HARRY POTTER
FANFICTION
[Hogwart Times]
POPIÓŁ NA OPADŁYCH LIŚCIACH
Przekład: Glenka, 2025
Oryginał: „All the Ashes Like Leaves” Firethesound, 2014
Pairing: Harry Potter/Draco Malfoy
Rodzaj: Oneshot
Zgoda: W oczekiwaniu (autorka nieaktywna w fanfikowie od 2020 r.)
Streszczenie: Zdumiewające, ale bycie Wybrańcem czarodziejskiego świata nie przygotowało Harry’ego na najgorszy scenariusz. Większość ludzi stała się upośledzona, utraciwszy wzrok, a po globie rozprzestrzeniły się krwiożercze, mięsożerne rośliny, więc jedyne, co mu pozostało, to trzymanie się grupy przyjaciół i znalezienie bezpiecznego miejsca. W normalnych okolicznościach nie nazwałby Malfoya swoim przyjacielem, ale apokalipsa sprawiła, że ich szkolna rywalizacja i przepychanki straciły na znaczeniu, zwłaszcza że facet, równie zaszczuty i przestraszony, przestał być wrzodem na dupie
Disclaimer: This story is based on characters and situations created and owned by JK Rowling, various publishers including but not limited to Bloomsbury Books, Scholastic Books and Raincoast Books, and Warner Bros., Inc.
No money is being made and no copyright or trademark infringement is intended.
Alternative Universe Story.
POPIÓŁ NA OPADŁYCH LIŚCIACH
Harry obudził się siódmy dzień z rzędu w całkowitej ciemności, jednak w przeciwieństwie do poprzednich pobudek, kiedy to spędzał kilka długich chwil na nurzaniu się we mgle pomiędzy snem a jawą, zdezorientowany i jakby skonfundowany, na wpół przekonany, że jakimś cudem znów znalazł się zamknięty w komórce pod schodami, dziś w okamgnieniu wrócił do rzeczywistości. Powoli podźwignął się do pozycji siedzącej, odsunął koc i kołdrę, po czym wziął głęboki oddech, wyczuwając zapach unoszącej się w chłodnym powietrzu mięty pomieszanej z antyseptykami, który potwierdził, że wciąż był w Świętym Mungu.
Przechylił głowę w bok i zaczął uważnie nasłuchiwać. Kilka sekund później rozpoznał oddech osoby śpiącej zaledwie parę stóp dalej. Po siedmiu latach spędzonych we wspólnym dormitorium wszędzie rozpoznałby ciche westchnienia i posapywania Rona.
Zaniepokoiła go wszechobecna cisza. W ciągu ostatniego tygodnia osiągnął mistrzostwo w lokalizowaniu i odgadywaniu poszczególnych dźwięków towarzyszących szpitalnej rutynie — doskonale poznał ściszone głosy rozmów na pobliskich korytarzach, śpiew ptaków za oknem, charakterystyczny dla mugolskiego świata gwar uliczny, a nawet stukotanie wózka z eliksirami i grzechotanie szklanych fiolek podczas uzdrowicielskiego obchodu.
Obecnie panująca cisza przywodziła mu na myśl wczesne niedzielne poranki, tak różne od stresującego tygodnia pracy — po prostu nie mógł się oprzeć wrażeniu, że coś było zdecydowanie nie w porządku.
Oparł się o poduszki i z największą ostrożnością dotknął głowy. Musiał się upewnić, czy grube bandaże się nie poluzowały, chociaż ta bezgraniczna ciemność sugerowała, że są na swoim miejscu. Dzięki Merlinowi, że najprawdopodobniej dziś zostaną zdjęte. Harry nienawidził nie widzieć i to nie z powodu codziennych uciążliwości tymczasowej ślepoty. Niepokojący mrok sprawiał, że wbrew zdrowemu rozsądkowi wyobrażał sobie niestworzone rzeczy czające się w ciemności, zwłaszcza w późnych godzinach nocnych. Z racji tego, że mieszkał w komórce pod schodami, nieszczególnie przestrzennym pomieszczeniu, miał zaledwie cienki materac rozłożony na podłodze, więc w przeciwieństwie do innych dzieciaków nie miał najmniejszego powodu, żeby drżeć przed potworem spod łóżka. Teraz, jednak kiedy był lekko niedysponowany i fizycznie upośledzony, pobudzony umysł płatał mu figle, a sama myśl, że coś mogło się czaić, niewidoczne, ale stwarzające zagrożenie, doprowadzała go do białej gorączki.
Zawstydzony poziomem swojej głupoty, opatulił się mocniej kołdrą. Mimo wszystko narzutka stanowiła dlań maleńki, choć absolutnie irracjonalny gwarant bezpieczeństwa.
Mały zegar, który pani Weasley przyniosła podczas pierwszej wizyty, zaczął wybijać pełną godzinę, a Harry zwrócił ku niemu głowę, licząc dźwięki.
Sześć, siedem, osiem.
Momentalnie zmarszczył brwi. Coś się nie zgadzało. Uzdrowicielki pracujące na tym oddziale przychodziły do pracy na siódmą, tak więc piętnaście minut wcześniej poprzednia zmiana robiła ostatni obchód, żeby sprawdzić, co z pacjentami i rozdać medykamenty. Ron również zaczął się budzić, o czym świadczyła szeleszcząca kołdra.
— Nie śpisz? — zapytał.
— Mmm, już nie — wymamrotał sennie przyjaciel.
Harry otworzył usta, ale nic nie powiedział. Wciąż czuł się głupio, jakby obawiał się własnego cienia. Wziął głęboki, uspokajający oddech.
— Myślę, że coś się stało.
Pościel znów zaszeleściła, co w praktyce oznaczało, że Ron usiadł na łóżku.
— Z twoimi oczami? — spytał o wiele przytomniej.
— Nie, ale powinieneś się skupić. Powiedz mi, co właściwie słyszysz.
— Nic niepokojącego — odpowiedział po dłuższej chwili milczenia przyjaciel. — Nikt nie wszczyna burdy na oddziale.
— W tym właśnie problem. Ta niecodzienna cisza jest niepokojąca — stwierdził. — Zwłaszcza że jest już po ósmej i wciąż nie było porannego obchodu.
Wyobraził sobie, że Ron zmarszczył w zamyśleniu nos.
— Jakieś przypuszczenia?
— Na razie żadnych. Pójdę kogoś poszukać.
To powiedziawszy, odrzucił kołdrę i zsunął stopy na podłogę, nade wszystko pragnąc zignorować irracjonalny strach, jakoby przyczajony potwór miał zaraz złapać go za kostkę i wciągnąć pod łóżko. Spróbował podejść do sprawy logicznie. Miał przecież siedemnaście lat, w świetle czarodziejskiego prawa był pełnoletni, a zachowywał się niczym najprawdziwszy idiota. Wbrew sobie, odczuł ulgę, gdy po prostu stanął na nogach, bez żadnych komplikacji. Z największą ostrożnością przesunął się w stronę drzwi, sięgnął do klamki, a potem wyściubił głowę na korytarz.
— Halo? Jest tam ktoś? — zawołał. — Zostaliśmy pominięci z rana!
W głębi szpitala usłyszał jakieś zamieszanie, przypominające dziesiątki głosów krzyczących jednocześnie. Ten zdziczały skowyt sprawił, że zacisnął zęby i się wycofał z powrotem do sali. Hałas ucichł, a w ciszy, która niespodziewanie zapadła, rozległa się seria ciężkich, pospiesznych kroków przeplatanych rytmicznym stukaniem. Chwilę później ktoś z rozmachem otworzył drzwi pokoju nieopodal, a po pięciu sekundach następne. Harry podszedł do łóżka i się na nie wdrapał; po drodze uderzył się boleśnie w goleń i syknął pod nosem. Usiadłszy na materacu, naciągnął na siebie kołdrę i przykrył się kocem. Wsunął rękę pod poduszkę i przezornie chwycił różdżkę, gotów się założyć, że Ron trzyma swoją w pogotowiu od dobrej minuty. Nim minęła dłuższa chwila, stukanie i kroki się przybliżyły. Klamka drgnęła, zawiasy zaskrzypiały, a potem drzwi się otworzyły. Harry się poruszył, przygotowany do skoku na nieznanego napastnika, ale właśnie wtedy, ku swojemu przerażeniu, usłyszał skrzypienie ramy łóżka.
— Jest tu ktoś? — Usłyszał szorstki głos. — Widzisz coś?
— Nie, stary — odpowiedział Ron. — Jesteś uzdrowicielem?
Mężczyzna parsknął śmiechem, ewidentnie rozbawiony.
— Niewiarygodne. Chce wiedzieć, czy jestem uzdrowicielem — mruknął pod nosem, po czym odszedł, bo po chwili jego kroki było słychać na korytarzu.
Gdy tylko zapadła wokół cisza, Harry skoczył na równe nogi, podbiegł na oślep do drzwi i zablokował wejście do pokoju. Niestety, trochę się natrudził przy klamce.
— Co zrobimy? — zapytał, wróciwszy na posłanie.
— Nie mam zielonego pojęcia — odpowiedział powoli przyjaciel. — Może poczekajmy po prostu na prawdziwego uzdrowiciela. Ktoś w końcu do nas przyjdzie, prawda?
— Yhym — mruknął, chociaż nie czuł się przekonany. Nienawidził bezradności.
— Cholera. — Ron wydał z siebie potężne westchnienie. Harry usłyszał szelest pościeli i wyobraził sobie, że kumpel skrzyżował ręce na piersi. — To wszystko wina Neville’a i jego przeklętych tryfidów!
Nie wiadomo, skąd dokładnie wzięły się tryfidy, aczkolwiek krążyło wokół nich wiele niepotwierdzonych teorii i nieprzemyślanych spekulacji. Niektórzy uparcie twierdzili, że były one wynikiem nieudanego eksperymentu naukowego, który wymknął się spod kontroli, zaś inni stawiali na spisek rządowy lub zagraniczną migrację, której nie nadzorował żaden ministerialny urzędnik. Kilka bardziej dziwacznych teorii ośmielało się sugerować, że pochodziły z kosmosu.
Nie miało to właściwie żadnego znaczenia. Jednego dnia wszystko było w porządku, a drugiego życie wywróciło się do góry nogami.
Harry dobrze pamiętał, kiedy zobaczył je po raz pierwszy. Był jeszcze dzieckiem, miał może pięć lub sześć lat i został wysłany przez ciotkę do ogrodu, bo organizowała popołudniową herbatkę dla znajomych plotkarek. Tryfidy również były małe, miały mniej niż trzydzieści centymetrów wysokości i rosły na niewielkiej grządce za szopą z narzędziami. Był zaintrygowany tymi roślinami, bo po prostu wyglądały niecodziennie — stanowiły formację trzech chudych patyczków wyrastających z grubszej łodygi, okolonych meszkowatymi zielonymi liśćmi; ze szczytu wyrastał dziwaczny kwiat jakby w kształcie lejkowatego kielicha. Z ciekawością pochylił się naprzód, żeby zajrzeć do środka i zauważył na spodzie niewielką ilość lepkiej mazi, usianej maleńkimi robaczkami, z których niektóre się wciąż szamotały, chcąc uciec na zewnątrz. W samym środku znajdował się podejrzany mały wir.
Będąc brzdącem, Harry uznał, że mięsożerna roślina, żywiąca się owadami, była najwspanialszą rzeczą na świecie. Szwendając się po ogrodzie, złapał dżdżownicę. Ciekawy, czy roślina zje też większego robaka, wrzucił ją do kielicha, a potem się pochylił, aby zobaczyć rezultat eksperymentu.
Zanim się zorientował, jeden z liści wystrzelił w powietrze i uderzył go w policzek. Nie spodziewając się ataku, zaskoczony, przestraszony i zdezorientowany, przewrócił się na plecy. Automatycznie przyłożył dłoń do twarzy. Minęło kilka sekund, zanim poczuł ból. Kiedy zrozumiał, co się właściwie wydarzyło, policzek piekł go, jakby został użądlony przez przynajmniej kilka os jednocześnie. W miejscu smagnięcia czuł pod palcami rosnące wybrzuszenie. Zachlipał i natychmiast pobiegł do domu. Gdy znalazł się przy ciotce, ta ledwo spojrzała na czerwoną pręgę i uśmiechnęła się wymuszenie do zaproszonych na herbatkę sąsiadek.
— To syn mojej siostry — powiedziała przepraszającym tonem, gwoli wytłumaczenia. — Strasznie niezdarne maleństwo. Chodź, Harry. Zajmę się tobą — dodała. Ścisnęła go za ramię i przebiła skórę pazurami. — Co tym razem nawywijałeś? — syknęła mu na ucho, gdy znaleźli się poza zasięgiem wzroku i słuchu gości.
— Nic takiego! — zaprotestował. — Ukąsiła mnie roślina!
Ciotka się skrzywiła, jakby zjadła okropnie kwaśną cytrynę.
— Twierdzisz, że ukąsiła cię roślina — powtórzyła. — Czyli najprawdopodobniej jedna z tych twoich.
Harry pokręcił głową. Nie rozumiał, co miała na myśli. Jakby nie patrzeć, rosła w jej ogrodzie.
— Dostałeś za swoje — dodała karcącym tonem ciotka. — Teraz marsz do komórki.
— To boli! — powiedział, przyłożywszy palec do opuchniętego policzka.
— Nie będę wysłuchiwać biadolenia. — Petunia zmarszczyła gniewnie brwi. — Natychmiast właź do komórki. Jeżeli usłyszę, że tam jęczysz, wpadniesz w poważne kłopoty.
Harry pociągnął nosem, ale skinął posłusznie głową i wszedł do swojego pokoju, gdzie narzucił koc na głowę, żeby ciotka nie słyszała, że szlocha.
Resztę wieczoru spędził zamknięty w komórce pod schodami, a potem Dudley wpadł w szał, bo znalazł na swoim talerzu brokuły i wyszedł na do ogrodu, żeby wyżyć się na grządkach za szopą z narzędziami. Tajemnicza roślina użądliła go, więc ciotka i wuj pojechali z nim do szpitala, aby lekarz obejrzał opuchnięte i zaczerwienione ramię. Jak się okazało, był trzecim zarejestrowanym przypadkiem w tym tygodniu, który miał styczność z podobnym tworem. Co więcej, doktor stwierdził, że miał naprawdę dużo szczęścia, ponieważ dojrzała forma tej rośliny zaliczała się do jadowitych — na tyle, że mogłaby zabić dorosłego mężczyznę, a co dopiero dziecko. Woreczki jadowe młodej tryfidy były w większości puste, a więc użądlenie kończyło się zaledwie miejscowym obrzękiem, bolesnością i zaczerwienieniem skóry.
Naturalnie, wuj Vernon następnego dnia pozbył się zagrożenia z ogródka, ale na tym się nie skończyło. Niedługo później te rośliny zaczęły rosnąć w zastraszającym tempie dosłownie wszędzie.
Kiedy stało się powszechnie wiadome, jak bardzo są niebezpieczne, podjęto próbę wyplenienia chwastów. Tryfidy osiągały wysokość siedmiu, a czasem nawet ośmiu stóp, a ich pnącza wystrzeliwały w powietrze na mniej więcej dziesięć stóp, co znacznie utrudniało sprawę. Metodą prób i błędów odkryto, że można je skutecznie unieszkodliwić, odcinając ten maleńki okółek, a odrost zajmował niemalże dwa lata. Ostatecznie ludzie zostawili tryfidy w spokoju, ograniczając się do corocznego podcinania — w większości przypadków były traktowane jako interesujące, aczkolwiek nieszkodliwe okazy. Ogrodnicy zaczęli sadzić je w parkach, a po pewnym czasie modne stało się posiadanie jednego, czy nawet dwóch okazów przed domem na grządce. Kilka lat później, gdy odkryto, że są jadalne, zaczęto produkować z nich tanią i pożywną paszę dla bydła.
Nie tylko mugole byli zafascynowani tryfidami. Hagrid, na przykład, był nimi absolutnie zachwycony, co powinno wzbudzać powszechny niepokój. Odgrodził kawałek terenu na skraju Zakazanego Lasu, przygotował teren i zasadził sadzonki. Co kilka tygodni wprowadzał do wybiegu przyogródkowego małe grupy jeleni, a potem z wielką radością patrzył, jak są atakowane i padają niczym muchy. Hagrid widział w tryfidach urocze, nieszkodliwe zwierzątka, jak hipogryfy, małe smoki lub trójgłowe psy strażnicze. Jakimś cudem nikt nie miał nic przeciwko tej podejrzanej hodowli.
Oczywiście, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Gdy Harry był na siódmym roku w Hogwarcie, pierwszy tryfid wyrwał się z ziemi z korzeniami i zaczął chodzić.
W wiadomościach dla mugoli zaczęły się pojawiać informacje, że rośliny opuściły pola uprawne i zaczęły wędrować po drogach. Poruszały się na swoich korzeniach, ot trzech grubych nogach, chwiejnie i przypominając człowieka chodzącego o kulach. Maksymalną prędkość tryfidów można przyrównać do ludzkiego spaceru o umiarkowanym tempie.
Mugole znaleźli nań sposób — po prostu obwiązali je linami, wzmocnili ogrodzenia swoich pól i w spokoju kontynuowali coroczne przycinanie.
Czarodzieje z kolei całkowicie spanikowali. Od lat trwała debata na temat tego, czy tryfidy są magicznymi roślinami, aż ktoś wreszcie postawił sprawę jasno — mugolskie chwasty nie spacerują po ulicach. Ich nagła mobilność była niezbitym dowodem, że jakimś cudem magiczna roślina przedostała się do drugiego świata. Podczas gdy Ministerstwo Magii głośno mówiło na temat naruszenia Międzynarodowego Statusu Tajności, zielarze wzięli się do pracy i przeprowadzili gruntowne badania, aby znaleźć sposób na kontrolowanie roślin i raz na zawsze rozwiązać ich problem.
Pomona Sprout z Hogwartu zakasała rękawy, współpracując ze swoim najlepszym owutemowym uczniem, Neville’em Longbottomem.
Neville, naturalnie, był zachwycony propozycją, dlatego też Harry znalazł się w cieplarni numer pięć w piękne, słoneczne środowe popołudnie, które aż się prosiło o spędzenie go na miotle i boisku do quidditcha na wysokości minimum pięćdziesięciu stóp.
— Wytłumacz mi, stary, czemu właściwie marnuję przerwę wielkanocną, żeby gapić się na jakieś chwasty? — burknął Ron, podczas gdy Hermiona i Neville maszerowali przed nimi szybkim krokiem, z podekscytowaniem wymieniając poglądy.
— Z prostego powodu. — Harry westchnął. — Naszą alternatywą jest nauka do owutemów. Dodam, że z Hermioną.
Kumpel się skrzywił.
— No tak. Byłem przekonany, że podczas wojny będzie mniej skoncentrowana na szkole.
Wzruszył ramionami i nie kontynuował rozmowy. Za kilka miesięcy skończy edukację, złoży podanie o przyjęcie do grona aurorów, a potem dobrze się przygotuje do walki z Voldemortem. Zakon nieustannie ścierał się ze śmierciożercami, a napięcie pomiędzy oboma stronami rosło z dnia na dzień. Wiedział, że wszyscy nań liczyli, więc planował przechylić szalę zwycięstwa. Miał nadzieję, że Dumbledore się nie myli i rzeczywiście zrobi znaczącą różnicę.
Neville przytrzymał im drzwi do cieplarni. Powietrze w środku było ciężkie i wilgotne, trudne do oddychania. Harry stłumił ziewnięcie. Na pobliskim stanowisku szumiał wentylator, wydając ciche metaliczne dźwięki. Tuż obok niego stało pół tuzina glinianych doniczek, a w każdej wesoło rosła sobie tryfida. Wszystkie były młode, gdyż mierzyły maksymalnie siedem lub osiem cali; daleko im było do wzrostu, które osiągają dorosłe osobniki.
— To właśnie nad tym pracowałem. — Longbottom wskazał na doniczki. — Testowaliśmy ich zdolności reprodukcyjne. Chcieliśmy się dowiedzieć, czy istnieje skuteczny sposób na sterylizację. Jeżeli uda nam się powstrzymać wzrost populacji tryfidów, może nastąpić przełom. Najprawdopodobniej to jedyny sposób na ich ograniczenie, a z czasem nawet na wyeliminowanie. — Wskazał na słoik stojący na półce za wentylatorem. — Jak sami widzicie, badaliśmy również jad.
— Wszyscy wiemy, jak się rozmnażają — powiedziała Hermiona. — Na wiosnę poprzez te małe strączki.
— Ano, też chciałbym mieć z nimi święty spokój — wtrącił się Ron.
Harry przytaknął. W Zakazanym Lesie rosło mnóstwo tryfidów, ale gdy wiatr mocno wiał w odpowiednim kierunku, przenosił zarodniki, ot małe puszyste kuleczki, podobne do puchu mniszka lekarskiego, aż do Hogwartu. Ostatni raz zdarzyło się to podczas meczu quidditcha pomiędzy Gryffindorem a Ravenclawem. Wszyscy będący w powietrzu gracze mieli je w nosie i gardle. Harry potrzebował prawie całego dnia, żeby dostrzec znicza wśród wszechobecnej bieli.
— To bardziej interesujące — odpowiedział Longbottom konwersacyjnym tonem. Brzmiał, jakby naprawdę był zaintrygowany. — Tryfidy mają strąki nasienne, ale również małe wypustki — urwał na moment, żeby wskazać na trzy krótkie wybrzuszenia wyrastające z grubszej łodygi. — Pod każdą wypustką jest mała dziurka w kształcie szczeliny. Jeszcze nie wiemy, do czego służy, ale podejrzewamy, że jest to część układu rozrodczego.
— Dotyczy to wszystkich roślin? — zapytała Hermiona.
Neville skinął głową, a Ron zmarszczył brwi.
— Czy to coś w rodzaju botanicznej glory hole?
W cieplarni zapadła długa chwila ciszy.
— Czy ty właściwie wiesz, co to jest glory hole, stary? — spytał Harry, chociaż był przekonany, że dysponują podobnym poziomem wiedzy.
— Eee, dziurka, którą mają ryby i kurczaki? Takie wszystko w jednym?
— Nieszczególnie…
— Mówisz o kloace — podsumowała Hermiona, po czym się pochyliła, aby lepiej przyjrzeć się wyżej wspominanej szczelinie.
— Nie tak blisko!
Neville odciągnął Hermionę w dosłownie ostatniej chwili. Trzy rośliny zaatakowały jednocześnie. Dwie z nich tylko przecięły pnączami powietrze, ale ostatnia trafiła w półkę, strącając z niej rękawice, łopaty i fiolki z próbkami gleby. Wszystko pospadało, gliniane donice rozbiły się na podłodze, a paczki z nasionami rozsypały się po całej cieplarni. Słoik z jadem tryfidów rozbił się na drucianej otoczce wentylatora, który z kolei w okamgnieniu przerobił go na drobną mgiełkę i rozpylił po pomieszczeniu.
Wizja Harry’ego się zamazała. Cieplarnia nagle stała się szarawa, a potem miał poważny problem z rozpoznawaniem kształtów. Spanikowany, potknął się o coś i upadł na plecy. Momentalnie się popłakał, gdyż podrażniona jadem skóra była niczym w porównaniu do piekących oczu, nozdrzy i gardła.
— Zamknijcie oczy! — krzyknął Neville, gdy się wycofywali. — Nie pocierajcie twarzy!
Gdy Harry stanął na nogach, wyciągnął zapobiegawczo ręce. Uderzył biodrem w pobliskie stanowisko i coś spadło na podłogę. Wtem ktoś chwycił go za ramię i poprowadził przez pokój.
— Zostań tutaj. — Usłyszał dziwacznie zachrypnięty głos Longbottoma. — Nie ruszaj się, Ron, bo wpadniesz na wnykopieńka i będziemy mieć ogromny problem, żeby cię z niego wyplątać. Stój nieruchomo, Hermiono. Zaraz do ciebie podejdę.
Zaalarmowana zamieszaniem, do cieplarni wpadła profesor Sprout.
— Co się tutaj dzieje? — krzyknęła.
— Słoik z jadem tryfidów roztrzaskał się o wentylator — odpowiedział rzeczowo Neville, po czym zaczął głośno kaszleć. — Wszyscy się nawdychaliśmy. — Znów zakaszlał. — Czuję się nawet dobrze, ale reszta stała bliżej. Chyba najbardziej ucierpiały ich oczy.
— Niczym się nie martwcie — poprosiła nauczycielka. — Wiem, że jesteście zbólowani, ale zaraz przetransportujemy was do Świętego Munga, gdzie zostaniecie raz dwa opatrzeni.
Sprout wzięła Harry’ego i Rona za ręce niczym dwójkę dzieci, podczas gdy Neville eskortował Hermionę. W skrzydle szpitalnym zostali na moment oddani pod opiekę pani Pomfrey, która załamała nad nimi ręce i oceniła obrażenia, które otrzymali. Longbottom uniknął najgorszego i jad nie poparzył mu oczu, dlatego też mógł zostać opatrzony w Hogwarcie. Reszta miała mniej szczęścia i szybko została przeniesiona do szpitala.
Przez następnych kilka godzin uzdrowiciele ciągle się przy nich krzątali. Całkiem łatwo zapanowali nad poparzoną skórą, wyleczyli gardła i płuca, dotknięte wdychanymi oparami, ale napotkali problem z przywróceniem im wzroku. Cała trójką zostali położeni do łóżek z mocno nasączonymi eliksirem gazikami na przymkniętych powiekach. Uzdrowiciele owinęli im głowy grubym bandażem, aby podtrzymać gazę i nakazali nie ściągać opatrunków przez następny tydzień, aby wszystko się dobrze wyleczyło.
— Przepraszam, to moja wina — powiedziała Hermiona, kiedy została przyprowadzona do sali, którą Harry miał dzielić z przyjacielem. — Nie powinnam podchodzić tak blisko. Byłam bardzo nieostrożna.
— Mam inne zdanie. Neville powinien był nas ostrzec, że nie zostały przycięte — burknął Ron. — Ile czasu minęło, odkąd ktokolwiek z nas widział zarośnięte tryfidy?
— Yhym, ale nie mówmy o tym głośno, bo Neville zaraz się załamie. Już teraz czuje się wystarczająco fatalnie. — Prawda była taka, że zanim wszedł do kominka, Longbottom przeprosił ich przynajmniej sześć razy. Nie miał też żadnych wątpliwości, że kiedy wrócą do szkoły, znów zostaną zasypani prośbami o przebaczenie.
— To oczywiste, że nie powiem mu tego prosto w twarz — odburknął przyjaciel. — Tyle dobrego, że spędzenie tygodnia w szpitalu jest lepsze od nauki.
Harry nie mógł sobie wyobrazić gorszego przeleżenia siedmiu dni, aniżeli w sterylnej, charakterystycznie pachnącej sali ambulatoryjnej, na wpół ślepy i wciąż obolały, ale zanim otworzył usta, aby zaprotestować, wyprzedziła go Hermiona.
— Czy w pierwszej kolejności zdajesz sobie sprawę, że za siedem tygodni mamy egzaminy? Czy masz pojęcie, że…?
— Masz ogromne szczęście, że Hermiona cię teraz nie widzi — prychnął. — Z pewnością dałaby ci klapsa.
— Obaj powinniście potraktować to poważnie — odpowiedziała, wciąż rozzłoszczona. — Aby zasilić szeregi aurorów, trzeba dobrze zdać owutemy.
— Jestem przekonany, że Harry zostałby przyjęty nawet bez wybitnych ocen — stwierdził Ron, zaś brunet poruszył się niespokojnie na krześle.
— Cóż, nie będziemy się przecież wykłócać o pobyt w szpitalu — argumentował. — Po prostu poczekamy tydzień, a potem weźmiemy się do nauki.
— Aż tydzień. — Dziewczyna przeciągle westchnęła. — Strasznie się cieszyłam na deszcz meteorów. Wszyscy dookoła mówili, że ten będzie największy w historii.
Ostatecznie przegapili deszcz meteorów. Bandaże miały być zdjęte dzień po, więc zamiast ogromnego widowiska, oglądali wyłącznie ciemność. Najbardziej zmartwiona, naturalnie, była Hermiona. Ron bardziej rozpaczał nad przegapieniem pysznego irlandzkiego gulaszu, który pani Weasley przygotowała w Norze na tę specjalną okazję.
Gdy nadszedł czas, chłopcy nastawili radio na WWN, aby przynajmniej posłuchać relacjonowania na bieżąco. Spikerowi przeszkadzały sporadyczne okrzyki zachwytu zaproszonych do studia czarodziejów i czarownic, którzy rozwodzili się nad pięknem zjawiska pogodowego. Harry tolerował te przerywniki do momentu, aż mężczyzna nie zaczął przyrównywać pewnego cudownego zielonego rozbłysku do Avady Kedavry. Usłyszawszy „Jakież to musi być uczucie, patrząc w oczy zaklęciu zabijającemu, panie i panowie!”, nie wytrzymał i wyłączył odbiornik.
— Ej, słuchałem audycji! — zaprotestował Ron.
— Jeżeli chcesz kontynuować, idź do sali Hermiony — burknął, przewróciwszy się na boczek. — Jestem pewien, że ma włączone radio.
Najwyraźniej brzmiał na wzburzonego, bo przyjaciel powstrzymał się przed zaprotestowaniem. Zamiast tego, po prostu zwlókł się z łóżka i pomaszerował do drzwi, gdzie zawołał uzdrowicielkę i poprosił o eskortę.
Harry westchnął, lubując się w ciszy. Czuł się trochę winny wyproszeniem Rona ze wspólnego pokoju, ale bez rozrywki w formie szkolnych zajęć był, o dziwo, bardziej wyczerpany nerwowo, niż przypuszczał. Zazwyczaj wypełniał sobie czas, słuchając radia, ale częstym tematem przewodnim była wojna. Najprawdopodobniej zareagował dziś tak ostro, bo wszystko mu się skumulowało.
Jakąś chwilę później ktoś zapukał do drzwi.
— Przyszłam tylko sprawdzić parametry — powiedziała łagodnym tonem uzdrowicielka z wieczornej zmiany, ta z charakterystycznym nosowym głosem.
Leżał nieruchomo, czując na sobie delikatne mrowienie magii, gdy rzucano nań serię zaklęć i lakonicznie odpowiadał na każde zadane pytanie, praktycznie dokładnie te same, co zazwyczaj: czy odczuwa ból, swędzenie, zawroty głowy. Skończywszy wywiad, z powrotem oparł się o poduszki, podczas gdy kobieta jeszcze krzątała się po pokoju. Słuchał, jak zbierała puste fiolki po eliksirach, a potem poprawiała zmiętoszoną pościel na łóżku Rona.
— Szkoda, że dopiero jutro zdejmiemy wam bandaże — zaszczebiotała radośnie, kiedy usłyszał szelest zasłon w okolicach okna. — Deszcz meteorów jest naprawdę piękny.
— Yhym, z pewnością — mruknął pod nosem, aczkolwiek jedyne, o czym mógł myśleć, to bezmyślne przyrównanie towarzyszących mu kolorów do klątwy zabijającej. Widział w swoim nastoletnim życiu o wiele więcej zielonego, niż powinien, i zdecydowanie mu wystarczyło.
— Świat wyszedł na ulice — kontynuowała uzdrowicielka. — Podobno jest widoczny na całym globie. Powinieneś zobaczyć dachy. Nawet tam stoją ludzie! — Jej obcasy stuknęły o podłogę, kiedy przechodziła przez salę. Chwilę później położyła mu dłoń na ramieniu. Szybko też zabrała rękę. — Gazety z pewnością opublikują zdjęcia. Jutro nadrobisz zaległości, chociaż rozumiem, że to nie to samo.
— Yhym, brzmi świetnie — mruknął na odczepnego i uzdrowicielka chyba pojęła, że nie życzył sobie towarzystwa. Gdy wyszła na korytarz, opadł na poduszki, przykrył się kołdrą i kocem, po czym zapadł w sen.
Naprawdę nie mógł się doczekać ściągnięcia bandaży.
Minęło zaledwie kilka minut, kiedy na korytarzu znów zrobiło się zamieszanie — usłyszał głośny łoskot i krzyki. Nie spodziewając się harmideru, Harry podskoczył w miejscu, a potem zamarł, znów nasłuchując. Szczęśliwie, nie usłyszał niczego podejrzanego.
Boże, musiał się stąd wydostać.
— Wystarczy tego dobrego — podsumował wszem wobec.
— Zaczekaj jeszcze chwilę — poprosił Ron. — Sprawdzę, czy okna są pozamykane.
W momencie sobie przypomniał, że uzdrowicielka powiedziała, że bandaże zostaną ściągnięte w słabym świetle, aby upewnić się, że oczy rzeczywiście się zagoiły. Z uwagą słuchał, jak przyjaciel wstaje z łóżka, przemierza pokój i zasuwa zasłony, czemu towarzyszył charakterystyczny zgrzyt metalowego karnisza; potem oświadczył, że wszystko jest gotowe.
Harry sięgnął ku głowie i poluzował węzeł mocujący. Kiedy rozwinął bandaże, ot na wszelki wypadek zacisnął mocno powieki.
— Okej — wyszeptał, próbując opanować nagły przypływ nerwów. Co, jeżeli leczenie było nieskuteczne, albo coś poszło nie tak?
— Już?
— Zdjąłem opatrunek, ale jeszcze nie otworzyłem oczu — powiedział zgodnie z prawdą, po czym wziął głęboki, uspokajający oddech. — W porządku. Czas na kontrolę.
Z największą ostrożnością uchylił jedną powiekę, a potem drugą. Z początku, co napawało go najprawdziwszym przerażeniem, wszystko było zamazane i okropnie jasne, nawet nikłe światło w sali szpitalnej. Na szczęście stopniowo jego oczy się przyzwyczaiły i wreszcie mógł się rozejrzeć. Wszystko było zamazane, więc po omacku sięgnął do stolika nocnego, na którym ktoś zostawił mu okulary. Założył je na nos i kilkakrotnie zamrugał, aż wreszcie pokój stał się wyraźny.
— Harry?
— Wszystko w porządku — odpowiedział. — Widzę.
— To dobrze. Pomożesz mi z bandażem?
Postawił stopy na podłodze i podszedł do łóżka przyjaciela. Z łatwością ściągnął mu opatrunek.
— Zamknij oczy — poprosił, zanim odwiązał ostatnią warstwę gazy. — Najpierw porazi cię światło.
Ron automatycznie zmrużył oczy.
— Wszystko w porządku? — zapytał po chwili.
— Bywało lepiej, ale przeżyję.
Weasley wstał i chwiejnym krokiem podszedł do szafy, która była bliżej jego łóżka. Szybko się ubrali i, trzymając różdżki w dłoniach, bez słowa ruszyli w stronę drzwi.
Korytarz był opustoszały, więc z największą ostrożnością ruszyli naprzód. Za rogiem odkryli przewrócony wózek z eliksirami, którego zawartość rozlała się po podłodze, tworząc bałagan z potłuczonego szkła i kolorowych plam. Tuż nad nim widniał krwawy ślad odciśniętej dłoni, a wzdłuż ściany ciągnęła się słabo widoczna smuga już zaschniętej krwi.
— Co tu się, do diabła, stało? — Ron wytrzeszczył oczy.
— Nie mam pojęcia, ale najlepiej poszukajmy Hermiony — odpowiedział ściszonym głosem, ot tak na wszelki wypadek.
Wiedzieli, że ich przyjaciółka jest niedaleko, więc rozdzielili się na moment, aby przeszukać większy obszar. Harry obejrzał trzy pokoje, wszystkie opustoszałe, aż wreszcie znalazł dziewczynę w czwartym. Siedziała na łóżku i kiedy usłyszała, że ktoś wchodzi, odwróciła ku niemu głowę.
— Słucham? — zapytała.
— To ja, Hermiono — powiedział, zamknąwszy po cichu drzwi. W pośpiechu przeszedł przez pomieszczenie, aby zasunąć zasłony.
— Harry?
— Skup się i słuchaj uważnie. Coś poszło nie tak. Zdejmę ci bandaże, dobrze?
— Wykluczone. — Odepchnęła jego ręce, gdy zabrał się za odwiązywanie gazy. — Uzdrowiciele powiedzieli, że…
— Nie wiem, gdzie są uzdrowiciele. Wszyscy zniknęli. — Postawił na swoim i wrócił do przerwanego zajęcia. — Coś się stało, gdy spaliśmy. Razem z Ronem zdjęliśmy opatrunki i jest naprawdę dobrze. Jestem przekonany, że twój wzrok się poprawił. Zamknij oczy, proszę. Zasłoniłem zasłony, ale na początku i tak będzie zbyt jasno. Szybko się przyzwyczaisz.
Hermiona się poddała, spełniła polecenie i po kilku sekundach intensywnego mrugania była w stanie rozejrzeć się po pomieszczeniu. Harry podał jej starannie złożony stos ubrań z szafy i odwrócił się, kiedy wyskakiwała z koszulki nocnej. Gdy tylko chwyciła różdżkę, wyszli razem na korytarz.
— Co się stało? — zapytała, zobaczywszy przewrócony wózek z eliksirami. Zatrwożona, przysunęła się bliżej.
— Ciężko stwierdzić.
W oddali ktoś krzyknął. Harry obejrzał się przez ramię, ale niczego nie zobaczył. Hermiona zmarszczyła brwi i wzmocniła uścisk na różdżce, po czym podeszła doń jeszcze bliżej, że prawie stykali się łokciami. Ostrożnie skręcili za róg i właśnie wtedy znaleźli Rona.
— Wszystko w porządku? — Przyjaciel podbiegł do dziewczyny i ścisnął jej dłoń tak mocno, że zbielały mu kostki.
— Widziałeś kogoś jeszcze? — zapytał.
Chłopak potrząsnął głową.
— Co teraz zrobimy?
— Spróbujmy się czegoś dowiedzieć — powiedział Harry, kiedy się zorientował, że nagle został liderem grupy. Zmarszczył brwi i spojrzał w głąb korytarza, gdzie leżał przewrócony wózek. — Jeżeli nikogo nie znajdziemy, pójdziemy na Pokątną — dodał, zerknąwszy na krwawy odcisk dłoni.
Ron najlepiej znał układ Świętego Munga, więc wcielił się w rolę przewodnika. Wsiedli do winy, ale mimo wciśniętego przycisku nie ruszyli na niższy poziom. Spróbowali ponownie, ale wciąż stali w miejscu.
— Nie działa — podsumował Weasley z niemałym zdziwieniem. — Cóż, będziemy musieli skorzystać ze schodów.
Szli bardzo blisko siebie. Mniej więcej połowa drzwi, które mijali, była otwarta na oścież, a w środku nie było żywej duszy. Harry zastanowił się, gdzie podział się ten facet, co wparował im do pokoju; gdzie podziali się wszyscy pracownicy szpitala.
Zawahali się, kiedy dotarli do drzwi prowadzących do klatki schodowej. Ron wystąpił naprzód i po cichutku je otworzył; potem wyszedł na półpiętro, żeby sprawdzić niższy i wyższy poziom. Harry podążył tuż za nim z różdżką w pogotowiu. Hermiona zakańczała pochód, również przygotowana na najgorsze. Nieprzerwana, pełna napięcia cisza działała im na nerwy.
Gdy dotarli do przedsionka oddziału Urazów Magizoologicznych, natknęli się na następne krwawe ślady. Paradoksalnie, było ich mniej niż w okolicach wózka z eliksirami, ale zostały rozmazane na większej powierzchni — pokrywały ścianę, poręcz, a nawet schody. Osocze było zaschnięte, a więc nie świeże.
— Jasna cholera. Co tu się wydarzyło? — Głos Rona poniósł się echem po opustoszałym korytarzu.
— Całkiem możliwe, że zaraz się dowiemy — odpowiedział Harry, po czym wyminął przyjaciela i wysunął się naprzód.
Kiedy zszedł z ostatnich stopni, zatrzymał się przed drzwiami prowadzącymi do głównego holu. Przez moment nasłuchiwał, a gdy upewnił się, że towarzyszy mu wyłącznie cisza, ostrożnie otworzył wrota. Hol okazał się całkowicie opuszczony i kompletnie zniszczony. Wszystkie krzesła były poprzewracane, a stanowisko rejestratorki zupełnie zdewastowane. Podłoga była praktycznie wyściełana krwią, zaschniętą i nieprzyjemnie brązową, zaś ściany zdobiły odciski dłoni i smugi ciągnące się w różnych kierunkach. Chłopak stłumił dreszcz przerażenia, który przebiegł mu po plecach.
Co się w nocy stało…?
— Och! — krzyknęła Hermiona i rzuciła się do przodu.
Niewiele myśląc, Harry podążył za nią. Chwilę później dostrzegł to, co przykuło uwagę przyjaciółki. Na ziemi przy kominku bezwładnie leżała czarownica. Granger natychmiast przy niej uklękła, sprawdziła puls, a potem wstała i odsunęła się na chwiejnych nogach.
— Czy ona…? — urwał Ron.
— Nie żyje — odpowiedziała. — Jest jeszcze ciepła, a więc nie minęło wiele czasu — dodała i zmarszczyła w zamyśleniu brwi. Przygryzłszy dolną wargę, ponownie opadła na kolana. — Pomóż mi ją przewrócić — poprosiła.
— Chcesz dotykać zwłok…?
Harry przyklęknął, wierząc, że Hermiona ma ku temu naprawdę dobry powód. Razem przewrócili kobietę na plecy, odsłaniając głęboką ranę na brzuchu.
— Szew musiał się rozpuścić — podsumowała, po czym usiadła na piętach i spojrzała w stronę korytarza. — Najprawdopodobniej potrzebowała pomocy, więc zeszła na parter…
— Wygląda na to, że próbowała uciec — dodał spostrzegawczo Ron, szarpiąc głową na ramię czarownicy, które leżało z boku. — Ma proszek Fiuu na ręce.
— Cóż, cokolwiek się tu nie wydarzyło, podjęła słuszną decyzję — stwierdził Harry, a następnie wstał i otarł dłonie o kolana spodni. — Nie uzyskamy tutaj żadnej informacji. Powinniśmy zawiadomić Biuro Aurorów lub wezwać Zakon. Albo jakiegoś odpowiedzialnego dorosłego.
Wszyscy pokiwali głowami i podeszli do najbliższego kominka. Weasley sięgnął do pojemnika z proszkiem, po czym cisnął garść do paleniska.
— Ministerstwo Magii! — powiedział, a potem w zdumieniu patrzył, jak drobinki pyłu po prostu opadają na ziemię. Zmarszczył brwi i spróbował ponownie, ale płomienie nie rozbłysły, nawet kiedy wsadził głowę do kominka i zajrzał do kratki.
— Sieć nie działa? — zapytała rzeczowo Hermiona.
— Nie wiem… — Ron chciał coś dodać, ale urwał, usłyszawszy okrzyk bólu.
Chwilę później drzwi frontowe szpitala otworzyły się z hukiem i do środka wpadł Draco Malfoy. Na szyi miał zawiązany kawałek sznura, a na uwięzi trzymał go mocno Fenrir Greyback.
— Wezwij uzdrowiciela! — warknął wilkołak, popychając chłopaka do przodu.
Malfoy omiótł przerażonym wzrokiem korytarz, a potem dostrzegł Harry’ego.
— Nikogo nie ma — podsumował. — Wszędzie jest to samo.
— W takim razie zaraz zaczniesz tyrać — odpowiedział Greyback, szarpiąc sznurem. — Znajdziesz na to eliksir lub inne lekarstwo.
— Co takiego? Żaden ze mnie uzdrowiciel!
Nieusatysfakcjonowany wytłumaczeniem, wilkołak ponownie popchnął chłopaka; ten się potknął, ale zdołał zachować równowagę. Właśnie wtedy przeszedł do rękoczynów. Uniósł rękę i wymierzył cios, który ostatecznie trafił w blondwłosą głowę. Malfoy upadł na kolana i krzyknął, po czym spróbował zasłonić się rękoma. Jakby to przewidział, Greyback złapał go za ramię i pociągnął ku górze, gotowy do następnego zamachu. Sprawiał wrażenie poniekąd zdezorientowanego, ponieważ patrzył zbyt na prawo i w gruncie rzeczy nie mógł utrzymać wzroku w jednym miejscu. Wtem Harry wszystko zrozumiał. Facet był ślepy i trzymał Malfoya na uwięzi, bo potrzebował kogoś ze zdrowymi oczami.
— Przepraszam! Nie wiem, czego właściwie ode mnie oczekujesz, ale nie jestem odpowiednio wykwalifikowany! — jęknął chłopak. — W szpitalu nie ma nikogo, kto by mógł pomóc.
Harry zdecydowanie nie darzył gościa sympatią, ale nie mógł po prostu stać i w milczeniu się temu przyglądać. Uniósł różdżkę, nagle niezmiernie wdzięczny, że na zajęciach z obrony przed czarną magią ćwiczyli rzucanie zaklęć bez wypowiadania na głos formuły. Ugiąwszy nadgarstek, rzucił niewerbalne Diffindo na linę.
Nic się nie wydarzyło.
Zmarszczywszy brwi, uniósł różdżkę, żeby spróbować ponownie.
— Magia zniknęła — powiedział Malfoy, patrząc mu prosto w oczy. — Wszystko napędzane magią stało się bezużyteczne. Zaklęcia nie działają, a różdżki straciły moc.
Harry spojrzał na przyjaciół i bezgłośnie wyszeptał: „Magia zniknęła…?”. Spróbował innego czaru, o wiele prostszego, Lumos, tym razem szepcząc inkantację pod nosem, ale osiągnął podobny skutek. Ron i Hermiona również zawiedli.
Greyback ponownie uderzył Malfoya.
— Nie prosiłem cię o cholerne podsumowanie. Kazałem ci znaleźć jakieś eliksiry, które przywrócą mi wzrok. Wstawaj, patałachu! — Szarpnął liną, a chłopak zaczął się dusić i kaszleć.
Harry żałował, że nie może po prostu odwrócić się i odejść w swoją stronę. Jak mówi powiedzenie — jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. Ślizgon dokonał wielu złych wyborów, więc powinien być za nie odpowiedzialny, ale z całą pewnością nie zasługiwał na bycie więźniem i popychadłem Fenrira Greybacka. Nie życzyłby tego najgorszemu wrogowi. Podjąwszy decyzję, spojrzał znacząco na przyjaciół i wskazał głową na Malfoya.
Ron uniósł brew, zupełnie jakby pytał: „Naprawdę, stary?”, więc po prostu przytaknął, wzruszył ramionami i wskazał kciukiem na szkolnego rywala. Weasley ewidentnie się wahał, ale po chwili skapitulował i westchnął pod nosem.
— Jeżeli zginiemy, ratując tego dupka, osobiście cię ukatrupię — powiedział ledwo słyszalnym szeptem.
Cóż, sprawiedliwe rozwiązanie.
Oczywiście, Harry nie planował czyjejkolwiek krzywdy. Mieli przewagę liczebną, a Greyback był ślepy. Osłabionego i zdezorientowanego, mogliby go zdjąć nawet bez magii.
Ron skinął im głową, po czym na migi kazał im zostać z tyłu. Sam zaś podkradł się do stanowiska recepcjonistki, gdzie podczas przyjęcia do szpitala stał bukiet różnobarwnych kwiatów w dużym ozdobnym czerwonym wazonie; teraz dzban był przewrócony, a kompozycja rozsypana po podłodze. Z największą ostrożnością, aby nie wydać żadnego dźwięku, podniósł wazon i zaczął powoli okrążać nowo przybyłych. Gdy był gotowy, skinął na przyjaciół, którzy podeszli bliżej — Hermiona od lewej strony, zaś Harry od prawej.
Wtem Greyback uniósł gwałtownie głowę i wziął głęboki oddech.
— Kto tu jeszcze jest? — zapytał niespodziewanie, wciąż wąchając powietrze.
— Nikt. Nikogo tu nie ma — odpowiedział Malfoy, patrząc na nich ze strachem, podczas gdy Potter zacisnął z frustracji zęby. Gościu niby był ślizgonem, więc powinien wiedzieć, że kłamanie w sytuacji zagrożenia życia nie jest najlepszą taktyką.
— Skończ kombinować, dzieciaku. Czuję ich zapach — warknął Greyback, potrząsnąwszy chłopakiem. — Natychmiast mów, kto tutaj jest.
— Skąd mam wiedzieć? Nie znam tych ludzi. To pacjenci. Są nieszkodliwi i ślepi…
Wilkołak znów uderzył Malfoya. Ten krzyknął i próbował się wycofać, ale został przyciągnięty bliżej. Chociaż chciał, nie miał gdzie uciec.
— Co się dzieje? — zawołała Hermiona i podjęła ryzyko. Przysunęła się bliżej, ostentacyjnie szurając stopami po podłodze, jakoby szła niepewnym krokiem. — Czy ktoś z was widzi? — zapytała, rzuciwszy Harry’emu znaczące spojrzenie.
— Jest tu ktoś? — Brunet również wcielił się w rolę. — Nie możemy znaleźć wyjścia.
Ron w milczeniu okrążył Greybacka, podczas gdy Malfoy obserwował ich podchody szeroko otwartymi, zdesperowanymi oczami. Jego klatka piersiowa unosiła się w płytkich, przyspieszonych oddechach.
— Wszyscy się cofnijcie — warknął wilkołak i jednym sprawnym ruchem przyciągnął zakładnika do siebie, po czym owinął rękę wokół jego bladej szyi. — Gnojek jest mój. Nie oddam go.
— Zaczekaj! — Ślizgon jęknął, kiedy długie, ostre pazury przebiły mu skórę. — Nie, proszę!
— Nie mamy złych zamiarów — powiedziała Hermiona, robiąc kolejny posuwisty krok naprzód. — Nic nie widzimy. Proszę, pomóż nam wrócić do domu.
— Nie, gnojek jest mój!
— Proszę! — Malfoy patrzył wprost na Harry’ego.
Ron podniósł wazon, zamachnął się i nim cisnął. Ciężka czerwona porcelana roztrzaskała się o tył czaszki Greybacka, który z pełnym boleści jękiem zwalił się na podłogę. Draco natychmiast wyrwał mu z ręki linę, a potem wymierzył solidnego kopniaka w głowę. Wtedy też mężczyzna przestał się ruszać, bo stracił przytomność.
— No dalej — powiedział, chwyciwszy wilkołaka za nadgarstek. — Wyciągnijmy go na zewnątrz, zanim się obudzi i wpadnie w szał. Najrozsądniej też będzie zamknąć drzwi do szpitala.
We czwórkę wytaszczyli nieprzytomnego Greybacka na ulicę. Gdy znaleźli się w środku, zaryglowali wrota, a Harry zaprowadził Malfoya do stanowiska recepcjonistki i posadził go na krześle, aby przeciąć mu sznur nożyczkami.
— Och, dzięki Merlinowi. — Chłopak rozmasował obolałą szyję, a potem wykręcił głowę, żeby spojrzeć na bruneta. — Byłem przekonany, że jestem jedyną osobą, która wciąż widzi.
— Nie ruszaj się przez moment. — Potter przytrzymał go za ramiona. — Byłoby szkoda, gdybyśmy cię uratowali tylko po to, żebym przez przypadek dźgnął cię ostrym narzędziem, bo nie potrafisz wytrzymać minuty w bezruchu.
Malfoy wciąż się trząsł, chociaż próbował wytrwać przez chwilę. Gdy lina została bezproblemowo przecięta, ponownie rozmasował szyję.
— No dobrze. — Ron założył ręce na piersi. — Skoro już zażegnaliśmy zagrożenie, raczysz nam może powiedzieć, co dokładnie się wydarzyło?
— Wszyscy stracili wzrok, a magia zniknęła. Nie wiem, jak dokładnie to się stało. — Ślizgon spojrzał na swoje kolana i przez chwilę, ewidentnie rozkojarzony, bawił się zauważoną nitką. — Wczorajszy wieczór spędziłem w rezydencji na przedmieściu Londynu. Czarny Pan uznał, że deszcz meteorów jest znakiem jego zbliżającego się zwycięstwa, czy coś podobnego. Zwołał zebranie, abyśmy mogli świętować, torturując schwytanych zawczasu mugoli. — Coś na twarzy Harry’ego musiało zdradzić, że był zaskoczony otwartością, z jaką mówił o zabawach śmierciożerców. — To coś znacznie większego, Potty — podsumował z gniewem. — Wojna się skończyła i wszyscy przegraliśmy.
— Może przestaniesz paplać na około i przejdziesz do sedna sprawy — zasugerował niezbyt delikatnie Ron. — Potrzebujemy konkretów. Powiedziałeś, że magia zniknęła i ludzie stracili wzrok.
— Najprawdopodobniej przez meteory. Wszyscy, którzy wczoraj wyszli oglądać deszcz, oślepli.
Harry zadrżał. Mimowolnie wrócił wspomnieniami do wieczoru, kiedy to uzdrowicielka z obchodu opisywała mu ów cud pogodowy. Mówiła, że ludzie wychodzili na dachy domów, że byli naprawdę zapatrzeni, że to globalne zjawisko. Czy świat stał się nagle ślepy?
— Jak to możliwe, że wciąż widzisz? — zapytała logicznie Hermiona.
— Cóż, nie oglądałem deszczu meteorów. — Malfoy przełknął ślinę i na moment zamilkł. — Wprowadzili do sali mugoli i zaprosili mnie do zabawy. Szybko się wydało, że mam za miękkie serce. Za karę zostałem zamknięty w lochu. Powiedzieli, że… — tu wziął głęboki, drżący oddech — …wrócą pobawić się ze mną, kiedy skończą z mugolami.
Harry chciał zaprotestować. Nie było mowy, żeby Lucjusz i Narcyza wyrazili na to zgodę.
— Co z twoimi rodzicami?
— Byli trzymani w nieświadomości, naturalnie. Rudolf wtrącił mnie do lochu, podczas gdy moi rodzice zajmowali się przygotowywaniem ogrodu na wieczorne uroczystości. Nie mieli o niczym najmniejszego pojęcia. Mój ojciec nigdy nie pozwoliłby na coś podobnego. — Nitka, którą z nerwów ciągnął, urwała się z głośnym trzaskiem. Chłopak upuścił ją na podłogę. — W pewnym momencie musiałem zasnąć, bo następne, co pamiętam, to powrót Rudolfa. Był ślepy i warczał, że będę jego oczami.
— Skąd się wziął Greyback? — zapytał Ron.
— Cóż, spotkaliśmy go na korytarzu. Greyback zabił Lestrange’a. Groził, że i mnie zabije, jeżeli odmówię współpracy. Na oślep zawiązał mi sznur na szyi, a potem tylko trzymał na uwięzi — odpowiedział, po czym delikatnie dotknął swego gardła.
— Nie rozumiem, do czego właściwie zmierzał. Przyjście do szpitala było daremne, zważywszy na tylko dwa możliwe scenariusze. Albo nie otrzymałby pomocy, której potrzebował, bo Mung również znalazł się w tarapatach, albo zostałby na miejscu aresztowany, bo był znanym i poszukiwanym śmierciożercą. — Hermiona zmarszczyła brwi i spojrzała przelotnie na główne wejście. Potem znów skupiła się na Malfoyu. — Kontynuuj, proszę. Kto przejął kontrolę nad sytuacją? Służby magiczne czy mugolskie?
Ślizgon potrząsnął głową.
— Nikt. Można śmiało powiedzieć, że miasto wymarło.
Zakończywszy historię, wreszcie zaczął się uspokajać. Skończył się trząść i zapanował nad nerwami. W tym momencie Harry uświadomił sobie, że była to najnormalniejsza, najbardziej cywilizowana rozmowa, jaką kiedykolwiek przeprowadzili. Z jakiegoś niewiadomego powodu bym tym bardziej przestraszony, niż wiadomością, że wszyscy ludzie nagle po prostu stracili wzrok i odkryciem, że magia zniknęła. Jeżeli Malfoy był tak mocno przerażony, że przestał zachowywać się niczym dupek, oznaczało to, że wszystko, co powiedział, było prawdziwe.
— Uważam, że nasz plan powinien pozostać bez zmian — podsumował, starając się brzmieć na opanowanego. — Spróbujemy dostać się do Ministerstwa Magii.
Draco zmarszczył brwi.
— Kto cię wybrał na przywódcę?
— Masz lepszy pomysł? — Spojrzał nań z powątpiewaniem.
— Muszę odnaleźć rodziców.
— W takim razie ruszaj na poszukiwania. — Ron wskazał dłonią drzwi prowadzące na ulicę. — Nie trać czasu.
Wtem coś uderzyło we wrota, które niebezpiecznie zatrzeszczały.
— Wybacz, ale nie sądzę, aby było to obecnie najrozsądniejsze rozwiązanie. — Malfoy się wzdrygnął, kiedy drzwi znów zaskrzypiały. — Czy możemy kontynuować tę rozmowę gdzieś indziej?
— Ma rację, choć niechętnie to przyznaję — powiedział Harry. — Chodźmy. Szpital z pewnością ma wyjście ewakuacyjne. Skorzystamy z niego. — Ruszył przez korytarz, a reszta za nim. — Gdzie jest ta rezydencja, w której byłeś z rodzicami?
— Tuż po drugiej stronie ulicy Pokątnej.
— To niedaleko stąd i mniej więcej po drodze do Ministerstwa Magii. — stwierdził. — Zrobimy tak: wyjdziemy tylnym wyjściem, rozejrzymy się po Pokątnej, odprowadzimy Malfoya do domu, a potem zakończymy naszą podróż w Ministerstwie. W porządku? — zapytał, kiedy skręcili w boczny korytarz, sprawiający wrażenie przejścia wyłącznie dla personelu. Wokół nie było żywej duszy.
Znalezienie drzwi prowadzących na zewnątrz nie zajęło im dużo czasu. Harry otworzył wrota i wyszedł na wąską uliczkę, po której w normalnych okolicznościach mógł przejechać tylko jeden samochód. Ron i Malfoy wyszli jako drudzy, zaś Hermiona przystanęła w drzwiach i zabezpieczyła je przed zamknięciem większym kawałkiem kamienia, który znalazła w pobliżu.
To niesamowite. Gdy leżał bezczynnie w łóżku z bandażami na głowie, cisza wydawała mu się niepokojąca. Teraz kiedy przemierzał opustoszałe uliczki, czuł się po prostu przerażony. Wszechobecną ciszę przerywał tylko wiejący od czasu do czasu wiatr. Dziwacznie było nie słyszeć świergotania ptaków ani szumu ruchu ulicznego.
Bezruch drażnił mu skórę, dudnił w uszach i paradoksalnie, wywoływał migrenę. W momencie zrozumiał, dlaczego Malfoy tak chętnie im towarzyszył, chociaż szczerze się nie znosili. Sam zdecydowanie wolałby trzymać się blisko żywych osób.
Ron wziął Hermionę za rękę, a ona wyciągnęła rękę i chwyciła Harry’ego. Jej różdżka, aktualnie bezużyteczna, wbijała mu się boleśnie w wierzch dłoni, ale nie narzekał. Ślizgon rzucił ich splecionym palcom szydercze spojrzenie, ale powstrzymał się od niegrzecznego komentarza. I dobrze, bo Ron wyglądał, jakby miał ochotę zasadzić mu fangę w nos.
Zdenerwowanie Harry’ego wzrosło, kiedy opuścili zaułek i wyszli na otwartą przestrzeń. Nagle stało się przerażająco jasne, że to, co się wydarzyło podczas deszczu meteorów, nie dotknęło wyłącznie Świętego Munga, a rzeczywiście cały świat. Ulicami nie jeździły żadne samochody, aczkolwiek kilka stało porzuconych na środku jezdni, a w oddali widać było zarysy dwóch, trzymających się za ręce osób, idących poboczem. Strach osiadł mu na piersi, utrudniwszy oddychanie. Coś zawsze było w Londynie, coś, co wydawało mu się niezmienne — tętniące życiem społeczeństwo, tłumne i głośne. Oglądanie miasta opuszczonego, porzuconego i cichego było po prostu okropnym uczuciem.
Nawet słowa Malfoya nie mogły go przygotować.
Zatrzymali się przy wyjściu z zaułka, po czym pozostała trójka rzuciła ulicy zatrwożone spojrzenie; chwilę później wbili w Harry’ego wzrok, nawet Malfoy.
— Nie możemy się tutaj zatrzymać. Musimy iść dalej — powiedział, przełknąwszy z trudem ślinę. — Skupmy się na dotarciu do Ministerstwa i uzyskaniu pomocy. To najlepsze, co możemy zrobić.
— Racja. — Ron skinął głową. Puścił dłoń Hermiony i uniósł różdżkę. — Wskaż mi — burknął, ale nic się nie wydarzyło. Zmarszczył brwi i powtórzył głośniej: — Wskaż mi.
— Mówiłem, że magia zniknęła — przypomniał Malfoy bez śladu zadowolenia, którego spodziewał się brunet.
Weasley go zignorował i spróbował po raz trzeci.
— To nie ma najmniejszego sensu — stwierdził. — Magia nie może z dnia na dzień przestać istnieć.
Hermiona puściła dłoń Harry’ego i złapała oburącz Rona.
— Naszym priorytetem jest Ministerstwo. Ktoś z tych, co są u władzy, z pewnością wie, co się wydarzyło — powiedziała zdecydowanym tonem. — Myślę, że powinniśmy iść tędy.
Chłopak jej przytaknął i pozwolił poprowadzić się chodnikiem. Zanim wznowili krok, Malfoy rzucił Potterowi nieczytelne spojrzenie.
Świecące pustkami miasto wyglądało co najmniej dziwacznie, jednocześnie obce i znajome. Wydawało się zbyt jasne, a przez to mniej prawdziwe, niczym starannie przygotowana sceneria teatralna, niczym zaledwie imitacja. Po drodze nie spotkali zbyt wielu ludzi, może jedną lub dwie osoby tu i ówdzie. Wszyscy byli ślepi i poruszali się powoli, z największą ostrożnością, aby uniknąć upadku i złamania kończyny.
Mniej więcej w połowie poranka dotarli do niewielkiego parku i właśnie wtedy Harry zauważył sylwetki trzech tryfidów przemierzających rozległy trawnik. Kilka innych na obrzeżach pochylało się pod niepokojącym kątem, a ich uwięzi były napięte do granic możliwości.
— Chcą się uwolnić — podsumowała z zaintrygowaniem w głosie Hermiona, patrząc nań ze zmarszczonymi brwiami. — Czy robiły to już wcześniej?
Ron potrząsnął głową.
— Nie słyszałem o żadnych próbach. Czasem, głównie na wsiach, masowo napierają na ten sam fragment ogrodzenia, aż się zawali. Jak dotąd, nie sądziłem, że było to celowe zagranie. — Przez chwilę obserwował zmagania tryfidów. — Zdecydowanie pragną się wydostać.
— Zupełnie jakby wiedziały, że to ich szansa — dodał Malfoy.
— Niemożliwe — odpowiedział Harry. — To tylko rośliny. — Spojrzał na przyjaciół. — Prawda?
— Osobiście uważam, że nigdy nie były „tylko roślinami”. Samo ich pojawienie się świadczy o czymś znacznie większym — odparła dziewczyna. — Chodźmy dalej. Nie traćmy czasu.
Kiedy mijali skraj parku, zobaczyli trójkę ludzi leżących na chodniku — dwójkę mężczyzn i kobietę. Jedna osoba się poruszyła i zajęczała, więc Harry natychmiast ruszył naprzód. Gdy podszedł wystarczająco blisko, zobaczył na twarzy nieznajomego czerwony ślad po uderzeniu jakby biczem.
— Nie, stój! — krzyknął w tym samym czasie Ron i wyskoczył, żeby go powstrzymać.
Zanim się zorientował, poczuł piekący ból w okolicy szyi, a potem usłyszał wrzask przyjaciela. Nie spodziewając się ataku, stracił równowagę i upadł na ziemię. Kiedy się odwrócił, oberwał w wierzch dłoni, którą podniósł, aby ochronić oczy. Zaalarmowany i niezwykle świadomy powagi sytuacji, skoczył na równe nogi, a następnie w bok. Wtem zobaczył trzy tryfidy wyłaniające się z niewielkiego zagajnika, w którym się przyczaiły na przechodniów. Jedna z nich podeszła bliżej, potrząsając tymi dziwacznymi wypustkami na grubej łodydze, ale zatrzymała się mniej więcej przy trzech leżących na ziemi osobach.
— Wszystko w porządku, przeżyję — powiedział i machnął ręką, kiedy Malfoy i Hermiona postanowili ruszyć mu z odsieczą. Miejsca, gdzie został uderzony, swędziały go niemiłosiernie, ale nie piekły. Spojrzał na swą dłoń, na której widniał różowawy ślad po smagnięciu, idealnie na napisie „Nie będę opowiadał kłamstw”, odznaczającym się jasną bielą. Skrzywił się, uznawszy to za dobry znak. Im ciemniejsza rana, tym więcej jadu zostało zaaplikowanego. Blada barwa oparzenia i swędzenie oznaczały, że wkrótce będzie dobrze. — Co z tobą, Ron?
Chłopak potarł czoło.
— Swędzi jak diabli, ale przeżyłem gorsze użądlenia.
— Nie rozumiem, jakim cudem odrosły im pnącza — powiedziała Hermiona, przechodząc do analizowania sytuacji. — Jak dotąd, były regularnie przycinane każdego roku, a odrost zajmował mniej więcej dwa lata.
Nikt nie miał na to żadnego wytłumaczenia. Wszystko wydawało się niemożliwe — deszcz meteorów, powodujący ślepotę, nagłe zniknięcie magii, a teraz również usamodzielnianie się i niespodziewany rozrost tryfidów.
Harry bez słowa przyglądał się trzem roślinom, powoli okrążającym ludzi na chodniku. Gdy mężczyzna przestał się wreszcie ruszać, cofnęły się do drzew, z których wcześniej wyszły, najprawdopodobniej w oczekiwaniu na następne ofiary.
— Cóż, byłem przekonany, że ten gówniany dzień nie może być gorszy — podsumował tę sytuację Malfoy.
Nic dodać, nic ująć.
Na Pokątną dotarli dopiero po południu. Jeszcze dwukrotnie napotkali tryfidy, ale nie zostali zaatakowani, bo pilnowały powalonych wcześniej ludzi. Mimo to zachowali bezpieczną odległość.
Zatrzymali się tylko dwa razy — za pierwszym, aby uzbroić się w noże, żeby w razie potrzeby odeprzeć atak, a za drugim, aby opatrzyć rany Rona i Harry’ego. Zaróżowiona skóra bardzo ich swędziała, ale na szczęście otrzymali niewielką ilość jadu, więc mieli dużo szczęścia, bo mogło się skończyć o wiele gorzej. Dzięki wypadkowi w hogwardzkiej cieplarni zyskali niewielką odporność na jad tryfidów, a biorąc pod uwagę fakt, że ich woreczki były prawie puste, bo wcześniej kogoś zaatakowały, to nie groziło im żadne niebezpieczeństwo związane z użądleniem. Przy okazji zajęli się również otarciami na szyi Malfoya, powstałymi od uwięzi Greybacka — ostatecznie nasmarowali je maścią i obwiązali bandażami. Hermiona skorzystała z okazji i zaopatrzyła ich wszystkich w szereg środków medycznych. Zabrali ze sobą w drogę masę gazy, środków przeciwbólowych, przeciwgorączkowych, antyseptycznych i tym podobnych.
Chociaż całkiem szybko dotarli do punktu przejściowego, byli potwornie wymęczeni i wygłodniali. Gdy zobaczyli Dziurawy Kocioł, odetchnęli z ulgą, bo na zewnątrz wyglądał jak gdyby nigdy nic. Kiedy weszli do środka, ich nadzieje wyparowały, bo natknęli się na poprzewracane krzesła, połamane stoły i porozbijane na podłodze butelki. Wszystkiemu towarzyszyła ta okropna cisza i bezruch.
— Chodźcie — powiedział ściszonym głosem Harry.
Wyznaczywszy kierunek, przeszedł przez salę i wyszedł na dziedziniec, gdzie gwałtownie przystanął. Mur prowadzący na Pokątną runął, a czerwone cegły leżały w luźnych stosach na ziemi. Wyraźnie widać było kręte, brukowane uliczki czarodziejskiego świata, niegdyś sprytnie ukryte, a teraz odsłonięte. Wziąwszy głęboki oddech, spojrzał przez ramię na reakcję grupy. Malfoy sprawiał wrażenie oszołomionego, a Ron był blady niczym duch. Hermiona, dziwnie zdeterminowana, wzięła go za rękę.
Jakby utknęli w iluzji lub znaleźli się w koszmarze. Gdyby zamknął oczy i wystarczająco się skupił, zobaczyłby kamienną ścianę, która po sekundzie zaczęłaby się rozsuwać, odsłaniając sekretne przejście. Harry otrząsnął się z miłego wspomnienia i zrobił krok naprzód — najpierw chwiejny, a potem stanowczy. Ostrożnie przedzierał się poprzez porozrzucane cegły, zupełnie ignorując odgłosy, które wydawały pod jego stopami.
Kiedy myślał o ulicy Pokątnej, wyobrażał sobie wąską uliczkę zatłoczoną czarodziejami i czarownicami w pośpiechu zajmujących się sprawunkami przed powrotem pociech do Hogwartu. Ludzie rozmawiali i wesoło się śmiali, dzwonki dzwoniły, a drzwi do sklepów praktycznie stały otworem. Ten wspaniały obraz został zastąpiony ponurym widokiem, ot opustoszałym miejscem i wszechobecną ciszą.
— Gdzie się wszyscy podziali? — zapytała Hermiona, a jej głos poniósł się echem.
— Najprawdopodobniej pozamykali się w domach — odpowiedział Malfoy. — Stracili wzrok i magię, z którą się urodzili i wśród której się wychowali. Na ich miejscu pozostałbym w ukryciu tak długo, jak to tylko możliwe. Czekałbym na reakcję Ministerstwa i pierwsze próby naprawienia sytuacji.
Harry zacisnął usta w cienką linię. Z pewnością nie siedziałby w zamknięciu na tyłku i nie odliczałby godzin do potencjalnego nadejścia pomocy.
— Chwileczkę! — szepnął Ron, kiedy mijali witrynę Markowego Sklepu do Quidditcha.
— Nie chcesz nam chyba powiedzieć, że w obliczu niebezpieczeństwa postanowiłeś podszkolić się w qudditichu, prawda? — Zirytowana, Hermiona założyła dłonie na biodra.
— Nie, ale pomyślałem, że moglibyśmy zaopatrzyć się w trochę sprzętu — odparł ugodowym tonem. — Tryfidy znów stanowią dla nas zagrożenie, bo jakimś cudem niesamowicie urosły. Z czasem sytuacja zacznie się pogarszać, ponieważ, jak sami widzieliśmy, znów zaczęły wychodzić z ziemi, przemieszczać się i atakować ludzi. Zwiększymy swoje szanse, gdy będziemy mieć coś do obrony…
— Całkowicie zgadzam się z Weasleyem, chyba po raz pierwszy w życiu — powiedział Malfoy, rozglądając się wokół. — Znajdźmy coś, czym rozbijemy szybę.
— To tylko narobi zamieszania i przyciągnie uwagę. — Ron zmarszczył brwi, po czym spojrzał na dziewczynę. — Masz może jakieś spinki? — zapytał nań znacząco.
Hermiona przewróciła oczami, ale po chwili wyciągnęła dwie zwykłe wsuwki. Kosmyk włosów wypadł jej zza ucha, ale szybko go schowała. Chłopak ostrożnie zgiął jedną na pół, a drugą wyprostował, po czym uklęknął przy drzwiach. Wsunął wsuwki do zamka i zaczął przy nim majstrować.
— Ha! — Uśmiechnął się, usłyszawszy charakterystyczny klik. Wyciągnął spinki, wstał i sięgnął ku klamce. Drzwi bez niczego się otworzyły.
Malfoy wyglądał na pod wrażeniem, choć ewidentnie starał się zachować w miarę kamienną twarz.
— Gdzie się tego nauczyłeś? — spytał.
— Od Freda i George’a, naturalnie — odpowiedział, a Harry parsknął, bo przypomniał sobie, jak bliźniacy pomogli mu niegdyś uciec z domu wuja i ciotki. — Czasem warto uciec się do mugolskiego sposobu.
Ślizgon przez moment wyglądał, jakby zamierzał to nieprzychylnie skomentować, ale się powstrzymał.
— Rozumiem — rzekł w zamian chłodnym tonem.
Zanim weszli do środka, a Ron przewrócił oczami za plecami Malfoya.
— Źle się czuję, kradnąc rzeczy ze sklepu — powiedziała cicho Hermiona.
— Spokojna głowa, Granger. — Blondyn uniósł sarkastycznie brew. — Gdy skończy się to zamieszanie, możesz postąpić jak dobra, przykładna gryfonka i oddać za zabrane rzeczy.
Chociaż sarkazm wisiał w powietrzu, skinęła głową, wyraźnie uspokojona. We czwórkę przekroczyli próg, rozejrzeli się wokół i zgarnęli ciężkie szaty do quidditcha — gruba wełna była zdecydowaną przesadą podczas łagodnych wiosennych temperatur, ale ochroni ich w trakcie ataku tyfidów. Zabrali również gogle ochronne, kaski i rękawice. Gdy się ubrali, Ron wszedł w głąb sklepu i po chwili wrócił, trzymając w dłoniach sprzęt do quodpotu oraz cztery maski z drucianej siatki.
— Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale cieszę się, że quodpot jest jednak czarodziejskim sportem — podsumował, założywszy ochraniacz na twarz.
Malfoy zaśmiał się pod nosem i również postanowił się rozejrzeć. Harry w międzyczasie majstrował przy goglach, chcąc dopasować je do okularów. Kiedy sromotnie poległ, potrząsnął ze zrezygnowaniem głową i schował ochronkę do kieszeni, po czym po prostu założył drucianą maskę.
— To ci nijak pomoże z tryfidami — powiedziała Hermiona, gdy Draco wrócił z kijem pałkarza. — Najlepszym sposobem na unieszkodliwienie ich jest odcięcie pnączy. Już zaopatrzyliśmy się w noże.
— Pałka posłuży do czegoś innego — stwierdził, zacisnąwszy dłoń na kiju.
Harry wymienił spojrzenie z Ronem. Jak dotąd wszyscy ludzie, których spotkali, byli zupełnie nieszkodliwi. Mimo to Granger wystąpiła naprzód i również pomaszerowała po pałkę. Gdy wróciła, z nieśmiałym uśmiechem skinęła Malfoyowi głową.
— Nie sądzisz chyba, że naprawdę będziesz tego potrzebować, prawda? — Weasley zmarszczył brwi.
— Nie wiemy, co jeszcze nas czeka. Kiedy ludzie się zorientują, że wsparcie nie nadchodzi, wreszcie wyjdą na ulice — odpowiedziała. — Wolę mieć pewnego rodzaju zabezpieczenie i nigdy nie podnieść ręki, niż zamachnąć się niczym.
Harry uważał, że nie dojdzie do najgorszego. Tratujące się tłumy i powszechna panika to rzeczy, które mają miejsce tylko i wyłącznie w horrorach, prawda? Z drugiej strony, plaga ślepoty i krwiożercze, polujące na ludzi rośliny to również fikcja filmowa. Idąc tym tropem, nawet magia, smoki i szaleni, siejący strach złoczyńcy, mający tendencję do posługiwania się absurdalnymi pseudonimami takimi jak Lord Voldemort, także są popularnym motywem wykorzystywanym w mediach.
Ostatecznie poszedł po kij baseballowy.
— W samą porę — podsumował Ron, kiedy znaleźli się z powrotem na ulicy, wskazawszy dwa nadchodzące tryfidy. Niezdarnie zboczyły z kursu, wchodząc na brukowany chodnik. Ewidentnie zmierzały w ich kierunku.
Harry znów się zastanowił, jak bardzo są inteligentne. W momencie przypomniał sobie słowa Malfoya o skorzystaniu z danej od losu szansy i aż się wzdrygnął. Czy naprawdę dobrze rozumiały położenie, w którym się znalazły? Czy przez te wszystkie lata, odkąd się pojawiły, cierpliwie czekały na okazję?
— Chodźmy. — Hermiona odwróciła się do roślin plecami. — Nie mam najmniejszej ochoty testować naszego nowego sprzętu.
W drodze do londyńskiej rezydencji Malfoyów zobaczyli więcej tryfidów, ale omijali je szerokim łukiem i z łatwością wyprzedzili jednego, który próbował ich śledzić. Dom, do którego przybyli, przypominał Grimmauld Place — był wysoki, ciemny i ponury, nawet w świetle jasnego popołudniowego słońca. O dziwo, drzwi wejściowe były szeroko otwarte. Z ostrożnością skorzystali z zaproszenia i weszli do środka.
— Ojcze? Matko? — zawołał Draco. — Jesteście tutaj?
Z głębi rezydencji dobiegł bliżej niezidentyfikowany szelest, a Malfoy natychmiast pospieszył w jego kierunku; reszta pomaszerowała za nim. Lucjusza i Narcyzę znaleźli w salonie, rozciągniętych na perskim dywanie. Górował nad nimi tryfid.
— Zaczekaj! — krzyknął Harry, ale nadaremnie.
Niewiele myśląc, ślizgon rzucił się naprzód. Roślina, zauważywszy następną ofiarę, przystąpiła do ataku i przecięła powietrze pnączami. Draco zręcznie uniknął uderzenia, uskoczył w bok i uklęknął przy matce. Zdjął rękawicę, aby sprawdzić jej puls na nadgarstku, a drugą rękę uniósł nad głowę dla własnej ochrony. Sprawdziwszy również puls ojca, ponownie założył rękawicę, przełożył kij do prawej ręki, odwrócił się w stronę tryfida i zamachnął.
Harry zrobił krok do przodu, ale został powstrzymany i odciągnięty przez Rona.
— Niech się wyżyje — wyszeptał przyjaciel, z napięciem patrząc, jak Malfoy wymierza cios za ciosem.
Gdy z rośliny została zielona papka, chłopak znieruchomiał, z ledwością łapiąc oddech. Wtem rzucił pałką o przeciwległą ścianę. Zerwał z twarzy maskę i gogle, po czym również nimi cisnął. Po wszystkim z krzykiem osunął się na podłogę i przyłożył głowę do podłogi.
— Rozejrzyj się, czy na pewno jesteśmy tutaj tylko we czwórkę — powiedział Harry do Rona, a następnie ściągnął własną maskę i podszedł do zrozpaczonego Malfoya.
Ukląkł przy nim i zachował milczenie, bo co właściwie miał powiedzieć? Czuł, że powinien coś zrobić. Szczerze mówiąc, nigdy nie darzył sympatią Lucjusza, Narcyzy, a nawet Draco, ale dobrze wiedział, jak to jest stracić matkę i ojca. Nie pamiętał swoich rodziców, bo był zbyt mały, kiedy zostali zamordowani, ale to wciąż bolało. W przeciwieństwie do niego Malfoy otrzymał prawie dwie dekady miłości i wspomnień. W tym niewielkim pocieszeniu, jakie mógł zaoferować, położył chłopakowi rękę na ramieniu.
Ten odepchnął jego dłoń i podźwignął się na nogi. Miał zaczerwienione i opuchnięte oczy oraz podejrzanie różowy nos, ale nie płakał. Zdjąwszy rękawicę, potarł twarz wierzchem dłoni.
— Malfoy. — Harry również wstał.
— Nie. Nie udawaj, że ci na mnie zależy. — Szybkim krokiem podszedł do Rona, po czym wyrwał mu maskę i gogle, które ten podniósł z ziemi.
Potter westchnął i założył swój sprzęt. Najprawdopodobniej powinien dać sobie na wstrzymanie. Chłopak ewidentnie nie chciał o tym rozmawiać, ale po prostu nie mógł się powstrzymać przed ostatnią próbą pocieszenia i zapewnienia wsparcia. Albo Malfoy poczuje się przynajmniej odrobinę lepiej, albo będzie miał okazję do wyładowania na kimś złości. Tak czy inaczej, coś dobrego z tego wyjdzie.
— Jeżeli kiedykolwiek będziesz potrzebował porozmawiać…
— Jak sierotka do drugiej sierotki, tak od serduszka? Wpadniemy sobie w ramiona i wypłaczemy się za wszystkie czasy? — Uśmiechnął się szyderczo blondyn. — Czemu w ogóle próbujesz być miły? Ostatnio, kiedy sprawdzałem, mocno mnie nienawidziłeś — wytknął, pociągnąwszy swą maskę.
Harry wzruszył ramionami.
— Sporo się zmieniło. Upadek czarodziejskiego i mugolskiego świata pozwala spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. — Nie kłamał ani nie naginał prawdy. Ogrom tej katastrofy sprawiał, że ich szkolna rywalizacja sprawiała wrażenie znikomej i zupełnie nieistotnej. Przez dłuższą chwilę spoglądał na chłopaka, ale ten nic nie odpowiedział. — Jesteś gotowy do drogi? — zapytał.
— Zaraz — odparł, zerknąwszy na swą matkę.
Malfoy zniknął na piętrze, a kiedy zszedł z powrotem na dół, w rękach trzymał dwa prześcieradła. Ułożył ciała rodziców tak, że leżały obok siebie, starannie wygładził ich ubrania oraz włosy, a potem splótł ich chłodne dłonie. Zadowolony z rezultatu, zarzucił nań przyniesione płachty i cofnął się o krok.
Harry chciał coś powiedzieć, ale ślizgon odwrócił się na pięcie i odszedł — po drodze potrącił go ramieniem.
— Chodź. Ministerstwo jest niedaleko.
Nie wiedząc, co innego zrobić, westchnął i posłusznie za nim poszedł.
Zbliżał się wieczór, gdy dotarli na miejsce. Niestety, okazało się, że podjęli daremny wysiłek, bowiem bez magii nijak mogli wejść do środka.
Najpierw spróbowali budką telefoniczną, potem toaletami. Ron powiedział, że jego ojciec kiedyś wspomniał, że w nagłych wypadkach wystarczy po prostu użyć dzwonka do drzwi, więc tak też zrobili. Oczywiście, bez skutku. W desperacji spróbowali nawet aportować się do środka.
— Co teraz? — Ron spojrzał na nich bezradnie.
— Nie wiem — odpowiedział Harry, podczas gdy pozostała dwójka milczała.
Nie był przyzwyczajony do tak wielkiej niepewności. Czuł, że powinien coś zrobić, ale nie wiedział, co będzie najlepsze. Był przyzwyczajony do odpowiedzialności, do ciągłego niebezpieczeństwa i powszechnego społecznego przekonania, że samodzielnie uratuje cholerny świat. Sęk w tym, że bycie Wybrańcem wiązało się z jasno wyznaczonymi celami i wytycznymi, zgodnie z którymi dotąd podążał; miał wroga, z którym należało walczyć…
Mimo że daleko mu było do zwyczajnego nastolatka, koniec świata i upadek cywilizacji po prostu go przerosły.
— Nie wiem — powtórzył, tonąc w poczuciu znienawidzonej bezradności.
— W takim razie coś zjedzmy — zaproponowała Hermiona. — Umieram z głodu. Z pełnymi żołądkami wszyscy będziemy mieli jaśniejsze umysły.
— Brzmisz jak moja mama. — Uśmiechnął się nieśmiało Ron. — Jakąś przecznicę stąd minęliśmy restaurację.
— Moglibyśmy też wrócić do Świętego Munga i zjeść w kafeterii. Nie widziałam po drodze żadnego otwartego lokalu.
Weasley wzruszył ramionami, po czym ruszyli tą samą drogą. Na ulicy było teraz więcej ludzi, aczkolwiek daleko im było do zwyczajowych tłumów o tejże godzinie. Wszyscy poruszali się nadzwyczaj ostrożnie.
— Tutaj — powiedział Ron, zatrzymując się przed małą kanapkarnią. Oczywiście, była nieczynna. Okna zasłonięto żaluzjami, a drzwi normalnie zamknięto. Właściciel nie spodziewał się ślepoty i zwinięcia interesu.
Weasley znów zrobił użytek ze spinek Hermiony. Gdy weszli do środka, podnieśli głos, żeby zobaczyć, czy mają towarzystwo, ale nikt im nie odpowiedział. Udali się do będącej na zapleczu kuchni, gdzie Harry przygotował wszystkim kanapki, podczas gdy Ron postawił na stole kilka paczek chipsów i cztery butelki wody. Kiedy kolacja była gotowa, wrócili do wypoczynkowej części restauracji i zajęli miejsca przy jednym ze stolików.
Potter uważnie obserwował Malfoya. Chłopak wydawał się podchodzić do śmierci rodziców ze spokojem, aczkolwiek mogły to być zaledwie pozory. Całkiem też prawdopodobne, że jeszcze nie zmierzył się z rzeczywistością.
— Co teraz? — zapytał.
— Moi rodzice mają wymazaną pamięć i przebywają w Australii. Nie mam tutaj nikogo bliskiego — odpowiedziała Hermiona. — Ron?
Chłopak prześledził palcem strużkę wody, która spłynęła po butelce na drewniany blat.
— Wcześniej rozmawialiśmy o tym, co zrobić, jeżeli wojna mocniej nas dosięgnie i zostaniemy rozdzieleni. Uzgodniliśmy, że wszyscy spotkamy się w Hogwarcie. Co prawda, wojna praktycznie się skończyła, ale to wciąż sytuacja zagrożenia życia, niecodzienna i niebezpieczna. Jestem pewien, że moja rodzina właśnie tam się zgromadzi — stwierdził z ponurym uśmieszkiem. — Charliemu zejdzie najdłużej, bo będzie podróżował aż z Rumunii. — Spojrzał na Harry’ego. — Chcesz odszukać swoich mugolskich krewnych?
Brunet potrząsnął głową.
— I tak nie przyjęliby mojej pomocy — odpowiedział i odchylił się na krześle. — Czyli ustalone. Zmierzamy do Hogwartu. Zabezpieczenia wokół szkoły najprawdopodobniej się dezaktywowały, ponieważ magia zniknęła, ale zamek jest zrobiony z solidnego kamienia, jest otoczony lasem oraz jeziorem. Hogwart jest teraz najbezpieczniejszym miejscem. Jak zawsze, odnajdziemy tam wszystko, czego potrzebujemy.
Ustaliwszy plan, wstali od stołu. Harry posprzątał po posiłku, wyrzucił resztki, zaś Hermiona podeszła do lady i przez moment skanowała wzrokiem menu, po czym poszperała w torbie i wyciągnęła kilka banknotów oraz garść monet. Zostawiwszy pieniądze na tacce, skinęła głową, ewidentnie zadowolona. Chłopcy wymienili między sobą znaczące spojrzenia. Fakt, iż zapłaciła za posiłek, obecnie nic nie znaczył dla właścicielki kanapkarni. To oczywiste, dlaczego chciała być uczciwa — bo w sercu wierzyła, że wkrótce wszystko wróci do normy.
Wtem usłyszeli przeraźliwy wrzask, więc wybiegli na ulicę. Nieco dalej, kilkanaście osób walczyło w małym gronie, wymachując rękami i nogami. Dziecko krzyczało: „Mamo! Mamo, pomóż mi!”, podczas gdy ludzie wokół dziewczynki: „Ona widzi!”, „Nie pozwólcie jej uciec!”. Jedna z kobiet w tłumie, próbująca przepchnąć się do przodu, zdzierała sobie gardło, wrzeszcząc: „Zostawcie moją córkę!”.
Harry zareagował instynktownie i pobiegł chodnikiem. Reszta zrobiła to samo.
— Będziemy musieli walczyć — podsumował Ron. — Zostań tu, Hermiono.
— Co takiego? Nie, wykluczone…
— Nie chcę, żebyś się zraniła. — Weasley obejrzał się przez ramię. — Zajmij się matką, Harry. My z Malfoyem oswobodzimy dziewczynkę.
— W porządku — odparł, rzuciwszy przyjaciółce przepraszające spojrzenie.
Gdy dotarli do miejsca zamieszania, Ron i Draco wtopili się w tłum. Potter skoncentrował się na obrzeżach walki, żeby mieć lepszy dostęp do szarpiącej się kobiety. Skorzystawszy z okazji, wskoczył do środka, wcisnął się pomiędzy dwóch mężczyzn i złapał nieznajomą za ramiona. Napędzana adrenaliną, natychmiast mu się wyrwała, więc spróbował od tyłu i objął ją w talii.
— Chodź ze mną — wyszeptał jej wprost do ucha. — Wyciągniemy stąd twoją córkę, ale musisz się odsunąć.
Zaskoczona, czarnowłosa zastygła na moment w bezruchu, a Harry zdołał ją na obrzeża tłumu. Gdy uświadomiła sobie, że oddaliła się od centrum zamieszania, znów się szarpnęła i ponownie zaczęła wołać córkę.
— Moi przyjaciele są w trakcie akcji ratunkowej — powiedział doń spokojniejszym tonem. — Wystarczająco im ciężko. Nie powinni martwić się jeszcze tobą — dodał, wzmocniwszy swój uścisk. — Chodź!
Ostatecznie wyciągnął kobietę na chodnik i kazał jej się nie ruszać, po czym odwrócił się w kierunku rozszalałego tłumu, aby pomóc Ronowi i Malfoyowi. Wtem Hermiona pociągnęła go za rękaw i odciągnęła w przeciwną stronę.
— Graj dalej! — syknęła i podniosła larum: — Mamo, pomóż mi! On nie chce mnie puścić! — krzyknęła, jakby co najmniej walczyła o własne życie.
W okamgnieniu się zorientował, w co pogrywała.
— Mam dziewczynkę! — oświadczył donośnym głosem. — Jest tutaj!
Kilka osób oderwało się od grupy i zaczęło iść w ich kierunku.
— Mamo, pomocy!
— Przestań się szarpać, dzieciaku! — krzyknął Harry. — Ludzie, pomóżcie! Zaraz mi ucieknie!
Gdy tłum się przerzedził, podążając za ich głosami, okazało się, że sytuacja była w miarę opanowana. Ron trzymał przestraszoną dziewczynkę w ramionach, podczas gdy Malfoy właśnie wyrwał się mężczyźnie, który z nie wiadomego powodu złapał go za włosy.
Hermiona znów krzyknęła, a potem Harry wziął ją za rękę i pociągnął w bok, schodząc z drogi nadchodzącej grupie. Przez chwilę stali w bezruchu na kamiennych stopniach, a potem jak najszybciej wrócili do sklepu z kanapkami. Draco przytrzymał im drzwi, a gdy weszli do środka, zamknął je i porządnie zaryglował.
Matka usiadła z córką przy stoliku przy oknie. Ron zajął miejsce naprzeciwko i owinął i jej palce wokół plastikowej butelki.
— Woda — oświadczył. — Jesteśmy w restauracji, jeżeli jesteście głodne. Możemy wam coś przynieść.
— Nie, nie, dziękuję. Nie teraz — odpowiedziała nieznajoma. Odkręciła korek, napiła się troszkę, po czym wyciągnęła butelkę w kierunku córki. — Isobel?
Kiedy i dziewczynka zaspokoiła pragnienie, matka przedstawiła się jako Alice. Grupka również zdradziła swe tożsamości.
— Co się właściwie wydarzyło? — zapytała Hermiona.
— Wyszłyśmy z mieszkania, żeby zorientować się w sytuacji. Poprosiłam Isobel, żeby wszystko mi opisała, ale zostałyśmy podsłuchane przez… tych ludzi. Szybko wywnioskowali, że moja córka widzi i próbowali mi ją odebrać. — To powiedziawszy, mocno przytuliła małą.
Dziewczynka pociągnęła nosem.
— Już dobrze, mamo.
— Oczywiście, że tak. — Wymuszona radość w głosie sprawiła, że kobieta przycichła na moment. W jej oczach zgromadziły się łzy. — Wszystko będzie w porządku, głównie dzięki tym cudownym ludziom. — Wyciągnęła przed siebie rękę, a Hermiona bez wahania splotła ich palce razem. Alice uśmiechnęła się z wdzięcznością. — Nikomu nie mówcie, że nie straciliście wzroku. Ludzie dosłownie poszaleli. Zupełnie potracili zmysły.
— Zachowamy ostrożność — odpowiedziała Granger. — Na pewno wszystko dobrze? Czy potrzebujecie pomocy w dotarciu do mieszkania?
— Już sobie poradzimy, tylko poczekamy tu troszkę. Upewnimy się, że tamci odeszli.
— Mieszkacie w pobliżu? — zapytał Malfoy łagodnym i czarującym głosem, który natychmiast wzbudził podejrzenia u Harry’ego. Koleś nie bywał miły dla innych, chyba że oczekiwał czegoś w zamian.
— Nieszczególnie daleko. Zaledwie kilka przecznic stąd.
— W takim razie nie będzie nam sprawiało problemu odprowadzenie was. — Brunet miał wrażenie, że w szarych oczach pojawił się podejrzanie wyrachowany błysk. — Wszędzie szwendają się tryfidy. W jakiś niewyjaśniony sposób odrosły im pnącza. Okolica nie jest bezpieczna.
Alice odwróciła ku niemu głowę i zmarszczyła brwi.
— Odrosły im pnącza? To przecież niemożliwe.
— Równie niemożliwe, co deszcz meteorów odbierający ludziom wzrok — kontynuował Malfoy, wciąż używając tego przesłodzonego, obrzydliwego tonu. — Jeżeli chcecie, możemy przez chwilę czuwać nad waszym bezpieczeństwem. Możemy też zgromadzić dla was trochę zapasów. Mam na myśli żywność i przedmioty codziennego użytku, żebyście przez pewien czas nie musiały wychodzić na zewnątrz. — Zrobił pauzę. — Oczywiście, gdy będziemy mieli wszystkie potrzebne rzeczy, nastanie późny wieczór, a my nadal nie znaleźliśmy dobrego miejsca na nocleg.
No właśnie. Punkt kulminacyjny.
— Nie, Malfoy — powiedziała Hermiona w dokładnie tym samym czasie, co Ron. — Zatrzymamy się w Kotle — dodała.
Harry zachował milczenie, nie mogąc zrozumieć, dlaczego Draco, ślizgon z krwi i kości, czystokrwisty dupek, chce zatrzymać się w domu mugolskiej nieznajomej.
— Żadnego Kotła — powiedział. — Powrót tam zajmie nam ponad godzinę.
— Naprawdę, to żaden kłopot. — Uśmiechnęła się dobrodusznie Alice. — Bardzo nam pomogliście. Gdy zapewnicie nam trochę zapasów, przez pewien czas nie będziemy musiały wychodzić na zewnątrz, a tym samym unikniemy tryfidów. Nade wszystko chciałabym trzymać Isobel z daleka od niebezpieczeństwa.
Cóż mogli odpowiedzieć? Malfoy praktycznie ich ustawił.
Zanim odprowadzili matkę i córkę do mieszkania, nadciągnęły ciemne chmury i zaczęło padać. Po omówieniu wszystkich opcji postanowili przełożyć zbieranie zapasów na następny dzień, a dziś położyć się wcześniej spać.
— Nawet dobrze wyszło — podsumowała Granger. — W ten sposób będziemy też mogli sporządzić listę rzeczy potrzebnych nam do podróży.
Wieczór przebiegł spokojnie, aż wreszcie nadszedł czas na sen. Mieszkanie Alice miało tylko dwie sypialnie, więc ustalili, że mama będzie spała z córką, żeby Ron i Hermiona mogli dzielić łóżko dziewczynki. Harry i Malfoy musieli się zadowolić rozkładaną kanapą w salonie.
— Nie sądzę, abyś chciał spać na podłodze — zagaił blondyn, patrząc z powątpiewaniem na sofę.
— Zaufaj mi, dzielenie z tobą łóżka to ostatnia rzecz, jakiej pragnę — burknął. — Zaraz po całowaniu się ze sklątką tylnowybuchową.
Chłopak prychnął i zdjął koszulkę.
— Yhym, opowiedz więcej o swoich perwersyjnych fantazjach, Potter — podsumował beznamiętnym tonem.
Jak się okazało, nagie ciało Malfoya — blada skóra, odznaczające się żebra i odstające sutki o niespodziewanie różowym kolorze — w połączeniu ze słowami „perwersyjne fantazje” wypowiedzianymi tym charakterystycznym szyderczym tonem sprawiły, że Harry zgubił gdzieś zdolność logicznego myślenia. Zadowolił się wymamrotanym pod nosem „Och, spieprzaj”, po czym odwrócił, żeby się przebrać.
Nie sposób uratować wszystkich, podsumował w myślach, późno w nocy, leżąc prawie przytulony do Malfoya. Chociaż wiedział, że niczemu nie zawinił, to nijak mu pomagało. Bywały dni, kiedy czuł się przytłoczony poczuciem winy wobec tych wszystkich ludzi, którzy stracili życie na wojnie z Voldemortem, podczas gdy on siedział bezpiecznie w Hogwarcie, prowadząc normalne studenckie życie — uczęszczając na zajęcia, przygotowując się do egzaminów i zastanawiając się, czy na deser będzie może tarta z melasą. Żywot, który dotąd prowadził, wydawał mu się teraz cholernie dziecinny i małostkowy, bo martwił się podwieczorkiem, zamiast skupiać się na umierających niewinnych. Czy los naprawdę uznał, że za mało miał na głowie? Czy jego bezczynność nie kosztowała zbyt wielu istnień?
Owszem, pomogli Alice i Isobel, ale co z resztą? Nie zdołają ich uratować, ale czy to znaczy, że mieli przestać próbować? Zamiast wyciągnąć doń pomocną dłoń, minęli dziś masę ludzi.
— Normalnie słyszę, że główkujesz i się zadręczasz — zagaił Malfoy, brzmiąc dziwnie łagodnie w ciemnym salonie.
— Przepraszam — powiedział, chociaż było to prawdziwie absurdalne, bo przecież chłopak mógł tylko snuć przypuszczenia. Bez magii legilimencja nie miała prawa bytu. — Byłem przekonany, że już śpisz.
— Jak widać, nie — odburknął. — Nie masz powodu do brania na siebie odpowiedzialności.
— Skąd wiedziałeś, o czym myślę? — zapytał z szeroko otwartymi oczami.
— Zostałeś przydzielony do Gryffindoru. Wszyscy jesteście tak cholernie przewidywalni — odpowiedział Malfoy, a następnie zamilkł na dłuższą chwilę. — Wiesz, że jesteś bezradny. Wbrew temu, co ci się wydaje, nie odpowiadasz za cały świat.
— Czasami mam inne wrażenie — odparł, patrząc w sufit. — Czuję, że powinienem znaleźć rozwiązanie problemu.
— Jakie konkretnie? Alice i Isobel to wyjątkowy przypadek. Mała nie straciła wzroku, co zapewni im obu przetrwanie. Co z pozostałymi, którzy są ślepi? Jeżeli nie planujesz wrócić z nimi za ręce do Hogwartu i całkowicie się poświęcić ich opiece, to o czym innym myślisz? Gdybyś zaczął rozważać to na poważnie, w pewnym momencie musiałbyś zdecydować, kto jest wart ratunku, a kogo zostawić w tyle, bo Hogwart, choć wielki, jest ograniczony miejscowo. — Sprężyny kanapy zaskrzypiały, kiedy Malfoy odwrócił się ku niemu twarzą. — Już łatwiej byłoby opróżnić ocean łyżeczką.
— Czemu tak mówisz? — zapytał, aczkolwiek w głębi serca wiedział, że wyłożone argumenty mają rację bytu.
— Nijak naginam rzeczywistość, prawda? I uważam, że powinieneś to usłyszeć od kogoś innego, aniżeli samego siebie, żeby zaakceptować fakty. — Chłopak westchnął. — To nie twoja wina, Potter. Nie masz żadnego powodu, żeby dawać się zżerać wyrzutom sumienia.
— Dlaczego w ogóle przejmujesz się moim samopoczuciem? — spytał. — Myślałem, że mnie nienawidzisz.
— Cóż, można stwierdzić, że koniec świata pozwolił mi spojrzeć na wszystko z zupełnie innej perspektywy. — W głosie Malfoya słychać było rozbawioną nutę. — Prawdę powiedziawszy, nie darzę cię nienawiścią od dłuższego czasu. Po prostu parę rzeczy przesłaniało mi na to widok. Teraz zostały wyeliminowane.
Harry również się przewrócił. W nikłym świetle latarni ulicznej, które przedostawało się do środka poprzez żaluzje, dostrzegł jasne, odrobinę lśniące włosy. Jak się okazało, był bliżej ślizgona, aniżeli podejrzewał — wystarczająco, że gdy pociągnął nosem, czuł woń ziół wymieszaną z trochę ostrzejszym zapachem potu.
— Naprawdę?
— Ano, owszem. — Malfoy ze świstem wypuścił powietrze. — Skończyliśmy w wybuchowej grupce. Chociaż ciężko to przyznać, wasza trójka jest ostatnim, co mi w świecie pozostało — prychnął pod nosem. — Smutne, ale jednocześnie boleśnie prawdziwe.
— Właśnie dlatego nagle przestałeś być dupkiem? Bo skończyły ci się inne możliwości?
Sprężyny zaskrzypiały, kiedy chłopak przysunął się jeszcze bliżej.
— Są gorsze powody, prawda?
— Najprawdopodobniej. — Leżeli tak blisko siebie, że Harry czuł na twarzy ciepły oddech, a w ciemności dostrzegał rozmazane zarysy.
Wtem Malfoy przewrócił się na bok, zwiększając dystans i naciągnął sobie koc na ramiona.
— Idź spać, Potter — podsumował szorstkim tonem.
Niestety, jeszcze długo rozmyślał.
Kiedy następnego ranka wyszli na zewnątrz, z przerażeniem odkryli, że sytuacja jeszcze bardziej się pogorszyła. Na ulicach kręciło się więcej ludzi, ostrożnie i na ślepo. Harry momentalnie zanurzył się w morzu wyrzutów sumienia. Wydostać się na brzeg pozwoliło mu dopiero wspomnienie wczorajszego dnia i zamieszek. Gdyby ci ludzie zorientowali się, że widzą, zbici w grupę i o wiele silniejsi fizycznie, mogliby ich złapać i obezwładnić. Jego priorytetem było zapewnienie bezpieczeństwa przyjaciołom. Jakby nie patrzeć, byli ostatnią rodziną, która mu pozostała.
Mimo to nienawidził przechodzić obok niewidomych, nawet nie próbując im pomóc. Przy zdrowych zmysłach trzymały go też słowa Malfoya. Najzwyczajniej w świecie nie mógł wszystkich uratować. Nawet gdyby przysłowiowo wypruł sobie żyły, pojawiliby się kolejni pragnący pomocy.
Zrozumienie przyszło kilka sekund później. Czy naprawdę przyjmował rady od Dracona Malfoya…? I czerpał z tego pocieszenie…?
W istocie świat się skończył.
Mimowolnie się zastanowił, czy i piekło zamarzło.
Dyskretnie spojrzał na chłopaka, który w nocy przemówił mu do rozsądku — był bledszy, aniżeli zazwyczaj, i ewidentnie bardziej zmęczony, ale jednocześnie zdeterminowany. Gdy się napatrzył, wbił wzrok w mijane krajobrazy.
Westchnął i rozejrzał się wokół. To musiało się kiedyś skończyć. Musiało.
— Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę — zagaił Ron, gdy nieświadomie zwrócił jego uwagę.
— To największe i najbardziej pocieszające kłamstwo ludzkości, prawda? — wtrąciła się Hermiona. — Gdy na świecie dzieje się coś okropnego, wszyscy są zadowoleni, że wydarzyło się gdzie indziej, że nie ich spotkało.
Chociaż dzień chylił się ku końcowi, nie posunęli się daleko. Cały poranek poświęcili na zbieranie zapasów dla Alice i Isobel, a potem, gdy chcieli się wydostać z Londynu, musieli zwolnić tempa, ponieważ drogę zagradzały im tryfidy i małe grupki ludzi.
To Malfoy wpadł na pomysł, żeby znaleźć mieszkanie, aby przenocować. Szczęśliwie, nie szukali zbyt długo. Wydawało się, że z każdą godziną na ulicę wychodziło coraz to więcej ludzi, opuszczających swe domy w poszukiwaniu jedzenia, odpowiedzi lub czegokolwiek innego; można powiedzieć, że ryzykowali dosłownie wszystko, szukając zapasów na zewnątrz. To poniekąd ułatwiało sprawę, ponieważ po prostu weszli do pierwszego budynku, pukali do drzwi i odchodzili, gdy słyszeli dobiegające z mieszkania szurania. W ten właśnie sposób sprawdzili trzy lokale, a czwarte okazało się puste.
Strategicznie wybrali mieszkanie na parterze, ot na wszelki wypadek, gdyby musieli szybko czmychnąć, mające dwie przestronne sypialnie. W salonie była kanapa i ktoś mógł ją zająć, ale królewskie łóżka zbyt mocno kusiły. Harry zostawił Hermionę z Malfoyem i razem z Ronem pomaszerował do sklepu, który minęli kilka przecznic wcześniej, aby wziąć kuchenkę turystyczną. W całym mieście nie było prądu, a od dawna nie jedli nic ciepłego.
Całkiem szybko zlokalizowali na tyle małą, że nie stanowiła problemu z niesieniem przez dłuższy czas. Znaleźli też odpowiednio dużą torbę, aby bezpiecznie zapakować sprzęt. Wyszli na chodnik w momencie, kiedy ktoś krzyknął. Kilka metrów dalej bliżej niezidentyfikowany mężczyzna złapał kobietę niosącą plastikową reklamówkę z puszkami.
Natychmiast doń podbiegli i pomogli nieznajomej — uratowana z opresji pobiegła ulicą, przyciskając torbę do piersi.
— Niech pan się uspokoi. — Ron chwycił mężczyznę za nadgarstek i przygwoździł go troszkę do najbliższego budynku. — Na pierwszym piętrze jest kawiarnia. Zaraz po wejściu, po prawej stronie. Jest tam mnóstwo jedzenia.
Nieznajomy zamarł w bezruchu.
— Widzisz…?
— Niczego nie próbuj, kolego. Po prostu wejdź do środka i zjedz coś dobrego. Skręcasz po prawej stronie.
Harry napiął mięśnie, gotowy do ewentualnego działania, gdyby sprawy się skomplikowały.
— Dzięki — powiedział po dłuższej chwili milczenia mężczyzna, po czym rzeczywiście wszedł do kawiarni.
— To wszystko wydaje się takie bezsensowne, prawda? — burknął pod nosem Ron.
— Yhym — wymruczał, znów patrząc za oddalającą się pospiesznie kobietą.
— Czasem komuś pomagamy. Co to właściwie daje? Ułatwiamy ludziom życie tylko chwilowo i pozwalamy przeżyć w spokoju kilka następnych dni. Co potem? Czy to, co robimy, ma jakiś sens?
— Nie możemy wszystkich uratować — odpowiedział ponuro. Wczorajsze słowa wróciły doń ze zdwojoną siłą. — W nocy rozmawiałem o tym samym z Malfoyem.
— Nigdy nie przypuszczałem, że się z nim kiedyś zgodzę. Niemniej jednak ma rację. — Ron również zerknął na znikającą za rogiem kobietę, a potem się odwrócił. — Chodźmy. Z pewnością zastanawiają się, czemu nam tak długo zeszło.
Kiedy wrócili, okazało się, że Malfoy dobrał się do barku właściciela mieszkania. Z przyjemnością raczył się szkocką, podczas gdy Hermiona sączyła wino.
— To trochę jak patrzenie na płonący Rzym — stwierdziła, gwoli wytłumaczenia, wzruszywszy wcześniej ramionami. — Nie możemy nic zrobić, więc… — zawiesiła znacząco głos i uniosła kieliszek w geście toastu.
— Też poproszę szkockiej — powiedział Harry, idąc z maszynką do kuchni. — Zabieram się za kolację!
— Widzę w tym całym ambarasie tylko jedną dobrą rzecz — oświadczył wszem wobec Ron, zaczerwieniony od wypitego alkoholu i rozłożony na wygodnie wyglądającym fotelu. Gdy zjedli ciepły posiłek, wszyscy sięgnęli po alkohol. — Meteory rozwiązały nam problem Voldemorta, prawda? Ślepy i pozbawiony magii, nie stanowi już żadnego zagrożenia.
Harry parsknął, a potem wybuchnął najprawdziwszym śmiechem. Uniósł się na łokciach, bo leżał na brzuchu na dywanie i uniósł swoje szkliwo.
— Oby został zjedzony przez tryfida.
— Słusznie! — Ron przyklasnął toastowi, na raz wypił swojego drinka i przyciągnął roześmianą Hermionę do pocałunku.
Nawet Malfoy się uśmiechnął. Zadowolony, brunet opadł z powrotem na dywan. Chociaż przez chwilę wszystko wydawało się w porządku.
W nocy, wciąż przyjemnie zamroczony alkoholem i ociężały, leżał w łóżku, nie mogąc zasnąć. Nieustannie wracał wspomnieniami do najpierw rozmowy z Malfoyem, a potem z Ronem. Gdzieś w środeczku nadal zmagał się z wyrzutami sumienia. Nienawidził czuć się bezużyteczny.
Zamknął oczy i spróbował pozwolić ukołysać się do snu cichej, wirującej ciemności. Niestety, za każdym razem, gdy był blisko odpłynięcia, do rzeczywistości wracał go ludzki krzyk.
Nie miał pojęcia, ile czasu minęło, ale w pewnym momencie drzwi do jego sypialni się otworzyły, a w progu stanął Malfoy.
— Co robisz? — zapytał.
— Nie mogę zasnąć — odpowiedział chłopak i bez żadnego skrępowania przeszedł przez pokój, po czym wślizgnął mu się pod kołdrę. — Co z tobą?
— Jasne, chodź tutaj — burknął, aczkolwiek było to zupełnie zbędne.
Wyglądało na to, że Malfoy uznał to za następne zaproszenie. Przytulił się do niego i objął go ramionami. Zanim Harry się zastanowił, co właściwie wyprawia, równie mocno odwzajemnił uścisk.
To po prostu niesamowite. Od tak dawna się nienawidzili, a teraz leżeli razem w łóżku, przytuleni niczym najprawdziwsi kochankowie. Choć było to absurdalnie śmieszne, niosło za sobą pewnego rodzaju pocieszenie. Uścisk nie poprawił ich sytuacji, ale płynąca z przytulenia przyjemność, ciepłota drugiego ciała i bliskość innego człowieka sprawiły, że wszystko stało się łatwiejsze do zniesienia.
Westchnął i mocniej objął chłopaka. Chyba był bardziej pijany, niż sądził.
Przez chwilę leżeli tak w zupełnej ciszy, a potem Malfoy zaczął się wiercić. Ostatecznie przysunął się jeszcze bliżej, aż musnął ustami jego szyję. Harry uznał, że to przypadek, dopóki znów nie poczuł ich na swojej skórze. Nie poruszył się nawet o minimetr, a serce waliło mu niczym młotem. Nie wiedział, co powinien zrobić. Właśnie wtedy chłopak znów go musnął i tym razem bez wątpienia był to mokry pocałunek.
— Malfoy — wyszeptał.
Ten zamarł, a następnie spróbował się odsunąć. Harry natychmiast wzmocnił uścisk, po czym przetoczył się na bok, aby spojrzeć mu prosto w oczy. Chwilę później sam się przybliżył i niepewnie złączył ich usta w pocałunku. Nie miało to żadnego sensu ani wyższego celu, ale pieprzyć wszystko. Był lekko nawalony, Malfoy najprawdopodobniej też, leżeli pod jedną kołdrą i obaj potrzebowali bliskości. Baraszkowanie z kimś nieodpowiednim jest dokładnie tym rodzajem nastoletniej głupoty, jaką powinien popełniać w tych popieprzonych czasach. Takie pomyłki nie kosztowały nikogo życia. Zdeterminowany, wsunął język w otwarte, zapraszające usta i przesunął dłońmi po kuszących plecach, nie mogąc się powstrzymać przed cichym jękiem.
— Świat naprawdę się skończył — wyszeptał Malfoy, a Harry dosłownie poczuł te słowa na swoich wargach. Oddech chłopaka pachniał miętą. — Teraz mam już całkowitą pewność. Inaczej byś mnie nie pocałował.
To był okropny żart, ale i tak parsknął śmiechem.
— Czemu to właściwie zainicjowałeś?
— Nie wiem, po prostu… miałem ochotę.
— Jasna sprawa. — Harry wykorzystał swą przewagę w postaci chwilowej kruchości Malfoya i przewrócił się na plecy, przez co wciągnął chłopaka na siebie. Wtedy też zakołysał biodrami i narzucił im rytm. Uśmiechnął się zadziornie, kiedy ślizgon jęknął. — Na taką odpowiedź liczyłeś?
— Tak. — Draco wygodniej się usadowił i szerzej rozłożył nogi. — Merlinie, tak. — Wciąż poruszając biodrami, pochylił się naprzód i złączył ich usta.
Całowali się namiętnie, gwałtownie i bez opamiętania. Tego rodzaju pocałunek powinien mieć miejsce na boisku do quidditcha po wygranym meczu lub w zacisznej wnęce opuszczonego korytarza w szkole, nie po ciemku w łóżku nieznajomego, kiedy świat się kończył. Jeżeli jednak to było wszystko, na co mógł liczyć, Harry nie zamierzał marnować okazji.
Zamknął oczy i poddał się rosnącej przyjemności. Wzmocnił uścisk, mocniej się przytulił i odwzajemnił pocałunek z większą intensywnością. Cały czas poruszając miarowo biodrami, zatracił się w błogości płynącej z przylegającego doń ciała.
Obudził się sam. Przez chwilę zarówno on, jak i jego poranna erekcja, byli rozczarowani, że Malfoy czmychnął w nocy z łóżka, a potem zrozumiał, że dzięki temu mogli uniknąć niezręcznej porannej rozmowy. Ubrał się, umył zęby i przyszedł do salonu. Ślizgon był już na nogach, a po pokoju niosło się echo cichej rozmowy prowadzonej z sąsiedniej sypialni przez Rona i Hermionę.
— Dzień dobry — powiedział, unikając nawiązania kontaktu wzrokowego. — Zajmę się przygotowywaniem śniadania.
W oczekiwaniu na nagrzanie się kuchenki pokroił kilka jabłek. Szczerze mówiąc, naprawdę nie wiedział, co zrobić z Malfoyem. Czy powinien wychodzić mu naprzód? Uprawiali przecież seks. Poprawnie sklasyfikował to, co wyczyniali w nocy, czy się pomylił, bo mieli na sobie ubrania? Obaj doszli, więc raczej zaliczyłby to do powyższej kategorii.
Gdy czekał na odpowiednią temperaturę do usmażenia jajek, Malfoy oparł się o blat i skrzyżował ręce na piersi.
— Żałujesz ostatniej nocy? — zapytał ściszonym głosem, od razu przechodząc do sedna sprawy, zupełnie pominąwszy nawet zdawkowe „cześć”, mogące przełamać pierwsze lody.
To tyle w kwestii unikania niezręczności. Harry na moment wrócił wspomnieniami do wszystkich pieszczot, których się dopuścili — z początku delikatnych, a potem namiętnych pocałunków oraz ocierania się o siebie twardymi członkami. Wtem w głowie zobaczył obraz drżącego, zatraconego w przyjemności, dochodzącego Malfoya i podjął decyzję. Może gdyby świat nie poszedł w diabły, przeżyłby jakieś załamanie nerwowe, bo pieprzył się z kolesiem, którego przez lata szczerze nienawidził, ale upadek cywilizacji wywraca perspektywę do góry nogami i pozwala zweryfikować kilka faktów. Seks okazał się cholernie przyjemny i przynosił słodkie odprężenie, które skutecznie pomaga zasnąć i zregenerować siły. Nie zamierzał jeszcze bardziej komplikować sobie życia.
— Nieszczególnie. — Rozbił jajko o krawędź blatu, a następnie wlał je na patelnię, gdzie momentalnie zaczęło skwierczeć i się ścinać. Skorupkę wyrzucił do kosza na śmieci będącego pod zlewem. — Ty żałujesz?
— Wręcz przeciwnie, jestem bardzo zadowolony. Próbuję też ustalić, jak duże jest prawdopodobieństwo powtórki.
Harry spojrzał nań uważnie i zauważył, że chłopak obserwuje go z uniesionymi brwiami, ewidentnie czekając na konkretną odpowiedź. Odwrócił się z powrotem do kuchenki, aby w razie potrzeby zrzucić winę za swoje rumieńce na rozgrzaną patelnię i buchające od niej ciepło.
— Ogromne, o ile jesteś zainteresowany.
Malfoy odepchnął się od blatu i podszedł doń od tyłu.
— Naturalnie — wymruczał, owiewając mu oddechem wrażliwą szyję i delikatnie przygryzł mu małżowinę uszną. — Jestem bardzo, ale to bardzo zainteresowany.
Harry odepchnął go łokciem, stłumiwszy dreszcz przyjemności.
— W takim razie dziś wieczorem — powiedział.
Chłopak uśmiechnął się, ewidentnie usatysfakcjonowany, po czym ukradł mu kawałek ukrojonego jabłka.
— Umowa stoi, Potty — stwierdził, wychodząc z kuchni.
— Musimy szybko wydostać się z miasta — powiedziała Hermiona, gdy następnego dnia pakowali swoje rzeczy. Odwróciła się do okna i zasłoniła rolety. — Widziałam dwie duże grupy przechodzące obok tego domu. Myślę, że ludzie zaczynają się gromadzić i łączyć siły. Nie chciałabym musieć się mierzyć z kilkoma silnymi mężczyznami. Będę się czuła bezpieczniej, kiedy znajdziemy się w mniej zaludnionym miejscu.
Harry zarzucił torbę na ramię.
— Na wsi będzie zdecydowanie więcej tryfidów.
— Ochronimy się przed nimi — odparł Malfoy. — Są nieszkodliwe, jeżeli nie mogą nas dosięgnąć.
Absolutnie się z tym nie zgadzał, ale zachował milczenie, żeby nie wszczynać niepotrzebnej kłótni. Zamknęli za sobą mieszkanie i wyszli na zewnątrz.
Na ulicach szwendało się strasznie dużo ludzi. Od deszczu meteorów minęło kilka dni, więc najprawdopodobniej zostali wykurzeni z domów przez głód, pragnienie albo po prostu ciekawość. Nadal nie było też żadnych oznak, że władze zamierzają przejąć kontrolę nad sytuacją. To całkiem normalne, że w obliczu całkowitego odcięcia od informacji, społeczeństwo staje się niespokojne i desperacko pragnie się dowiedzieć, co właściwie jest grane.
Niestety, na drodze napotkali również zwłoki. Niektóre były wynikiem użądleń tryfidów, ale część została pobita na śmierć. Zobaczyli też dwójkę ludzi, kobietę i mężczyznę, którzy spadli z dużej wysokości, więc ominęli ich szerokim łukiem. Kiedy poczuli zapach dymu, skręcili za róg i zauważyli płonący budynek i gęste czarne chmury. Rzucili się biegiem w przeciwną stronę, aż znaleźli się na bezpiecznym terenie.
— Hm, poruszalibyśmy się szybciej, gdybyśmy nie szli na piechotę — zagaił Ron, patrząc wymownie na porzucony na środku drogi samochód.
— Może ktoś zostawił kluczyki w stacyjce — podsunął Harry.
Sprawdzili tylko trzy auta, zanim im się poszczęściło. Zdjęli stroje do quidditcha, spakowali sprzęt do bagażnika i wsiedli do volkswagena.
Weasley usiadł za kierownicą.
— Czy kiedykolwiek prowadziłeś coś podobnego? — zapytał z powątpiewaniem Malfoy.
— Forda Anglię — odpowiedział zgodnie z prawdą Ron.
— W porządku, ale czy kiedykolwiek prowadziłeś normalny samochód? — dodała Hermiona, podczas gdy Harry zacisnął usta, szczerze wątpiąc.
— Nie, ale podejrzewam, że mechanizm jest bardzo podobny. Szybko się wdrożę.
— Jazda po ziemi to zupełnie inna bajka, niż podróż w powietrzu. Po pierwsze i najważniejsze, masz o wiele więcej przeszkód na drodze — kontynuowała rozsądnie dziewczyna.
— Och, byłabyś zdziwiona — burknął brunet.
— Zamknij się i wsiadaj. — Skrzywił się nań Ron.
Gdy się ulokowali, zgodnie z pierwotnym planem, Weasley usiadł na miejscu kierowcy, Hermiona obok niego, zaś Harry i Malfoy z tyłu.
Z początku jechali naprawdę powoli, bo kilkukrotnie zgasł silnik. Kiedy Ron wreszcie opanował obsługę sprzęgła, zaczęli się poruszać z przyzwoitą prędkością. Nie szarżowali po mieście, a jechali ostrożnie, ponieważ omijali większe przeszkody, inne samochody pozostawione na jezdni oraz chodzących na oślep ludzi.
Szybko zdali sobie sprawę z popełnionego błędu. Silnik słychać było z dużej odległości, bo wokół panowała cisza. Ludzie zaś wiedzieli, że osoba prowadząca samochód widzi, więc próbowali wszelkich sposobów, aby ich zatrzymać.
Wkrótce dziesiątki osób biegły za autem. Ron przyspieszył, ale drogę zablokowała im duża ciężarówka, porzucona w poprzek ulicy; żeby ją wyminąć i się nie zderzyć, musiał zwolnić. Zanim ponownie nabrał prędkości, tłum ich dogonił i praktycznie rzucił się pod koła. Gwałtownie zahamowali.
— Czemu się zatrzymujesz? Ruszaj! — krzyknął Malfoy.
Ten rzucił mu gniewne spojrzenie, po czym wrzucił na luz i zaciągnął hamulec ręczny.
— Musimy zrezygnować z samochodu — podsumował, kiedy ludzie ich otoczyli i próbowali dostać się do środka, wściekle szarpiąc za klamki.
— Wyjdziemy szyberdachem — podsunęła Hermiona, wskazując dłonią na mały kwadratowy otwór. Wyciągnęła rękę i nacisnęła przycisk, który otworzył im dach. — Wysiadamy, skaczemy i spotykamy się na chodniku.
— Ty pierwsza — zarządził Ron, a dziewczyna nie traciła czasu na kłótnię, chociaż po jej twarzy było widać, że w normalnych okolicznościach by się sprzeczała. Stanęła na swoim siedzeniu i przecisnęła się przez oczko. Chwilę później znalazła się na górze. — Skacz! Uciekaj!
Odrzuciwszy wahanie, Hermiona wyskoczyła z samochodu.
— Jesteś następny — powiedział Harry do przyjaciela, a potem odpowiednio zmotywował go do działania: — Ona cię potrzebuje, stary. — Kiedy Ron przeciskał się przez szyberdach, spojrzał na Malfoya. — Twoja kolej. Ja pójdę ostatni.
— Harry…
— Żadnych sprzeczek.
Tak właśnie miało być. Z każdą sekundą rosło ryzyko, że ludzie zorientują się, że wychodzą przez dach. Ostatnia uciekająca osoba była narażona na największe niebezpieczeństwo, a on był najmniej zdolny do podjęcia akcji ratunkowej. Ron był od niego większy, a tym samym silniejszy, zaś Malfoy najprawdopodobniej posunąłby się do jakichś szemranych, nieczystych zagrywek, które zadziałałyby fenomenalnie. Gdyby doszło do najgorszego, przyjaciele wyciągną go z kłopotów.
Stanął na swoim siedzeniu, jeszcze zanim stopy chłopaka zniknęły w otworze. Wyszedł na dach samochodu i zobaczył, że Hermiona stała już na chodniku, wyznaczając umówione miejsce spotkania. Chwilę później zlokalizował Malfoya, którego jasne włosy odznaczały się na tle rozszalałego tłumu.
Zadowolony z ucieczki przyjaciół, przykucnął, przygotowany do skoku i właśnie wtedy został złapany za tył koszulki i szarpnięty. Stracił równowagę i zamachnął rękami, próbując się uwolnić z uścisku. Okulary spadły mu z nosa i poleciały gdzieś w powietrze, kiedy uderzył brodą w dach samochodu. Wyciągnął ręce, desperacko chcąc je złapać, ale odbiły mu się od palców i zniknęły z widoku.
Ktoś złapał go za kostkę i pociągnął. Świat wokół niego był zamazany, stanowiąc mieszaninę barw i niejasnych kształtów, i właśnie to sprawiło, że po raz pierwszy od momentu opuszczenia szpitala poczuł prawdziwy, mrożący krew w żyłach strach. Ktoś od dołu złapał go za ramię, potem kolejna osoba i po prostu nie był w stanie odeprzeć wszystkich napastników na raz. Został ściągnięty z samochodu na ulicę, a ciała nieznajomych złagodziły upadek. Z ledwością pozbierał się na nogi.
— Puśćcie mnie, puśćcie! — krzyknął, ale to tylko przyciągnęło więcej uwagi. Znów ktoś go chwycił i pociągnął. Przestraszony i na wpół ślepy, nie był w stanie się bronić.
— Mam go! Tutaj jest! — Usłyszał gdzieś z drugiej strony auta. — Szybko, pomóżcie!
Hermiona zastosowała dokładnie tę samą sztuczkę, co przy akcji ratunkowej Isobel. Harry automatycznie zaczął mocniej wierzgać. Jeżeli naprawdę realizowali ten sam plan, zaraz ktoś przyjdzie mu z pomocą.
— Puśćcie mnie! — Usłyszał drugi głos, w którym natychmiast rozpoznał Malfoya. — Niech ktoś mi pomoże!
Wtem tłum przeszył krzyk bólu, potem następny, i nagle miał wolną prawą rękę. Walczył, gdy ktoś go chwycił, dopóki nie uzmysłowił sobie, że ta dłoń nie szarpie nim, lecz po prostu go trzyma.
Zmrużywszy oczy, zobaczył rozmazaną rudą czuprynę.
— To ty, Ron?
Przyjaciel nie odpowiedział, tylko wzmocnił uścisk. To oczywiste, że nie chciał zdradzić, że widzi. Hermiona i Malfoy wciąż krzyczeli po drugiej stronie samochodu, dzięki czemu tłum się trochę przerzedził. Z pomocą chłopaka ostrożnie znalazł się na chodniku.
Nie zauważył przyjaciółki, dopóki nie wpadła mu w ramiona, a widoku całkowicie nie przysłoniła mu burza brązowych, kręconych włosów.
— Och, Harry! Widzieliśmy, jak spadasz z auta…
— Już jest dobrze — powiedział, poklepując ją po plecach. — Wiedziałem, że nie pozwolicie mi zostać zdeptanym.
Kiedy się odsunęła, zamrugał, rozpoznając Rona i Malfoya wyłącznie po kolorze włosów.
— Gdzie podziałeś okulary? — zapytał natychmiast blondyn.
Zmrużył oczy, próbując się skoncentrować.
— Upadły na ziemię — odpowiedział zgodnie z prawdą. Spojrzał w głąb ulicy, gdzie wciąż słyszał zamieszanie wokół samochodu, ale nadaremnie. Widział tylko rozmazane, aczkolwiek ruchome kształty. — Musimy poczekać, aż się rozejdą, żeby po nie wrócić. — Zupełnie zignorował fakt, że równie dobrze mogły zostać zniszczone, bo po prostu nie potrafił bez nich funkcjonować.
— Mogą się tłoczyć nawet przez najbliższą godzinę — powiedziała Hermiona. — Są przyciągani hałasem silnika oraz… Gdzie się wybierasz, Malfoy?
— Malfoy! — krzyknął Ron.
— Co? — Harry spanikował. — Co się dzieje?
— Cholerny głupek!
Usłyszawszy echo oddalających się kroków, przygotował się na najgorsze.
— Czmychnął. Ron za nim pobiegł — wytłumaczyła mu naprędce dziewczyna, a potem chwyciła go za ramię i się doń przysunęła. — Wrócił do samochodu i… Ciężko stwierdzić, średnio coś widać. Może podejdę bliżej.
— Nie waż się mnie zostawiać — zaoponował, kiedy zrobiła krok do przodu.
— W takim razie chodź ze mną — powiedziała, po czym wzięła go za rękę i poprowadziła chodnikiem. — Będziemy trzymać się z boku i zachowamy bezpieczną odległość.
W drodze kilka razy się potknął. Ostatnie dni były ciężkie, ale zgubienie okularów okazało się po prostu okropne. Wcześniej czuł się bezradny, a teraz niczym dziecko we mgle.
— Co się teraz dzieje? — zapytał, pragnąc być na bieżąco, gdy się zatrzymali. Tłum wydawał się niebezpiecznie blisko, ale w pełni ufał osądowi Hermiony.
— Ron poszedł za Malfoyem. Nigdzie ich nie widzę…
Stali w milczeniu przez dłuższą chwilę, a Harry bezskutecznie próbował zrozumieć powagę sytuacji.
Wtem dziewczyna sapnęła.
— Wracają! Mają okulary.
Usłyszawszy nowinę, zmrużył oczy, skupiając się na dwóch zbliżających się plamach.
— Trzymaj — burknął Malfoy, wciskając mu w dłoń coś twardego i zaokrąglonego.
Harry z niesamowitą ulgą zacisnął palce wokół znajomego kształtu okularów, a następnie założył je na nos. Gdy świat znów nabrał ostrości, napięcie momentalnie go opuściło. Zamrugał, patrząc na blondyna. Draco miał pokiereszowaną twarz, krwawił z rozciętej wargi i był gdzieniegdzie posiniaczony, ale uśmiechał się triumfalnie. Bez zastanowienia się nań rzucił. Otoczył go ramionami i kurczowo do niego przylgnął. Chłopak zatoczył się do tyłu, ewidentnie nie spodziewając się równie wylewnych podziękowań, po czym niepewnie poklepał go po plecach.
— Dziękuję — powiedział, zwróciwszy mu wolność.
Malfoy wzruszył ramionami.
— Chociaż tyle mogłem zrobić.
— Zachowałeś się niesamowicie głupio. — Ron utrzymał poważną minę przez najwyżej dziesięć sekund. Później się uśmiechnął. — Niczym gryfon.
— Merlinie! — Draco spojrzał nań, co cna przerażony. — Nigdy więcej tak nie mów, proszę.
— Za późno. — Wyszczerzył się Harry. — Czas podsumować fakty. Rzuciłeś się w rozszalały tłum, żeby odzyskać moje okulary. Oficjalnie stałeś się jednym z nas.
— Merline! — powtórzył chłopak, ale nie wyglądał na szczególnie zmartwionego obrotem sytuacji. — Nie chodziło tylko o twoje okulary. Może nie słychać tego przez krzyki, ale udało mi się wyłączyć silnik samochodu. Jak się trochę ludzie rozejdą, odzyskamy nasze zapasy. — Starł krew z ust wierzchem dłoni i spojrzał w stronę auta. — Chodźcie. Znajdźmy jakieś miejsce na przeczekanie.
Kiedy tłum wreszcie się rozproszył, wrócili do samochodu i odkryli, że większość zapasów została rozkradziona. Wszystko, co zgromadzili w pudełkach, butelkach i torbach, zniknęło, ale na szczęście nikt się nie zainteresował dziwnie wyglądającym sprzętem do quidditcha ani maskami do quodpotu. Zabrali więc swój dobytek, założyli odzież ochronną, a potem ruszyli w drogę.
Kilka przecznic dalej znaleźli sklep, więc zatrzymali się, aby ponownie uzupełnić zapasy. Zamek został wcześniej wyłamany, a spożywczak splądrowany, ale przynajmniej wzięli podstawowe środki medyczne, butelki wody i wystarczającą ilość jedzenia, aby przetrwać kilka dni.
Gdy wychodzili, Malfoy został trochę w tyle i na moment zniknął pomiędzy regałami, co wzbudziło zainteresowanie Harry’ego. Kiedy wrócił, jak gdyby nigdy nic podniósł wypchaną po brzegi torbę z ziemi i zarzucił ją sobie na plecy, po czym sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął małą plastikową tubkę. Wyciągnął do przodu rękę, żeby etykieta była widoczna.
Lubrykant.
Harry uniósł wzrok i uśmiechnął się głupio, bo Malfoy puścił mu oczko.
Wieczorem znaleźli przestronne mieszkanie na parterze. Gdy postawili na stole zapasy, Hermiona zasugerowała ponowne wyjście na zewnątrz, tym razem, aby upewnić się, że okolica jest w miarę możliwości bezpieczna oraz żeby zgarnąć ze sklepu trochę zwykłej odzieży.
Malfoy westchnął z rezygnacją.
— Spełniłem dziś jeden dobry uczynek — odzyskałem okulary Pottera. Wolałbym zostać dziś w domu, jeżeli nie macie nic przeciwko — powiedział i się skrzywił. — Mam wrażenie, że dostałem tłuczkiem prosto w żebra.
Harry nie przeoczył znaczącego spojrzenia, którym został w międzyczasie uraczony.
— Ja… zostanę z Malfoyem — stwierdził. — Lepiej, żeby nie został tutaj sam, prawda?
— Wrócimy za mniej niż godzinę. Nie będziemy się szczególnie oddalać — odparła Hermiona. — Też potrzebujecie nowych ubrań?
Ślizgon machnął lekceważąco ręką.
— Róbcie, co chcecie. Zamierzam się położyć na moment. — Odwrócił się i wszedł do jednej z sypialni, a kiedy zostali w mieszkaniu wyłącznie we dwójkę, Harry doń dołączył.
Zbyt późno odkryli, że w budynku brakło bieżącej wody. Zniesmaczeni i zdegustowani, lepcy od potu, śliny, spermy i lubrykantu, otworzyli jedną przyniesionych ze sklepu butelek i obmyli się ręcznikiem kąpielowym.
Nie czuli się czyści, a skóra Harry’ego miejscami swędziała.
Na powrót przyjaciół poczekali na kanapie w salonie.
— Pachniesz seksem — burknął Malfoy ściszonym głosem.
Szturchnął go łokciem.
— Lepiej spójrz na siebie.
Oczywiście, komentarze nie powstrzymały ich przed powtórką w nocy.
W drodze otrzymali kilka trudnych lekcji.
Naturalnie, pierwsza dotyczyła niezdradzania, że się widziało.
Druga skupiała się wokół dziwacznej choroby, która zawładnęła miastem. Zaczęła się od nagłego, okropnego bólu brzucha. Ludzie leżeli na chodnikach i ulicach, zupełnie pozbawieni sił i cichutko jęczeli. Niektórzy próbowali się czołgać naprzód, chorobliwie bladzi, drżący i spoceni. Omijali ich szerokim łukiem, bo nie wiedzieli, jak bardzo to było zaraźliwe.
Trzecia i najważniejsza lekcja dotyczyła tryfidów. Unikali otwartych przestrzeni, zwłaszcza trawiastych, wszelkiego rodzaju parków, a nawet rozległych trawników. Zachowywali największą ostrożność, bo nie chcieli zostać smagnięci pnączem. Tryfidy okazały się cholernie inteligentne — w pewnym momencie zorientowali się, że zaczęły używać swoich maleńkich wypustek na łodygach, żeby wydawać grzechoczące dźwięki, przywołujące najbliższe osobniki; że czaiły się za rogiem, niewidoczne i nijak wykrywalne; że chowały się za drzwiami i pomiędzy drzewami, czekając na ofiarę.
Kiedy wydostali się z miasta, zwiększyli tempo, ponieważ spotykali mniej ludzi i przeszkód. Naturalnie, natrafiali na więcej tryfidów, ale robili dobry użytek ze sprzętu do quidditcha.
Czasami omijali barykady na autostradach i większych, wcześniej przejezdnych drogach, stworzone przez ślepców pragnących złapać osobę widzącą. Najwyraźniej wszyscy wysnuli podobny wniosek — prowadzący samochód kierowca nie stracił wzroku i jest praktycznie na wagę złota. Niemal dali się złapać przez pierwszą barykadę, a potem nauczyli się na własnych błędach i trzymali się spokojniejszych, bocznych uliczek. Trochę wydłużyło to ich podróż, ale woleli nie ryzykować.
Dotarli do Hogwartu dokładnie tydzień po deszczu meteorów. Po Hogsmeade zostały zaledwie zgliszcza, gdyż miasteczko zostało zmiecione z powierzchni ziemi. W ruinach zobaczyli kilka trucheł tryfidów, zaś Ron ominął je szerokim łukiem, ot tak na wszelki wypadek — gdy wreszcie zatrzymał samochód, nie puścił kierownicy, zapatrzony w coś na drodze.
— Co tam? — zapytał, wyciągnąwszy szyję.
— Przejazd jest zablokowany — odpowiedział przyjaciel i dopiero wtedy Harry zauważył kilka powalonych drzew, rzeczywiście uniemożliwiających przejechanie autem. — Cóż, będziemy musieli pójść pieszo — dodał, po czym zjechał samochodem na pobocze i wyłączył silnik.
Brunet wysiadł i, poprawiwszy okulary, rozejrzał się wokół. Niedaleko dostrzegł zarysy kilku leżących na ziemi ciał, a to zaś oznaczało, że gdzieś czaiły się tryfidy. Chwilę później zorientował się, że rośliny zaczynają się do nich zbliżać, dlatego też naprędce, wzorem grupy, założył sprzęt ochronny.
— Te stworzenia są cholernie przerażające — podsumował Ron, zakładając maskę na twarz.
— Mamy tylko trzy pałki — przypomniał im Malfoy.
— Wtedy jeszcze nie przypuszczaliśmy, że będziemy musieli walczyć z całą hordą chwastów — odburknął chłopak.
— Niczego nie insynuowałem, Weasley. Raczej myślałem, żebyś poczęstował się jednym — odpowiedział blondyn. — Kto zostanie bez?
— Jestem najsensowniejszym kandydatem. — Harry rozłożył ręce. — Nie mogę używać jednocześnie moich okularów i gogli ochronnych, a wolę mieć gogle. Jeżeli mamy przedzierać się przez gęste chaszcze i tak nie będę nic widział, a więc nie trafiłbym ani jednego tryfida — wytłumaczył i z radością przyjął rękę, którą wyciągnął doń Malfoy.
— W takim razie trzymaj się mocno — powiedział chłopak, ale przekaz był jasny niczym słońce. „Zaopiekuję się tobą”.
— Myślę, że powinniśmy unikać głównej drogi. Nie ufam tym cholernym roślinom. Nigdy nie widziałem tylu powalonych drzew, ułożonych wzdłuż ścieżki i nie wierzę w tak ogromne zbiegi okoliczności — stwierdził Ron. — Kto wie, co jeszcze wykombinowały.
— Obejdziemy las? — zapytała Hermiony, zacisnąwszy dłonie na pałce.
Weasley skinął głową.
— To najlepsze rozwiązanie. Wiemy, że tryfidy chowają się w gąszczu, ale drzewa powinny działać na naszą korzyść — paradoksalnie zwiększą nam widoczność i możliwość ruchu. Ogólnie rzecz biorąc, zyskamy dzięki nim lepszą ochronę. Jesteście gotowi?
— No, prawie. — Harry pogrzebał w torbie. Wyciągnął to, czego szukał, po czym schował przedmiot razem ze swoimi okularami i różdżką do kieszeni spodni. Na koniec szybko poprawił gogle. — W porządku, chodźmy.
Wszyscy wysiedli z samochodu i ruszyli przez las. Z początku nie napotkali większych problemów. Wyglądało na to, że tryfidy osiedliły się głównie wzdłuż ścieżki, czekając na ludzi. Jednak im głębiej wchodzili pomiędzy drzewa, tym robiło się niebezpieczniej. Wkrótce rośliny przystąpiły do ataku. Jedno pnącze uderzyło Harry’ego w kask, a drugie w ramię. Automatycznie wzmocnił uścisk na tylnej części szaty Malfoya i zwiesił głowę, żeby przynajmniej odrobinę osłonić twarz. Wszystko było dobrze, dopóki pnącze nie przebijało skóry, bowiem wtedy jad powodował zaledwie nieprzyjemne pieczenie i swędzenie, znikające po jakimś czasie.
Niedługo potem zostali otoczeni, a jego świat ograniczył się do zielonej masy i punktu orientacyjnego w postaci jasnoniebieskiej szaty oraz blond włosów. Malfoy raz za razem wymachiwał pałką, torując im drogę, podczas gdy Harry kurczowo trzymał się materiału stroju ochronnego. Przed sobą, trochę po prawej stronie, widział rozmazaną plamę rudości i instynktownie wiedział, że spogląda na Rona i Hermionę.
Wtem potknął się o wystający korzeń i na chwilę puścił szatę towarzysza. Wyciągnął rękę, aby ponownie się złapać, ale natrafił na liście tryfidów. Zanurzył się w fali zimnego przerażenia i zaczął gorączkowo się rozglądać, jak to mogło mu w jakiś sposób pomóc.
— Potter! — Usłyszał i odetchnął z ulgą, kiedy Malfoy po niego wrócił, gdy tylko zorientował się, że zostali rozdzieleni. Automatycznie zacisnął palce na jasnoniebieskim materiale, podczas gdy chłopak ponownie zaczął wymachiwać pałką.
Miał wrażenie, że przebijali się w nieskończoność, aż wreszcie musiał zmrużyć oczy, bo poraziło go ostre światło słoneczne, co w praktyce oznaczało, że wyszli z lasu.
Odrobinę uspokojony, westchnął, kiedy Malfoy złapał go za nadgarstek.
— Chodź. Widać zamek.
Rzuciwszy sondujące spojrzenie na Rona i Hermioną, dał się pociągnąć w kierunku Hogwartu. W biegu trzymali się za ręce, aby zachować równowagę, ale Harry i tak potykał się o wszystkie możliwe przeszkody.
Gdy stanęli przed ogromnymi, jakże znajomymi wrotami, wybuchnął desperackim, radosnym śmiechem i pozwolił, żeby spływająca nań ulga zmyła wszelkie dotychczasowe zmartwienia.
Osiągnęli pełen sukces.
— Na Merlina, wpuśćcie nas! — Ron podniósł larum.
— Kto tam? — zapytał głos dochodzący z góry, ale Harry nie widział właściciela pomimo zmrużonych oczu.
— Otwórzcie te cholerne wrota! Naprawdę nie rozpoznajecie Harry’ego Pottera? — Usłyszał i poczuł, że ma ściągany kask. Chwilę później sięgnął do kieszeni i założył okulary na nos, aby zobaczyć Draco mordującego wzrokiem Percy’ego Weasleya.
— W porządku, otwieramy. Wejdźcie do środka, ale ani kroku dalej, rozumiecie? Zostaniecie poddani kwarantannie.
Gdy Weasley zniknął, obejrzał się przez ramię. Tryfidy nadchodziły od strony lasu, tak liczne, że tworzyły teraz jedną ciągłą linię, przywodząc na myśl najprawdziwszą armię. Na szczęście poruszały się powoli, dlatego też nie było najmniejszej szansy, że doń dotrą.
— Kwarantannie? — powtórzyła Hermiona, kiedy drzwi rzeczywiście zaczęły się otwierać.
Weszli do zamku, a Percy z powrotem zaryglował wrota. Kiedy się do nich odwrócił, opuścił trzymaną przez siebie kuszę w kierunku kamiennej podłogi.
— Czy mieliście kontakt z zakażonymi?
— Omijaliśmy ich szerokim łukiem — odpowiedział Harry, wróciwszy wspomnieniami do leżących na drodze, spoconych, bladych i zwijających się z bólu ludzi.
Weasley skinął głową.
— Doskonale, brak kontaktu z chorobą. Mimo wszystko dla naszego wspólnego bezpieczeństwa zostaniecie poddani kwarantannie. Jak w pozostałych przypadkach, potrwa osiem dni.
— To znaczy? — zapytał Ron. — Kto jeszcze tutaj dotarł?
— Kilku czarodziejów i mugoli. Jest nas średniej wielkości grupka, ale widzę tylko ja i mama.
— Gdzie są wszyscy…?
— Później, Ron. — Weasley uniósł dłoń, aby powstrzymać zainteresowanie młodszego brata. — Gdy się rozpakujecie, poinformuję resztę o zaistniałej sytuacji. Najważniejsze, żeby przestrzegać procedur. Musicie się trochę podporządkować. — Jego ton nie pozostawiał miejsca na dyskusję. — Prysznice są w tę stronę. Musicie się porządnie wykąpać, zanim wkroczycie na salony.
Jak się okazało, pokoje przeznaczone na kwarantannę były dwuosobowe. Oczywiście, Ron i Hermiona chcieli być razem, więc Harry został przydzielony Malfoyowi.
— Co za pech, stary — podsumował ściszonym głosem Ron, kiedy wyszli spod pryszniców i schodzili po schodach prowadzących do niewielkiego skrzydła gościnnego. — Może i rzeczywiście zachowywał się przyzwoicie od czasu końca świata, ale nadal nie wyobrażam sobie wytrzymać z nim sam na sam przez ponad tydzień. Mam tylko nadzieję, że nie stracisz zmysłów i go nie zamordujesz we śnie.
Harry stłumił cisnący się na usta uśmiech i schował dłoń do kieszeni, gdzie wyczuł plastikową tubkę lubrykantu. Liczył, że wystarczy na osiem dni.
— Spróbuję swych sił.
To powiedziawszy, skinął przyjaciołom na pożegnanie i poszedł za Malfoyem do ich tymczasowego lokum. Nie było szczególnie dobrze wyposażone, ale wystarczająco, aby przeżyć najbliższe dni, ot dwa wąskie łóżka i kufer na ubrania oraz przedmioty osobiste. Gdy tak lustrował posłanie, zorientował się, że jest obserwowany. Kiedy się odwrócił, zauważył, że chłopak patrzył nań drapieżnym wzrokiem ze śmiałym uśmieszkiem na ustach.
— Osiem dni tylko we dwoje — podsumował Harry, kładąc się na jednym z łóżek. — Czym się zajmiemy, żeby się nie nudzić? — mruknął, odwzajemniając uśmiech.
Malfoy podszedł bliżej, a potem usiadł mu okrakiem na biodrach.
— Och, mam kilka pomysłów.
Siódmego dnia kwarantanny po prostu leżał na łóżku. Jutro mieli zostać zwolnieni i w gruncie rzeczy czekało ich masę pracy. Percy zdradził kilka szczegółów, kiedy kładł im tacę z jedzeniem pod drzwiami. Nie wiedzieli, czy magia kiedykolwiek powróci, więc przygotowywali się na najgorsze, wznosząc mury wokół cieplarni, żeby odgrodzić ogrody od tryfidów oraz sadząc nasiona, aby zapewnić pożywienie w momencie, gdy skończą się zamkowe zapasy. Aby wszystko funkcjonowało, trzeba było stanąć na wysokości zadania. Jak się okazało, prowadzenie w pełni samodzielnego gospodarstwa domowego wymagało naprawdę wiele zaangażowania. Nie mieli dużo czasu wolnego, a prywatności jeszcze mniej.
Wykorzystywali więc maksymalnie czas, który pozostał im do końca kwarantanny. Malfoy leżał obok w niego w łóżku, zupełnie nieskrępowany własną nagością.
— Co właściwie robisz? — zapytał, unosząc się na łokciach, żeby spojrzeć na Harry’ego.
— Uczę się ciebie — odpowiedział zgodnie z prawdą. Schyliwszy głowę, pocałował kochanka w brzuch i dopiero wtedy zwrócił uwagę na małą, jasną plamkę na lewo od pępka. — Chcę zapamiętać każdy szczegół, każdy centymetr twojego ciała, dopóki jeszcze mogę.
Jakże dziwacznie było pomyśleć, że zaledwie kilka tygodni temu szczerze go nienawidził. Całkiem prawdopodobne, że zmieniła mu się perspektywa po oszałamiającym seksie i fakcie, że więcej czasu spędzali razem w łóżku, niż poza nim. Mniej więcej gdzieś wtedy zaczął postrzegać swoją relację z Malfoyem w postaci cholernie przyjemnej rozrywki i jako coś, co miało ogromny potencjał na przyszłość. Jeżeli to, co ich połączyło, miało realną szansę bytu w „nowym świecie” i sprawdziłoby się w dłuższej perspektywie, Harry nie zamierzał patrzeć wstecz, żyć widmem przeszłości i żałować, że zmarnował szansę na dobry i trwały związek.
— Co takiego? — zapytał rozbawionym tonem chłopak. — Czyżbyś planował gdzieś wyjechać?
— Nie, ale bez okularów jestem praktycznie ślepy.
Malfoy zmarszczył brwi.
— Zachowamy wszelką ostrożność.
— To nie wystarczy. — Pokręcił głową. — Nawet jeżeli ich nie zgubię ani się nie zniszczą, w pewnym momencie pogorszy mi się wzrok i będę potrzebował wymiany szkieł na mocniejsze. Jeżeli wciąż będę chodził w tych, dołożę oczom wysiłku i w rezultacie będą nadwyrężone. Konsekwencją tego jest zaś dalsze posuwanie się wady. Jeśli sytuacja wkrótce się nie poprawi, nie będzie optometryka, albo uzdrowiciela, który wypisze mi receptę. Idąc tym tokiem rozumowania, w późniejszym czasie…
— Wystarczy. — Malfoy pochylił się i położył mu dłoń na policzku.
Harry nie tracił czasu. Wziął zaoferowaną rękę i przycisnął ją do ust. Usatysfakcjonowany, przyjrzał się wewnętrznej stronie. Trzy odciski palców miały kształt łuku, a kciuk i palec wskazujący spirali. Linia serca była długa i ostro zakrzywiona na samym końcu. Linia głowy była prosta i w pewnym momencie łączyła się z linią życia. Linia losu była przerwana na środku dłoni i Harry po raz pierwszy poczuł się usatysfakcjonowany tym, że zdecydował się w szkole na wróżbiarstwo — tylko i wyłącznie dzięki zajęciom Sybilli Trelawney mógł poprawnie opisać wszystkie zagięcia na dłoni Draco. Wiedziony potrzebą, ucałował wierzch ponownie, a potem przejechał czubkiem języka po linii życia. Całkiem możliwe, że kiedyś zostanie mu jedynie alfabet Braille’a.
— Z drugiej strony podoba mi się pomysł, że będziesz mnie postrzegał jako młodego i przystojnego, nawet jak się postarzeję. — Uśmiechnął się bezczelnie chłopak, kiedy Harry wrócił do zapamiętywania okolic jego brzucha.
Spojrzał nań i przez chwilę po prostu podziwiał wysklepione brwi nad srebrzystoszarymi oczami, długie złote rzęsy, prosty nos, kuszące usta, a nawet spiczasty podbródek.
— Dla mnie zawsze będziesz piękny, Malfoy.
Ciężko stwierdzić, który z nich był bardziej zaskoczony wyznaniem. Harry momentalnie się zarumienił, więc pochylił głowę, aby przynajmniej trochę ukryć swe zawstydzenie. Westchnął, kiedy Draco przeczesał mu pieszczotliwie włosy.
Wrócił do studiów, chcąc zapamiętać każdy pieg. Miał jeszcze kilka godzin do zachodu słońca i zamierzał dobrze wykorzystać pozostały czas. Kiedy skończył z ciałem Malfoya, skoncentrował się na reakcjach — sposobie, w jaki drżał, gdy muskał opuszkami wewnętrzną stronę jego ud, tego, jak podwijał palce u stóp, gdy brał go do ust, i tej przepięknej ekstazie wypisanej na twarzy, gdy dochodził.
Zaspokoiwszy swą ciekawość, zasnął, otoczony silnymi, opiekuńczymi ramionami.
Kiedy następnego dnia wzejdzie słońce, rozpoczną nowe życie.
Razem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz