Draco był w ósmym miesiącu ciąży i dzisiaj była pełnia księżyca. Siedząc w salonie, Harry i Draco patrzyli bez wyrazu, jak Teddy biega w kółko, wrzeszcząc na całe gardło. Pies — niewłaściwie nazwany Świnką — latał za nim, próbując dotrzymać mu kroku.
Chłopiec potknął się o dywan i runął jaki długi. Szczeniak momentalnie zaczął po nim skakać i żartobliwie tarmosić jego buzę, odsłaniając tym samym zielone, migoczące włosy.
Mimo że nie był wilkołakiem, Teddy miał tendencję do bycia pobudzonym podczas pełni.
Po kilku minutach gapienia się na leżące na podłodze dziecko Harry otrząsnął się i wstał.
— Kawy — powiedział, ruszając pospiesznie do kuchni.
Draco zadowoliłby się kieliszkiem wina, ale w tym momencie musiał się powstrzymać.
Chwyciwszy się oparcia kanapy, wstał i trącił Teddy'ego stopą. Mały chrząknął, potwierdzając tym samym, że wciąż żyje. Świnka nadal po nim skakała i machała radośnie ogonem.
Blondyn westchnął i odszedł, chcąc uniknąć kolejnej rundy nadpobudliwości dziecka.
Harry wszedł do pokoju dziecięcego, biorąc łyk z trzymanego w dłoni kubka. Podszedł do kołyski, przy której stał Draco, opierając się o nią rękami i spoglądając w dół.
— Nie mogę znieść tego stworzenia — mruknął blondyn.
— Teddy'ego? — Wyszczerzył się Harry.
Mąż obrzucił go oburzonym spojrzeniem.
— Świni.
— To Świnka.
— Nie chcę go tak nazywać.
— Taki właśnie nosi imię.
Draco zmarszczył nos, kiedy do jego nozdrzy wdarł się zapach kawy.
— To niedorzeczne.
— Wiesz, sam masz dziwne imię. Jesteś człowiekiem, będąc smokiem.
Przewrócił oczami.
— Teddy też? Metamorfomag mający imię po wypchanym niedźwiadku? Czy to znaczy, że od teraz powinniśmy nazywać cię kociakiem?
Po ciele Harry'ego przepłynął prąd rozkoszy, gdy blondyn skubnął mu ustami wrażliwy płatek ucha. Przysunął się bliżej, wiedząc, że cieszy się zdecydowanie bardziej niż normalna osoba.
— Specs mi starczy — mruknął.
— Od dawna nie nosisz okularów.
— W takim razie świetnie rozumiesz mój punkt widzenia.
— Świnka. — Draco westchnął i skierował swoją uwagę ponownie na łóżeczko. Harry wewnętrznie opłakał koniec ich kontaktu fizycznego, podczas gdy mężczyzna wskazywał ręką na mebelek. — Przypuszczam, że już jest skończone.
— Też tak sądzę.
Pokój był dość prosty. Obaj zgodzili się co do kwestii, że Molly potrzebuje ograniczonej stymulacji.
Jest taka jak Teddy podczas pełni księżyca, pomyślał Harry z ironicznym uśmiechem.
Po niebieskich ścianach dryfowały białe chmurki. W łóżeczku leżał dziergany kocyk roboty pani Weasley i pluszowy miś od Pansy.
Draco schylił się i wygładził prześcieradła. Harry zauważył, że ostatnio był coraz mniej agresywny — zamiast tego sprawiał wrażenie zdenerwowanego.
Nie ma z tym żadnego problemu. Najmniejszego — byleby tylko znowu nie wpadł w tę swoją emocjonalną fazę.
Draco przez moment pracował nad wygładzeniem kocyka, a potem podniósł misia, obejrzał go uważnie, aż wreszcie odłożył go na miejsce.
Gdy skrzyżowali spojrzenia, Harry doznał olśnienia i głęboko się zarumienił. Jego mąż ewidentnie urządzał gniazdko — to i tak było o wiele lepsze, niż obrażanie go przez cały dzień.
— Wczoraj wieczorem nie spałeś dobrze, powinieneś odpocząć — zasugerował.
Przez krótką chwilę blondyn wyglądał, jakby miał wyrazić gniewny sprzeciw, ale potem, co zaskakujące, się odprężył i skinął głową.
— Mhm — zgodził się, unikając pocałunku i wychodząc z pokoju.
Harry został sam. W zamyśleniu spojrzał na półki pod ścianą, gdzie umieścili ramkę ze zdjęciem siebie i Teddy’ego. Sfotografowany Harry wyglądał na wyczerpanego, a Draco na rozbawionego. Pamiętał, że tamtego dnia zabrał chłopca na mecz, żeby zobaczył na żywo starcie Armat z drużyną z Vultures — czyli akcje swoich dwóch ulubionych drużyn sportowych. Mały nie mógł usiedzieć na miejscu z podniecenia, nawet przez minutę. Armaty przegrały, zaś Teddy prawie się rozstroił nerwowo, gdyż jednocześnie był tym przerażony, jak i uradowany. Co interesujące, Draco nie miał nic przeciwko, ponieważ wyglądał, jakby i tak zwyciężył.
Harry był zaskoczony, gdy odkrył, że na półce są też inne zdjęcia — przypuszczał, że reszta wolnej przestrzeni będzie zagospodarowana przez zabawki dziewczynki.
Na szafeczce stało zdjęcie Lucjusza i Narcyzy. Malfoyowie stali obok siebie i ledwo co się ruszali. Brunet uśmiechnął się, widząc też zdjęcie swoich rodziców — tańczyli, cali rozanieleni, w jesiennych płaszczach.
Była też inna para. Na jednej fotografii widniała promienna Nimfadora i bardziej spokojny Remus — uśmiechali się nieśmiało. To było dokładnie to samo zdjęcie, które ma Teddy w swoim pokoju.
Niektóre ramki ograniczały się do pojedynczych osób. Harry zauważył nieprzystępnego Snape'a, który łypał na wszystko nieufnym okiem i Syriusza, młodego i przystojnego, na którego twarzy malował się złośliwy uśmieszek. Harry chwilę przyglądał się temu zdjęciu, czując napływające do oczu łzy i rozchodzące się po ciele ciepło. Nie miał zielonego pojęcia, skąd Draco właściwie wytrzasnął to zdjęcie.
Zamrugawszy, zarejestrował również ten sławny stary podręcznik do eliksirów, stojący w kącie pokoju. Nawet nie przypuszczał, że blondyn trzymał go przez te wszystkie lata. Harry pozwolił, by jego palce pobłądziły po pozłacanych literach, podczas gdy serce waliło mu niczym młotem. Merlinie, jeszcze tylko jeden miesiąc.
Kiedy oparł się o półkę, przypadkowo zachwiał jedną z ramek, przez co spadła na panele i się roztrzaskała. Harry zatoczył się z poczucia winy.
— Accio miotła! — powiedział, czym przywołał do siebie Błyskawicę 2001. Straciwszy na moment zdolność logicznego myślenia, zaczął nią szaleńczo zamiatać podłogę. Jednocześnie zastanawiał się, czy nie postawić tutaj kolejnego zdjęcia Teddy'ego, takiego, na którym chłopiec wciąż jest noworodkiem. To może być dobre towarzystwo dla małej.
— Co robisz? — warknął Draco.
Harry podniósł wzrok i ujrzał, jak jego mąż stoi w drzwiach pokoju ze skrzyżowanymi rękami.
— Znowu urządzasz sobie gniazdko, Potter?
— Ja? Nie. W żadnym wypadku — odpowiedział, kręcąc przecząco głową. Nawet nie zarejestrował faktu, że używa swojej mega kosztownej miotły do tak przyziemnej rzeczy, jak sprzątanie.
— Reparo. — Draco machnął różdżką i naprawił ramkę z Syriuszem. Sekundę później odesłał ją na miejsce. — Harry, chodź tutaj. Potrzebuję cię... — powiedział, wyciągając do niego rękę...
Twarz bruneta momentalnie poczerwieniała.
— ...żebyś wymasował mi stopy.
Z przeświadczeniem o porządnym wypucowaniu jutro całej tej półki — był pewien, że widział jakąś smugę na nosie Tonks — wziął Draco za rękę i pozwolił mu się poprowadzić.
Pies był nie do zniesienia. Wyglądał, jakby pełnił wartę. Po trzecim napadzie szczekania Draco poczuł, że jego samokontrola wisi na włosku.
— Już prawie skończyłem — warknął.
Świnka odskoczyła.
Nie zwracając uwagi na zwierzę, dodał do swojej mikstury trochę much siatkoskrzydłych, dzięki czemu eliksir w kociołku zmienił kolor na żółty, rzucając na jego twarz piękną poświatę.
Gdy usłyszał kroki na górze, zdał sobie sprawę, że Harry wrócił do domu. Chwilę potem mężczyzna zatrzymał się przy zejściu do piwnicy. Mąż otworzył drzwi i zszedł po schodach.
— Warzysz?
Draco nawet na niego nie spojrzał.
— Co niby innego mogę robić?
— Och, no wiesz, odpoczywać.
Blondyn zignorował go, skupiając się na eliksirze.
— Co tam uwarzyłeś? — zapytał Harry.
— Eliksir wielosokowy dla twojego departamentu.
— W kociołku nie ma zbyt wiele.
— Jest skoncentrowany. Zawiera w sobie pięćdziesiąt dawek.
Przez chwilę panowała między nimi cisza.
— Nigdy wcześniej o czymś takim nie słyszałem — przyznał zaskoczony brunet.
— To wymaga bardzo ostrożnej ręki.
— Niesamowite!
Draco po raz ostatni zamieszał chochlą w kociołku, po czym wreszcie uniósł głowę. Wtedy też zauważył, że zielone oczy patrzą na niego ze szczerym podziwem.
Harry zwilżył wargi.
— Więc to na dzisiaj?
Blondyn zmarszczył brwi i westchnął.
— Tak — odpowiedział niechętnie.
— Cudownie. — Harry postawił eliksir w magicznym zastoju, ignorując ostrzegawcze spojrzenie męża.
Ślizgon wstał z pewnym wysiłkiem. Przez nadprogramowe kilogramy miał problemy z zachowaniem równowagi. Mężczyzna w momencie doń doskoczył, przytrzymawszy go w pasie; chwilę później położył mu dłoń na brzuchu. Przeogromnym brzuchu. Dziewięciomiesięcznym brzuchu.
— Harry.
Brunet zamarł.
— Po prostu za tobą tęskniłem — powiedział, całując go w policzek. Potem się pochylił. — Cześć, Molly — szepnął do brzucha i cofnął się o krok, bardzo niechętnie pozwalając Draco odejść.
Ten rzucił mu ostatni raz wściekłe spojrzenie i podszedł do schodów. Wchodził po nich powoli — dzieciak ważył już chyba tonę. Gdy w końcu dotarł na szczyt, znów znalazł się w uścisku Harry’ego. Z zirytowanym westchnieniem pozwolił sobie na chwilę odprężenia i przymknął oczy.
— Jak się czujesz? — Usłyszał.
Szczerze mówiąc, dokładnie tak samo, jak każdego innego dnia w tym miesiącu. Ogromnie. Był wyczerpany i zdecydowanie czuł się niekomfortowo. Zamiast odpowiadać, postanowił potrzeć sobie dolną część pleców.
— Nie mogę uwierzyć, że będę przechodzić przez to dwa razy — wyjęczał.
— Co?
— Co? — zapytał, papugując męża, co tylko pogłębiło jego zirytowanie.
Rzucając mu podejrzliwe spojrzenie, Harry się cofnął.
— Zacznę gotować obiad — powiedział, po czym odszedł.
Wzdychając głęboko, Draco udał się do pokoju dziecięcego, rozmyślając nad tym, że wkrótce staną się odpowiedzialni za drugiego człowieka. W rzeczywistości tęsknił za Molly od bardzo, bardzo dawna. W życiu by się do tego nie przyznał, ale nie mógł się doczekać, żeby znowu ją zobaczyć, zdecydowanie bardziej niż chciałby.
Jak się okazało, był beznadziejnym przypadkiem.
— Draco, chodź. Ron przyszedł! — zawołał Harry.
— Zaprosiłeś Weasleya? — zapytał z niesmakiem. — On pierdzi za każdym razem, gdy się tutaj aportuje.
— Nieprawda. Hermiona mnie przeklęła, żebym się aportował z tymi jakże cudownymi odgłosami i towarzyszącym im zapachem zgniłego jajka.
Uniósł wzrok i zobaczył Weasleya opartego o framugę drzwi. Wyglądał na znużonego. Miał ciemne worki pod oczami.
Spojrzał na niego niepewnie.
— Więc jak tam...?
— Rosie? — Mężczyzna natychmiast się rozjaśnił. — Dobrze. Trochę śmierdzi, ale nie przeszkadza mi to zbytnio. Jest w domu z Hermioną.
Draco uśmiechnął się drwiąco, słysząc jakże błyskotliwą opinię Weasleya na temat swojej nowo narodzonej córki. Zgodnie z przewidywaniami Granger urodziła szalenie rudą istotkę, ot dziewczynkę. Zanim się Draco zorientował, został zmuszony do… trzymania… tego plugawego stworzenia. Mimo zaciekłego wewnętrznego boju nie mógł się powstrzymać od szlochu. W desperackim akcie wziął zakładniczkę na całe dwie godziny, dopóki nie poczuł, że pobrudziła pieluszkę. Oczywiście w takich momentach powinna być z rodzicami, dlatego też czym prędzej oddał dziecko matce.
— No chodź — powiedział Weasley.
Draco skrzywił się, obrażony niedawnym nieufnym traktowaniem.
Kiedy weszli do salonu, natychmiast zbladł, zobaczywszy, że zleciał się praktycznie cały klan rudzielców. Oczywiście spróbował się wycofać po cichu, ale Ron, ten ćwok, stał na straży korytarza, z którego wyszli.
Molly Weasley załamała ręce.
— Draco! Dlaczego jeszcze jesteś na nogach? Wyglądasz, jakbyś zaraz miał postawić klocka!
Blondyn zacisnął szczękę i gwałtownie poczerwieniał.
— Proszę! Proszę, nie drażnijcie się z nim! — Harry wybiegł z kuchni i rzucił mężowi przepraszające spojrzenie. W międzyczasie był mordowany wzrokiem.
Podszedłszy bliżej, oparł dłoń na dole pleców mężczyzny i poprowadził go w kierunku najbliższego krzesła. Draco był cholernie rozdrażniony, ale postanowił odpuścić tylko i wyłącznie dlatego, że nie chciał upubliczniać kolejnego pokazu przemocy domowej. Chociaż uparcie milczał, cholernie mu ulżyło, że mógł wreszcie usiąść. Miał opuchnięte i obolałe stopy. Zająwszy miejsce, trochę się powiercił i prawie westchnął z ulgi, kiedy Harry zaczął go masować po plecach w uspokajającej manierze. Nadopiekuńczy palant.
To nie był koniec cierpienia.
Niedługo potem przyjechał Dudley Dursley z ciężarną Pansy, a potem ich dom nawiedził Blaise ramię w ramię z babcią Neville'a Longbottoma. Następnie pojawiła się Bulstrode, a krótko po niej Theo z Pomyluną. Nie zabrakło też kilku członków Armat, w tym Petersona, który narzekał na jego „absolutnie niepotrzebną” przerwę w karierze sportowej. Na samym końcu przybyli Malfoyowie z dużą butelką drogiego wina.
Wszystko wyglądało tak, jak się spodziewał. Głupia impreza. Przez cały czas siedział sztywno, odmawiając zaangażowania w jakąkolwiek interakcję.
To jednak nie powstrzymało gości od wręczania mu prezentów, wymieniania niezręcznych uścisków i niechcianego dotykania. Kiedy Draco kategorycznie odmówił otwierania podarunków, Harry przejął nad tym kontrolę, biorąc na siebie cały emocjonalny ciężar tej pomylonej sprawy. Podczas rozpakowywania papieru uśmiechał się doń uspokajająco.
Dostali nieco jaskrawych ubranek dla dziecka, które Draco zamierzał spalić. Dudley — którego blondyn nawet polubił — podarował im jakieś dziwne urządzenie, które nazywa się Playstation, cokolwiek to znaczy. Zyskali też mnóstwo zabawek i skomplikowanych świecidełek z nałożonymi na nie zaklęciami ochronnymi.
— To od Hermiony. — Weasley wzruszył ramionami.
Od pani Weasley otrzymali skórzane czapki, rękawiczki i kocyki, a od Pansy dwa zaczarowane zwierciadła, dzięki którym mogli bez przeszkód obserwować dziecko w pokoju, będąc na dole w salonie. Dostali też apteczkę pierwszej pomocy z kilkoma eliksirami pieprzowymi, które na pewno będą przydatne. I co ciekawe, otrzymali również myślodsiewnię, najodpowiedniejszy ze wszystkich prezent.
Ze stoickim spokojem obejrzał mały Monitor Wrogów*, który dostali od pani Longbottom. W pewnym momencie zobaczył w nim odbicie jakiejś mrocznej postaci, która wyglądała podejrzanie podobnie do Harry'ego.
Całkowicie zignorował czapki i zaczarowane bransoletki, nie chcąc nawet być dotkniętym przez żadną z tych rzeczy.
Wtem podszedł do niego mąż i wcisnął mu do ręki małą fiolkę. W środku była srebrzysta, lekko dymiąca się substancja. Wspomnienie.
— To ode mnie — wymruczał mu do ucha, podczas gdy publiczność wciąż się nad wszystkim rozpływała. Cholernie irytujące. — Moje pierwsze spotkanie z małą — wyszeptał. — Zasłużyłeś, żeby spotkać ją pierwszy — dodał, po czym odsunął się z przepraszającym uśmiechem.
Zacisnąwszy dłoń na fiolce, Draco miał wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi. Skinął delikatnie głową i się odwrócił, targany przez straszliwe poczucie winy. Uśmiech męża złagodniał, po czym mężczyzna zwrócił swą uwagę z powrotem na Teddy’ego.
Chłopiec popisywał się właśnie swoimi zdolnościami, zbyt podekscytowany, żeby się kontrolować. Przydreptał do Draco, mając długie włosy Lucjusza i wieczorny zarost Harry'ego. Wargi ślizgona zadrżały, gdy przyjmował od małego wypchanego pluszaka.
— Dla dziecka — zakomunikował wszem wobec, zmieniając kolor oczu na fioletowy. Zniknęła też szczecinka, zostawiając gładką bródkę.
— Dziękuję ci, Teddy — odpowiedział grzecznie, a jego oczy zamigotały, gdy ścisnął mocniej wypchanego smoka. — Jest idealny — dodał. Molly uwielbiała wypchane zwierzaki. Przypomniał sobie, że będzie je zbierać, więc na pewno doceni... — Och! — sapnął, nagle czując się dziwnie, jakby coś zimnego osiadło mu na żołądku. Z głowy uleciały mu wszystkie myśli.
— Jak się czujesz, kochanie? — zapytała z fotela obok Molly Weasley, świdrując go badawczo wzrokiem.
— W porządku — odpowiedział, możliwe, że odrobinę zbyt ostro.
— Na pewno?
Zauważył, że głaskał się po brzuchu, więc przestał i się zarumienił. Spojrzał na Teddy'ego, gdy ten akurat biegł w kierunku kuchni, kiedy Harry oznajmił, że nadszedł czas na ciasto. Kiedy maluch potknął się o róg dywanu, więc Draco automatycznie wyciągnął różdżkę i, wiedziony impulsem, przetransmutował kawałek podłogi w miękki dywan. Teddy padł na właśnie na niego.
Ten dywan zdecydowanie idzie do kosza, pomyślał, gdy chłopiec zaczął chlipać, a Harry podniósł go z ziemi.
— Czemu płaczesz? Przecież nic strasznego się nie stało — powiedział, stawiając dziecko z powrotem na podłodze. Maluch zachichotał, a jego włosy stały się czarne.
Wszyscy ominęli ten moment, gdyż gapili się na Draco.
— Dlaczego używasz magii w tak późnym etapie ciąży? — zapytała ze zmarszczonymi brwiami Narcyza.
— To niebezpieczne, Draco! — zganiła go Jones.
— Coś ty sobie myślał? — naskoczyła nań Pansy.
Zdenerwowany i zirytowany, zacisnął zęby i oparł się pokusie przeklęcia ich na czym świat stoi.
— Wszystko jest z moją magią w porządku — powiedział chłodno.
— Biedne maleństwo! — powiedziała Ginny Weasley, rzucając Harry'emu współczujące spojrzenie.
— Nic jej nie jest — burknął, co wywołało grupowe sapnięcie. Nieumyślnie wyjawił płeć dziecka. Zmarszczył brwi, a Harry jedynie się uśmiechnął, podczas gdy wszyscy zaczęli szeptać z podekscytowaniem.
— Och, Harry! — Molly Weasley skoczyła na równe nogi i wyściskała mężczyznę, cała we łzach.
Draco zarejestrował, że Narcyza dyskretnie przeciera oko chusteczką. Ojciec w międzyczasie popijał wino z (samo napełniającego się?) kieliszka. Nie wyglądał na zadowolonego.
To był doskonały czas na ucieczkę, zwłaszcza gdy prawdopodobieństwo zostania zgniecionym rosło w zastraszającym tempie. Złapał się pewnie krzesła i zaczął wstawać, przygotowany na ból kręgosłupa.
— Draco, kochanie? — zapytała matka. — Coś nie tak?
— Wszystko w… Och. — Usiadł z powrotem, ciężko oddychając. To było mocne.
W pokoju zapadła grobowa cisza.
— Czy nie wspomniałem przypadkiem, że to będzie dziewczynka? — zagaił, próbując się wymigać.
— Draco? — zapytał Harry, podchodząc bliżej. — Wszystko w porządku?
— To mogą być skurcze — stwierdziła fachowym tonem Molly Weasley, za co została spiorunowana wzrokiem. — Powinniśmy zabrać go do szpitala.
— Nie, wykluczone — odpowiedział stanowczo. Nie życzył sobie żadnych Weasleyów przy porodzie. — Wszystko jest dobrze — dodał i z trudem się podźwignął na nogi. — Mam jeszcze sporo pracy do wykonania, więc muszę was przeprosić... — Cholera. Skulił się z bólu, natychmiast obejmując brzuch. Sekundę później poczuł owinięte wokół siebie silne ramiona.
Gdy skurcz minął, Harry rozejrzał się po zgromadzonych, próbując znaleźć najbardziej nieodpowiednią osobę do pomocy.
— Ginny, czy możesz zabrać Draco do Munga? Wezmę tylko torbę z rzeczami i złapię Lunę.
O nie! Absolutnie nie!
Nie zostawiaj mnie!
Ból zaczął się nasilać. Nie mogąc się kontrolować, ścisnął Harry’ego mocniej, niemal łamiąc mu żebra i rozrywając śledzionę.
Oczywiście, mąż wyrwał mu się z uścisku. Śliski drań!
— Będę tuż za tobą — powiedział, po czym zniknął na górze. Zanim Draco się zorientował, został sponiewierany przez dziewczynę Weasleyów.
* „Monitor Wrogów” (z ang. „Foe–Glass”) — Urządzenie wyglądem przypominające lustro. Pokazuje wrogów osoby w niego patrzącej. Postacie pojawiają się jako cienie. Im bliżej są właściciela, tym bardziej są jasne i widoczne. Artefakt ten pojawił się w czwartej części „Harry'ego Pottera (…)”. Miał go Barty w swoim gabinecie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz