez większych przeszkód pokonał magiczne ograniczenia. Wyrwał się z więzienia bez użycia różdżki, powołując się na pierwotne instynkty. Trochę to przypominało wybuch przypadkowej magii z czasów dzieciństwa.
Wrzasnął, a bańka ochronna się roztrysnęła w powietrzu. Wstał z podłogi, otrząsnął się i rozejrzał. Kiedy zobaczył Granger, momentalnie skupił się na różdżce, którą trzymała w dłoni. Z jakiegoś powodu wydała mu się niesamowicie irytująca, bardziej niż cokolwiek innego. Gdyby dziewczyna miała informacje o miejscu pobytu Harry’ego albo — nie daj Merlinie! — zatajała prawdę, żeby Weasleyowie mogli sobie pofolgować w łóżku, nie miałby najmniejszych wyrzutów sumienia, żeby posunąć się do tortur. Teraz jednak potrzebował oręża.
— Moja różdżka — wycharczał.
— Co robisz, Malfoy? — Granger się wycofała i oparła plecami o framugę drzwi. Wyglądała, jakby zamierzała własnym ciałem zablokować mu przejście.
Niedorzeczne, że aż miał ochotę się uśmiechnąć. Zamiast tego warknął pod nosem. To babsko zdecydowanie mu przeszkadzało i odwracało uwagę od znacznie ważniejszych kwestii. Nade wszystko musiał odnaleźć Harry’ego.
— Chcę tego, co do mnie należy — odpowiedział, ledwo klecąc w miarę sensowne zdanie. Pożądanie pozostawało uśpione, ale zazdrość doprowadzała go do szaleństwa. Instynkt podpowiadał mu, że ukochany nie tylko wyszedł z domu, ale po prostu zniknął. Nie wyczuwał jego magii w najbliższej okolicy — ani na ulicy, ani w sąsiadujących budynkach, ani nigdzie. — Gdzie on jest? — zapytał i niewerbalnie przywołał do siebie różdżkę.
Kobieta podskoczyła w miejscu, kiedy oręż przeleciał jej dosłownie pomiędzy nogami, a potem się nastroszyła i zwiększyła ostrożność. Jakby nie patrzeć, teraz był dodatkowo uzbrojony.
— Wyszedł, żeby sprawdzić, czy twoja matka znalazła w swoich księgach jakieś interesujące informacje — odparła, ostrożnie dobierając słowa, jakby obawiała się ataku. — Zapewne niedługo wróci.
Znów warknął. W posiadłości był Lucjusz, który pragnął skrzywdzić Harry’ego. Co gorsza, natura postanowiła, że wda się z wyglądu w ojca, a to oznaczało, że poniekąd będzie można wybaczyć ukochanemu grzeszne myśli. Naturalnie, Draco zamierzał być nieustępliwy nawet w kwestii własnych rodziców.
Chwilę później, gdy skoncentrował się na rodowej rezydencji, zauważył, że dom stał pusty i nie działo się w nim nic niepokojącego. Narcyzy nie było, a Lucjusz przechadzał się gdzieś korytarzami. Jeżeli nie zabili Harry’ego i nie zakopali go na terenie posiadłości, to nigdy tam nie dotarł.
— Potrzebuję czegoś więcej, Granger — stwierdził, podchodząc bliżej. Czy miała podtrzymać tajemnicę? Jeżeli tak, oboje gorzko pożałują zatajania informacji. Czemu Harry właściwie nie potrafił postawić go na pierwszym miejscu? Draco zawsze angażował się we wszystko pełnym sercem i duszą, więc zasługiwał na odwzajemnienie swoich uczuć. — Czy wspominał o innych planach? Dlaczego wyszedł z domu? Gdziekolwiek by się nie udał, mieliśmy sobie towarzyszyć. Obiecał mi to wcześniej. — Wiedział, że niepotrzebnie podnosi głos i pryska wokół śliną, ale miał to głęboko gdzieś. Zwłaszcza jeżeli dzięki temu osiągnie swój cel i Granger wszystko mu wyśpiewa.
Niestety, dziewczyna się cofnęła.
— Nie wiem, gdzie jest, jeśli nie w rezydencji Malfoyów — odparła i potrząsnęła głową.
Najprawdopodobniej nie skłamała. Znów się skoncentrował i rozszerzył pole poszukiwania, oddalając się coraz to bardziej od posiadłości. Skupiał się głównie na szczegółach, które były mu znajome. Odwrócił głowę i powąchał powietrze, próbując wyselekcjonować poszczególne zapachy i wrażenia.
Wtem doznał olśnienia. Uśmiechnął się nieprzyjemnie, co sprawiło, że Granger aż sapnęła, zupełnie jakby nie mogła znieść tego widoku.
Wiedział, gdzie był Harry, z kim był i co robił. Został porwany przez tych samych fanatyków, którzy wcześniej zaatakowali jego.
Wypadł z domu na ulicę. Zamierzał się deportować, nie zważając na krzyki swojej tymczasowej strażniczki.
Z deszczu pod rynnę, podsumował Harry.
Wciąż był w szoku, ale przynajmniej słyszał ciche, podekscytowane głosy i śmiechy wokół siebie. Nie potraktowano go z szacunkiem, a skopano i przewrócono na plecy. Udawał, że nadal jest nieprzytomny, ale wątpił, aby dali się nabrać. Ktoś podszedł bliżej, szturchnął go mocno palcem w klatkę piersiową, a potem się odsunął.
Trochę się nauczył, zanim przerwał szkolenie aurorskie. Wiedział, jak odczytywać mowę ciała i zachowanie przestępców. To była jedna z najcenniejszych lekcji, jakie odebrał w \życiu oraz przydatnych, ponieważ mimo obranej dosyć spokojnej drogi kariery, wciąż było sporo ludzi, którzy chcieli go skrzywdzić. Ludzie, którzy go porwali, czuli się pewnie na własnym terenie i nie spodziewali się żadnych przeszkód, chociaż w gruncie rzeczy powinni. Harry liczył, że któryś z napastników uzna za niewłaściwe zaatakowanie bohatera czarodziejskiego świata i może pobiegnie, aby złożyć donos do Ministerstwa, ale gorzko się przeliczył.
Zamiast pomocnej ręki, usłyszał wredny śmiech, a potem zerwano mu worek z głowy tak gwałtownie, że sapnął.
Pochylała się nad nim odziana na czarno postać. Harry nie dostrzegł jej twarzy, mimo że wysilał wzrok, ponieważ miał coś przymocowanego do głowy, co uniemożliwiało mu rozeznanie się w sytuacji. Dźwięki i zapachy były dokładnie takie same, jak na łące, którą odwiedził razem z Draco poprzedniego dnia. Całkiem możliwe, że popełnili błąd, tak szybko badając miejsce zdarzenia.
Z drugiej zaś strony nikt nie wiedział, gdzie się znajduje. Został porwany, zanim zdążył się deportować z ulicy, na której mieszkał, co oznaczało, że od dłuższego czasu obserwowali jego dom i najbliższą okolicę. Ron i Hermiona nie wpadną w panikę, dopóki nie miną godziny, albo w ogóle, bo pomyślą, że zasiedział się na herbatce z Narcyzą Malfoy. Czemu właściwie liczył na ratunek?
Wciągnął gwałtownie powietrze i spróbował zwalczyć narastającą rozpacz.
Coś się wydarzy. Napastnicy popełnili nieostrożny błąd, a więc mogli sknocić więcej.
— Panie Potter.
Harry nie potrafił jednoznacznie stwierdzić, czy miał do czynienia z kobietą, czy też z mężczyzną, biorąc pod uwagę gruby kaptur i zmodyfikowane zaklęcie słuchowe, którego bez wątpienia użył lub użyła na swój głos.
— Najrozsądniej by pan zrobił, gdyby zostawił pan tę sprawę w spokoju. Nie przypominam sobie żadnego przypadku z literatury faktu, w którym obiekt pomaga ofierze w rozładowywaniu napięcia związanego z pożądaniem. W takich okolicznościach należy okazać współczucie, zignorować ofiarę i odizolować się od niej. Nie ma żadnego przeciwzaklęcia na Novę Cupiditas.
— Nie wierzy pani w to, co mówi — a przynajmniej nie do końca — zaryzykował. — Inaczej przystąpiłaby pani do akcji, gdy tylko dowiedziała się, że badam temat.
Kobieta zastygła w bezruchu, ale tylko na dwie sekundy. Później wybuchnęła śmiechem. Harry zrobił mentalną notatkę, ponieważ to zawahanie się było znaczące, bez względu na chęć zatuszowania wpadki. Jak się okazało, porywacze nie byli tak idealni, na jakich pozowali. Lepiej by wyszli, gdyby po prostu trzymaliby się od niego z daleka.
— Jest pan Zbawicielem czarodziejskiego świata — powiedziała po chwili. — Cóż, powinniśmy byli wcześniej pomyśleć o możliwości, że zapragnie pan pomóc człowiekowi, który niegdyś był pańskim dręczycielem — urwała na moment, a Harry rzucił jej rozgniewane spojrzenie. Najprawdopodobniej nie miał najmniejszych szans na załagodzenie sytuacji, zwłaszcza że dopiero co dowiedzieli się, że pomaga Draco. Gdyby wcześniej wiedzieli, nie daliby się zwieść sarnim oczom, które robił i niewinnemu tonowi, którego używał. — Niemniej jednak powinien zrozumieć pan jedną rzecz — kontynuowała niskim, brzydkim głosem. — Draco Malfoy i podobni mu ludzie przez długie lata niszczyli szanse i mieszali z błotem znacznie większą ilość osób, aniżeli tych, których dotknęła wojna.
Harry udawał nikłe zainteresowanie. W rzeczywistości słuchał tylko po to, aby wyczytać z jej słów lub nawiązań jakieś wskazówki, które pomogłyby mu wykaraskać się z kłopotów. Im dłużej rozwodziła się nad etyką, tym dłużej pozostawał przy życiu.
Najprawdopodobniej chciała go przekonać do porzucenia pracy badawczej. Nie zamierzała go zabić lub, co gorsza, cisnąć weń Novą Cupiditas. Jakby nie patrzeć, mógł od czasu do czasu kiwać głową lub wydawać z siebie zachęcające, aczkolwiek mało znaczące dźwięki. Za niedługo wykorzysta te informacje, aby odzyskać wolność.
O ile nadarzy się okazja.
— Przez długi czas po zakończeniu wojny zabraniano czarodziejom mugolskiego pochodzenia wstępu do Ministerstwa Magii, a nawet magicznego świata — kontynuowała po chwili namysłu nieznajoma. — Teraz dzieci, które po raz pierwszy wkraczają do naszego społeczeństwa, są przerażone plotkami o wojnie i prawdzie o tym, co spotkało magów mugolskiego pochodzenia. Wielu wraca do niemagicznego świata i całkowicie rezygnuje z różdżki. Niektórzy odważni, pokroju pańskiej przyjaciółki Hermiony Granger, są rzadkością. Wszyscy tu zgromadzeni uważamy, że nikt nie powinien być zmuszany do posiadania takiej ogromnej odwagi. Nikt nie prosi czystokrwistych o stawianie czoła śmierci i zniszczeniu, chociaż ktoś powinien.
Harry pokręcił głową.
— Nie rozumiem waszych metod — powiedział, próbując skupić wzrok ponad głową swojej rozmówczyni tak, żeby przypadkiem nie zauważyła. — Czemu nie skupiliście się na ściganiu najgorszych czystokrwistych? Owszem, Lucjusz Malfoy jest zawistnym człowiekiem, ale jego syn, Draco, w rzeczywistości niewiele zrobił w trakcie wojny.
— Najgorsi albo gniją w więzieniu, nie żyją albo uciekli za granicę — mruknął ktoś zza zabezpieczenia, które nie pozwalało mu obrócić głowy. — Są poza naszym zasięgiem. Nie możemy ich skrzywdzić, chyba że ograniczyliśmy zakres naszej zemsty do legalnie dopuszczalnych sposobów.
— Spokojnie, Worthy — powiedziała przywódczyni grupy z życzliwością w głosie. Harry zapamiętał to nazwisko, choć wątpił, aby było prawdziwe. — Wszyscy czystokrwiści są częścią czarodziejskiej kultury, która oddziela mugolaków od ich prawowitego dziedzictwa, Potter, nie tylko ci najbardziej zatwardziali. Pozwolenie niektórym na uniknięcie kary byłoby równoznaczne z przyznaniem, że nie ma sensu nikogo ścigać.
Szczerze mówiąc, zupełnie nie rozumiał tej logiki, ale zamierzał dalej prowadzić dyskusję. Wpadł na pewien pomysł, dlatego też bardzo powoli i ostrożnie zgiął palce przy biodrze, a następnie zaczął koncentrować się na swoim gniewie.
— Czemu w takim razie posuwacie się do Novy Cupiditas? — zapytał. — Mogliście wykombinować coś bardziej bolesnego.
— To wystarczająco bolesna klątwa, której kres jest śmiercią. Ważniejsze jest upokorzenie ofiary i pokazanie wszystkim, że ludzie o „gorszej” krwi wciąż mogą być obiektem pożądania. Zmuszamy czystokrwistych do tarzania się w szlamie, żeby nie mogli dalej pleść bzdur o swoich jakże cennych wartościach.
Oczywiście, pomyślał sarkastycznie i powstrzymał się przed przewróceniem oczami. Zamiast tego po prostu nań patrzył, skupiony na zasłaniającym twarz kapturze i niezauważalnie przesunął dłoń w stronę biodra. Kiedy był młody i głupi, przypadkowo i pod wpływem emocji nadmuchał ciotkę Marge. Gdy się postara, dokona dokładnie tego samego, zwłaszcza że ma do czynienia z szaleńcami, którzy wcześniej napadli na Draco.
— Czy to zbrukanie wystarczy? — zapytał. — Naprawdę nie obchodzi was cierpienie, jakie zadajecie ludziom mojego pokroju, którzy pałają do ofiar współczuciem?
Kobieta wzięła głęboki oddech, żeby odpowiedzieć, a Harry napiął mięśnie, gotowy do przypuszczenia ataku, kiedy będzie pochłonięta przemową.
Niestety, los okazał się przewrotny i okazja została mu odebrana, zanim się zorientował.
Powietrze zgęstniało, a na polanie pojawił się Draco, ewidentnie rozsierdzony i pałający żądzą zemsty.
Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, była pochylająca się nad Harrym osoba — najprawdopodobniej kobieta, gdyż niemal przyciskała swe wymiona do jego klatki piersiowej. Facet był unieruchomiony, a do głowy miał przywiązane drewniane deski, żeby nie mógł się poruszać.
Uniósł różdżkę, gotowy do rozniesienia jej w pył.
Nie pamiętał, jakiego zaklęcia użył, ale nie miało to większego znaczenia. Liczyło się wyłącznie to, że napastniczka straciła głowę, a jej ciało opadło bezwładnie na Harry’ego, nie stanowiąc już żadnej potencjalnej konkurencji. Usatysfakcjonowany, na moment się odwrócił i skupił uwagę na kilkunastu innych osobach obecnych na łące.
Ludzie spanikowali, zaczęli krzyczeć i rozbiegać się w różnych kierunkach. Bezcelowo, pomyślał z uśmiechem na twarzy. Są tutaj. Jeżeli się deportują, wyśledzi ich nawet na końcu świata. Zawładnęła nim zazdrość, jasna i potężna, powstrzymująca pożądanie. W pewien sposób zachowywał się całkiem racjonalnie.
Był zgubą dla tych, którzy próbowali go upokorzyć.
Smagał różdżką niczym pejczem, a ludzie wokół niego rozskakiwali się na boki. W pewnym momencie odciął rękę komuś, kto podkradał się doń od tyłu. Chwilę później skierował oręż w ziemię i stworzył otwór, który pochłonął wrogów niczym idealnie skonstruowana pułapka.
Chciał zostawić kilku żywych, żeby potem torturować ich dla uzyskania informacji. Gdy będą niepotrzebni, zabije ich powoli i przy użyciu wymyślnych sposobów.
W świetnym humorze, który niemal przyćmił rozsadzający go od środka gniew, rzucił się w wir walki. Ludzie potykali się o siebie i nieistniejące na ziemi przeszkody, zbyt spanikowani, przerażeni lub powolni, żeby się deportować. Całkiem prawdopodobne, że nienawidzili go na tyle mocno, że woleli zostać i próbować swych sił. Draco miał to głęboko gdzieś. Był w ruchu i chronił Harry’ego. Czuł się lepiej niż kiedykolwiek wcześniej od czasu, gdy została nań rzucona Nova Cupiditas. Znów brał aktywny udział w ratowaniu własnego życia, podczas gdy wcześniej po prostu siedział na tyłku i czekał, aż Potter coś wykombinuje, albo spał w bawialni za barierami ochronnymi, ponieważ w przeciwnym razie niepotrzebnie by go rozpraszał.
Oblizawszy wargi, poczuł słony i metaliczny smak, dzięki czemu zrozumiał, że ma krew na ustach. Wzruszył ramionami i energicznym krokiem podszedł do ukochanego. To nie miało znaczenia, gdyż pocałuje go i nauczy kochać ten smak, o ile jeszcze go nie polubił. Harry był typem żołnierza, więc z pewnością to zrozumie.
— Najdroższy — wyszeptał z czułością i świadomością, że ukochany będzie musiał uwierzyć mu na słowo. Wiedział, że klątwa nie została przełamana, ale też wierzył, że tym razem stanowi dlań źródło siły. Pochylił się naprzód i uwolnił głowę bruneta z drewna, a następnie zsunął z niego bezwładne ciało napastniczki. Gdy przytulił go do siebie, zamknął oczy i poddał się nieopisanemu uczuciu, które nim zawładnęło. Łatwiej byłoby mu odciąć sobie rękę, niż przestać darzyć Harry’ego miłością, przestać go trzymać w ramionach i rościć doń prawa, których nie miał nikt inny.
— Ja… — Ukochany go odepchnął z szeroko otwartymi ze strachu oczami. Draco zupełnie tego nie rozumiał. Czyż nie pokazał mu właśnie, że nie musi się niczego obawiać? Zajął się przecież wszystkimi przeciwnikami i upewnił się, że na łące nie pojawią się następni. Niektórym może się poszczęściło i uciekli w popłochu, ale nie sądził, aby rzeczywiście tak było. W zamglonych obrazach, które przepływały mu przez głowę, nie widział żadnych deportujących się z pola walki postaci. Osiem osób nie żyło, a pięć zostało uwięzionych w szczelinie w ziemi, jęcząc cichuteńko z bólu i najprawdziwszego przerażenia. W ostatecznym rozrachunku wychodziło więc na to, że w pojedynkę sprzątnął trzynastu napastników.
— Powiedz, co cię dręczy, Harry — poprosił, pogładziwszy go palcami po policzku. Chciał go pocałować, ale postanowił się wstrzymać, aż pozna prawdziwy powód zmartwienia ukochanego. Jakby nie patrzeć, ciężko było mówić z zajętymi ustami.
Muszę go stąd zabrać.
Harry nie mógł zaczerpnąć oddechu. W ciągu kilku chwil zjawił się Draco, a potem… wszystko się skończyło.
Rozejrzał się wokół, patrząc na pociętych lub po prostu przepołowionych ludzi, z głowami leżącymi porozrzucanymi po ziemi i dziurami w klatkach piersiowych. Nie rozpoznał większości użytych przez faceta zaklęć, nawet pomimo niedokończonego szkolenia aurorskiego i prowadzonej nad mało znanymi klątwami oraz urokami pracy badawczej. Malfoy uciekł się do czarnej magii, rzucając zaklęciami tak swobodnie, jakby rozrzucał wokół siebie płatki kwiatów. Twarz miał umorusaną krwią, włosy posklejane, a oczy błyszczące odrobiną szaleństwa. Harry szczerze wątpił, żeby zauważył cokolwiek poza potrzebą dotyku, bo praktycznie nie mógł opanować ruchów dłoni.
— Muszę wiedzieć, dlaczego to się stało — powiedział wreszcie. — Jakim cudem mnie odnalazłeś? — dodał, ponieważ dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że to nie przyjaciele pierwsi przyszli mu z pomocą, a Draco. Zrozumiałby, gdyby ktoś nim pokierował, ale fakt, że przybył tu tak szybko i to jeszcze w pojedynkę, zrobiła mu niemałą sieczkę z mózgu.
Malfoy uśmiechnął się czule i delikatnie, a potem pochylił się i pocałował go w policzek. Harry starał się nie wzdrygnąć, ale nie wiedział, czy osiągnął sukces, ponieważ usta mężczyzny wciąż były lepkie od krwi.
— Obudziłem się, a ciebie nie było w pobliżu. Już wcześniej miałem wrażenie, że coś mnie prowadzi, ale machnąłem na to ręką. — Usłyszał. — Pamiętasz ten dzień, kiedy się pokłóciliśmy o koligacje rodzinne i zszedłeś na dół do swojej pracowni? Cóż, wtedy po raz pierwszy poczułem to… przyciąganie. Podporządkowałem się wtedy instynktowi i do ciebie dołączyłem. — Draco omiótł łąkę zamyślonym wzrokiem. — Jestem przekonany, że pomógł mi fakt, że ci dranie byli na tyle głupi, aby ponownie tutaj wrócić. Nie znalazłbym cię tak szybko, gdybyś był przetrzymywany w nieznanym mi miejscu.
Zamrugał i potrząsnął głową. Wtem usłyszał ciche jęczenie uwięzionych pod ziemią ludzi i nieznacznie westchnął. Wiedział, że Draco celowo pozostawił ich przy życiu. Prawdę powiedziawszy, równie dobrze mógł ocalić wszystkich napastników. Westchnąwszy ponownie, spróbował skupić się na czymś bardziej produktywnym, zanim padnie z wyczerpania lub szoku pourazowego.
Albo, zanim znów da się pocałować.
— Czemu wybrałeś akurat tę strategię? — zapytał ściszonym głosem. — Czemu nie ograniczyłeś się do usunięcia osoby, która nade mną wisiała? Likwidując główne zagrożenie, mogłeś po prostu nas deportować w bezpieczne miejsce. Klątwa… nie powinna dawać ci innego wyboru.
Wstrzymał oddech na wypadek, gdyby odniesienie do przekleństwa wytrąciło Draco z równowagi. Stało się coś zupełnie przeciwnego, bowiem facet po prostu spojrzał nań z uwielbieniem, pogładził go po włosach i wymamrotał coś o jego zapachu, czego właściwie nie chciał nawet rozumieć.
— Zrobiłbym to, gdyby pożądanie mi kazało — przyznał. — Wydaje mi się, że to zazdrość daje mi możliwość wyboru. Dzięki niej przełamałem barierę w domu i mogłem myśleć o czymś innym niż porządne pieprzenie. — Przysunął się bliżej i przycisnął do niego swoje biodra. Harry poczuł na udzie twardą erekcję i mimowolnie zastanowił się, od jak dawna był w takim stanie i czy przypadkiem go to nie boli. — Nie, żeby seks nie był fajny, oczywiście.
Gdy szare oczy zaczęła przysnuwać charakterystyczna mgiełka, postanowił działać, zanim sprawy przybiorą gorszy obrót. Wyciągnął rękę i złapał mężczyznę za kark. Draco wydał z siebie niski, dudniący jęk i odchylił głowę w kierunku dłoni, ewidentnie spragniony dotyku.
— Czy zazdrość jest silniejsza od pożądania?
— Tak przypuszczam. — Uśmiechnął się blondyn z wypisanymi na twarzy emocjami. Było to przerażające, biorąc pod uwagę fakt, że jest umorusany krwią oraz jeszcze kilka minut temu wymachiwał różdżką i odbierał ludziom życia. — Skończmy wreszcie rozmawiać. — Przesunął ręką w dół i ścisnął go za pośladek. — Muszę cię wziąć.
Harry wstrzymał na moment oddech, a potem przełknął ślinę i potrząsnął przecząco głową.
— Nie mogę ci na to pozwolić, Draco — powiedział. — Zazdrość trochę ułatwia nam sprawę i zwraca ci cząstkę ciebie, ale nie zapominaj, że powinniśmy przesłuchać więźniów, których schwytałeś. Nie możemy wykluczyć możliwości, że grupą kieruje inny przywódca, gotowy do przeprowadzenia misji ratowniczej. Nie chcemy również, żeby ci ludzie wpadli na pomysł popełnienia zbiorowego samobójstwa.
Spojrzał na uwięzionych w szczelinie czarodziejów i ponownie się zastanowił. Sprawiali wrażenie oszołomionych. Mieli zwieszone głowy i odwracali wzrok od poległych towarzyszy, zupełnie jakby nigdy wcześniej nie mieli styczności ze śmiercią. W ich oczach lśniły łzy, zaś niektórzy pociągali smętnie nosem. To interesujące, bo wcześniej naprawdę wyglądali na pewnych siebie i wielce zarozumiałych. Całkiem prawdopodobne, że po raz pierwszy dostali po dupie.
— Proszę, Harry…
Skrzywił się i zaryzykował. Jeżeli miał rację, aby osiągnąć swój cel, mógł wykorzystać przewagę zazdrości ponad pożądaniem. Jeśli był w błędzie, właśnie skazywał się na cierpienie, a więźniów na śmierć.
— Chcę, żebyś się uspokoił, Draco — powiedział. — Gdy nie ochłoniesz, będę musiał poszukać sobie kogoś innego.
Malfoy natychmiast się wyprostował.
— W porządku, będę spokojny niczym szklanka wody — burknął, rzuciwszy mu rozgniewane spojrzenie. — Niemniej jednak wisisz mi za to przysługę. — Zacisnął dłoń na nadgarstku Harry’ego.
Uśmiechnął się niepewnie i spróbował się odsunąć, aby znaleźć różdżkę. Draco zwrócił mu wolność zaledwie na długość swego ramienia, a następnie znów ograniczył mu ruchomość. W szarych oczach błyszczało nieme zapytanie, dlaczego myślał, że uda mu się czmychnąć.
Schylił pokornie głowę i pozwolił się poprowadzić, podczas gdy jego umysł pracował na pełnych obrotach, wyciągając wnioski i odrzucając mniej prawdopodobne teorie. Chciał jak najlepiej zrozumieć Novę Cupiditas, bo w ciągu ostatnich kilkudziesięciu minut udowodniła, że potrafi działać nieszablonowo.
Jednocześnie unikał myślenia o morderstwach, które przed chwilą popełnił Draco.
Głównie z jego powodu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz