— To oburzające, co za zuchwałość!
Severus bez pukania wtargnął do gabinetu Albusa Dumbledore’a, szybkim krokiem podszedł do biurka i pomachał mu przed nosem otwartym dziennikiem. To, że mężczyzna się nie wzdrygnął, świadczyło albo o jego wysokiej odporności psychicznej i mocnych nerwach, albo o częstości podobnego typu zdarzeń. Zamiast podskoczyć na krześle, Albus tylko podniósł wzrok znad sprawozdania, które studiował i spojrzał na najbardziej doświadczonego i błyskotliwego pracownika swojego wydziału. Widząc ciskające gromy oczy, zmarszczył brwi.
— Co tym razem cię tak zdenerwowało, Severusie? — zapytał ze słyszalną w głosie nutą rozbawienia. Iskierka była również widoczna w skrytych za okularami połówkami niebieskich oczach. — Mam nadzieję, że nie naraziłeś się ponownie Zarządowi. Nie mam pewności, czy po twoim ostatnim wyskoku jestem w stanie znów przez to przechodzić. Zastawienie duszy to nie lada poświęcenie.
Snape przez chwilę się na niego patrzył, a potem prychnął i rzucił dziennik na drewniany blat. Cholernie dużo zawdzięczał Albusowi Dumbledore’owi, kustoszowi Departamentu Starożytnego Egiptu i Sudanu Muzeum Brytyjskiego. Gdy potrzebował pomocy, facet stanął za nim murem i chociaż doceniał to bardziej, niż publicznie pokazywał, czasem nie mógł zdzierżyć bycia od kogoś zależnym — nawet od człowieka, który w pojedynkę ocalił jego karierę.
— Spokojnie, to sprawa pomniejszej wagi — powiedział, skrzyżował ręce na piersi i zmierzył przełożonego niezadowolonym spojrzeniem. — Po prostu nie mogę uwierzyć w te bzdury, które publikują rzekomo szanowane czasopisma. Niejaki Lupin, cudowne dziecko McGonagall z Oxfordu, z jakiegoś powodu jest święcie przekonany, że odnalazł mityczny grobowiec Imhotepa! Krypta została uznana za zaginioną przeszło czterdzieści pięć stuleci temu, a on śmie twierdzić, że przez cały ten czas mieliśmy ją praktycznie pod nosem!
— Och, naprawdę? — zapytał z zaintrygowanym błyskiem w oku Albus, a Severus prychnął, teraz rozjuszony nie na żarty. Mężczyzna ze stoickim spokojem podniósł przyniesiony dziennik i przebiegł wzrokiem po artykule. Najpierw trochę wybałuszył oczy, a potem je zmrużył, jakby w zastanowieniu. Gdy skończył lekturę, z powrotem nań spojrzał. — Z tego, co zdążyłem zauważyć, przedstawił kilka ciekawych możliwości — podsumował, stuknąwszy palcem w jeden z akapitów tekstu. — Jeżeli na chłodno podejdziesz do tego wytłumaczenia, szybko się zorientujesz, że zapis Sekhemkhet i jego wszystkie implikacje pasują do równania. Jeżeli Lupin ma rację, grobowiec Imhotepa musiał być już wtedy w budowie.
— Owszem, ale opieramy się wyłącznie na jednej tezie — parsknął, nie oszczędziwszy sobie uszczypliwości.
Lupin cholernie go irytował. Nie chodziło tylko o to, że skończył inną uczelnię (Severus jest dumnym absolwentem Cambridge), ani nawet o to, że zdołał wyodrębnić drugie dno zapisu Sekhemkhet, w gruncie rzeczy bazgrołów, które pozostawili po sobie budowniczy starożytnych konstrukcji. Mniejszy problem leżał w tym, że inskrypcja jest w Sakkarze, czyli nekropolii, którą Severus w gruncie rzeczy uważał za swą własność.
Większy z kolei skupiał się na odbiorze Lupina w kręgach naukowych. Wszyscy traktowali go jak złote dziecko, które natknęło się na coś, czego wcześniej nie znaleziono na obszarze dokładnie badanym przez siedemdziesiąt pięć lat. Sytuacji nie poprawiał również fakt, że facet nie był stricte egiptologiem. Szczerze mówiąc, swą karierę zaczął od badania kopców i piramid w Mezoameryce, a na Egipcie skupił się dopiero w ciągu ostatnich pięciu lat. Severus zaś spędził całe życie na Sakkarze, zdobył doktorat z archeologii na podstawie pracy naukowej popartej praktykami wykopaliskowymi, które pomogły wyeliminować pracę w ciemno i przypadkowe kopanie oraz pomogły zachować przedmioty, które w normalnych okolicznościach zniszczyłby upływ czasu. Artykuł Lupina w Przeglądzie Archeologicznym jasno sugerował, że Severus, jego ojciec i dziadek oraz wielu, wielu innych znakomitych badaczy, którzy zajmowali się wykopaliskami przez prawie osiem dekad, tak po prostu przegapili Świętego Graala w dziedzinie egiptologii — grobowiec Imhotepa, wezyra faraona Dżesera, starożytnego architekta, która najpierw stworzył projekt pierwszej piramidy, a potem ją zbudował; kapłana, który był uwielbiany przez masy i czczony niczym bóg, głównie przez wzgląd na swoją ponadprzeciętną wiedzę w zakresie architektury, sztuki, a nawet medycyny. Mimo niedawnego przywłaszczenia sobie jego imienia przez pewne śmieszne hollywoodzkie studio Imhotep miał większy wpływ na rozwój praktyk pogrzebowych i architektonicznych, aniżeli jakikolwiek inny człowiek w historii.
— Jestem w stanie zawierzyć tej tezie — powiedział Albus, przywracając go do rzeczywistości.
— Co takiego? — Zrobił krok wstecz, zupełnie jakby został przed sekundę spoliczkowany. Nie mógł uwierzyć, że jego mentor naprawdę się nad tym zastanawiał. — Jak możesz przyznawać Lupinowi rację? Wiem, że wszyscy uważają go za jakiegoś geniusza lingwistycznego, ale nie zapominaj, że studiowałem hieroglify całe życie. Inskrypcja jest jasna i czytelna. W dosłownym tłumaczeniu oznacza to, co jest dla nas wiedzą dawno nabytą.
— Całkiem prawdopodobne, że Lupin rzeczywiście jest geniuszem językowym. — Dumbledore przechylił w zamyśleniu głowę. — Możesz nie zdawać sobie sprawy, ale spotkałem go w przeszłości.
— Och, doprawdy? — Uniósł brew i wydął dolną wargę. — Nigdy wcześniej o tym nie wspominałeś.
— Cóż, był wówczas zaledwie dzieckiem. Miał mniej więcej dziesięć lat. — Albus parsknął śmiechem na widok niedowierzającej miny podwładnego. Gdy ten zrobił podejrzliwą minę, uśmiechnął się dobrotliwie. — Nie posądzaj mnie o najgorsze, drogi chłopcze. Nie szukałem zastępstwa za twoimi plecami. Poznałem Lupina na wycieczce szkolnej. Był jeszcze dzieckiem, ale za to poważnym, raczej bladym i chorowitym, piekielnie inteligentnym. Ledwo co zostałem mianowany kustoszem muzeum i, przyznam szczerze, byłem oczarowany tym, jak ludzie postrzegają egiptologię. Spotkaliśmy się w galerii egipskiej. Wśród tych roześmianych i nabuzowanych energią uczniów zobaczyłem małego chłopca stojącego przed Kamieniem z Rosetty skrobiącego coś w swoim notatniku i mamroczącego pod nosem. Wzbudził moje zainteresowanie. Podszedłem bliżej, zastanawiając się, co właściwie robi. Właśnie wtedy zrozumiałem, że maluch mruczy do siebie informację ze starożytnej greckiej inskrypcji z tabliczki. Jednocześnie rysował pasujące doń hieroglify.
— Twierdzisz, że dziesięciolatek płynnie posługiwał się starożytną greką — podsumował z niedowierzaniem. — Nie przypuszczałem, że masz mnie za tak dużego naiwniaka.
— Nie oszukuję cię, Severusie. Wszystko wskazuje na to, że Lupin ma wrodzony talent do nauki języków obcych. — Dumbledore był poważny. — Dowiedziałem się również, że w dzieciństwie zmogła go poważna choroba. Był przykuty do łóżka przez kilka miesięcy, a jedynym, co odwracało jego uwagę, była nauka. Mając dziesięć lat, biegle władał francuskim, hiszpańskim, łaciną i starożytną greką. Jeżeli wierzyć słowom Minerwy, w późniejszym czasie doszły do tego inne języki, a mianowicie starożytny i współczesny egipski, arabski i nubijski.
— Czyli mam rozumieć, że bardziej ufasz jego tłumaczeniu, aniżeli mojemu? — Snape musiał poznać prawdę.
— To nie tak, drogi chłopcze. — Albus odchylił się na zajmowanym krześle i spojrzał na swego pracownika pełnym pobłażliwości, ojcowskim wzrokiem, co sprawiło, że zacisnął ze złości zęby. — Technicznie rzecz biorąc, twoje tłumaczenie jest poprawne. Niemniej jednak czasami inskrypcje mogą mieć dwojakie znaczenie. To, co niejednokrotnie widzimy na własne oczy, nie oznacza dokładnie tego, co myślimy. Przekład, który popełnił Lupin, również ma swoje zalety. — Uśmiechnął się dobrodusznie. — Wszystko jest zależne od przyjętej perspektywy.
Severus nadal marszczył brwi, ale dobrze znał szefa i wiedział, że rzadko zdarza mu się udzielić jasnej odpowiedzi.
— Nie ma dwóch sposobów patrzenia na tłumaczenie. Wie to każdy, kto ma przynajmniej ćwierć mózgu — odparł, prychnąwszy wyniośle. — Ja zaś znam Sakkarę lepiej, niż ktokolwiek inny — dodał, po czym odwrócił się na pięcie i pomaszerował w kierunku drzwi. Uniósł się słusznym gniewem.
— Niby tak, ale nigdy nie wiesz, kiedy zostaniesz zaskoczony. — Usłyszał, zanim wyszedł z gabinetu.
Severus nie przepadał za konferencjami, ale grzecznie zaprezentował swą pracę przed publicznością i odpowiedział na wszystkie zadane pytania. Zazwyczaj zbierał sporo oklasków i pełnych podziwu komentarzy, które miło łechtały mu ego, ale w gruncie rzeczy był odludkiem i nie przepadał za towarzystwem. Ludzie — zwłaszcza koledzy po fachu — są przytłaczający i nudni, a Snape był przecież archeologiem terenowym. Najwięcej szczęścia dawało mu grzebanie w wykopaliskach, dokonywanie odkryć, które zmieniły postrzeganie świata i odnajdywanie ukrytych przez wieki skarbów. Niestety uczestniczenie w konferencjach naukowych było częścią jego pracy, oczywiście tą mniej przyjemną, dlatego też zagryzł zęby i zgodnie z poleceniem przełożonego wziął udział w spotkaniu Światowego Towarzystwa Archeologicznego. Tak się też złożyło, że niedawno odkrył kilka urn kanopskich w jednym z królewskich grobowców w Sakkarze, więc miał co zaprezentować publicznie. Szkopuł w tym, że wykopaliska są szalenie kosztowne i wymagają zaangażowania bogatych mecenasów. Wobec powyższego konferencje są złem koniecznym badacza, który chce kontynuować pracę w terenie.
Niestety wygłoszenie referatu wiązało się również z uczestnictwem w przyjęciu koktajlowym, na którym filantropi mogli powymieniać zdawkowe uprzejmości i pooglądać sobie archeologów, zupełnie jakby byli wystawionym na targu bydłem. W pewnym stopniu godziło to w dumę Severusa, zwłaszcza że dusił się w garniturze i krawacie, a wysoka i szczupła sylwetka, jaką obdarzyła go matka natura, sprawiała, że wyróżniał się na tle innych. Mimo to wysoko unosił głowę, odmawiając chowania się w kącie. Jeżeli ludzie chcieli zobaczyć Severusa Snape’a, to sobie go zobaczyli. Oczywiście postarał się, żeby jego pogardliwe, chłodne spojrzenie onieśmielało wszystkich, którzy mieli nadzieję na choćby króciutką rozmowę.
Nie przepadał za alkoholem, bo przytępiał umysł i zmysły. Tutaj go unikał głównie przez wzgląd na potencjalnych źle mu życzących ludzi. Archeolodzy raczej nie byli agresywną grupą, jednakże w młodym wieku nauczył się zasady ograniczonego zaufania — nieprzychylne słowa mogły zniszczyć mu reputację, na którą tak ciężko pracował. Dla zachowania pozorów stał więc troszkę z daleka od grupy, niemiłosiernie znudzony, trzymając w dłoni kieliszek białego wina, z którego nie upił nawet łyka. Zazwyczaj nie zwracał najmniejszej uwagi na swoich rówieśników, ale kiedy w swojej okolicy usłyszał prawdziwie rozradowany głos, mimowolnie odwrócił głowę ku jego właścicielowi. Porażony odkryciem odniósł wrażenie, że ktoś zasadził mu kopa prosto w brzuch.
Idący ku niemu mężczyzna również miał na sobie garnitur, ale wyglądał, jakby wyciągnął go z szafy na sekundę przed przyjechaniem na konferencję i nie zadał sobie trudu wyprasowania delikatnego materiału. W jakiś dziwaczny sposób ten wymięty wygląd doń pasował. Miał trochę przydługie, jasnobrązowe włosy, więc najprawdopodobniej darował sobie comiesięczne strzyżenie. Mimo to wyglądały na zadbane, miękkie i lśniące niczym jedwab. Niebieskie oczy, w których skrywała się inteligencja, jak i poczucie humoru, zdobiły mu proste okulary w srebrnych oprawkach. Sprawiał wrażenie młodego człowieka, więc najprawdopodobniej był studentem studiów magisterskich przybyłym na konferencję ze swoim profesorem, albo nawet promotorem. Nieznajomy mógł równie dobrze otworzyć usta i wyrecytować mu z pamięci cały alfabet, a Severus i tak nie oderwałby od niego wzroku. Już dawno nie czuł tak wielkiego przyciągania i rozchodzącego się po ciele ciepła. Facet zaparł mu dech w piersiach. To pierwszy raz, gdy przydarzyło mu się coś podobnego, jednakże szybko zwalczył palącą potrzebę złapania mężczyzny za ramiona, popchnięcia go na ścianę i bezsensownego przytulenia. Wiedział, że się gapi, ale nie mógł się powstrzymać. W tym momencie miał jedynie nadzieję, że jego twarz nie odzwierciedla kłębiących się w środku emocji.
— Wspaniale cię znów zobaczyć, Bill! — Uśmiechnął się nieznajomy do stojącego obok Severusa człowieka. Obaj uścisnęli sobie serdecznie dłonie. — Co u ciebie?
— Jestem ostatnio bardzo zajęty. Szczęśliwie, przynajmniej raz nie pracą. — Mężczyzna wypiął dumnie pierś. — Moja córka właśnie skończyła trzy miesiące.
— Gratulacje! — Jasnowłosy student był zaskoczony wiadomością, aczkolwiek jego radość wydawała się szczera. — Wygląda na to, że miałeś ręce pełne roboty.
— Owszem, ale i tak znalazłem chwilę czasu na napisanie artykułu na temat folkloru egipskiej klątwy i jej powiązań z archeologicznymi przesądami, które w międzyczasie narosły wokół co ważniejszych miejsc.
— Wspaniale. — Nieznajomy wciąż sprawiał wrażenie szczerze zainteresowanego. — Sprawdzę harmonogram konferencji i chętnie posłucham, co nam zaprezentujesz. — Mimochodem spojrzał na stojącego obok Severusa, który odniósł wrażenie, że zobaczył błysk rozpoznania i uznania w niebieskich oczach. — Możesz przedstawić mnie swojemu przyjacielowi?
Bill zerknął na sąsiada i potrząsnął głową.
— Jesteśmy bardziej… eee, znajomymi, aniżeli przyjaciółmi, ale jasne. Jeżeli nie ma pan nic przeciwko, doktorze Snape, proszę poznać doktora Remusa Lupina. Remusie, to doktor Severus Snape.
Los bywa naprawdę okrutny, a obecnie szyderczo się śmiał.
Nie było innego wytłumaczenia, dlaczego pierwszy mężczyzna, który sprawił, że serce Severusa zabiło szybciej, okazał się jego największym wrogiem na poziomie zawodowym — człowiekiem, który przekroczył niepisaną granicę i zapuścił się na pilnie strzeżone terytorium, aby potem opowiadać o nim bajki. Słynna piramida schodkowa Dżesera w Sakkarze i otaczające ją struktury zostały dokładnie wyeksplorowane, zbadane od podszewki i pielęgnowane przez członków rodziny Snape’ów od trzech pokoleń. Horacy Prince, jego dziadek, ściśle współpracował z Cecilem Firthem, pierwszym egiptologiem, który zajmował się wykopaliskami, a Tobiasz Snape, jego ojciec, szkolił się u samego mistrza. I pomyśleć, że Severus dożył czasów, kiedy nowicjusz ośmiela się rzucić mu wyzwanie w sprawie, która była dziełem jego życia. Żeby wszystko bardziej się skomplikowało, to oczywiste, że Remus Lupin musiał się okazać najatrakcyjniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widział.
— Lupin — powiedział chłodniejszym tonem, aniżeli pustynna noc i dumnie uniósł głowę. — Czytałem twój artykuł w Przeglądzie Archeologicznym. — Nie musiał mówić nic więcej, bo ton, którym się posłużył, wszystko oddawał.
Każdy, kto posiadał instynkt samozachowawczy, albo przynajmniej odrobinę zdrowego rozsądku, wyczułby, że to sygnał do natychmiastowej ucieczki. Jak się okazało albo natura poskąpiła blondynowi mózgu, albo miał duże problemy z odczytywaniem jasnych sygnałów społecznych. Zamiast czym prędzej czmychnąć, Lupin wyciągnął doń rękę i rzucił mu przyjazny uśmiech.
— Naprawdę miło mi poznać, doktorze Snape — stwierdził wesoło. — Wiele czytałem o pańskiej rodzinie. Czuję się, jakbym spotkał celebrytę z prawdziwego zdarzenia.
Severus spojrzał na zaoferowaną dłoń z największą ostrożnością, tak jak patrzył na jadowitego skorpiona, ignorując przy tym pragnienie przyciągnięcia mężczyzny bliżej. Naturalnie, nie odwzajemnił uśmiechu. Zamiast tego, podniósł do ust nietknięty kieliszek z winem i upił łyka, żeby mieć zajęcie i nie musieć go dotykać.
— Znam Sakkarę lepiej niż ktokolwiek inny. — Uniósł wyzywająco brew. — Wrócę tam, gdy konferencja dobiegnie końca.
— Och, naprawdę? — Zero instynktu samozachowawczego. Zamiast uciekać z podkulonym ogonem, Lupin podszedł bliżej z widocznym zainteresowaniem, co Bill uznał za doskonały moment na ucieczkę. — Byłbym szczęśliwy, gdybyśmy mogli porównać notatki. Co powiesz na drinka po wszystkich wystąpieniach? Chętnie poprowadzę z tobą dłuższą konwersację.
Ewidentnie kpił sobie z niego. Nie było innego wytłumaczenia dla faktu, że nie dał się zastraszyć paskudnym spojrzeniem, jakim został uraczony na początku rozmowy i obelgami, które w normalnych okolicznościach sprawiłyby, że połowa pracowników muzeum uciekłaby z krzykiem.
Severus zmrużył oczy i z radością pogrzebał to dziwaczne przyciąganie, które czuł w stosunku do Lupina pod falą wciąż narastającego gniewu. Oczywiście, nawet zanurzony w słusznej furii, był świadom otoczenia i tylko rozmawiający wokół ludzie powstrzymali go od zasadzenia facetowi fangi w nos.
— Nie mamy o czym dyskutować, doktorze — powiedział beznamiętnie. — Twoje spekulacje są bezpodstawne i oparte na błędnych materiałach źródłowych. Nie mam czasu konwersować z kimś o fantazjach, zwłaszcza że czeka mnie prawdziwa praca do wykonania.
Lupin nie wydawał się wzruszony chłodną postawą i uszczypliwymi słowami. Snape nie zdołał zredukować go do użalającej się nad swym losem kupki nieszczęścia. Mężczyzna zrobił coś zupełnie odwrotnego, a mianowicie przechylił głowę w bok i spojrzał nań bardzo intensywnie.
— Tak się ciekawie składa, że lubię dyskutować na temat fantazji. — Uśmiechnął się kącikami ust, przez co można było odnieść wrażenie, że podoba mu się ton i przebieg tej pokręconej rozmowy. Wyglądał, jakby naprawdę czerpał z niej przyjemność. — Nie znamy się jednak wystarczająco dobrze, żeby swobodnie wejść na równie grząski grunt. W świetle powyższych faktów muszę się więc zadowolić bardziej przyziemnymi tematami. Chętnie wysłucham twoich zastrzeżeń w stosunku do mojej pracy. Jak sam powiedziałeś, znasz to miejsce, niż ktokolwiek inny. Będę wdzięczny za wszelkie sugestie i poprawki.
Severus był zakłopotany tym uporem i zdziwiony obrotem sytuacji. Gdy zdemaskowano skandal, w który uwikłał się jego ojciec, stracił upodobanie do przyjmowania nieprzychylnych komentarzy. Naprawdę nie mógł się oprzeć wrażeniu, że Lupin robi sobie z niego żarty. Jakby nie patrzeć, na początku rozmowy stwierdził, że wiele czytał o rodzinie Snape’ów, a to zaś oznaczało, że patrzył na sprawę przez pryzmat zbrodni Tobiasza, a więc uważał pracę Severusa za bezwartościową. Praktycznie od razu odrzucił też nieprawdopodobną możliwość, jakoby Lupin próbował z nim flirtować. To niesamowite, jak kosmate myśli może podsunąć nagle długo uśpione libido.
Zatrzymał przechodzącego obok kelnera, gwałtownie kładąc mu dłoń na ramieniu, przez co zaskoczony mężczyzna prawie się przewrócił. Odstawił pusty kieliszek na tacę, nawet na sekundę nie spuszczając wzroku ze swojego rozmówcy, po czym z niesmakiem skrzyżował ręce.
— Jeżeli uważnie przestudiowałeś moje badania, to dobrze wiesz, że twoje tłumaczenie jest niepoprawne. To powinno być oczywiste dla każdego, kto ma mózg większy niż skarabeusz. Jesteś niesamowicie arogancki, jeśli rzeczywiście wierzysz, że odnalazłeś coś, czego poszukiwało wielu innych uzdolnionych archeologów. Nie zamierzam z tobą rozmawiać, Lupin, ani teraz, ani w przyszłości. W moich oczach jesteś jedynie marnym pozerem. Wyraziłem się jasno, czy powinienem wszystko powtórzyć? Jeżeli wolisz, mogę również wytłumaczyć ci to w znacznie mniej skomplikowanych słowach.
— W pełni rozumiem, do czego zmierzasz. — Lupin uśmiechnął się drapieżnie, a w niebieskich oczach pojawił się błysk. Ewidentnie przyjął rzucone wyzwanie. Jego chorobliwego zainteresowania nie zdołały ukryć nawet srebrne okulary. — W porządku, też postawię na szczerość. Czytałem wszystkie prace, które opublikowałeś, wiele, wiele razy. Głęboko podziwiam twoje spostrzeżenia, a także dotychczasowe odkrycia. Jeśli chodzi o pracę terenową, bez żadnego ale przyznam ci wyższość. Znajomość języków obcych jest jednak moją domeną. — Wzruszył ramionami i rozłożył ręce. — To żadna arogancja, a proste stwierdzenie faktów. Biorąc pod uwagę nasze wspólne zainteresowanie Sakkarą i lokalizacją grobowca Imhotepa, nie widzę powodu, dla którego nie moglibyśmy połączyć naszych talentów. Jestem przekonany, że tego typu współpraca byłaby bardzo owocna. Wywrócilibyśmy świat archeologii do góry nogami.
Sposób, w jaki Lupin na niego patrzył, stanowił niemałe zagrożenie. Severus stał, cierpiąc w milczeniu, podczas gdy po kręgosłupie przechodziły mu przyjemne dreszcze. W ciągu ostatnich dwudziestu lat zepchnął swe życie miłosne na dalszy plan, w pełni poświęcając się pracy badawczej i wykopaliskom. Zupełnie się nie przejmował tym, czy ktoś wiedział, że jest homoseksualistą, albo nawet podejrzewał podobną możliwość. Wychodził po prostu z przekonania, że większość ludzi unikałaby tematu preferencji seksualnych przez wzgląd na jego jakże uroczą osobowość. Był świadomy swoich wad i wiedział, że nie jest atrakcyjny. Prawdę powiedziawszy, miał to gdzieś, bo nigdy nie przejmował się wyglądem zewnętrznym. Lupin był sprytnym człowiekiem. W jakiś sposób dowiedział się, że Severus jest gejem i uknuł zmyślny plan wykorzystania zdobytej wiedzy do własnych celów. Ewidentnie chciał się wkupić w łaski i położyć łapę na wykopaliskach w Sakkarze. Jaki mógł być inny powód, dla którego patrzył nań niczym na łakomy kąsek?
— Widzę, że chcesz wykorzystać koneksje, którymi dysponuję, wpływy w Najwyższej Radzie Starożytności, a także moją licencję naukową, aby prowadzić własne badania bez konieczności przechodzenia długiego i żmudnego procesu uzyskiwania własnej. — Zirytowany, gwałtownie się zaczerwienił. — Doskonale wiem, co cię w rzeczywistości interesuje, Lupin — kontynuował z chłodem w głosie, który zmroziłby niejednego odważnego. — Nie jestem jednak głupcem, za którego mnie najwidoczniej uważasz. Nie pozwolę się w ten sposób wykorzystać, a już z pewnością nie przez ciebie.
Oburzony do granic możliwości, obrócił się na pięcie i zaczął się oddalać. Głowę uniósł wysoko i zadbał o to, żeby się przypadkiem nie zgarbić.
— Tak się składa, że dysponuję własnymi koneksjami i wpływami. — Usłyszał na odchodne. — Owszem, jestem zainteresowany, ale czymś zupełnie innym.
Severus nie zareagował na zaczepkę. Był świadomy faktu, że ludzie się na niego gapią i najprawdopodobniej próbują rozszyfrować, co właściwie się przed momentem wydarzyło, ale miał to głęboko w tyłku.
Lupin zadarł z niewłaściwą osobą.
Wywalczył swą pozycję na piedestale i nie da się z niego zrzucić przez pierwszego lepszego niepoprawnego marzyciela. Postawi na swoim, nawet jeżeli oznaczałoby to podbicie tych pięknych niebieskich oczu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz