52. ULTIMA RATIO

Powoli odzyskiwała przytomność. Jęknęła cicho, ale nie odważyła się otworzyć oczu. Sekundę później wróciły doń wspomnienia.

Ciemność. Strach. Zielone światło.

Mocniej zacisnęła powieki. Zdecydowanie nie uniknęła tej Avady, prawda? Wzięła głęboki oddech, nagle bardzo świadoma procesu napełnienia płuc powietrzem. W pierwszej kolejności nie powinna oddychać, a mimo to jej klatka piersiowa unosiła się i opadła w jednostajnym tempie. Nie czuła żadnego bólu, chociaż oberwała prosto w pierś. Niecodzienne.

Właśnie. Oberwała Avadą Kedavrą.

Nie powinna czuć bólu, oddychać, a tym bardziej myśleć.

Strach zawładnął nią z taką siłą, że aż zakręciło jej się w głowie, a w uszach zaszumiało. Co się właściwie wydarzyło? Ze strachem uniosła powieki. Od razu została oślepiona przez jasne, białe światło. Czy w zaświatach nie powinno być przypadkiem ciemno? Jej oczy łzawiły, ale chwiejnie zdołała podnieść się do pozycji siedzącej. Zamrugawszy kilkakrotnie, przetarła oczy i mokre policzki. Wreszcie coś zobaczyła. Siedziała pośrodku białego samolotu. Wyciągnęła szyję, ale biel rozciągała się jakby w nieskończoność. Niebo też było dziwacznie jaskrawe. Czy to był sufit? Ciężko stwierdzić. Powietrze z kolei wydawało się lekko nieświeże, a wszystkie dźwięki dziwacznie stłumione.

Gdzie wylądowała…?

Spróbowała wstać i ze zdziwieniem zauważyła, że była nadzwyczaj lekka. Nie czuła żadnego zmęczenia, a kiedy pobieżnie się obejrzała, zarejestrowała, że nie otrzymała żadnych obrażeń. Zamrugała, uzmysłowiwszy sobie, iż zamiast szkolnego mundurka, w którym powinna umrzeć, miała na sobie obcisłą czarną koszulkę, czarne jeansy i bose stopy. Te ubrania zdecydowanie nie były kompatybilne z latami czterdziestymi. Jakież to dziwaczne. Gdy przejechała dłońmi po nowej odzieży, zauważyła, że jej srebrzysta dłoń zniknęła, zastąpiona oryginalną, wykonaną ze skóry i kości. Zmarszczyła w niezrozumieniu brwi. Sekundę później zarejestrowała, że zapodziała gdzieś pelerynę niewidkę i pierścień Marvolo Gaunta. W momencie zaczęła gorączkowo przeszukiwać podłogę, ale po Insygniach nie został nawet ślad. Wtem, idąc ciągiem logicznym, przypomniała sobie, dlaczego w pierwszej kolejności oberwała klątwą zabijającą.

Tom Riddle.

Nakryła go w trakcie tworzenia horkruksów i wtedy…

Zacisnęła oczy i przejechała dłonią po twarzy. Tom rzucił na Cartera klątwę zabijającą. Aby mu przeszkodzić i ocalić jeszcze niewinną duszę, rzuciła się naprzód i stanęła jej na drodze. Uniosła powieki.

Wciąż siedziała w nieskończonym samolocie, a ta niesamowita cisza była ogłuszająca. Co tu się wyprawiało? Momentalnie bardziej się zaniepokoiła. Musiała stąd szybko uciec. Odrzuciwszy wszelkie wahanie, wyobraziła sobie polanę w Zakazanym Lesie, po czym obróciła się w miejscu.

Nie zdołała się deportować.

Wciąż była w samolocie. Zmarszczywszy w zaniepokojeniu brwi, przywołała swą magię, jednakże nic się nie wydarzyło. Jej moc zniknęła, więc to naturalne, że wpadła w panikę.

Gdzie wylądowała…?

Wokół nie było niczego innego ani nikogo. Mimowolnie zaczęła szybciej oddychać, a potem bezradnie drżeć. Zrobiła kilka niepewnych kroków, ale nie wiedziała, dokąd właściwie pójść. Gdziekolwiek się obróciła, widziała wyłącznie biel, nic więcej.

Gdzie się znalazła…?

— Tom?

Zduszony głos zaginął w bezkresie białego samolotu, a jej wołanie pozostało bez odpowiedzi. Hermiona wzięła głęboki, uspokajający oddech. Kręciło jej się w głowie i zanim się zorientowała, zaczęła się hiperwentylować. Nie sposób zaprzeczyć faktom i prawdzie. Uderzyła weń zabójcza klątwa. Czyżby…?

Drgnęła, usłyszawszy dochodzący z pobliża dźwięk. Z początku był cichy i stłumiony, ale im bardziej mu się przysłuchiwała, stawał się wyraźniejszy. Przypominał dudnienie, zupełnie jakby jakieś biedne stworzenie się szamotało, cierpiało i próbowało bezradnie uciec. W niewyjaśniony sposób te trzepoczące dźwięki sprawiały, że włosy stawały jej dęba. Miała wrażenie, że słyszy coś nieprzyzwoitego i podstępnego. Automatycznie zaczęła szukać źródła. Obróciła się w miejscu i nie minęło wiele czasu, zanim dostrzegła leżące na białej podłodze w pewnej odległości od niej zawiniątko. Zmarszczyła brwi, gdyż dałaby sobie głowę uciąć, iż kilka sekund wcześniej go tam nie było.

Najwyraźniej to małe coś, niedbale zawinięte w szmaty, było źródłem tych wszystkich dziwacznych dźwięków. Z największą ostrożnością podeszła do tej nieszczęsnej kupki ubrań. O dziwo, im bardziej się zbliżała, tym bardziej była zaniepokojona. Czemu bała się czegoś, co wydawało się niepozorne i niegroźne?

W końcu stanęła nad zawiniątkiem i z trudem przełknęła obrzydzenie. Z daleka przypominało małe, groteskowo zdeformowane dzieciątko, którego ramiona były zbyt długie i cienkie, tułów nieproporcjonalny, a twarz zniekształcona. Stworzenie wyglądało po prostu okropnie. Leżało na boku, przez co najprawdopodobniej nawet nie zauważyło obecności drugiego człowieka. Hermiona zadrżała ze wstrętu, zaskoczona, strachem, który nią zawładnął.

Czemu bała się brzydkiego dziecka?

Czuła się zawstydzona własnym zachowaniem. Cokolwiek to było, sprawiało wrażenie rannego. Skóra niemowlęcia była zaczerwieniona, a mimo to wciąż leżało bezradnie i się szamotało na podłodze. Zacisnąwszy usta, zrobiła niechętny krok naprzód, podczas gdy obrzydzenie ścisnęło jej żołądek. Przełamawszy zahamowania, przyklęknęła przy zawiniątku. Dziecko wciąż nie zauważyło, że ma towarzystwo, dlatego też skomlało w poszukiwaniu pomocy.

Chociaż cierpiało, nie mogła powstrzymać mdłości. Stworzenie było po prostu obrzydliwe i naprawdę nie chciała go dotykać, ale jednocześnie nie wiedziała, co począć. Gdy się tak weń wpatrywała, poddała się następnej fali irracjonalnego strachu. Chciała oddalić się od tego zdeformowanego zawiniątka, ponieważ samo przebywanie w jego obecności było nie do zniesienia. W momencie, gdy postanowiła wstać, stwór ponownie jęknął z bólem, czym wzbudził weń wyrzuty sumienia.

Niechętnie wyciągnęła ku niemu rękę. Nie pragnęła niczego innego, aniżeli uciec, gdzie pieprz rośnie, ale postanowiła postąpić zupełnie inaczej. Cokolwiek to było, nie zamierzała zostawić rannego niemowlęcia na pastwę losu, zwłaszcza że ewidentnie potrzebowało pomocy. Kiedy dotknęła zaczerwienionej skóry opuszkami palców, zadrżała od przejmującego zimna, zaś dziecko natychmiast przestało się szamotać i skomleć.

— Zawsze wiedziałem, że jesteś z nas najodważniejsza.

Usłyszawszy jakże znajomy głos, aż krzyknęła z zaskoczenia, poderwała się na równe nogi i gwałtowne odwróciła. W momencie opadła jej szczęka i przez chwilę nie była w stanie wykrztusić przynajmniej jednego słowa.

— Co? — Uśmiechnął się złośliwie Harry Potter. — Nie cieszysz się ze spotkania?

Miał równie zielone, żywe oczy, jak zapamiętała, zanim wszystko legło w gruzach. Hermiona wciąż patrzyła nań z niedowierzaniem. To naprawdę on. Jakim cudem…?

Momentalnie się rozkleiła, co zaś sprawiło, że wróciła do rzeczywistości, wyrwała się z osłupienia i pobiegła do niego w podskokach. Można stwierdzić, że praktycznie wleciała mu w ramiona. Aż dziw, że się oboje nie przewrócili.

— Harry! — zawołała i mocniej go objęła. Chociaż wiedziała, że to po prostu niemożliwe, poddała się temu czułemu uściskowi, przynajmniej na kilka cudownych sekund zapomniawszy, że przecież był martwy.

Powoli uniosła głowę i spojrzała na twarz przyjaciela. Wciąż się do niej łagodnie uśmiechał, mimo że nie powinien.

Czy to oznaczało…?

— Też zginęłam? — zapytała.

— Nie, Hermiono. — Potrząsnął głową. — Jestem przekonany, że nadal żyjesz.

Spojrzała nań, szczerze zdezorientowana.

— Gdzie właściwie jesteśmy?

— Liczyłem, że ty mi powiesz — odpowiedział, otarłszy jej łzy z policzków.

Zmarszczyła brwi. Skąd miałaby wiedzieć? Gdy się od siebie odsunęli, ponownie się rozejrzała. Znajdowali się teraz w czymś innym, aniżeli opustoszały samolot. Stali jakby w pokoju, którego ściany były pokryte jasnożółtymi tapetami. Z jednej strony pomieszczenia znajdowało się ogromne okno i wielkie, przeszklone drzwi, prowadzące na taras. Z tyłu dostrzegła ogród z żywopłotem, a nawet huśtawkę.

Pokój sprawiał wrażenie znajomego.

Skądś znała tę miękką kanapę oraz klasyczną szafkę w rogu. Zmarszczyła delikatnie czoło, kiedy zrozumiała, że nawet stół z trzema krzesłami wydawał się oklepany.

— Jestem w domu — powiedziała drżącym głosem.

— Oczywiście. — Uśmiechnął się Harry, a następnie podszedł do sofy i nań usiadł.

Hermiona ponownie przetarła mokre policzki i rozejrzała się po pomieszczeniu. Nigdy nie spodziewała się znów go zobaczyć. W momencie przestała się zastanawiać, dlaczego się tutaj znalazła, bowiem była zbyt szczęśliwa, żeby roztrząsać mniej istotne kwestie. Obudziła się w rodzinnym salonie.

Powoli podeszła do przyjaciela i również usiadła na ciemnozielonej kanapie. Brzydka, ale swoja, pomyślała czule. Cudownie wygodna. Szczerze mówiąc, zawsze ją lubiła. Z przyjemnością przymknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Nawet pachniała tak, jak zapamiętała. Wtem wstrząsnął nią szloch.

Naprawdę wróciła do domu.

— Jak to możliwe…? — zapytała. — Przecież spłonął.

— Istnieje tylko tutaj — odpowiedział ze spokojem Harry. — Z drugiej strony, można podnieść argument, że jeszcze nie został wybudowany.

Zmarszczyła w zakłopotaniu brwi.

— Jakim cudem tu jesteś? Idąc tym tropem, jeszcze się nie urodziłeś. Nie możesz być… martwy.

— Wiesz, okazuje się, że po śmierci czas przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. — Uśmiechnął się z rozbawieniem. — To po prostu nieistotne. Jestem dokładnie tam, gdzie powinienem być.

Hermiona się zapatrzyła, próbując wszystko ogarnąć, podczas gdy chłopak wciąż wylegiwał się wygodnie na kanapie. Właśnie wtedy znów usłyszała pełne cierpienia skomlenie. Automatycznie rozejrzała się po salonie i dostrzegła to brudne zawiniątko, tym razem leżące całkiem blisko sofy. W znajomych murach wyglądało jeszcze obrzydliwiej, aniżeli w opustoszałym samolocie. Mimowolnie zadrżała.

— Nie przejmuj się tym — powiedział Harry.

Zamrugała. To naprawdę stawało się coraz dziwniejsze.

— Co się ze mną stało? Co to za miejsce?

Lekko wzruszył ramionami.

— Ciężko stwierdzić.

Zmarszczyła brwi, gdy zawładnęła nią panika.

— Powinnam być martwa. Uderzyła we mnie klątwa zabijająca. — Spojrzała na przyjaciela i dotknęła swojej klatki piersiowej. — Tutaj.

Harry się zaśmiał.

— Muszę przyznać, że po takim czasie „klątwa nie do zablokowania” stała się niezłym żartem. Nie zginąłem w dzieciństwie, a teraz i tobie się udało.

Zapatrzyła się, szczerze zdumiona. Kiedy mu się tak przyglądała, ze zdziwieniem odkryła, że nie miał na czole swojej słynnej blizny. Potrząsnęła głową. Najwyraźniej wciąż była zdezorientowana i wystraszona, co wpływało na jej zdolności poznawcze.

— Jakim cudem? Oberwałam Avadą.

— Mogę zaledwie zgadywać — powiedział. — Z drugiej strony, biorąc to wszystko pod uwagę, byłbym naprawdę zaskoczony, gdybyś rzeczywiście zginęła.

Zmarszczyła brwi.

— To znaczy…?

— Zawsze potrzebowałaś odpowiedzi na każde pytanie, prawda, kochana Hermiono?

Westchnęła w niezrozumieniu i spojrzała nań bezradnie. To wszystko było pozbawione sensu. Gdy tak rozmyślała nad swoim losem, zobaczyła w głowie zupełnie inne zielone światło, tym razem opuszczające jej własną różdżkę. Natychmiast spuściła głowę, nie mogąc dalej patrzeć na Harry’ego. Jak mogła zapomnieć o tym, iż zabiła najlepszego przyjaciela?

— Tak strasznie mi przykro — wyszeptała.

— Za co właściwie przepraszasz? — spytał, ewidentnie zaciekawiony.

— Zawiniłam — odpowiedziała pustym głosem. — Gdybym była uważniejsza, Ron przeżyłby tę bitwę. Ty również zginąłeś. — Wreszcie zebrała się na odwagę i spojrzała mu prosto w oczy. — Własnoręcznie cię zabiłam.

Odsunęła się ze strachem, zobaczywszy gniew na twarzy chłopaka. Oto punkt kulminacyjny spotkania — zaraz zacznie się obwinianie, czego cholernie się obawiała. Z drugiej strony, miał do tego pełne prawo. Za popełnione grzechy zasługiwała na wszystko, co najgorsze. Zesztywniała, gdy została gwałtownie złapana za ramiona, a potem na moment przymknęła powieki, kiedy obrócił ją ku sobie. Gdy otworzyła oczy, ponownie została skonfrontowana z tymi roziskrzonymi, rozgniewanymi zielonymi tęczówkami.

— Nawet się nie waż obwiniać, Hermiono — powiedział stanowczo Harry. — Nie powinnaś myśleć, że jesteś odpowiedzialna za naszą śmierć.

Usłyszawszy te słowa, niemal wytrzeszczyła oczy.

Jak to…?

— Ale przecież ponoszę pełną odpowiedzialność. Popełniłam masę błędów i nie byłam wystarczająco silna — wyszeptała, przygniatana poczuciem winy. — Umarłeś przeze mnie. — Unikała nawiązania kontaktu wzrokowego, świadoma realności sytuacji. Harry powinien mieć doń pretensje. Czemu się hamował? Nie mogąc tego wytrzymać, załamała się i rozpłakała. — Nie chciałam. Nie chciałam cię zabić…

Chłopak przyciągnął ją bliżej i objął ramionami.

— Nie zrobiłaś tego.

— Zawiodłam w starciu z Bellatriks, co poskutkowało śmiercią Rona — powiedziała, mocząc mu łzami koszulkę. Z pewnością zasługiwała na pogardę. — Chwilę później rzuciłam na ciebie klątwę zabijającą.

— Och, Hermiono. Nie jesteś przecież odpowiedzialna za całe zło świata. Ron dobrze wiedział, w co się pakuje i był utalentowanym czarodziejem — odparł, głaszcząc ją pocieszająco po plecach. — Zabiła go Bellatriks Lestrange.

Zaszlochała.

— W takim razie co z tobą? Nie usprawiedliwisz faktu, że rzuciłam na ciebie Avadę…

Harry zakończył uścisk i Hermiona zadrżała z przerażenia. Najprawdopodobniej wreszcie dostrzegł prawdę. Odetchnęła głęboko i zebrała się na odwagę. Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Był cholernie poważny, więc z nerwów przygryzła dolną wargę.

— Kiedy cisnęłaś we mnie klątwą, dawno przestałem być sobą. Uwierz, że mnie nie zabiłaś. Nurzanie się w poczuciu winy jest więc bezsensowne. Jeżeli ktoś miałby mieć wyrzuty sumienia, to wyłącznie ja.

Zamrugała, chcąc odpędzić zawroty głowy.

— Czemu? — spytała, szczerze zdezorientowana.

— Moim zadaniem było powstrzymać Voldemorta. — Uśmiechnął się ze smutkiem. — Zawiodłem, ponieważ nie doceniłem przeciwnika. Co gorsza, popełniłem masę błędów, za które wszyscy słono zapłaciliśmy. — Westchnął przeciągle, po czym skrzyżował z nią spojrzenie. O dziwo, w zielonych oczach dostrzegła coś na kształt dumy. — W przeciwieństwie do mnie zwyciężyłaś, Hermiono. Zakończyłaś wojnę. Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo jestem ci wdzięczny. Gdybyś nie cisnęła we mnie Avadą, Voldemort by zatriumfował, ponieważ całkowicie mnie opętał. Jeżeli byś się zawahała, z pewnością wykorzystałby moje ciało, aby zbudować swe wymarzone królestwo.

Zwyciężyłaś, Hermiono. Zwyciężyłaś. Zwyciężyłaś…

Raz za razem odtwarzała w głowie to słowo. Harry był rad, że pokonała Voldemorta. Spuściła głowę, nagle przytłoczona ogromnym poczuciem winy. W momencie zrobiło jej się niedobrze, przez co zaczęła drżeć.

Straszliwie się mylił. Nikogo nie powstrzymała, więc nie powinien być wdzięczny, a czuć doń jedynie obrzydzenie. Szczerze mówiąc, zdradziła sprawę, za którą walczyli i zaufanie, którym została obdarzona, bowiem zaraz po śmierci najbliższych zaprzyjaźniła się z wrogiem. Nie dość, że naprawdę go polubiła, to jeszcze posunęła się o krok dalej i zaczęła z nim sypiać. Zacisnąwszy usta w cienką linię, spojrzała na swoje dłonie.

— Jestem okropna, Harry. Czy w pierwszej kolejności wiesz, co właściwie zrobiłam…? — zapytała bojaźliwie, nie mogąc nawiązać kontaktu wzrokowego.

— Owszem — powiedział ze spokojem po dłuższej chwili milczenia.

Gwałtownie wciągnęła powietrze i prawie się popłakała.

— Jestem pewna, że teraz mną gardzisz — wyszeptała drżącym głosem. — Zasłużyłam na nienawiść.

— Opowiadasz straszne głupoty, Hermiono.

Ze strachem uniosła głowę i nań spojrzała. Spodziewała się, że wpadnie w furię i wreszcie podniesie głos, a zamiast tego zamrugała, szczerze zaskoczona, zobaczywszy uśmiech na jego twarzy.

— Wszystko zniszczyłam — argumentowała z okropnym poczuciem winy. — Zdradziłam ludzi, którzy walczyli u mojego boku. Zdradziłam nawet ciebie. — Pociągnęła nosem. — Zdradziłam Rona.

Otarła mokre policzki i schowała twarz w dłoniach. Zesztywniała, gdy poczuła, że jest obejmowana. Harry emanował spokojem, o który go nawet nie podejrzewała.

— Znów pleciesz trzy po trzy — powiedział. — Nie zdradziłaś ani nas, ani sprawy, za którą walczyliśmy.

— Wręcz przeciwnie. Voldemort zabił tak wielu ludzi. To przez niego przeszedłeś koszmar. Zamordował twoich rodziców — stwierdziła, z trudem przełykając ślinę. — Zachowałam się nieodpowiednio. W zamian z czasem obdarzyłam go sympatią.

Harry wzmocnił uścisk.

— Zakochałaś się w nim.

Zadrżała, gdy została skonfrontowana z prawdą.

— Owszem.

Kiedy się odsunął, nabrała przekonania, że właśnie go straciła. To oczywiste, że był zniesmaczony jej postępowaniem. To, co uczyniła, było niewybaczalne. Odwróciła wzrok, nie mogąc znieść nienawiści w tych pięknych, szmaragdowych oczach, a następnie sapnęła, kiedy pociągnął ją drażniąco za zabłąkany kosmyk włosów.

— Czemu się smucisz? Miłość to z reguły wspaniała rzecz.

Hermiona się zapatrzyła.

— Nie jesteś na mnie zły…?

— Czemu miałbym być? — zapytał, rozbawiony jej zdziwieniem.

— Cóż, Tom jest Voldemortem — powiedziała i się skrzywiła. To zabrzmiało co najmniej okropnie, zwłaszcza że wcześniej uparcie twierdziła zupełnie coś innego.

Machnął ręką, jakby odpędzał natrętną muchę.

— Możliwe.

Zamrugała, szczerze zdezorientowana. Nie mogła zrozumieć, dlaczego wykazywał tak akceptującą postawę, skoro dobrze wiedział, na czym stali. Powinien zachowywać się całkowicie inaczej — kipieć rozgoryczeniem i potępieniem, złościć się, przeklinać, a nawet się wyżywać. Zdeterminowana, otworzyła usta i dokonała zwięzłego podsumowania sedna problemu.

— To zły człowiek.

— Wiem. — Uśmiechnął się Harry. — Byłem jednym z jego horkruksów. Wiesz, co to oznaczało w praktyce? Że poniekąd dzieliliśmy umysł. Myślę, że dzięki temu całkiem dobrze go poznałem. — Pochylił się naprzód, jakby chciał zdradzić wielki sekret. — Szczerze mówiąc, nie ma całkowicie dobrych czy złych ludzi.

— Co takiego…?

— Nie zrozum mnie źle, Hermiono. — Chłopak oparł się wygodnie na kanapie. Zielone oczy emanowały spokojem i łagodnością. — Lord Voldemort był szalenie niebezpiecznym czarodziejem i masowym mordercą, który musiał zostać powstrzymany. — Położył jej dłoń na ramieniu. — Był chory i borykał się z wieloma problemami, których nie był w stanie rozwiązać. Kiedy potworzył horkruksy, jeszcze bardziej się okaleczył. Wszystko ostatecznie sprowadziło się do jednego — chociaż za wszelką cenę próbował z tym walczyć, wciąż był zaledwie człowiekiem.

Potrząsnęła głową. Jakim cudem Harry był w stanie zachować taki spokój? Dopuściła się przecież najgorszej możliwej zdrady. Może i miał rację, a Tom nie był całkowicie pozbawionym serca złoczyńcą, niemniej jednak nadal szczycił się posiadaniem mrocznej strony i czarnomagicznych upodobań. Czy to nie uwadniało tylko, iż był niebezpiecznym przeciwnikiem? Gdy wkroczyła do akcji, był w trakcie tworzenia pierwszego horkruksa. Sekundę później cisnął — poniekąd — weń klątwą zabijającą.

— Oboje dobrze wiemy, że jest czarnoksiężnikiem. I ręczę, że nijak się zmienił, odkąd go bliżej poznałam — podsumowała pustym głosem. — Jak możesz twierdzić, że nie zdradziłam sprawy, za którą wszyscy walczyliśmy…?

W zielonych oczach zabłyszczało rozbawienie.

— Nie sądzę, aby naprawdę był taki zepsuty. Znam cię, droga Hermiono. Wiem, że nie zakochałabyś się w mężczyźnie, dla którego nie ma nadziei. Jestem przekonany, że zobaczyłaś w nim coś dobrego.

Ugryzła się w język, nie spuszczając wzroku z uśmiechniętej twarzy przyjaciela. Czemu w pierwszej kolejności bronił człowieka, przez którego tyle wycierpiał? Prawdę powiedziawszy, był ostatnią osobą, którą widziała w roli adwokata Toma Riddle’a.

— Ciężko stwierdzić. Nie sposób zaprzeczyć, że skrywa w sobie ogromne pokłady mroku i jest zdolny do robienia strasznych, okrutnych rzeczy — dosłownie doświadczyliśmy tego na własnej skórze — wyszeptała i rzuciła mu błagalne spojrzenie. — Wbrew logice i rozsądkowi nie potrafię trzymać się od niego z daleka. Uwierz, że naprawdę próbowałam.

  Harry się uśmiechnął. Czemu wykazywał się zrozumieniem? Nie zasługiwała przecież na takie traktowanie. Mimowolnie się wzdrygnęła, czując ciepłą i wspierającą dłoń na ramieniu.

— Twierdzisz, że mało w nim dobra i upierasz się, że popełniłaś ogromny błąd, obdarzając go uczuciem, ale myślę, że powinnaś zaufać swojemu osądowi i uczuciom — powiedział ze spokojem. — Czasem zbyt mocno roztrząsasz problem.

Hermiona się zapatrzyła. Nie mogła uwierzyć w to, co słyszała. Czy naprawdę zostało jej przebaczone? Zmarszczywszy brwi, doszła do wniosku, że powinna się upewnić, zanim wyciągnie pochopne wnioski.

— Na pewno chcesz zapomnieć o mojej zdradzie…?

W odpowiedzi potrząsnął głową.

— To żadna zdrada.

Zobaczywszy, że mówił szczerze, odetchnęła głęboko i się trochę uspokoiła. Wtem ponownie usłyszała skomlenie i odwróciła głowę, żeby spojrzeć na leżące na ziemi dziwaczne zawiniątko, obecnie jęczące i żałośnie się wijące. Chociaż wyglądało naprawdę bezradnie i powinna mu współczuć, czuła doń wyłącznie odrazę.

— Co to właściwie jest?

— Hm, byłem przekonany, że szybko rozwiążesz tę zagadkę. — Harry dotknął ręką brody. — Dam ci wskazówkę, skoro masz problem. To coś zawsze za mną podąża, gdziekolwiek bym nie poszedł. Choć nie powołałem tego do życia, jest częścią mnie.

Hermiona zmarszczyła brwi, potrzebując chwili. Wtem przypomniała sobie, co niegdyś jej powiedział i wytrzeszczyła oczy — poniekąd dzielił umysł z Voldemortem. Ze zgrozą ponownie spojrzała na leżące na ziemi dzieciątko.

— To jest Tom…?

— Nieszczególnie. To pozostałość po Voldemorcie.

— Są jedną i tą samą osobą — powiedziała słabo.

— Jeszcze nie. — W oczach chłopaka pojawił się smutek. — To wszystko, co zostało z Voldemorta i jednocześnie przestroga dla nas, abyśmy uważali, co się stanie, jeżeli zaczniemy rozdzierać naszą duszę.

Spojrzała na zawiniątko i kiedy zawiesiła wzrok na zaczerwienionej skórze, z trudem powstrzymała falę mdłości. Wiedziona instynktem, postanowiła wstać i przynajmniej pocieszyć to stworzenie, ale zanim się podniosła z kanapy, została powstrzymana przez dłoń na przedramieniu.

— Nie możesz mu pomóc. Już za późno — podsumował ze smutkiem przyjaciel, co sprawiło, że zesztywniała. Wydawał się pewny swego. Czy naprawdę nie było niczego, co mogłaby zrobić? Zdecydowanie nie chciała, żeby Tom tak cierpiał. — Samodzielnie podjął decyzję — dodał gwoli wytłumaczenia zadziwiająco miękkim tonem.

Hermiona ponownie spojrzała na zawiniątko.

— Jeżeli to naprawdę jest Tom…

— Znów jesteś uparta — stwierdził pobłażliwie. — To ostatnia cząstka duszy Voldemorta.

Zmarszczyła brwi.

— Czy to normalna składowa tworzenia horkruksów?

Harry również skoncentrował się na kwilącym stworzeniu.

— Ciężko stwierdzić, nie jestem pewien. Tak przynajmniej stało się z Tomem Riddle’em, gdy postanowił zawalczyć o nieśmiertelność. — Uśmiechnął się uspokajająco. — Nie musisz się martwić, Hermiono — dodał, spojrzawszy na zatroskaną twarz przyjaciółki. — Powstrzymałaś go przed stworzeniem pierwszego horkruksa, prawda? Może to właśnie powód, dla którego tutaj jesteś. Najwyraźniej nie wszystko jeszcze stracone. — Wyszczerzył się ze złośliwością. — Wystarczy, że powstrzymasz go jeszcze kilka razy. Wtedy będzie w porządku.

Zmarszczyła w zakłopotaniu brwi, na co zachichotał.

— Mówisz, jakby było to banalnie proste.

— Skończ się niepotrzebnie martwić. — Uśmiechnął się chłopak. — Osiwiejesz, jeżeli nadal będziesz to roztrząsać. I chociaż przyznam, że chciałbym zobaczyć cię w roli staruszki, to zanim się to stanie, minie kilkadziesiąt lat. — Spoważniał i pochylił się w bok. — W pełni rozumiem, że to nie jest łatwe, ale wierzę, że jesteś wystarczająco silna. Musisz przestać się wszystkiego obawiać.

Miała ochotę utonąć, patrząc w te błyszczące, piękne, zielone oczy. Widziała w nich ogrom uczuć i miłości. W momencie znów poczuła się diablo winna. Najpierw przez własną głupotę straciła przyjaciół, a następnie zadurzyła się w mężczyźnie, który był odpowiedzialny za ich śmierć. Harry z kolei przebaczył jej grzechy, a nawet chciał, żeby odnalazła szczęście.

Zamrugała i nerwowo przygryzła wargę.

— Naprawdę nie masz do mnie żadnych pretensji?

— Najmniejszych — odpowiedział z rozbawieniem. — Wcześniej ci wszystko wyłożyłem, prawda? Nie zrobiłaś niczego, co mogłoby mnie rozzłościć.

Hermiona spojrzała nań z zaniepokojeniem, ale po chwili utwierdziła się w przekonaniu, że rzeczywiście mówił prawdę. Mimo to wciąż targały nią wątpliwości. Jeżeli naprawdę nie zawiniła, to dlaczego została zaatakowana i wysłana w przeszłość przez magię Czarnej Różdżki? Czemu utknęła w obcym sobie okresie, skoro nie zrobiła niczego, aby na to zasłużyć?

— Wytłumacz mi w takim razie, dlaczego wylądowałam w latach czterdziestych — poprosiła nieśmiało.

— Nie mów, że uważasz to za karę! — Harry podniósł głos, ale nie odpowiedziała. Westchnął pod nosem, po czym w uspokajającym geście położył jej dłoń na ramieniu. — Czarna Różdżka nigdy nie próbowała cię skrzywdzić, a wręcz przeciwnie. Jestem przekonany, że chciała cię chronić.

Spojrzała na swoje dłonie.

— Nie potrzebuję ochrony ze strony mrocznych sił.

— To nie są mroczne siły — stwierdził po dłuższej chwili milczenia.

Zamrugała, a potem pokręciła głową. Czarna Różdżka przynosiła swoim właścicielom wyłącznie smutek i nieszczęście. Ignotus Peverell był czarnoksiężnikiem, więc to oczywiste, że stworzył coś mrocznego i niebezpiecznego. Zbyt dobrze pamiętała spotkanie z Gellertem Grindelwaldem, który właściwie potwierdził wszystkie jej obawy.

— Ta moc jest wynaturzona i zła — argumentowała. — Peverell był twórcą Czarnej Różdżki i jednocześnie mrocznym czarodziejem. Wszystko, co powołał do życia, zostało skażone na samym początku.

— Nie wydawaj pochopnie równie surowych osądów, Hermiono. — Uśmiechnął się Harry.

— Jak mogłabym inaczej? Już dawno przekonałam się, że mam rację — powiedziała, zdesperowana. — Zabił własnych braci, żeby zdobyć pelerynę niewidkę i Kamień Wskrzeszenia. Był zepsuty do szpiku kości, praktykował mroczne sztuki i wymyślał szalenie niebezpieczne klątwy. — Na moment przygryzła wargę. Potrzebowała krótkiej chwili, żeby kontynuować. — Miałam nieprzyjemność spotkać Grindelwalda. Opowiedział mi trochę na temat Ignotusa Peverella. Twierdził, że był ojcem czarnej magii, że wszystko zapoczątkował, że „wyzwolił magię z okowów”. — Zacisnęła z niesmakiem usta. — Jeżeli czarna magia rzeczywiście jest stanem naturalnym, to wszystko gnije od środka. Moc Czarnej Różdżki jest mroczna, a skoro się w niej zagubiłam, również zostałam skażona…

— Spodziewałem się po tobie czegoś więcej — odparł i dał jej przyjacielskiego pstryczka w nos, zapewne na opamiętanie. — Kiedy jeszcze chodziliśmy do szkoły, zanim w coś uwierzyłaś, przeprowadzałaś dokładne badania na dany temat. Zawsze siedziałaś w bibliotece i szukałaś najrzetelniejszych źródeł.

Zmarszczyła w zakłopotaniu brwi.

— Chyba nie rozumiem.

— Grindelwald z pewnością powiedział ci wiele rzeczy. — Uśmiechnął się pobłażliwie Harry. — Część z nich była prawdą, a część kłamstwem.

— Kłamstwem…? — zapytała z wahaniem.

— Osobiście uważam, że Ignotus Peverell był kimś więcej. Jego nazwisko na zawsze zapisało się w czarodziejskiej historii, a za zamieszczonymi w księgach suchymi faktami skrywają się przecież czyjeś życia. — Wyciągnął rękę i z miłością założył jej zabłąkany kosmyk za ucho. — W mniejszym bądź większym stopniu wszyscy jesteśmy nawiedzani przez duchy przeszłości — kontynuował z zadumą. — Czasem poddajemy się strachowi, gniewowi, a nawet żalowi. Każdy z nas boryka się z rzeczami, które nas dręczą i nie dają spokoju. Ignorus Peverell z pewnością miał swoje własne duchy. Gellert Grindelwald również. To samo się tyczy Toma Riddle’a, Albusa Dumbledore’a, ciebie i mnie.

Hermiona przygryzła wargę.

— Naprawdę nie rozumiem… — wymamrotała, szczerze zdezorientowana.

Harry uśmiechnął się uspokajająco, a następnie wziął ją za rękę.

— Peverell był utalentowanym czarodziejem, aczkolwiek niezrozumianym w swoich czasach. Inni nie chcieli zaakceptować jego odkryć i talentów. To całkowicie normalne, że przełomowe nowości często wywołują strach. Ignotus widział to wszechobecne odrzucenie i był nim rozgoryczony. W ostatecznym rozrachunku złość i ból sprawiły, że zaczął praktykować magię w odmienny, bardziej krzywdzący sposób. Właśnie wtedy ludzie zaczęli nazywać takie siły czarną magią.

Zamrugała, chcąc na spokojnie przyswoić wszystkie informacje.

— Grindelwald powiedział mi, że Peverell podzielił magię na dwie części — jasną i ciemną.

Chłopak potrząsnął głową.

— Nie sposób stworzyć czegoś, co istniało od zawsze. Owszem, Peverell był potężnym czarodziejem, ale nie dokonał niemożliwego.

Zamrugała, szczerze zdezorientowana.

— Co z „uwolnieniem magii z okowów”? Właśnie tak nazwał to Grindelwald.

— Hm, całkiem zgrabna figura stylistyczna.

— Nie rozumiem, Harry — przyznała wreszcie. — Czym w takim bądź razie jest moc Ignotusa Peverella? Czym jest magia Czarnej Różdżki, którą wchłonęłam? — zapytała z desperacją w głosie. — Jest mroczna…?

— To zależy wyłącznie od ciebie. Peverell używał swojej mocy w niewłaściwy sposób, bowiem kierował się nienawiścią i głęboko skrywaną urazą do otaczającego go świata. Gellert Grindelwald był napędzany chciwością, pragnieniem zdobycia władzy i narcystycznym przekonaniem, że tylko on zna drogę prowadzącą do zbawienia ludzkości. Tom Riddle borykał się z trudnościami od samego początku. Zanim cię poznał, ograniczał się do pałania nienawiścią i pogardą oraz sadystycznej potrzeby udowadniania swojej wartości. Wszystkich tych czarodziejów można nazwać czarnoksiężnikami, ale to nie magia jest temu winna.

— Wciąż nie pojmuję…

— Naprawdę nie widzisz, do czego zmierzam? — zapytał, uniósłszy brwi. — Czarna magia nie istnieje.

Hermionie po prostu opadła szczęka. Nie mogła uwierzyć w to, co właśnie usłyszała.

— Co takiego…?

— Zawsze znajdą się ludzie, którzy nadużywają posiadanej mocy i sprowadzają nieszczęście na innych. Nie wiem, czy powinniśmy nazywać ich złymi, aczkolwiek cechują się pewnego rodzaju destrukcyjnością. Jeżeli te jednostki mają magiczne zdolności, to owszem, możemy ich określić jako czarnoksiężników. Zasadnicze pytanie jednak brzmi, czy ich magia rzeczywiście jest mroczna. Jakby nie patrzeć, moc jest zaledwie narzędziem. — Uśmiechnął się, a następnie kontynuował. — Z tej perspektywy magia Czarnej Różdżki jest całkowicie neutralna. Nie chciała cię ani skrzywdzić, ani ukarać, przenosząc w czasie. Szczerze mówiąc, dziś zostałaś przez nią nawet uratowana.

Przełknęła ślinę, przypomniawszy sobie klątwę zabijającą, która trafiła ją prosto w klatkę piersiową.

— Myślisz, że to ona zapewniła mi ochronę…?

— Yhym. — Uśmiechnął się Harry. — Całkiem prawdopodobne, że pomogła ci w tym również więź, którą dzielisz z Tomem.

— Widzę, że nic się przed tobą nie ukryje — pisnęła.

Zaśmiał się z rozbawieniem, obserwując jej narastającą panikę.

— Ano. Wiem, że Tom bawił się magią wiążącą. Nie jesteś stricte czarodziejskim artefaktem, ale gdybyś nim była, można byłoby cię przyrównać do Czarnej Różdżki, a Riddle’a do twojego właściciela.

Hermiona zmarszczyła brwi.

— Czyli twierdzisz, że ta… więź… w jakiś niewyjaśniony sposób uratowała mnie przed śmiercią?

— Najprawdopodobniej. Wszystko to na to wskazuje — odpowiedział z zadumą chłopak. — Może połączenie jest między wami tak silne, że śmierć jednego z ręki drugiego jest niemożliwe. Może magia Toma nie mogła wyrządzić ci krzywdy, bo częściowo stała się twoją własną. Ciężko stwierdzić, bo mamy w tym równaniu wiele niewiadomych. Z drugiej strony, stałaś się jednym z Insygniów. Gdy dotknęła cię klątwa zabijająca, miałaś ze sobą pozostałą dwójkę. Wcześniej sądziłem, że to tylko plotka, ale najwyraźniej Pan Śmierci nie może umrzeć. — Z ust Harry’ego wydobył się cichy chichot. — Sporo tu kombinowania — dodał z rozbawieniem. — Wytłumaczenie tej sytuacji może być też znacznie prostsze. Aby Avada rzeczywiście poskutkowała, czarodziej, który rzuca zaklęcie, musi naprawdę tego pragnąć. Bez chęci zabicia celu, klątwa powoduje co najwyżej krwotok z nosa.

Zamrugała głupio, a potem uniosła wysoko brwi.

— Mam rozumieć, że albo jestem Panią wszystkich trzech Insygniów, albo Tom nie chciał, żebym zginęła, tak?

— Osobiście sądzę, że to jedna z tych rzeczy, które trzeba po prostu zaakceptować. — Wzruszył niedbale ramionami. — To całkiem zabawne, prawda? — dodał po chwili namysłu. — Związałaś się z Tomem na więcej, niż jednej płaszczyźnie.

— Zabawne…? — Zmarszczyła brwi. — Odnoszę inne wrażenie — stwierdziła kąśliwie. Brunet spojrzał nań z zaciekawieniem, a następnie się uśmiechnął. Zobaczywszy tę reakcję, jęknęła pod nosem i ukryła twarz w dłoniach. — Naprawdę nie wiem, co robić, Harry — wyszeptała. — Okłamał mnie, oszukał i całkowicie zmanipulował. Choćbym chciała temu zaprzeczyć, to nie mogę — zdołał przejąć nade mną kontrolę. Co mam czynić...? — zapytała i spojrzała na niego przez palce. — Wiem, że muszę wrócić, aby zachować linię czasu, a mimo to chciałabym tu zostać, bo w przyszłości nic na mnie nie czeka. Z drugiej strony, powinnam zignorować samolubne pragnienia, ponieważ jeżeli zostanę w przeszłości, pozwolę Tomowi mieć nade mną władzę. Co, jeżeli w pewnym momencie przeobrazi się w Voldemorta? Gdy straci swe człowieczeństwo, bez wahania wykorzysta mnie do osiągnięcia niecnych celów. — Opuściła ręce, czując ogromną rozpacz. — Kocham go i nie chcę opuszczać, ale nawet jeżeli magia Czarnej Różdżki, która we mnie zamieszkała, jest neutralna… to obawiam się, że prędzej czy później Tom przekroczy granicę, nadużyje władzy i wykorzysta łączącą nas więź do krzywdzenia ludzi, czy, co gorsza, odbierania im życia. Nie mogłabym tego znieść i właśnie dlatego… zupełnie nie wiem, co robić.

Wysłuchawszy zwierzenia, Harry położył jej dłoń na ramieniu. Momentalnie spoważniał.

— Całkowicie rozumiem, że nie jest ci łatwo, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakty. Tom rzeczywiście ma duży potencjał, aby wyrządzić wiele zła i nie spokornieje tylko dlatego, że ma cię u swojego boku. — Spojrzał na nią uważnie. — Wygląda jednak na to, że już podjęłaś decyzję — stwierdził.

Hermiona przygryzła dolną wargę. Owszem, znów miał rację. Już zdecydowała, prawda? Właśnie dlatego znalazła się w Zakazanym Lesie.

Ostatecznie skinęła niepewnie głową.

— Chcę tu zostać, ale wciąż się boję.

— Wiem. — W pocieszającym geście ścisnął jej dłoń. — Tom jest niebezpiecznym człowiekiem i dzięki więzi ma nad tobą ogromną władzę. — Przysunął się bliżej na kanapie, kiedy mu przytaknęła. Sekundę później objął ją  ramieniem. — Wciąż doskonale pamiętam moją pierwszą wizytę na Pokątnej — powiedział w zamyśleniu. — Właśnie skończyłem jedenaście lat i niedawno dostałem list z Hogwartu. Oczywiście, potrzebowałem różdżki. Wiesz, co powiedział mi Ollivander, gdy odwiedziłem jego sklep? — zapytał, więc potrząsnęła głową i uniosła brwi. — Stwierdził, że to różdżka wybiera czarodzieja, a nie czarodziej różdżkę. — Uśmiechnął się delikatnie.

— Co przez to rozumiesz…? — spytała z nadzieją. — Że tak naprawdę nie jestem zmuszona do posłuszeństwa? Że właściwie jest to mój wybór?

Harry uśmiechnął się tajemniczo.

— Może i zastąpiłaś Czarną Różdżkę, ale daleko ci przecież do kawałka zaczarowanego drewna. Jesteś człowiekiem, masz serce i własny umysł.

Przetrawiwszy informację, spojrzała na przyjaciela.

— Jak myślisz, dlaczego zostałam wysłana w przeszłość?

— Nie jestem wszechwiedzący — odpowiedział łagodnie. — Może zostałaś w ten sposób ochroniona przed większym smutkiem w naszych czasach. Albo po prostu byłaś bardziej potrzebna tutaj. — Powoli odwrócił wzrok ku kwilącemu zawiniątku, wciąż leżącemu na podłodze. — Ostatnia deska ratunku… nie zawsze musi oznaczać wojnę.

— Możesz mieć rację.

Hermiona również spojrzała na nieszczęsne stworzenie i przysięgła sobie, że nie dopuści, aby to się powtórzyło, aby Tom został w pewnym momencie zredukowany do cierpiącego, obrzydliwego noworodka. Całkiem prawdopodobne, że to była dla niej najlepsze rozwiązanie. Z rozmyślań została wyrwana przez łagodny głos przyjaciela.

— Już czas.

Odwróciła głowę i ponownie skupiła się na Harrym. Siedział obok niej, dzięki czemu czuła się chroniona i opatulona przyjemnym ciepłem, dlatego też potrzebowała dłuższej chwili, żeby zrozumieć, co właśnie powiedział.

— Na co…? — zapytała z wahaniem.

— Na twój powrót. — Uśmiechnął się z czułością.

Niemal wytrzeszczyła oczy. Miałaby wrócić? Nie chciała odchodzić i znów go stracić. Natychmiast doń przylgnęła.

— Zostań ze mną — zaszlochała, a kiedy poczuła, że jest obejmowana, wybuchnęła najprawdziwszym płaczem.

— Zobaczysz, że wszystko będzie dobrze — wyszeptał łagodnym tonem. — Nie zginęłaś, więc musisz wrócić do ludzi, którzy bardzo by za tobą tęsknili. Jestem przekonany, że Tom jest na szczycie tej listy.

Trochę się uspokoiła, aczkolwiek wciąż drżała. Wzięła głęboki oddech i bardzo powoli uniosła głowę. Chłopak ponownie się uśmiechnął, a następnie wyciągnął dłoń i z miłością pogładził ją po policzku. Spragniona dotyku i bliskości, przysunęła się bliżej i zapatrzyła w te zdumiewająco zielone oczy. W głębi duszy doskonale wiedziała, że miał rację. Westchnąwszy, odwzajemniła gest i skinęła głową.

— Kocham cię — powiedziała bez skrępowania. Cudownie było mieć przy sobie brata, przynajmniej na chwilę.

— Nawzajem, Hermiono. — Wyszczerzył się jeszcze mocniej. — Wspaniale było się zobaczyć, jednak musisz już odejść.

Zrobiła markotną minę i przytaknęła.


Została opatulona przez przyjemne ciepełko. Harry zniknął, podobnie jak jej dom rodzinny. Unosiła się jakby w powietrzu, a jednocześnie leżała na stosie miękkich poduszek. Czuła się bardzo lekko, przez co odnosiła wrażenie, że została pozbawiona obciążenia w postaci ciała. Z przyjemnością poddawała się tej lotności.

Wtem drgnęła, przypomniawszy sobie wszystko. Musiała wrócić do lat czterdziestych. Kiedy spadała, intensywnie myślała o swoim celu.


Zakrztusiła się, zaczerpnąwszy powietrza. Powróciła do świata żywych, ale z bólem. Klatka piersiowa paliła ją ogniem z każdym oddechem. Zacisnęła oczy, czując metaliczny smak w ustach. Była obolała, ociężała i, szczerze mówiąc, zadowolona, że w ogóle może oddychać. Wszystko powoli zaczęło nabierać sensu. Zrezygnowała z ciepłej i przyjemnej nieważkości na rzecz ciała. Może i rzeczywiście nie czuła się najlepiej, ale przynajmniej żyła.

Wtem zrozumiała, że gdzieś leży. Chociaż była niewiarygodnie słaba, zmusiła się, żeby unieść powieki i zrobić chociaż pobieżne rozeznanie. Natychmiast skrzyżowała spojrzenie z jasnoszarymi, szeroko otwartymi i przerażonymi oczami.

— Hermiono…? — Usłyszała.

Zamrugała powoli, lekko zdezorientowana. Musiała się mocniej skoncentrować, aczkolwiek było to niezwykle trudne zadanie, ponieważ zmęczenie brało ją w posiadanie. W wystraszonym, pochylającym się nad nią chłopaku rozpoznała Toma. Miał wyciągniętą ku niej rękę, ale powstrzymywał się od dotyku. Wyglądał, jakby obawiał się nawiązać kontaktu; jakby był przekonany, iż zaraz rozpłynie się w powietrzu.

Uśmiechnęła się słabo. Jeszcze nigdy nie widziała go równie roztrzęsionego i spanikowanego. Był na niej w pełni skoncentrowany, przez co chciała mu powiedzieć, żeby przestał się martwić, bo wszystko jest w porządku, ale nie potrafiła sklecić dłuższego zdania.

— Tom… — wykrztusiła z trudem.

W jasnoszarych oczach zabłyszczała ulga. Wyglądało na to, że rzeczywiście nie wierzył, iż zdołała przeżyć klątwę zabijającą. Doznawszy olśnienia, pospiesznie owinął wokół niej ramiona i przyciągnął do piersi. Dopiero wtedy zorientowała się, iż naprawdę był przerażony, bowiem cały się trząsł. Zdeterminowana, uniosła ciężkie niczym z ołowiu ramiona i delikatnie go objęła. Nie odezwała się słowem, ale po chwili wzmocniła uścisk. Już nigdy nie zamierzała go opuścić.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz