45. OBLICZE PRAWDY

Grindelwald niemal z czułością gładził leżącą mu na kolanach srebrzystą pelerynę. Jedwabisty materiał praktycznie przelewał mu się przez palce, co wywoływało zawadiacki uśmiech na twarzy. W zamyśleniu sięgnął po szklankę whisky, która stała przed nim na biurku. Spokój i rozkoszowanie się małym zwycięstwem przerwało mu gwałtowne pukanie do drzwi. Z niechęcią oderwał wzrok od peleryny niewidki i podniósł głowę.

— Wejść.

Zgodnie z poleceniem do środka wszedł mężczyzna. Miał ciemnorude, krótko przycięte włosy i okulary, które nijak pasowały mu do kształtu twarzy. Ciemną koszulę wciągnął w zielone spodnie, ozdobione pasem z kaburą na różdżkę i odpowiednio zabezpieczonym nożem. Gdy przystanął w miejscu, energicznie zasalutował.

— Spocznij — powiedział Gellert, aczkolwiek w niebieskich oczach dało się dojrzeć pewnego rodzaju rozbawienie. — Co masz dla mnie, Rousseau? — zapytał, ponownie skupiwszy się na pelerynie.

— Zlikwidowaliśmy Belliera — odparł podwładny.

Grindelwald przeczesał dłonią złote włosy i uśmiechnął się do swojego zastępcy.

— Wiedziałem, że mnie nie zawiedziecie. Napotkaliście jakieś problemy?

— Żadnych, dowódco. Wszystko poszło zgodnie z planem — odpowiedział natychmiast Rousseau. — Nikt nas nie powiąże z tą śmiercią.

— Wyeliminowanie szefa Biura Aurorów znacznie ułatwi nam sprawę — stwierdził z zadowoleniem.

— Najprawdopodobniej. — Czarodziej skinął głową. — Niemniej jednak wkrótce mianują nowego zwierzchnika. — Mocno się skrzywił.

Gellert nie wydawał się zaniepokojony.

— Nie mamy żadnych powodów do zmartwień. Jestem przekonany, że wystarczy, abyśmy trochę nadużyli naszych wpływów, dzięki czemu ci biurokraci będą tańczyć, jak im zagramy.

— Czyżbyś miał kogoś konkretnego na myśli, generale?

— Owszem. — Uśmiechnął się z opanowaniem. — Jak nasz człowiek zdobędzie wystarczającą liczbę głosów, a jestem pewien, że tak właśnie będzie, to poważnie zaszkodzimy skuteczności aurorów.

— To z pewnością ułatwiłoby nam pracę — podsumował rudowłosy, będąc pod wrażeniem.

— Oczywiście. — Grindelwald mu przytaknął. — Wciąż jednak powinniśmy unikać popadania w samozachwyt. Niedocenianie ministerialnych sił zbrojnych może się okazać zgubne i przysporzyć nam masę problemów. To, że głowie ich departamentu przydarzył się nieszczęśliwy wypadek, nie znaczy, że nagle wszyscy wstrzymają się w działaniach i uciekną w popłochu. — Spojrzał w zamyśleniu na podwładnego. — Widziałeś ich w walce. Wiesz, do czego są zdolni.

— Owszem, dowódco. Walczymy po dwóch różnych stronach, ale muszę przyznać, że to honorowi ludzie, bardzo lojalni i oddani swoim obowiązkom.

— Właśnie dlatego nie mamy najmniejszych szans, żeby zyskać ich całkowite poparcie, a przynajmniej jeszcze nie teraz. — Uśmiechnął się łagodnie Gellert. — Jestem przekonany, że w końcu zrozumieją, na czym właściwie stoją. Na razie nie możemy spuszczać ich z oczu i lekceważyć dalszego zagrożenia.

Rousseau skinął głową, a potem skupił się na srebrzystym płaszczu, który wciąż leżał na kolanach dowódcy. Ten, naturalnie, zauważył to zainteresowanie.

— To całkiem potężna peleryna niewidka — powiedział z chytrym uśmieszkiem i aby udowodnić swe słowa, założył płaszcz na prawe ramię, które natychmiast zniknęło. — Niewiele zaklęć jest w stanie osłabić nałożone nań zabezpieczenia — kontynuował. — Całkowite ich przełamanie jest po prostu niemożliwe. Materiał nie podda się nawet sile i presji czasu.

Rudowłosy zamrugał, będąc pod wrażeniem.

— To rzeczywiście cenny przedmiot — stwierdził. — Jakich uroków użyto do stworzenia peleryny?

— Sam chciałbym zgłębić nałożoną nań magię. — Gellert się roześmiał. — Niestety, do pewnej wiedzy dostęp jest ograniczony.

— Jak zdobyłeś to cudo, dowódco?

— Tylko dzięki uprzejmości Hengera — odparł beztrosko.

Rousseau uniósł brwi i poprawił okulary.

— Coś niespotykanego — podsumował. — Nigdy nie przynosił nietkniętych rzeczy.

— Owszem, reputacja go wyprzedza. — Grindelwald przesunął dłońmi po srebrzystym, miękkim materiale. — Zasadniczy problem w tym, że nie znalazł tego, po co został wysłany.

— Zawiódł? — Czarodziej zmarszczył brwi, szczerze zaskoczony. — Byłem przekonany, że oddelegowałeś go do misji związanej ze szkołą. Nie powinien był napotkać żadnych przeszkód.

— Właśnie, a mimo to zmierzył się z niespodziewanym oporem — odpowiedział, najwyraźniej nie przejmując się porażką swojego podwładnego. — Szczerze mówiąc, to całkiem ekscytujące. — Uśmiechnął się przekornie. — Jestem prawdziwie zaciekawiony rozwojem sytuacji.

— Założę się, że przygotowałeś już plan awaryjny.

— Owszem, wprowadziłem do gry dziką kartę — przyznał bez skrępowania. — Teraz gdy moja ciekawość została rozbudzona, naprawdę chciałbym dotrzeć do sedna sprawy.

— Co z twoimi zastrzeżeniami odnośnie zaangażowania Albusa Dumbledore’a? — zapytał z największą ostrożnością Rousseau. — Jest wszak nauczycielem w Hogwarcie.

Grindelwald spojrzał na zastępcę w zamyśleniu.

— Wciąż nie uśmiecha mi się to spotkanie, ale podejrzewam, że współdzielimy to odczucie. — Ścisnął materiał peleryny niewidki. — Albus nie może mnie winić. Jakby nie patrzeć, staram się dokończyć to, co sam zaczął wiele lat temu.


Wychodząc z pokoju wspólnego, Hermiona stłumiła ziewnięcie. Portret Grubej Damy nie zdążył się na jeszcze zamknąć, kiedy zatrzymała się wpół kroku. Na korytarzu stał Tom. Obracał beztrosko różdżkę pomiędzy palcami, opierając się nonszalancko plecami o ścianę. Wyglądało na to, że na nią czekał. Kiedy zauważył, że się pojawiła, uśmiechnął się czarująco.

Mimo wczorajszych wydarzeń wciąż była trochę spięta. Wiedziała, że nie popełniła żadnego błędu, dając mu drugą szansę, aczkolwiek to nijak powstrzymywało ją od odczuwania nerwowości i pewnej dozy niepokoju, gdy kręcił się w pobliżu. Odsunąwszy na bok obawy, zmusiła się do uśmiechu i podejścia bliżej.

— Dzień dobry, Hermiono — powiedział.

Zmarszczyła brwi.

— Czemu czatujesz na korytarzu? — spytała ostrożnie. — W normalnych okolicznościach wylegiwałbyś się na kanapach w pokoju wspólnym. Co się stało z twoim hasłowym źródłem?

— Chciałem być tylko uprzejmy. — Uśmiechnął się złośliwie. — Czy to nagle stało się przestępstwem?

— Nie, ale to wyjątkowo podejrzane — odpowiedziała powoli.

Westchnął z przesadnym dramatyzmem.

— Zawsze myślisz o mnie jak najgorzej.

— Cóż, w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach zazwyczaj mam rację. — Uśmiechnęła się słodko i całkowicie fałszywie. — Mylę się naprawdę rzadko — dodała z kpiną, co sprawiło, że chłopak zmarkotniał.

— Przepraszam — powiedział z wahaniem.

Wytrącona z równowagi jego nagłym przygnębieniem, Hermiona wzięła go za rękę. Nie skomentowała tego, że uniósł ze zdziwienia brwi, tylko pociągnęła go korytarzem.

— Jeżeli się nie pospieszymy, spóźnimy się na śniadanie — rzuciła przez ramię.

Wzmocniwszy uścisk, posłusznie za nią podążył. Drogę do Wielkiej Sali pokonali w milczeniu. Szczerze mówiąc, Hermiona wciąż czuła się niepewnie, ale odnosiła wrażenie, że Tom naprawdę cieszy się z jej towarzystwa.

Szybko dotarli na śniadanie. Przez zamknięte wrota dało się słyszeć charakterystyczny stukot sztućców i przytłumione odgłosy głośno rozmawiających uczniów, co sprawiło, że w momencie się zdenerwowała. Oczywiście, to, że ponownie związała się z Riddle’em było tajemnicą poliszynela, najprawdopodobniej dzięki uprzejmości jej współlokatorek z dormitorium, ale nie spodziewała się, że znów znajdzie się w świetle reflektorów i centrum zainteresowania. Za drzwiami do Wielkiej Sali zgromadziła się praktycznie cała szkoła. Zdecydowanie wolała tam nie wchodzić, ale w gruncie rzeczy nie miała większego wyboru. Zanim ślizgon otworzył drzwi, puścił jej dłoń, na co prawie przewróciła oczami.

Lata czterdzieste i przestarzałe poglądy, pomyślała z irytacją. Gdyby Legifer przydybała ich na publicznym okazywaniu uczuć, najprawdopodobniej wlepiłaby jej następny przydługi szlaban.

Wzięła głęboki, uspokajający oddech i weszła za Tomem do Wielkiej Sali. Zgodnie z przewidywaniami, wszyscy nań spojrzeli, a wielu uczniów zaczęło między sobą szeptać. Większość żeńskiej populacji wbiło weń nienawistny wzrok, z czego wyjątkiem były koleżanki z dormitorium. Gdy podeszła do przyjaciół, Longbottom się skrzywił. Hermiona pragnęła, tylko aby ziemia się pod nią otworzyła, aby mogła wpaść do dziury i nigdy więcej zeń nie wychodzić. Riddle był jej całkowitym przeciwieństwem. Sprawiał wrażenie niewzruszonego i odpornego na toczone wokół rozmowy.

— Spotkamy się na eliksirach — powiedział ino z pustym, niemal znudzonym wyrazem twarzy.

Skinęła głową, szalenie wdzięczna, że wreszcie mogła usiąść na krześle tuż obok Weasleya. Amarys i Mark siedzieli naprzeciwko.

— Dzień dobry.

Chłopcy się uśmiechnęli, ale Longbottom wydawał się zawiedziony. Niestety, rozumiała podstawy tej niechęci, ale to nijak zmieniło jej decyzję o odnowieniu związku z Tomem. Zmarkotniała, ale i tak sięgnęła po tosta.

— Idziesz na następne spotkanie Klubu Ślimaka? — Lupin spróbował swych sił.

Spojrzała na niego z wdzięcznością.

— Kiedy jest?

— W następny piątek — odpowiedział Richard, smarując sobie bułkę masłem.

— To ostatnie spotkanie w tym roku szkolnym — dodał Amarys.

Hermiona się zapatrzyła. Merlinie, czy naprawdę była tutaj tak długo? Był czerwiec, a więc przesiedziała w przeszłości praktycznie rok.

Chrząknęła.

— Najprawdopodobniej pójdę. Myślę, że Tom chciałby iść, więc… — urwała i zacisnęła usta, porażona następnym gniewnym spojrzeniem Longbottoma. Po tej wtopie nawet Lupin zrezygnował z prób nawiązania cywilizowanej rozmowy.

Gdy śniadanie chyliło się ku końcowi, do Wielkiej Sali wleciały sowy. Jedna z nich upuściła kopertę przed Markiem i skubnęła trochę bekonu, zanim odleciała. Chłopak bez większego pośpiechu odpieczętował list i zagłębił się w lekturze. W pewnym momencie szeroko się uśmiechnął.

— Od kogo? — spytał z zainteresowaniem Richard.

— Od taty. Mówi, że z mamą wszystko w porządku, tylko znacznie urosła.

Hermiona w niezrozumieniu zmarszczyła brwi, ale potem przypomniała sobie, że przecież pani Longbottom jest w ciąży.

— Na kiedy wyznaczono termin porodu? — zapytała z wahaniem.

— Rozwiązanie będzie niedługo — odpowiedział kurtuazyjnie, uprzednio rzuciwszy jej kolejne mroczne spojrzenie.

Skinęła nieśmiało głową i pogrążyła się w milczeniu. Lupin przez chwilę patrzył nań zmartwionym wzrokiem, a potem skoncentrował się na przyjacielu.

— Czy twoi rodzice zdecydowali się już na jakieś imię?

Gdy Mark odwrócił się od Hermiony, znów się rozchmurzył.

— Nie, jeszcze. Zasugerowałem im Franka. To całkiem fajne imię, prawda?

— Jasne, druhu. — Uśmiechnął się Richard, a Amarys mu przytaknął.

— Mama twierdzi inaczej. — Mark potrząsnął w niedowierzaniu głową. — Widzę w tej sytuacji jeden wielki minus. Kiedy Frankie pójdzie do Hogwartu, dawno skończę szkołę. Stracę niepowtarzalną okazję, żeby pokazać mu wszystkie tajemne przejścia!

Weasley wzruszył ramionami.

— Zawsze możesz narysować mu mapę.


Skończywszy śniadanie, pomaszerowała do sali eliksirów. Nie chciała dłużej znosić oskarżycielskich spojrzeń Longbottoma, dlatego też wybrała się na samotny spacer. Oczywiście, inni uczniowie genialnie go wyręczali, ponieważ była piorunowana wzrokiem nawet przez grupę młodszych krukonek.

Kiedy dotarła do klasy, była całkiem zadowolona. Usiadła na miejscu obok Toma, który sprawiał wrażenie usatysfakcjonowanego.

— Rozumiem, że teraz możesz ze mną siedzieć — zagaił, po czym uśmiechnął się szyderczo. — Jesteś pewna, że nie wolałabyś towarzystwa tych głupków z Gryffindoru? — zapytał i wskazał ręką na Weasleya i Longbottoma.

— Rozważę tę propozycję, jeżeli nadal będziesz się tak zachowywał — odpowiedziała chłodniej, aczkolwiek nie spojrzała przez ramię.

Nadchodzącą sprzeczkę przerwało wejście do sali Slughorna, który aż zatrzymał się w miejscu, zobaczywszy, że Hermiona wróciła na miejsce obok Toma. Wyglądał na szalenie zadowolonego, a nawet wyszczerzył się niczym wariat. Gdy mrugnął doń sugestywnie, miała ochotę palnąć się w czoło, zwłaszcza że Tom bardziej się wyprostował, a siedzące w klasie dziewczęta aż sapnęły z oburzenia. Tyle dobrego, że nauczyciel miał na tyle przyzwoitości, że nie skomentował tej niespodziewanej zmiany. Zamiast tego, zgrabnie przeszedł do tematu dzisiejszych zajęć.

— Dzień dobry, droga młodzieży. Cóż za wspaniały poranek — powiedział, a następnie mrugnął do dziewczyny, która z trudem stłumiła cisnący się na usta jęk. — Zajmiemy się eliksirami leczniczymi. — Machnął różdżką i na tablicy pojawiło się kilka skomplikowanych nazw. — Wybierzcie jedną z powyższych mikstur i spróbujcie ją uwarzyć. Macie czas do zakończenia zajęć. — Uśmiechnął się szeroko. — Możecie pracować w parach.

W klasie rozległ się cichy szmer i stukot, charakterystyczny dla przemieszczających się uczniów. Hermiona omiotła wzrokiem tablicę, po czym odwróciła się do Toma.

— Który chciałbyś uwarzyć?

— Eliksir na kaszel, leczniczy i wywar ze szczuroszczeta — przeczytał instrukcje i się zastanowił. — Może po prostu ten na kaszel?

Skinęła głową i z roztargnieniem skupiła się na następnym kroku.

— Tak właśnie myślałam. — Wstała z miejsca. — Zaraz przyniosę wszystkie składniki. W międzyczasie podgrzej kociołek — dodała rozkazującym tonem.

Tom uśmiechnął się kącikami ust, zaś Malfoy, który siedział tuż obok i ze spokojem przysłuchiwał się rozmowie, zdołał utrzymać neutralny wyraz twarzy, ale zdradził się lekkim uniesieniem brwi.

Gdy wróciła do stanowiska, podała chłopakowi liście naparstnicy i zabrała się za rozgniatanie oczu węgorza na papkę. Szczerze mówiąc, eliksir, nad którym zdecydowali się dziś pracować, nie należał do najtrudniejszych, zwłaszcza w porównaniu z Ortusem, co sprawiło, że trochę odpłynęła. Tom pracował tuż obok i czuła się tym zaniepokojona. Kątem oka obserwowała, jak dodaje do parującego wywaru pocięte liście naparstnicy. Chociaż wolała nie rozmyślać o tym za wiele, nie była w stu procentach pewna swojej decyzji o odnowieniu relacji. Oczywiście, nie żałowała, ale miała wrażenie, że zrobiła krok wstecz, zamiast przeć do przodu. W gruncie rzeczy zachowywała się strasznie samolubnie, ponieważ dla własnej przyjemności i wygody bawiła się czasem, jednocześnie wystawiając Voldemorta na próbę.

Gubiła się w kłamstwach i murach tajemnic, które wokół siebie zniosła. Z jednej strony pragnęła chronić linię czasu i nabrać dystansu, a z drugiej chciała bliskości i uczucia od czarnoksiężnika, który w przyszłości wiele namiesza. Co by było, gdyby dowiedział się o swoim przeznaczeniu i roli, jaką w nim odegra? W jaki sposób by zareagował, wiedząc, że w pewnym momencie staną po dwóch stronach barykady? Czy znów by się rozstali? Czy ponownie musiałaby znosić obrazy i przekleństwa? Gdyby pomyśleć o najgorszym scenariuszu, to równie dobrze mógłby wykorzystać tę wiedzę dla własnych, jakże nikczemnych celów.

Zadrżała, pomyślawszy o podobnej możliwości. Wiedziała, że to słuszna obawa. Co zrobiłby Tom, gdyby powiedziała mu, że w przyszłości pozbawiła go życia? Że walczyła u boku chłopca z przepowiedni i niestrudzenie pracowała nad zniszczeniem czegoś, czemu poświęcił całą swą młodość? Jak mogłaby kontynuować ten związek, skoro wszystko oparła na kłamstwach i pomniejszych manipulacjach? Czy nadal pałałby doń sympatią, gdyby wiedział, że w przyszłości szczerze nim gardziła? Może zamknąłby ten rozdział, wymusił na niej wspomnienia i obrócił swą porażkę w niesamowite zwycięstwo? W obecnej sytuacji zdradzała obie strony — Toma, ponieważ była wobec niego cholernie nieuczciwa, oraz przyjaciół z przyszłości, gdyż samolubnie ryzykowała wszystko, co razem osiągnęli. Nagłe wyrzuty sumienia sprawiły, że w momencie poczuła się chora.

Co powinna zrobić? Kontynuować kolekcjonowanie Insygniów Śmierci, wrócić do domu i… spędzić resztę życia, nurzając się w nieszczęściu i samotności, a może… zostać w latach czterdziestych, postawić na szczerość i zdradzić Tomowi kilka szczegółów, a tym samym zaryzykować implozję linii czasu?

Jęknęła pod nosem, zapatrzona w miskę pełną rozgniecionych oczu węgorza. Prawdę powiedziawszy, szalenie się bała, że Riddle pozna prawdę, a następnie wykorzysta nowo zdobytą wiedzę do czynienia zła i rozpoczęcia mrocznych rządów. To zniszczyłoby wszystko, o co walczyła razem z przyjaciółmi. Gdyby została w ten bestialski sposób wykorzystana, skończyłaby załamana i z pewnością by oszalała.

Wzięła głęboki, uspokajający oddech i wróciła wspomnieniami do dnia, kiedy zrozumiał, iż wywodziła się od mugoli. Mimowolnie zadrżała.

— Wszystko w porządku? — zapytał Tom, zauważywszy to wzdrygnięcie.

Zamrugała i odwróciła głowę. W dłoni trzymał tylko drewnianą chochlę do mieszania eliksiru, ale był na niej w pełni skoncentrowany.

— Trochę się zamyśliłam… — mruknęła, na co zareagował delikatnym uniesieniem brwi. Najwyraźniej oczekiwał obszerniejszego wytłumaczenia, ale nie zamierzała go udzielić.

— Możesz mi powiedzieć, jeżeli coś cię trapi — wyszeptał, uprzednio się doń pochyliwszy.

W żadnym wypadku, podsumowała. Wyjawienie prawdy byłoby niebezpieczne na wiele sposobów.

Automatycznie zrobiła krok w bok.

— Wszystko dobrze — warknęła i prawie natychmiast pożałowała ostrego tonu, ponieważ wydawał się nią dotknięty, co szybko zamaskował, przywdziawszy na twarz maskę obojętności.

Godzinę później zmagała się z napuszonymi od oparów włosami i z radością powitała koniec zajęć. Wzięła szklaną fiolkę, ostrożnie przelała doń uwarzony eliksir na kaszel, podpisała etykietę i podeszła do biurka profesora. Co interesujące, ślizgon podążył za nią.

— Och, panna DeCerto i pan Riddle. — Uśmiechnął się Slughorn, z dumą obejrzawszy niebieską miksturę. — Następna perfekcyjna praca — podsumował aż nazbyt radośnie. — Tak się cieszę, że postanowiliście jeszcze raz spróbować szczęścia — kontynuował, po czym mrugnął do swojego ulubieńca. — O ile dobrze zrozumiałem, przeprosiłeś, prawda? — Nie czekając na odpowiedź, roześmiał się głośno i poklepał Toma po plecach, podczas gdy Hermiona rzuciła tęskne spojrzenie wciąż otwartym drzwiom. Slughorn pochylił się trochę i ściszył głos do konspiracyjnego, chociaż dziewczyna wszystko słyszała, bo stała obok. — Mam nadzieję, że wyciągnąłeś z tego małego zamieszania odpowiednią lekcję, drogi chłopcze. Jeżeli jeszcze raz się pokłócicie, weź winę na siebie, niezależnie od tego, jak było w rzeczywistości. Uwierz, że oszczędzi ci to naprawdę wielu problemów i pozwoli szybciej dojść do porozumienia — dodał, odprowadziwszy parę pod same drzwi pracowni eliksirów.

Gdy tylko znaleźli się na korytarzu, pomaszerowali na kolejne zajęcia, a mianowicie obronę przed czarną magią.

Hermiona westchnęła.

— Merlinie, to było żenujące — podsumowała po drodze cierpiętniczym tonem, zaś Tom wstrzymał się z odpowiedzią.


Na obronie profesor McGray skupił się głównie na sposobach radzenia sobie ze sfinksem. Z doświadczenia wiedziała, że to całkiem niebezpieczna istota, o ile jest się kiepskim w rozwiązywaniu zagadek.

— Co sobie teraz zaplanowałaś?

Odwróciwszy się, zauważyła opartego o ścianę korytarza Toma. Nie rozmawiali ze sobą od czasu lekcji eliksirów, przez co musiała ponownie stłumić narastające poczucie winy.

— Właściwie to nic szczególnego — odpowiedziała. — Mogłabym ewentualnie rozważyć napisanie wypracowania dotyczącego diabelskich sideł.

Wzruszył ramionami.

— Czyli masz trochę wolnego czasu.

— Właśnie ci wytłumaczyłam, że mam do odrobienia pracę domową. — Zmarszczyła lekko brwi.

Zupełnie zignorowawszy to, co przed chwilą powiedziała, podszedł doń, złapał za rękę i poprowadził korytarzem w sobie tylko znanym kierunku.

— Zawsze możesz zrobić coś bardziej produktywnego.

— Co takiego? — spytała z irytacją.

— Czy pamiętasz, jak ostatni raz pojedynkowaliśmy się podczas obrony? — Uśmiechnął się czarująco.

— Yhym — mruknęła, czując się nieswojo.

— Nie poszło nam za dobrze, bo miałaś problemy z magią — podsumował. — Możemy ponownie przysiąść do tej lekcji.

Hermiona zatrzymała się wpół kroku, co sprawiło, że i Tom przystanął. Następnie zmarszczyła w zakłopotaniu brwi.

— Chcesz się ze mną pojedynkować?

— W pewnym sensie, chociaż głównym założeniem tej koncepcji jest przetestowanie twojej mocy — odpowiedział, sprawiając wrażenie szczerego. — Odkąd odzyskałaś magię, nie miałaś okazji do wypróbowania jej w boju, prawda?

— Nieszczególnie.

— W takim razie chodźmy — odparł i wyciągnął doń rękę.

Nie czuła się komfortowo perspektywą walki z Tomem, dlatego też się zawahała. Gdy nawet nie drgnęła, z twarzy chłopaka zniknął zachęcający uśmiech. Sekundę później przywdział nieczytelną, zobojętniałą maskę.

— Chciałem tylko sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku. Obiecałem, że cię nie skrzywdzę — powiedział szorstko. — Co? Nadal mi nie ufasz? — zapytał, bo nie zareagowała. W jasnoszarych oczach można było dostrzec rozdrażnienie, ale również rozczarowanie. — Mam rozumieć, że chociaż twierdziłaś coś innego, w rzeczywistości mi nie wybaczyłaś? — syknął chłodnym i zdystansowanym tonem.

Hermiona nie wiedziała, co odpowiedzieć. Czy naprawdę dała mu rozgrzeszenie? Czy kiedykolwiek wybaczy mu wszystko, co uczyni w przyszłości? Czy w pierwszej kolejności sprawiedliwe jest obwinianie nastolatka za zbrodnie dorosłego?

Westchnęła, chcąc zdusić kiełkujące w nim gniew i frustrację.

— Gdzie chcesz się pojedynkować? — Uniosła brwi.

To oczywiste, że był zdenerwowany faktem, iż uniknęła odpowiedzi na kluczowe pytanie. Wbrew jej przewidywaniom, nie rozgrzebywał tematu, tylko odwrócił się na pięcie i ruszył korytarzem. Naturalnie, w milczeniu podreptała za nim. Po drodze zaczęła się zastanawiać, czy ciskanie klątwami było teraz dobrym pomysłem, bowiem zdążył się rozzłościć w ciągu zaledwie kilku minut. Wyczuwała i widziała zawisłą w powietrzu czarną magię. Niedługo później stanęli przed opustoszałą salą, zaś Tom otworzył drzwi.

— Chcesz tutaj miotać zaklęciami? — zapytała z niedowierzaniem.

— Nie. Masz nas aportować w inne miejsce.

Usłyszawszy rozkazującą nutę, była przekonana, iż błędnie ją odebrała. Zamrugała, szczerze zdezorientowana, a potem zmarszczyła lekko brwi.

— Och, w porządku… — mruknęła i spojrzała na swoje buty. Miała wątpliwości, czy naprawdę powinna to robić, ale właśnie wtedy, gdy zaczęła w duchu roztrząsać temat, poczuła dłoń na ramieniu.

— Hermiono? — Tom się wyraźnie uspokoił. — Nie chciałem na ciebie naskoczyć — powiedział ostrożnie. — Chyba po prostu jestem zestresowany.

Zamrugała.

— Czym się stresujesz?

— Cóż, myślałem, że… — Wziął głęboki, uspokajający wdech. — W pewnym momencie odniosłem wrażenie, że zmieniłaś zdanie co do naszego związku.

Uniosła ze zdziwienia brwi, widząc ten rzadki przejaw niepewności.

— Tylko dlatego, że nie chciałam się pojedynkować…?

— Nie — odpowiedział, bawiąc się rąbkiem szaty. — Zachowujesz się inaczej od czasu eliksirów, a teraz zakładasz, że celowo wyrządziłbym ci krzywdę podczas ćwiczeń. Byłem przekonany, że mi wybaczyłaś, ale może się pomyliłem i nigdy nie będziesz w stanie…

Uśmiechnęła się delikatnie, ale niczego nie zauważył, bo wciąż unikał jej wzroku. Owszem, była zdezorientowana poplątanym życiem, ale jedno jest pewne — Tom zyskał rozgrzeszenie, zaś Voldemort nie.

— Zgodziłam się do ciebie wrócić, prawda? Nie zamierzam zmienić tej decyzji z powodu pierwszego lepszego kaprysu — stwierdziła, uprzednio położywszy mu dłoń na ramieniu. — Znów jesteśmy razem. Jak widać, potrzebuję tylko trochę czasu.

— Czyli nie obawiasz się, że cię skrzywdzę? — spytał, nadal nań nie patrząc.

— Pff, szczerze wątpię, żebyś był w stanie choćby mnie drasnąć — parsknęła.

Gdy wreszcie nań spojrzał, z zadowoleniem zauważyła, że jego niepewność zniknęła, zastąpiona jednym z charakterystycznym, lekko wyniosłym uśmieszkiem.

— Aroganckie podejście — prychnął, aczkolwiek było widać, że to oświadczenie przyniosło mu olbrzymią ulgę. — Jesteś gotowa udowodnić swe słowa?

Uniosła wyżej głowę i wyciągnęła doń rękę. Tom podszedł bliżej i złożył na jej ustach czuły pocałunek, a potem się deportowali. Zmaterializowali się kilka mil od Hogwartu na przestronnej łące, zapewniającej im pole do popisu. Trawiaste podłoże było jednak bardziej nierówne, niż się spodziewała, dlatego też straciła równowagę i się przewróciła, pociągnąwszy chłopaka za sobą.

— Jasna cholera!

Ślizgon się uśmiechnął, wstał, po czym podał jej rękę.

— Wiesz, w tej dekadzie panny nie przeklinają — powiedział z rozbawieniem.

— To naturalny sposób na rozładowanie stresu — stwierdziła beztrosko. — Może wolisz, żebym kumulowała pokłady negatywnych emocji, a potem na wszystkich się wyżywała?

— Zapewne w pierwszej kolejności na mnie?

— Całkiem możliwe.

— W takim razie przeklinaj, ile dusza zapragnie. — Uśmiechnął się i wyciągnął różdżkę. Machnął nią w niezobowiązującej manierze i nałożył na teren zaklęcie odstraszające mugoli.

Hermiona spojrzała nań z zaciekawieniem.

— Jak chcesz przeprowadzić ćwiczenia?

— Chcę przetestować twoją magię. Sprawdzę, czy wszystko jest dobrze — powiedział poważniej. — Najpierw rzucę na ciebie kilka klątw, a ty spróbujesz się obronić.

— W porządku — odparła niepewnie.

— Och? Czy to możliwe, że panienka się boi? — zadrwił i odsunął się na pewną odległość. — Jestem przekonany, że nawet gdybym sięgnął do najcięższego arsenału, nie poddałabyś się tak łatwo — dodał uwodzicielsko.

— Komplementami niczego nie wskórasz, Tom. — Uśmiechnęła się kpiąco.

Odwzajemnił gest, po czym machnął różdżką i posłał w jej kierunku żółtawą klątwę, którą natychmiast rozpoznała jako łagodny urok oślepiający. Oparłszy się odruchowi wyciągnięcia różdżki, skumulowała swą magię w dłoni. Moc posłusznie przepłynęła przez jej ramię i popędziła w kierunku przekleństwa, a potem sprawiła, że urok zawisł w powietrzu. W miejscu zderzenia się z obcą magią czuła ciepło i mrowienie, przez co zmarszczyła brwi. Nigdy wcześniej nie odnosiła podobnych wrażeń. Powoli zamknęła dłoń w pięść, zaś klątwa oślepiająca straciła swą siłę. Była jednak zaskoczona, kiedy wyczuła opór. Kiedy całkowicie zacisnęła pięść, urok zamigotał i zgasł.

— Co poczułaś? — zapytał Tom, uważnie obserwując jej mimikę i zachowanie.

Zamrugała. Wciąż stał kilka metrów od niej, z przygotowaną do ataku różdżką.

— To dziwne uczucie, zupełnie jakby moja magia stanowiła przedłużenie ciała — stwierdziła. — Jak dotąd, gdy rzucałam zaklęcia, czułam tylko pobór mocy, a teraz… — urwała, mając problem z doprecyzowaniem problemu. — Cóż, teraz to bardziej fizyczne doznanie. Czułam ciepło twojego uroku, jakbym naprawdę go dotykała.

Uśmiechnął się triumfalnie.

— Myślę, że to wynik zaklęć wiążących Ignotusa Peverella, które wzmocniły połączenie, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. — Sprawiał wrażenie cholernie zadowolonego. — Co powiesz na jeszcze jedną próbę?

Skinęła głową, zdeterminowana, podczas gdy Tom uniósł różdżkę. Od razu wiedziała, że planował cisnąć czymś mocniejszym, bowiem zauważyła zmianę w jego magicznej aurze. Z czubka jego oręża wystrzeliła ciemnofioletowa klątwa, zaś promieniująca od niej moc skontrowała się z jej własną. Na krótko przed uderzeniem Hermiona odparła atak, zmiótłszy zaklęcie z pierwotnej trajektorii. Rozluźniła się, zadowolona z osiągniętego efektu, ale właśnie wtedy zauważyła, że urok odbił się od ziemi niczym piłka i znów się nań ukierunkował. Bez zastanowienia podniosła obie ręce i rozrzuciła je na boki.

Scutulatus, pomyślała.

Znacznie się uspokoiła, kiedy wyczarowała znajomą tarczę w kształcie diamentu. Klątwa przeciwnika gwałtownie się o nią rozbiła, więc dezaktywowała ochronkę i spojrzała z powrotem na ślizgona, który przyglądał się jej z wyraźnym zaciekawieniem.

— Skąd wiedziałaś, jakie ruchy należy wykonać, aby wznieść tarczę? — zapytał po chwili.

— Zrobiłam to intuicyjnie. — Zmarszczyła brwi.

— Niebywałe — podsumował. — Czy mogę posłużyć się silniejszymi przekleństwami? Jeżeli coś pójdzie nie tak, zniweluję wszelkie efekty — dodał, a że poczuła się pewniej ze swoją magią, to przytaknęła głową. — Oczywiście, również możesz wystosować atak — zasugerował, a potem uśmiechnął się złośliwie. — Jeżeli zdołasz.

Zanim Hermiona zdążyła przynajmniej otworzyć usta, Tom uniósł różdżkę i machnął nią w skomplikowanej manierze. Polana pokryła się mgłą, która bardzo szybko zgęstniała, mocno ograniczając pole widzenia.

Napięła mięśnie, nieopodal słysząc dźwięk cichutkich dzwoneczków. Nie miała zielonego pojęcia, co wymyślił przeciwnik.

Wtem zauważyła, że z mgły wyszła kobieta. Wydawała się blada, a wrażenie to potęgowały jasne blond włosy, niemal wpadające w biel. Była ubrana wyłącznie w togę ze świetlistego jedwabiu, zaś ubioru dopełniały delikatne, srebrne łańcuchy wokół nadgarstków i kostek, do których przymocowane były maleńkie dzwoneczki.

Zapatrzona w piękną nieznajomą, Hermiona poczuła nieodpartą potrzebę podbiegnięcia do niej i utonięcia w jej ramionach — musiała znaleźć się jak najbliżej. Jakby kobieta czytała w jej myślach, uśmiechnęła się pogodnie, co było tylko zachętą.

Zamrugała z rozmarzonym wyrazem twarzy i zrobiła krok naprzód. Słysząc brzęczenie dzwoneczków, poddała się pragnieniu.

Jednocześnie była zirytowana wybrykami własnej magii, która próbowała stawiać opór. Jedyne, co się teraz liczyło, to zaspokojenie potrzeby. Zadrżała, kiedy moc spłynęła po niej z siłą niemalże wodospadu. W momencie pozbyła się zawrotów głowy. Zamrugała i ponownie przyjrzała się nieznajomej. Wciąż sprawiała wrażenie przepięknej, kuszącej i powabnej, jednakże otaczała ją cieniutka warstwa magii, przesłaniająca prawdziwą twarz wyczarowanego z mgły stworzenia. W rzeczywistości była szkaradna — miała spiczaste zęby, pomarszczoną, zielonkawą skórę i podobne do jaszczurzych oczy. Gdy istota zauważyła, że została zdemaskowana, wbiła pazury w ziemię i przygotowała się do ataku. Naprawdę niewiele brakowało, aby wyskoczyła wcześniej.

Hermiona się uśmiechnęła i z radością skumulowała magię w swoich rękach; następnie przykucnęła i położyła dłonie na trawie. Uwolniwszy moc, z zadowoleniem odnotowała, że przeniknęła przez glebę i sekundę później dojrzała stojącego niedaleko Toma. Gdy przerwała jego zaklęcie, cofnął się o krok.

— Całkiem nieźle — przyznał i przystąpił do kolejnej próby. Machnąwszy różdżką, posłał ku niej potężną ścianę ognia.

Aequor, pomyślała i szarpnęła dłonią. Znikąd pojawiła się fala wody, która z impetem zderzyła się z syczącymi płomieniami i ugasiła pożar. Wykonawszy dokładnie te same ruchy nadgarstka, co przy rzucaniu zaklęcia, machnęła ręką. Naja.

Uśmiechnęła się, gdy z ziemi wysunęły się niezliczone węże i w okamgnieniu pomknęły w stronę przeciwnika. Tom z początku popatrzył nań pytająco, a potem skupił się na gadach. Z trudem stłumiła chichot, kiedy automatycznie wypiął pierś i syknął coś w wężomowie. Oczywiście, nie zrozumiała nawet jednego słowa.

Gady nie usłuchały polecenia i dalej parły naprzód. Ślizgon zamrugał, szczerze zdziwiony i ponownie coś powiedział. Nie mogąc się powstrzymać, Hermiona wybuchnęła gromkim śmiechem. Jeden z węży dotarł do chłopaka, szybko owinął się wokół jego kostki i zatopił swe kły w nodze.

Machnąwszy ręką, posłała ku niemu jaskrawoczerwoną klątwę. Tom wciąż był rozproszony przez nieposłusznego gada, dlatego też zbyt późno zauważył niebezpieczeństwo, w jakim się niespodziewanie znalazł. Szybko smagnął różdżką, tworząc przed sobą zielonkawą tarczę, która ostatecznie zdała egzamin, bowiem przyjęła na siebie nadlatujące przekleństwo. W międzyczasie gad, który owinął mu się wokół kostki, znów zatopił zęby w nodze. Hermiona patrzyła z rozbawienie, jak ślizgon najpierw patrzy nań z szokiem, a potem doznaje olśnienia. Rzuciwszy jej mroczne spojrzenie, machnął orężem, zaś węże zamigotały, a następnie zniknęły. Nigdy nie były niczym więcej, aniżeli iluzją, mającą na celu dezorientację i zmylenie wroga.

Warknął pod nosem i wystrzelił jasny promień. Wiązka magii popędziła ku niej z niesamowitą prędkością. W ostatniej chwili zdołała odeprzeć atak, a potem zarejestrowała, że Tom kontynuował natarcie. Żeby go powstrzymać, musiała się bardziej postarać i zmobilizować swą całą moc, zwłaszcza że jakimś niewiadomym sposobem chłopak zdołał zwielokrotnić siłę swej magii. W pewnym momencie uniosła obie ręce, aby odeprzeć atak. Z wysiłku czoło zrosiła jej cienka warstwa potu, ale właśnie wtedy ślizgon uśmiechnął się nikczemnie i ponownie machnął różdżką. Z czubka oręża wystrzeliła ciemna nić, która zawirowała wokół jasnego promienia. Dziewczyna sapnęła, zobaczywszy to wzmocnienie zaklęcia, bo nie miała najmniejszej szansy go odeprzeć. Urok uderzył weń i odrzucił na pewną odległość. Zanim jednak potoczyła się po ziemi, ciemne pasmo magii owinęło się wokół niej, zamortyzowawszy upadek. Mimo miękkiego lądowania i tak jęknęła. Chwilę poleżała na trawie, a potem Tom zmaterializował się obok i podciągnął ją do pozycji stojącej.

— Wygląda na to, że wszystko w porządku. — Uśmiechnął się beztrosko. — Przegrałaś z kretesem — dodał, gdy spojrzała na niego ze zmrużonymi z oburzenia oczami.

— Grałeś nieczysto — odparła z irytacją.

— Cokolwiek powiesz. — Machnął lekceważąco ręką. — Niezależnie od wyniku pojedynku uważam, że poczyniłaś ogromne postępy — dodał poważniejszym tonem. — Miałem okazję przetestować połączenie między twoim rdzeniem, a ciałem. Wcześniej istniało prawdopodobieństwo, że splot okaże się niestabilny, ale najwyraźniej rytuał wyszedł fenomenalnie.

— Czyli nie stracę ponownie magii? — zapytała z lekką obawą w głosie.

— W żadnym wypadku.

Hermiona uśmiechnęła się radośnie, po czym podeszła doń bliżej i zarzuciła mu ręce na szyję.

— Dziękuję — mruknęła, wtuliwszy się w umięśnioną klatkę piersiową.

Tom objął ją w talii i, o ile to możliwe, przyciągnął jeszcze bliżej. Spojrzał na nią z uczuciem, a następnie pochylił się do pocałunku. Mimowolnie westchnęła i pozwoliła, aby jej moc czule go opatuliła.

Mimo że nadal nie znalazła rozwiązania swojego problemu z podróżą w czasie, a nawet znikomych odpowiedzi, na moment odrzuciła od siebie zmartwienia, poddając się przyjemności i poczuciu bezpieczeństwa.


Avery zmienił kierunek lotu, podczas gdy wiatr szarpał jego ubraniem i włosami. Tuż przed zderzeniem się z murawą boiska gwałtownie pociągnął za rączkę miotły, dzięki czemu zakończył manewr nurkowania i z gracją pokonał ostatnie dwa metry, zanim dotknął ziemi stopami. Zeskoczył z miotły, złapał za trzonek i podniósł głowę, aby przez moment poobserwować wciąż ćwiczących w powietrzu graczy.

— Trening skończony! — zawołał po chwili, a ślizgoni zniżyli lot i wylądowali na ziemi, tłocząc się wokół swojego kapitana. — Świetnie sobie poradziliście. Jeżeli nie obniżymy naszych standardów, Hufflepuff nie będzie miał z nami najmniejszych szans — powiedział, zaś chłopcy się uśmiechnęli, zadowoleni z usłyszanej pochwały. — Wciąż możemy wygrać Puchar Domów. Wystarczy, że zmieciemy puchonów i gotowe.

Gdy trening się skończył, uczniowie udali się do szatni. Wkrótce w przebieralni zostali tylko Avery i Lestrange, bowiem reszta drużyny szybko powędrowała do zamku. Ledo zaklęciem wyczyścił szaty z brudu i trawy, po czym je schował. Potem spojrzał na współdomownika.

— Co sądzisz o najnowszych wydarzeniach? — zagaił.

Primus zmarszczył brwi.

— To znaczy?

Avery domknął drzwiczki, a potem oparł się nonszalancko o szafkę.

— Nawiązuję do gustu Riddle’a odnośnie dziewcząt — wytłumaczył i z zadowoleniem odnotował mroczny wyraz na twarzy przyjaciela. Uśmiechnął się, zupełnie niezrażony. — Cóż, to była tylko kwestia czasu, prawda? — kontynuował wyniośle, kiedy nie otrzymał żadnej odpowiedzi. — Nawet ktoś taki nie ucieknie przed swoim niskim urodzeniem.

Lestrange uniósł brwi.

— Słucham? — zapytał ostrzejszym tonem.

— Dajże spokój. W przeciwieństwie do niektórych nie wybierasz dobrowolnie ślepoty — prychnął. — Riddle traci wyczucie.

Primus schował miotłę do szafki i powoli odwrócił się do Avery’ego.

— Widzę, że po głowie chodzą ci niebezpieczne myśli.

Wzruszył niedbale ramionami.

— Mówię prawdę, dobrze o tym wiesz.

— Jakie ma to znaczenie? — Lestrange machnął lekceważąco ręką. — Czyżbyś już zapomniał, jak w odwecie pociął ci twarz?

— To brudna szlama! — warknął agresywnie, odepchnąwszy się plecami.

— Owszem. — Primus się skrzywił. — Riddle pieprzy się ze szlamą. Czy uważam, że to obrzydliwe? Oczywiście! Czy mogę coś z tym zrobić? Niekoniecznie!

— Okrył się hańbą — kontynuował chłodno. — Już samo patrzenie na te okropne umizgi sprawia, że czuję się brudny.

Lestrange zacisnął dłonie w pięści i skinął głową.

— Nigdy nie przypuszczałem, że upadnie tak nisko. Zawsze wydawał się nienawidzić wszelkiego rodzaju robactwa. — Potrząsnął w niedowierzaniu głową, a potem wbił w Avery’ego szydercze spojrzenie. — Czemu się tym interesujesz? Żyłem w przekonaniu, że też jesteś zakochanym szczeniakiem.

— Uważaj, co mówisz — warknął, rozwścieczony insynuacjami.

— Skończ z udawaniem niewiniątka. Odkąd pamiętam, uganiasz się za tą konkretną spódniczką — dodał Primus. — To przypomina trochę pogoń za smoczycą. Cholernie interesujące, zwłaszcza że nigdy nawet nie podwinąłeś rąbka tej sukni…

— Zamknij jadaczkę! — syknął i postanowił przyjąć inną strategię. — DeCerto to niezła laska! Naprawdę zamierzasz mnie winić za to, że chciałbym ją przelecieć? Nie można przecież porównywać pieprzenia z trzymaniem się za rączkę.

— Prawda. — Lestrange westchnął, chociaż było po nim widać, że wciąż jest szczerze zdegustowany.

— Właśnie dlatego Riddle się stacza. Jeżeli powiesz coś innego, będziesz podłym kłamcą. Ta dziwka jest mu cholernie bliska. Jeśli po prostu chce ją zaciągnąć do łóżka, to w porządku — przecież szlamy tylko do tego się nadają — kontynuował, a potem potrząsnął głową. — Naszym zasadniczym problemem jest to, że Riddle paraduje z nią po szkole.

— Załóżmy, że masz rację. Czy powinniśmy coś z tym zrobić?

— Moglibyśmy go powstrzymać — zasugerował niezobowiązująco.

Primus parsknął.

— Chcesz się zmierzyć z Riddle’em? Masz nie po kolei w głowie? Dobrze wiesz, że facet jest potężnym czarodziejem. Naprawdę wierzysz, że jesteś w stanie stawić mu czoła i zwyciężyć?

— Wbrew temu, co ci się wydaje, nie jestem głupcem — wyznał. — Niemniej jednak jeżeli nawiążemy współpracę i siądziemy na niego większą grupą, nie będzie miał szans.

— Wreszcie oszalałeś, prawda? — zaśmiał się chłopak.

— Wystarczy, że się zastanowisz. — Avery przewrócił oczami. — Jak nas powstrzyma, kiedy połączymy siły? Możemy spróbować przekabacić Blacka i Albę. Będzie sam na naszą czwórkę. Wbrew temu, co się wszystkim wydaje, Riddle nie jest niepokonany.

Lestrange wydawał się przez moment rozważać tę opcję, a potem potrząsnął głowę, ewidentnie niezdecydowany.

— Co, jeżeli się mylimy i jest tak, jak mówi Malfoy? — zapytał powoli. — Może naprawdę czegoś chce od DeCerto.

— Szczerze w to wątpię.

— Postawię sprawę jasno. — Primus zacisnął usta, targany wątpliwościami. — Nie popieram spoufalania się ze szlamami, ale dopóki nie zobaczę namacalnego dowodu, że Riddle spieprzył sprawę, nie podejmę ryzyka i nie wystąpię przeciwko niemu. Jestem też przekonany, że pozostali podobnie się określą.

Usłyszawszy deklarację, Avery się uśmiechnął.


Hermiona zatrzymała się przed portretem syreny z falującymi, długimi, brązowymi włosami, strzegącej wejścia do łazienki prefektów. Była trochę zestresowana, a kąpiel w przestronnej wannie zawsze pomagała jej się zrelaksować. Obejrzała się przez ramię, aby zyskać pewność, że rzeczywiście jest sama. Dochodziła dziesiąta, a więc zaraz stanie się niebezpiecznie przez wzgląd na ciszę nocną. Zdecydowawszy się na skorzystanie z luksusów, rozważyła wszystkie możliwe wnioski i stwierdziła, że żaden z prefektów nie będzie korzystał z dobroci ciepłej wody o tak późnej porze.

Zasadniczym problemem okazał się fakt, iż nie znała hasła do łazienki, ale nie zamierzała rezygnować z pomysłu. Syrena z obrazu przyglądała jej się raczej podejrzliwie, więc uśmiechnęła się słodko i przyłożyła dłoń do płótna. Już z daleka widziała delikatną, niebieskawą mgiełkę otaczającą portret, więc skumulowała magię w opuszkach palców i przełamała zabezpieczenia, dzięki czemu mogła wejść do środka. Z miejsca rozpoznała ogromną marmurową wannę umiejscowioną praktycznie na środku pomieszczenia. Machnięciem ręki odkręciła krany i nalała sobie ciepłej wody. Szybko wyskoczyła z ubrań, które powiesiła na uchwytach na ścianie. Zobaczywszy kilka zawczasu przygotowanych puszystych, białych ręczników, z wdzięcznością sięgnęła po jeden i bez skrępowania podeszła do basenu. Z cichym westchnieniem zanurzyła się w bąbelkach, a potem zakręciła krany. Poddawszy się przyjemności, momentalnie się odprężyła i przymknęła z błogości oczy.

Nie wiedziała, czy zasnęła, czy też na chwilę odleciała, ale do rzeczywistości wrócił ją odgłos otwieranego przejścia. W panice spróbowała opatulić się pianką, żeby przynajmniej trochę zasłonić swą nagość, a potem zerknęła na drzwi wejściowe.

Uspokoiła się, rozpoznawszy przybysza.

— Och, to tylko ty.

Tom zmarszczył brwi.

— Miło jest być docenianym. — Spojrzał nań z zainteresowaniem. — Co tutaj robisz? To łazienka wyłącznie dla prefektów. Nie powinnaś korzystać z przywilejów, które nie zostały ci przyznane.

— Wlepisz mi szlaban? — zapytała.

— Nie, mam coś znacznie lepszego na myśli — odpowiedział z nikczemnym uśmieszkiem.

— Nie powinieneś przypadkiem patrolować korytarzy? — spytała, ignorując zaczepkę. — Jestem pewna, że jeszcze nie skończyłeś — kontynuowała, ale tylko wzruszył ramionami i podszedł bliżej. — Tom! Nie możesz zaniedbywać swoich obowiązków! — skarciła go, ale nieszczególnie się przejął, bowiem zaczął rozpinać guziki swojej koszuli. — Jako prefekt powinieneś świecić dla innych przykładem — dodała słabiej, rozkojarzona oglądanym striptizem.

Chłopak w międzyczasie dotarł do wanny i zrzucił z siebie koszulę. Właśnie wtedy Hermiona stwierdziła, że najwyższy czas skończyć to narzekanie. Gdy spojrzał, w jakim znalazła się stanie, uśmiechnął się z zadowoleniem i kontynuował pokaz. Powoli rozpiął rozporek i zrzucił spodnie, a następnie, patrząc jej prosto w oczy, ściągnął bokserki. Zgrabnie wślizgnął się do cieplutkiej wody i usiadł tuż obok niej. Kiedy się doń odwróciła, objął ją ramieniem.

— Oboje wiemy, że nie powinni mianować mnie prefektem — zagaił.

— Słodka naiwność — podsumowała z przekąsem. — Najlepiej zwalić to na innych.

— Nie zmieniaj tematu, młoda damo. Włamałaś się do łazienki przeznaczonej wyłącznie dla prefektów. Musisz wziąć odpowiedzialność za swoje przewinienia.

Przewróciła oczami.

— Co masz na myśli?

Uśmiechnął się niewinnie, ale nie dała się zwieść, bowiem zdradzał go przebiegły błysk w oku. Zamiast odpowiedzieć, pochylił się i złożył na jej ustach delikatny pocałunek. Mimowolnie przymknęła powieki i westchnęła z przyjemności. Zadowolony z jej reakcji, przesunął dłoń w dół, z ramienia na talię. Nie pogłębił pocałunku, a zrobił coś zupełnie przeciwnego — ucałował kącik jej ust, a potem uniósł pytająco brew.

— Znasz lepszy sposób, żeby odpracować szlaban? — zapytał. Chociaż ta rozmowa była podszyta lekką drwiną, jasnoszare oczy zdradzały się z niepewnością. Cóż, to najprawdopodobniej wynik poprzednio wspólnie spędzonej nocy i nieszczególnie wesołego poranka.

— Myślę, że ten będzie odpowiedni. — Uśmiechnęła się zadziornie.

Tom w momencie odrzucił wahanie i zerknął nań dość wyniośle, a następnie ponownie się pochylił i złączył ich usta w namiętnym pocałunku. Hermiona drżała, kiedy błądził dłońmi po jej ciele, aż wreszcie poddała się pulsującemu pożądaniu. Chcąc szybko przejść do konkretów, trochę się odsunęła, zdecydowana, aby przejąć kontrolę. Pragnąc bliskości, zaczęła całować go po szyi i szczęce.

— Zamknąłeś drzwi? — wysapała.

— Yhym — mruknął, najprawdopodobniej szeroko uśmiechnięty. — Niemniej jednak nie nałożyłem żadnych zaklęć wyciszających, tak więc będziesz musiała trochę się kontrolować — dodał, czym zasłużył sobie na ugryzienie. — Ała! Zamieniłaś się w wampira, kobieto?

Zachichotała.

— W pełni sobie zasłużyłeś — powiedziała. — Nie życzę sobie żadnego kąsania — dodała przezornie.

Słysząc to, Tom się zaśmiał, po czym odsłonił jej gardło.

— Uważasz, że to sprawiedliwe? — spytał i złożył delikatny pocałunek na miękkiej skórze, pachnącej słodkimi owocami, których dodatków użyła podczas relaksującej kąpieli. Czuł, że drżała mu w ramionach, więc wrócił do pieszczenia jej szyi. Była trochę spięta, a to zaś znaczyło, że jednak obawiała się kąsania. Oczywiście, nie planował niczego podobnego, zwłaszcza że wciąż miał w pamięci ten okropny ślad po ugryzieniu pozostawiony przez jednego z mężczyzn w czarnych płaszczach. Samo wspomnienie tamtego dnia sprawiło, że jego magia zapragnęła uwolnienia. Powinien był zabić drania, a nie puścić go wolno.

Kiedy złożył następny delikatny pocałunek na odsłoniętej szyi, dziewczyna cichutko westchnęła. Gniew, który zdołał rozbudzić wspominką, natychmiast zeń uleciał, zastąpiony palącym pragnieniem osiągnięcia spełnienia i dostarczenia przyjemności. Wpił się w jej usta i skupił się na dolnej wardze, aż wreszcie mu uległa i pogłębiła pocałunek.

Owładnięty pożądaniem, popchnął Hermionę z powrotem na krawędź basenu i przycisnął do mokrych płytek. Objął ją w talii i uniósł w górę, a następnie umiejscowił się pomiędzy gładkimi udami. Miał niewielkie obawy, że go odepchnie, więc był cholernie zadowolony, kiedy zarzuciła mu ręce na szyję i zacisnęła smukłe nogi na biodrach. Gdy się upewnił, że zapewniła sobie stabilną pozycję, powiódł dłońmi do nagich piersi. Zaczął trącać palcami sutki i ugniatać miękką skórę, jednocześnie słuchając cichych pojękiwań. Nie mógł uwierzyć, jak długo wytrzymał, odmawiając sobie tej przyjemności. Jakim cudem nie popadł w obłęd?

Zadowolony z reakcji, palce zastąpił ustami. Intensywnie pracował językiem, raz za razem drażniąc wrażliwe brodawki, a w odpowiedzi otrzymał jeszcze więcej westchnień i jęków. W pewnym momencie wplotła mu dłonie we włosy, przez co aż zadrżał. Potrzebował znacznie więcej, dlatego też powędrował ustami ku górze, aż zatrzymał się z powrotem na opuchniętych i zaczerwienionych wargach.

Nie mogąc powstrzymać swoich dłoni, pozwolił im na samowolkę. Miał wrażenie, że zaraz oszaleje od nadmiaru wrażeń i emocji. Wyparł z głowy wszystkie myśli i ograniczył się do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Wkrótce przestał się powstrzymywać.

Ustabilizował dziewczynę i zamruczał, kiedy mocniej zacisnęła nogi. Z przymkniętymi z przyjemności oczami gwałtownie weń wszedł. Usłyszawszy spragnione sapnięcie, powtórzył ruch, tym razem o wiele szybciej. Jęknął, poddając się gorącu, ciasnocie i wspaniałemu tarciu. Zaczął się rytmicznie poruszać i mruczał, czując przesuwające się po skórze pleców paznokcie.

Wkrótce zarejestrował, że Hermiona oddycha nieregularnie i co chwilę zaciska wrażliwe mięśnie. Zwiększył prędkość i siłą woli zwalczył nadchodzący orgazm, aby przedłużyć ten moment. Rozkosz przeszywała go na wskroś, odbierała rozum i otumaniała umysł, zachęcając do dalszego działania. Oboje drżeli od samego oczekiwania.

Gdy ponownie się weń wbił, wykrzyknęła jego imię, co sprawiło, że nie wytrzymał i doszedł w środku. Tyle wystarczyło, żeby znalazł się na krawędzi i osiągnął spełnienie. Poddawszy się przyjemności, odchylił do tyłu głowę. Potrzebował chwili, aby uspokoić nierówny oddech i szaleńczo bijące serce, ale kiedy na nią znów spojrzał, uśmiechnął się triumfująco. Wciąż łapała haustami powietrze, ewidentnie zaspokojona.

To sprawiło, że wreszcie uwierzył, iż mu przebaczyła.

Znów posiadł Hermionę DeCerto.


Oparła się plecami o jego klatkę piersiową, cudownie zrelaksowana i wypoczęta. Ciepła woda działała nań naprawdę kojąco. Przymknęła powieki, gdy Tom sięgnął po butelkę szamponu, którą wcześniej rzuciła na wyłożoną kafelkami podłogę i pochyliła głowę, kiedy wylał odrobinę na swoje dłonie i zaczął wmasowywać go w jej grzywę. Niemal zamruczała z przyjemności i się doń przytuliła. Uwielbiała takie drobne pieszczoty.

— Mówiłem ci już, że masz piękne włosy? — wyszeptał.

— Yhym. — Zaśmiała się pod nosem. — Wciąż uważam, że kłamiesz.

Zachichotał w odpowiedzi i ostrożnie spłukał powstałą pianę. Kiedy skończył, Hermiona znów się wygodnie umościła i westchnęła. Ciepła woda sprawiała, że czuła się senna i niesamowicie odprężona.

Nie wiedziała, ile minęło czasu, ale wtem Tom złożył czuły pocałunek na jej pokrytym bliznami ramieniu, jednocześnie zacisnąwszy dłonie na nadgarstkach. Uniósł jej ręce ponad poziom wody, żeby zobaczyć wewnętrzną stronę przedramion, a potem się doń przytulił. Naturalnie, podążyła za jego spojrzeniem i zauważyła, że zapatrzył się w dwie brzydkie, podłużne blizny, obecnie wyblakłe. Zadrżała, przypomniawszy sobie, że to pamiątka po klątwie tnącej, którą oberwała w Zakazanym Lesie. Chłopak nic nie powiedział, aczkolwiek zanim minęła chwila, westchnął przeciągle i objął ją mocno w pasie.


Kilka dni później, a dokładniej w piątek, Tom siedział w bibliotece, pozornie skupiony na lekturze. W rzeczywistości błądził myślami gdzie indziej. Co kilka minut wracał wspomnieniami do pojedynku z Hermioną, swoją drogą całkiem udanego. Wygląda na to, że rytuał, który odprawił, zakończył się spektakularnym sukcesem. Manipulowanie zaklęciami wiążącymi Ignotusa Peverella było bardzo ryzykownym posunięciem, ale ostatecznie się opłaciło, bowiem nagiął je we właściwym kierunku. Starcie na łące potwierdziło to, co wiedział od samego początku — pomagając dziewczynie, ugruntował swą pozycję i ustabilizował łączącą ich więź. Teraz naprawdę doń przynależała, nawet pod względem magii.

Jedyną rzeczą, jaką się trochę martwił, był sposób, w jaki się przy nim zachowywała. To oczywiste, że wciąż była nerwowa, ale w gruncie rzeczy, mógł się spodziewać czegoś podobnego. Wróciła do niego dopiero niedawno i potrzebowała czasu, żeby na nowo przyzwyczaić się do wzajemnej bliskości. Powinien wykazywać się zrozumieniem i cierpliwością, bowiem to sprawi, że szybciej wyzbędzie się niezręczności.

W roztargnieniu przewrócił stronę w książce, wróciwszy wspomnieniami do początków ich rozstania. Skrzywił się, gdy przypomniał sobie, że w przypływie gniewu spoliczkował Hermionę. To naprawdę cud, że mu przebaczyła. Chyba po raz pierwszy w życiu ucieszył się, że upatrzył sobie gryfonkę, ponieważ ślizgonka nigdy by nie przyjęła przeprosin.

Nie powinien był podnosić nań ręki. Całkowicie stracił nad sobą panowanie, bo w emocjach ośmieliła się powiedzieć mu o rodowym dziedzictwie i wypomniała mu ojca, który był mugolem. Aż zadrżał z obrzydzenia i znów się zastanowił, skąd o tym wiedziała. Oczywiście, istniało całkiem prawdopodobne wytłumaczenie tej niedostępnej dla innych wiedzy, a mianowicie, że poznali się w przyszłości. Hermiona była w posiadaniu informacji, których nie posiadł żaden żywy człowiek, w tym tej, iż zabił własnego ojca. Mogła nabyć tej wiedzy tylko i wyłącznie w swoich czasach.

W 1998 roku… miałby siedemdziesiąt jeden lat. Prawdę powiedziawszy, przy jego planach, wiek był zaledwie mało znaczącą liczbą. Zamrugał, uzmysłowiwszy sobie, że ostatnio mocno je zaniedbał. Oczywiście, nie zamierzał z nich zrezygnować, chociaż był w stu procentach pewien, że nie zostałyby zaakceptowane przez dziewczynę, z którą się obecnie spotykał. Uśmiechnął się nieznacznie. To wręcz niesamowite, że czasem stanowiła najprawdziwsze ucieleśnienie gryfońskości. Teraz gdy już się upewnił, że wszystko wróciło na prawidłowe tory, bez większych przeszkód mógł powoli wdrażać plan w życie.

Jeżeli kiedykolwiek mnie zawiedziesz, nie dam się ponownie przekonać.

Słowa, które niedawno wypowiedziała, powróciły doń ze zdwojoną siłą. W momencie zastygł w bezruchu, ale po chwili wzruszył ramionami. Przedsięwzięcie, które od dawna chodziło mu po głowie, z pewnością nie było żadnym rozczarowaniem — dążenie do wielkości jest godne pochwały.

Wracając do tematu, pomyślał. Gdy wziął pod uwagę wszystkie zależności i argumenty, tylko utwierdził się w przekonaniu, iż poznali się w przyszłości. Co więcej, musieli być ze sobą blisko, bo inaczej nie zwierzyłby się z posiadania mugolskiego ojca. Elementy układanki ładnie tworzyły spójny obraz, poza jednym wyjątkiem. Kiedy przeniosła się do Hogwartu, była doń wrogo nastawiona. Gdy po raz pierwszy skrzyżowali spojrzenia, brązowe oczy błyszczały obrzydzeniem i zdegustowaniem. Czemu miałaby darzyć go nienawiścią, skoro w rzeczywistości się przyjaźnili? Może pokłócili się na krótko przed jej podróżą w czasie? Tylko takie wytłumaczenie przychodziło mu do głowy i wydawało się całkiem prawdopodobne. Możliwe, że właśnie dlatego pomogła mu podczas przerwy świątecznej. Chociaż wciąż się na niego boczyła, nie zawahała się, kiedy naprawdę potrzebował wsparcia. Z drugiej strony, wydawała się szczerze zaskoczona metodami wychowawczymi stosowanymi w sierocińcu. Czemu miałby wyjawić jej prawdę na temat swoich korzeni, a zataić informacje dotyczące sposobu traktowania w domu dziecka? To nie miało żadnego sensu.

Wrócił do rzeczywistości, dopiero kiedy ktoś usiadł naprzeciwko niego. Hermiona, z naelektryzowanymi włosami i poirytowanym wyrazem twarzy, rzuciła szkolną torbę na ławkę. Całkiem możliwe, że głośne łupnięcie było spowodowane dźwiganiem kilku potężnych tomiszczy.

— Och, witam moją ulubioną gryfonkę. — Uśmiechnął się czarująco, zupełnie zignorowawszy to, że była w podłym humorze. W odpowiedzi tylko nań spojrzała spode łba i wyciągnęła na wierzch rolkę pergaminu i pióro. — Czym się tak zdenerwowałaś? — zapytał niewinnie, a potem pochylił się do przodu. — Mam nadzieję, że nie zrobiłem niczego złego — dodał z diabelskim błyskiem w oku.

Hermiona potrząsnęła przecząco głową, a następnie rzuciła mu iście mordercze spojrzenie.

— Zamierzam odrobić pracę domową, Tom. Odejdź.

Uniósł brew.

— Przypomnę, że przed momentem się do mnie przysiadłaś — stwierdził i zerknął na pergamin, który właśnie rozłożyła. Najwyraźniej naprawdę planowała napisać wypracowanie. Z trudem stłumił parsknięcie, gdy przeczytał tytuł. — „Obowiązki zamężnej czarownicy”? — zagaił, przez co zacisnęła usta w wąską linię i pochyliła się nad blatem. Nie mogąc się dłużej powstrzymać, wybuchnął śmiechem. — Nie wiedziałem, że próbujesz stać się lepszą gospodynią domową — powiedział z drwiną i z zadowoleniem odnotował, że zacisnęła dłoń na piórze. To wręcz niewyobrażalne, jak wielką przyjemność sprawiało mu drażnienie tej dziewczyny. — Cieszę się, że wreszcie poważnie podchodzisz do sprawy. Mówiąc szczerze, powoli zacząłem się o ciebie martwić. Jaki mężczyzna chciałby się ożenić z kobietą, która nie radzi sobie na zajęciach z uroków domowych?

Hermiona powoli uniosła głowę i obdarzyła go jednym z najmroczniejszych spojrzeń, jakie mógł sobie wyobrazić. Mimowolnie się zastanowił, czy zaraz nie wydłubie mu oka trzymanym w dłoni piórem.

— Zdecydowanie lepiej zrobisz, jeżeli zaczniesz się martwić klątwą, którą zaraz na ciebie rzucę — wywarczała przez zaciśnięte zęby.

— Słucham? Chcesz cisnąć we mnie przekleństwem? — zapytał z udawanym oburzeniem. — Nie bądź głupia. Kobiety nie są stworzone do wysilania swoich jakże małych głów. Powinnaś zrozumieć, że nie dasz rady wyczarować odpowiednio silnego zaklęcia. — Gwałtownie pokiwał głową. — Pozwól, że zdejmę z twoich ramion ten straszliwy ciężar. Od dzisiaj będę zajmował się wszystkim za nas oboje.

W brązowych oczach zapłonął ogień, teraz mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Tom patrzył nań z rozbawieniem, czekając na jakąś złośliwą odpowiedź. Ostatecznie, oczywiście, nie spełniła swojej groźby.

— Wiesz, co jest najsmutniejsze? Że wielu ludzi naprawdę myśli w ten sposób — stwierdziła. — Ta dekada doprowadza mnie do szału — dodała i pogroziła mu palcem, jakby to on ukształtował obecny światopogląd. Spuściła głowę, spojrzawszy na pusty pergamin. — Ta okropna jędza ośmieliła się zadać nam wypracowanie na temat obowiązków dobrej żony. To strata czasu i najprawdziwsza głupota pod słońcem. — Uniosła książkę ku górze. — Muszę dla odniesienia przeczytać tę lekturę. Naprawdę nie wiem, dlaczego zdecydowałam się wrócić na uroki domowe.

Tom zamrugał, szczerze zaskoczony.

— Wypisałaś się z zajęć? — zapytał. — Nie wiedziałem, że to w ogóle możliwe. Z tego, co mi wiadomo, uroki i zaklęcia domowe są obowiązkowe dla każdej uczennicy.

— Już widzę przymus, jaki szkoła stosuje — parsknęła z niepokojącym błyskiem w oku.

— W porządku. — Uniósł uspokajająco dłonie. — Czemu w takim razie znów uczęszczasz na lekcje?

Hermiona przygryzła dolną wargę.

— Można powiedzieć, że byłam to winna Legifer — odparła z kwaśną miną. — Bardzo mi pomogła, gdy znalazłam się w podbramkowej sytuacji.

— Naprawdę? — Uniósł brwi. — Co takiego zrobiła?

Odchyliła się na krześle i uśmiechnęła się złośliwie. Chwilę później poklepała go po ramieniu.

— Oszczędzę twojej małej główce umysłowego wysiłku — stwierdziła z lekką pogardą w głosie i zwinęła pergamin i schowała go do torby. — Potem przemęczę się z wypracowaniem.

— Niemożliwe. Zwlekasz z odrobieniem pracy domowej? — Leniwie przesunął palcem wskazującym po grzbiecie książki, którą wcześniej studiował. Chwilę nad tym myślał i postanowił spróbować zupełnie innej taktyki, zdecydowanie bezpośredniej. — Czemu poszukujesz Insygniów Śmierci? — zagaił i zauważył, że w momencie się zaniepokoiła. — Najpierw zdobyłaś pelerynę niewidkę, a następnie mój pierścień. Nie zaprzeczysz, że je kolekcjonujesz — dodał, widząc zacięcie na jej twarzy.

Hermiona spojrzała nań i nie odpowiedziała. Może by się poddał, gdyby go zignorowała? Oczywiście, Tom zniszczył tę nadzieję następnym pytaniem.

— Czemu zbierasz Insygnia? — Zmrużył oczy, kiedy potrząsnęła głową. — Wcześniej mi powiedziałaś, że przeniosłaś się w czasie przy pomocy Niezwyciężonej Różdżki — kontynuował, jakoś stłumiwszy rosnącą irytację. — Zamierzasz ich użyć, żeby wrócić do przyszłości — stwierdził beznamiętnie, gdy zaczęła się nerwowo wiercić na krześle.

Zaśmiała się pod nosem, aczkolwiek wiedziała, że nie brzmi przekonująco.

— Cóż, i tak nie miałam pewności, czy to zadziała. — Zacisnęła usta. — Najgorsze, że zgubiłam pelerynę niewidkę.

Zamrugał, szczerze zaskoczony.

— Co takiego? Kiedy?

W momencie posmutniała.

— Ee, gdy zostałam zaatakowana w Zakazanym Lesie — wyznała i mimowolnie zadrżała, wróciwszy wspomnieniami do tamtego nieszczęsnego dnia. Niemal czuła dłonie tego obrzydliwego mężczyzny na swojej skórze.

Tom, jakby wyczuł jej niepokój, bo przysunął się bliżej.

— Miałaś ze sobą pelerynę? — zapytał z niedowierzaniem.

— Praktycznie się z nią nie rozstawałam. Służyła mi za środek ostrożności — odpowiedziała, potarłszy ramiona, aby pozbyć się rozprzestrzeniającego się po ciele zimna. — Miałam niemałe problemy z magią, więc nie miałam jak się bronić w razie… — urwała, zanim dokończyła zdanie.

Uśmiechnął się słabo.

— W razie ataku okropnego byłego chłopaka, który miał ochotę przekląć cię przy każdej nadarzającej się okazji…? — zapytał, nagle niesamowicie wyczerpany. — Jasna cholera — mruknął, kiedy mu przytaknęła. — Wiesz, co powinniśmy zrobić? — dodał, położywszy jej dłoń na ramieniu we wspierającym geście. — Kiedy zdobędziemy Niezwyciężoną Różdżkę, cofniemy się o kilka tygodni i osobiście cisnę w siebie paskudną klątwą — rzucił pomysłem, na co odpowiedziała równie słabym uśmiechem. Przez dłuższy moment po prostu nań patrzył, tym razem z podejrzanym błyskiem w oku. — Wiesz, że nie pozwolę ci odejść, prawda? — syknął jadowicie. — Sama twierdzisz, że nie chcesz wrócić do swoich czasów. Czemu tak naciskasz na skok w przyszłość?

— Zostanie w latach czterdziestych jest niebezpieczne, bo mogłabym nieodwracalnie zmienić linię czasu — wytłumaczyła z cierpliwością.

Wzruszył niedbale ramionami.

— Jeżeli zdecydujesz się zostać, możemy zapobiec wybuchowi wojny — zasugerował niewinnie.

Uniosła brwi, zbyt oszołomiona, aby sklecić konstruktywne zdanie.

— Co…?

— Wszystko, co musisz zrobić, to powiedzieć mi, czemu właściwie się rozpoczęła i przeciwko komu walczyłaś — odparł z paskudnym uśmieszkiem na ustach. — Obiecuję, że zajmę się całą resztą.

— Tom! — Hermiona podniosła głos. — Nie sposób zmienić czasu, choćbyśmy tego pragnęli. To podstawowa wiedza.

Chłopak spojrzał nań sceptycznie.

— Słucham? Kto ci naopowiadał takich bredni?

Zacisnęła usta w cienką linię, oburzona.

— Tak się składa, że tę teorię potwierdza cała masa książek traktujących o podróżach w czasie. Uwierz, że przeczytałam wszystkie, które zostały kiedykolwiek wydane.

— Czy gdzieś opisano skok o pięć dekad w którąkolwiek stronę? — Uniósł brew.

— Nie, nigdzie… — przyznała z irytacją.

— O, proszę. — Wzruszył beztrosko ramionami. — Autorzy nie mają zielonego pojęcia, o czym właściwie piszą — stwierdził protekcjonalnym tonem. — Nie widzę żadnego logicznego powodu, dla którego miałabyś w pierwszej kolejności przypadkowo zmieniać linię czasu. Co najgorszego może się stać, jeżeli wprowadzimy jakieś poprawki?

Hermiona się nań zapatrzyła, potrzebując dłuższej chwili, aby przetrawić to, co właśnie usłyszała. To wręcz niewyobrażalne, jak tak oczytany i inteligentny facet lekceważył podstawowe zasady podróży przez czas i przestrzeń.

— To po prostu nieodpowiedzialne — podsumowała z niedowierzaniem.

Sprawiał wrażenie niewzruszonego jej oburzeniem. Zamiast wykazać się zrozumieniem, beztrosko wzruszył ramionami.

— Wątpię, aby świat implodował. Zanim rozważymy inne, równie niedorzeczne opcje, proponuję skoncentrować się na najważniejszej kwestii. To ja zmieniłbym losy świata, a nie ty. Urodziłem się i wychowałem w tym okresie, więc wszystko powinno być w porządku.

 Otworzyła usta, żeby skontrować tę opinię, ale po chwili doszła do wniosku, że aż szkoda strzępić sobie język i wytykać zasadniczych błędów w tym rozumowaniu. Ostatecznie zrobiła zgorszoną minę i zamknęła buzię.

— Skoro tak nalegasz, żeby ratować swą cenną przyszłość, to dlaczego wciąż jesteś w Hogwarcie i wchodzisz w integracje z tutejszymi ludźmi? Szczerze mówiąc, każdą, nawet najskromniejszą wymianę zdań z kimś z przeszłości, można uznać za poważne naruszenie zasad i świadomą interwencję — dodał.

Hermiona przygryzła dolną wargę i zanurzyła się w morzu poczucia winy. Teraz miał całkowitą rację. Jak bardzo już napaskudziła…? Nie tylko zaprzyjaźniła się z Lordem Voldemortem, ale także zadarła z Gellertem Grindelwaldem i dla własnych korzyści zabawiała się z Insygniami Śmierci. Jeżeli osiągnęłaby swój cel, zgromadziła wszystkie trzy artefakty i rzeczywiście wróciła do domu, czy zastałaby dokładnie taką samą przyszłość, jaką zostawiła za sobą, a może zmieniłaby ją na gorsze? Czy w ogóle był sposób, aby się tego dowiedzieć jeszcze przed skokiem? W przyszłości, z której pochodziła, wszyscy jej najbliżsi byli martwi — rodzice, przyjaciele, a nawet Tom.

— To niebezpieczne, żebyś wracała — dodał, kiedy nie odpowiedziała, zapatrzona we własne, złożone w koszyczek na kolanach, dłonie. — Trwa wojna. — Podniósł rękę i delikatnie przesunął palcami po ramieniu dziewczyny, ostatecznie odsłoniwszy labirynt białych blizn na jej skórze. — Byłaś ranna. Walczyłaś i zostałaś skrzywdzona — powiedział z ledwo tłumioną wściekłością. Zacisnął usta w wąską linię, podczas gdy jego spojrzenie stężało. — Nie pozwolę ci przenieść się do przyszłości.


Jakiś czas później Hermiona schodziła do lochów na ostatnie w tym roku szkolnym legendarne przyjęcie u Horacego Slughorna. Była poirytowana swoim ubiorem, ot cyjanową bluzką i czarną spódnicą, gdyż w duchu marzyła o możliwości założenia ukochanych jeansów. Mimo że przeżyła tutaj kilka długich miesięcy, wciąż nie przyzwyczaiła się do obecnej mody. Mimowolnie sięgnęła dłonią do włosów i przeczesała swą grzywę, zadowolona, że przynajmniej nie musiała układać jej w loki, jak inne dziewczęta.

Życie w latach czterdziestych było męczące i czasami sprawiało, że czuła się niczym obcokrajowiec na wymianie szkolnej. Musiała się nieźle nagimnastykować, żeby powiedzieć Tomowi, że nie potrzebuje ciągłej eskorty i jest w stanie samodzielnie przejść z Wieży Gryffindoru do gabinetu Slughorna. Całe szczęście, że Riddle był raczej wyluzowany, jeżeli chodzi o podejście do damsko–męskich powinności i nie przeszkadzały mu drobne dziwactwa, które wprowadzała w życie.

Zeszła do lochów, nadal myśląc o swoim chłopaku. Nie żałowała, że mu przebaczyła i dała drugą szansę. Od czasu odnowienia relacji wydawał się być z nią naprawdę szczery i wyglądał, jakby rzeczywiście miał wyrzuty sumienia z powodu tego, jak ją traktował po zerwaniu. Chociaż całkiem dobrze im się układało, Hermiona nieustannie nurzała się w morzu poczucia winy. Prawdomówność i pragnienie Toma, aby czuła się bezpiecznie i była odpowiednio zaopiekowana sprawiały, że widziała w sobie najpodlejszą osobę pod słońcem. Mimo wszystkiego, co razem przeszli, wciąż go okłamywała. Miała przed nim tajemnice, cholernie ważne, które mogły zaważyć na losach wszechświata. Szczerze mówiąc, zawodziła nie tylko chłopaka, na którym jej zależało, ale również nieżyjących przyjaciół.

— Ugh! — jęknęła z frustracji i skręciła za następny róg, gdzie natknęła się na grupkę idących z naprzeciwka dziewcząt ze Slytherinu. Z trudem stłumiła westchnięcie, bowiem z miejsca rozpoznała Susan Yaxley. Oczywiście, wiedziała, że ślizgonki pałają doń najczystszą nienawiścią, co tylko potwierdzały pogardliwe wyrazy twarzy, odzwierciedlające ich wszystkie emocje.

Tradycyjnie, pomyślała zirytowana. Zamierzała zignorować to kółeczko wzajemnej adoracji i niestrudzenie parła naprzód. Naturalnie, myślenie, że czekające na idealną okazję harpie okażą jej odrobinę przychylności, okazało się płonną nadzieją.

— Och, spójrzcie. — Uśmiechnęła się paskudnie Yaxley. — Idzie szlama.

Hermiona mimowolnie się spięła. Chociaż niejednokrotnie słyszała to wyzwisko, wciąż budziło weń smoka.

— Spadaj — burknęła, walcząc o opanowanie.

— Jak śmiesz? — warknęła doń dziewczyna o długich, lśniących, czarnych włosach, której nie rozpoznawała. — Zamiast pyskować, powinnaś dziękować na kolanach, że w ogóle pozwolono ci uczęszczać do Hogwartu. Tobie podobny brud powinien być odseparowany od prawdziwych czarodziejów i czarownic.

W odpowiedzi potrząsnęła głową. Nie zamierzała wdawać się w bezsensowne dyskusje, bowiem ślizgoni zawsze odmawiali przyjęcia do wiadomości logicznych argumentów. Uprzedzenia sprawiały, że miała serdecznie dość polityki. Ostentacyjnie odwróciła wzrok i kontynuowała swój spokojny spacer.

— Jakim cudem omotałaś Toma, dziwko? Oszukałaś go, prawda?

Hermiona przystanęła w miejscu i się odwróciła.

— Jestem pewna, że nie poszedł z tobą do łóżka — dodała z pogardą w głosie inna dziewczyna. — Nigdy nie zniżyłby się do obłapania szlamy.

Grupka wybuchnęła gromkim śmiechem.

— Kto tak naprawdę cię nadmuchał? — Uśmiechnęła się szyderczo Yaxley, patrząc sugestywnie na jej brzuch. — Najlepiej zrobisz, jeżeli pozbędziesz się tego bękarta. Wszystko, co urodzisz, będzie brudną deformacją. Zdecydowanie nie potrzebujemy następnej szlamy.

Wzięła głęboki, uspokajający oddech. Nie planowała przeklinać tych pustogłowych, bo najzwyczajniej w świecie mijało się to z celem. I tak nie zmieniłyby swoich przekonań.

— Myślcie sobie, co tylko chcecie — powiedziała stanowczo. — Życzę miłego dnia. Mam o wiele ciekawsze rzeczy do roboty, aniżeli marnowanie czasu na babskie pogaduszki.

— Jak śmiesz? — Yaxley podniosła głos. — Nie jesteś nawet warta czyścić Tomowi butów, a paradujesz po szkole i rozpowszechniasz o nim obrzydliwe kłamstwa.

Hermiona z trudem przełknęła ślinę. Chociaż się mocno zdenerwowała, wiedziała, że smutek bierze ją we władanie. To, co właśnie usłyszała, było bardzo podobnego do tego, co niegdyś powiedział jej Tom.

Ślizgonki znów zachichotały, aczkolwiek ich śmiech nie trwał długo. Został zduszony, zanim poniósł się po korytarzu.

— Wystarczy.

Zamrugała, zdezorientowana, po czym zauważyła, że kiedy się wymieniały uszczypliwościami, podszedł do nich Riddle. Na twarz przywdział zobojętniałą maskę, jednakże dobrze wiedziała, że jest wściekły — zdradzały go mieniące się na czerwono oczy. Mimo unoszących się w powietrzu iskierek czarnej magii z jakiegoś powodu poddała się powalającej uldze.


Tom szedł w kierunku biura Slughorna. Wcześniej się zastanawiał, dlaczego kontynuuje pokazywanie się na tych beznadziejnych bankietach, ale teraz był zdeterminowany, bowiem cieszył się na możliwość spędzenia trochę czasu z Hermioną. Podczas ostatniego spotkania Klubu Ślimaka nie chciała z nim rozmawiać, oczywiście, poza okazjonalnym obrażaniem.

— Kto tak naprawdę cię nadmuchał? — Usłyszał dziewczęcy głos, dochodzący zza rogu. Całkiem szybko go rozpoznał. Należał do Susan Yaxley, szóstorocznej ślizgonki, niezmiernie irytującej. Jeżeli cokolwiek nudziło go do granic możliwości, to były to damskie przepychanki i ich plotki, więc to oczywiste, że nie wykazywał większego zainteresowania przebiegiem tej rozmowy. — Najlepiej zrobisz, jeżeli pozbędziesz się tego bękarta. Wszystko, co urodzisz, będzie brudną deformacją. Zdecydowanie nie potrzebujemy następnej szlamy.

Wzruszył lekceważąco ramionami. Nie mógł zaprzeczyć, że przynajmniej raz ta głupia dziewczyna ma rację. Był, co prawda, prefektem, więc powinien wkroczyć do akcji i zakończyć spór, ale nie chciał odbierać punktów własnemu domowi, a już z pewnością nie zamierzał pomagać uczennicy, która była obrażana. Specjalnie ominął ten korytarz, chcąc skręcić w następny, ale właśnie wtedy usłyszał kolejny głos, chłodny i znajomy, co zaś sprawiło, że zatrzymał się wpół kroku.

— Myślcie sobie, co tylko chcecie. Życzę miłego dnia. Mam o wiele ciekawsze rzeczy do roboty, aniżeli marnowanie czasu na babskie pogaduszki.

Yaxley naskoczyła na Hermionę…?

Uzmysłowiwszy sobie, czego był właśnie świadkiem, natychmiast się rozzłościł.

— Jak śmiesz? — krzyknęła ślizgonka. — Nie jesteś nawet warta czyścić Tomowi butów, a paradujesz po szkole i rozpowszechniasz o nim obrzydliwe kłamstwa.

Odwrócił się na pięcie i wparował na miejsce. Jak się okazało, Hermiona stała w pewnej odległości od dziewcząt ze Slytherinu ze zdeterminowanym wyrazem twarzy. Tom zacisnął dłonie w pięści, ponieważ naprawdę niewiele mu brakowało, aby cisnąć we współdomowniczki niewybrednym zaklęciem.

— Wystarczy — warknął, chociaż miał ochotę pokazać, na co go stać.

Gdy zwrócił na siebie uwagę, zupełnie zignorował ślizgonki i podszedł do gryfonki. Owinął ramię wokół jej talii i zaborczo przyciągnął bliżej. Następnie stanął twarzą w twarz z resztą dziewcząt. Z zadowoleniem zarejestrował, że Yaxley zrobiła krok wstecz, jakby trafiona jego gniewną magią.

— Odejdźcie — powiedział niebezpiecznie niskim tonem.

— Ale kiedy…

— Jeszcze raz przyłapię was na obrażaniu mojej dziewczyny, a obiecuję, że mnie popamiętacie — dodał, gdyż przerażenie na twarzach współdomowniczek średnio złagodziło jego gniew. Ślizgonki czmychnęły czym prędzej.

Uspokoiwszy sytuację, wziął Hermionę za rękę i wytyczył trasę w kierunku gabinetu profesora. W myślach wyrzucał sobie naiwność, gdyż powinien był postawić na swoim i odebrać ją z pokoju wspólnego Gryffindoru.

W pewnym momencie zauważył, że zesztywniała i skarcił się w myślach. Naprawdę musiał się uspokoić, bo przecież wyczuwała nawet najmniejsze zmiany w jego magii. Oczywiście, był to skutek uboczny ich nowo powstałej więzi.

Odetchnął głęboko.

— Wszystko w porządku? — zapytał.

— Oczywiście. — Spojrzała nań w przelocie. — Nie byłyby w stanie nie przekląć.

— Wiem. — Uśmiechnął się delikatnie. — Nie to miałem na myśli.

— Jest dobrze — odparła po dłuższej chwili opanowanym głosem, aczkolwiek w brązowych oczach dostrzegł zranioną nutę. To jasne niczym słońce, że tylko podtrzymywała pozory.

Powinien był się nie powstrzymywać i dać nauczkę tym bezmózgim szmatom. Jak śmiały obrażać Hermionę? Sytuację pogarszał fakt, iż słowa Yaxley niefortunnie przypominały mu to, co niegdyś powiedział. Ty i twoi nędzni mugolscy rodzice jesteście mniej warci, niż zalegające mi pod butami błoto. Zacisnął z dezaprobaty usta, gdyż smutne spojrzenie dziewczyny podpowiedziało mu, że ona również wróciła wspomnieniami do tego okropnego momentu.

— Nigdy więcej nie powiem czegoś podobnego — powiedział niepewnie ze zmarszczonymi lekko brwiami.

— Wiem. — Spojrzała na niego z wahaniem, ale potem najwyraźniej uwierzyła mu na słowo, bowiem zamrugała i się delikatnie uśmiechnęła. Objęła go w talii i przytuliła się do boku. — Chodźmy na przyjęcie.

Obawy, którym musiała stawić czoło podczas spotkania ze znienawidzonymi ślizgonkami, odeszły w niepamięć, kiedy tylko pochyliła się ku Tomowi i poczuła ten przyjemny, uspokajający zapach.

— Czemu właściwie insynuowały, że jesteś w ciąży? — zapytał, kiedy przeszli kilka metrów.

Hermiona się zaśmiała.

— Czyżbym słyszała nutę paniki w twoim głosie? — Mrugnęła doń konspiracyjnie. — Nie ma potrzeby przejmować się głupimi plotkami.

— Hm, mogłoby być całkiem zabawnie — odpowiedział kontemplacyjnie.

— Naprawdę? — Uniosła ze zdziwienia brwi. — Chcesz mieć dzieci…?

— Jasne — odpowiedział. — Oczywiście, jeszcze nie teraz, ale później — dodał, widząc, że była szczerze zszokowana tym oświadczeniem. — Nie planowałaś potomstwa?

— Nie zastanawiałam się nad tak daleką przyszłością — odparła, wciąż zakłopotana. Z tego, co wiedziała, Voldemort nigdy nie był zainteresowany założeniem rodziny. — Żyłam w ciągłym stresie i praktycznie na wygnaniu. Nie miałam żadnej pewności, czy dożyję do końca dnia, albo czy dociągnę do pierwszego następnego miesiąca. Właśnie przez tę niepewność nie planowałam niczego na wyrost — wyznała i zauważyła, że oblicze Toma pociemniało. Najprawdopodobniej spochmurniał, kiedy wspomniała o wojnie, dlatego też postanowiła szybko zmienić temat. — W każdym razie zabiję dziewczyny odpowiedzialne za rozpuszczenie tych plotek — spróbowała zażartować. — Jestem prawie pewna, że to moje współlokatorki z dormitorium.

— Naprawdę?

Wzruszyła ramionami.

— Masz innych podejrzanych? Zostałeś przyłapany w moim łóżku — wytłumaczyła bez cienia skrępowania. — Z pewnością to pamiętasz, bo byłeś wówczas nagi.

— Owszem. — Uśmiechnął się szyderczo. — Panny były dość zszokowane.

— To kolejny powód, dla którego nie lubię lat czterdziestych. — Zmrużyła oczy i potrząsnęła głową. — Wszyscy jesteście tacy pruderyjni.

— Słucham? — Uniósł brwi, szczerze oburzony. — Że niby jestem pruderyjny…?

— Stanowisz wyjątek od reguły — powiedziała. — W szkolnym regulaminie jest zapis o wstrzemięźliwości uczuciowej, co dotyczy zakazu przytulania się, czy też trzymania za ręce. Nawet w przestrzeni publicznej ludzie karcą cię wzrokiem, albo zaczynają oskarżycielską tyradę, jeżeli postanowisz pocałować bliską ci osobę.

Tom nie mógł się powstrzymać i poddał się zazdrości.

— Za twoich czasów takie zachowanie jest czymś normalnym? — zapytał, patrząc nań podejrzliwie. Sytuacji nie poprawiał fakt, iż spojrzała na niego speszona. Momentalnie poczuł potrzebę przypomnienia jej, do kogo właściwie należy.

— W miarę, ale nie wszyscy… obściskują się na korytarzach — odparła z głębokim rumieńcem na twarzy. — Byłam zbyt zajęta nauką, żeby… — urwała, ewidentnie zawstydzona.

Mimo że trochę się uspokoił i tak przyciągnął dziewczynę bliżej. Nie mógł znieść myśli, iż wcześniej była dotykana przez innego mężczyznę. Wystarczyło, że musiał połknąć cytrynę i zaakceptować Rona, jej tragicznie zmarłego narzeczonego.

— W porządku, jesteśmy na miejscu — powiedział, kiedy przystanęli przed gabinetem Slughorna. — Byłbym zobowiązany, gdybyś zachowała dziś wstrzemięźliwość od alkoholu. Nie będę cię znowu niósł do łóżka.

Cmoknęła pod nosem.

— Uważaj, żebyś sam się nie upił.

— Umiar to moje drugie imię — odparł protekcjonalnie.


Godzinę później Hermiona trzymała w dłoni kieliszek bąbelkowego wina i obserwowała zaproszonych na przyjęcie gości. Tom oddalił się od niej dłuższą chwilę temu i teraz rozmawiał z mężczyzną, którego nawet nie kojarzyła, najprawdopodobniej z dawnym uczniem Slughorna, albo jakimś znanym politykiem. Znów czuła się nie na miejscu. Westchnąwszy, upiła następny łyk ze swojego kieliszka.

Co jakiś czas migał jej przed oczami Mark Longbottom, ale ani razu doń nie podszedł, więc z góry założyła, że postanowił wrócić do dawnej techniki unikania. Mimowolnie się zastanowiła, czy kiedykolwiek mu przejdzie. Miała taką nadzieję, bo widziała w nim dobrego przyjaciela. Właśnie wtedy zauważyła Lupina stojącego ze Stellą Lovegood tuż obok stołu bufetowego. Odetchnęła z ulgą i postanowiła zagadać.

— Hej. — Uśmiechnęła się, kiedy podeszła wystarczająco blisko.

Odwzajemnili gest.

— Dobrze się bawisz, Hermiono? — zapytał uprzejmie chłopak.

— Jasne. — Skinęła głową.

— Przyszłaś w towarzystwie Riddle’a? — zagaił.

— Owszem.

Chociaż przez cały dzień była wypytywana przez współlokatorki o jej związek z Tomem, nie miała nic przeciwko rozmawianiu o nim z Lupinem, może dlatego, że nie szukał sensacji, a upewniał się, że wszystko zeń w porządku.

— Naprawdę jesteś z nim szczęśliwa, prawda? — spytał z wahaniem.

— Ano. — Uśmiechnęła się, czując ciepło na sercu. Cudownie było wiedzieć, że jest obiektem czyjejś szczerej troski. — Nie ma potrzeby do zmartwień. Jest dobrze.

— Wspaniale — odpowiedział z ulgą, więc mu przytaknęła i upiła spory łyk wina. Chłopak przez chwilę nań patrzył, a potem wyszczerzył się złośliwie. — Czy aby na pewno wolno ci pić alkohol?

Zmarszczyła w zakłopotaniu brwi.

— Chyba nie rozumiem.

— Słyszałem, że jesteś brzemienna. Kobiety w ciąży powinny wyeliminować wszelkie używki, zwłaszcza takie, które zagrażają dziecku — odparł, z trudem tłumiąc chichot.

Jęknęła i ukryła twarz w dłoniach.

— Nawet do ciebie dotarła ta paskudna plotka?

— W sumie to dzięki mnie poznał szczegóły. — Uśmiechnęła się pogodnie Stella. — Wczoraj wszyscy o tym dyskutowali. Moje koleżanki z dormitorium były bardzo podekscytowane. Tak głośno rozmawiały, że nie sposób było zasnąć — dodała i poklepała dziewczynę po plecach. Chwilę później zaczęła wcinać truskawkową babeczkę. Hermiona potrząsnęła głową i spojrzała bezradnie na Amarysa. — Naprawdę nie rozumiem, dlaczego wszyscy są zgorszeni tą wieścią — kontynuowała Lovegood. — Uwielbiam dzieci. Są przemiłe.

— Nie jestem w ciąży — powiedziała stanowczo, zaś Lupin roześmiał się głośno.

Stella spochmurniała.

— Nie oczekujesz dziecka? — zapytała, ewidentnie rozczarowana, po czym potrząsnęła ze smutkiem głową. — Cóż, w takim razie musicie się bardziej postarać — kontynuowała, zaś DeCerto gwałtownie się zarumieniła, a Amarys zachichotał. Uśmiechnięta od ucha do ucha, przysunęła się bliżej swojego chłopaka i objęła go ramieniem. — Może my też powinniśmy — dodała, patrząc nań rozmarzonymi oczami.

Lupin natychmiast przestał rechotać i również się zaczerwienił. Niestety, nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ znikąd pojawił się obok nich Slughorn.

— Och, właśnie panienki szukałem! — krzyknął swoim donośnym głosem. — Chciałbym kogoś pani przedstawić — dodał, po czym chwycił Hermionę za ramię i odciągnął od znajomych, przez co prawie rozlała wino na podłodze. — Albus zawsze panią chwali w dziedzinie transmutacji. — Uśmiechnął się czule. — Uznałem, że koniecznie powinnyście się poznać.

Kobieta, o której mówił, miała na sobie długie, czarne szaty i wyglądała na niewiele starszą. Ciemnobrązowe włosy sięgały jej prawie pasa, a w zielonych oczach można było dostrzec prawdziwą mądrość.

— To moja dobra przyjaciółka i bardzo utalentowana była uczennica. Z przyjemnością przedstawiam ci Minerwę McGonagall — powiedział jowialnie. — Minerwo, to Hermiona DeCerto.

— Miło mi cię poznać, Hermiono. — Uśmiechnęła się kobieta.

Szczerze mówiąc, musiała wyglądać jak idiotka, stojąc pośrodku przyjęcia i to w towarzystwie, z szeroko otwartą buzią. Niestety, nie mogła wydukać najdrobniejszej uprzejmości, zbyt porażona tym, co się właśnie wydarzyło.

— Już widzę, że szybko się zaprzyjaźnicie! — dodał nauczyciel, a następnie wykończył swój kieliszek i zniknął w tłumie zaproszonych gości. Całkiem prawdopodobne, że właśnie zobaczył kogoś innego wartego pomęczenia.

— Hmm. — Uśmiechnęła się McGonagall, patrząc za profesorem. — Widzę, że nadal jest przebiegły.

Zachichotała.

— Cóż, jest opiekunem Slytherinu. Czego innego się spodziewałaś?

Minerwa również się roześmiała.

— Jak mniemam, zostałaś przydzielona do Gryffindoru — zagaiła, więc przytaknęła. — Tak właśnie myślałam. To następne, co nas łączy. Powiedz mi, proszę, czy Gruba Dama nadal odwiedza swoją starą przyjaciółkę Violet?

— Owszem, nieustannie — odparła z rozbawieniem. — Nie wiedziałam, że portrety potrafią się upić do nieprzytomności.

— Stary Ślimak powiedział mi, że wcześniej uczyłaś się gdzieś indziej.

— Ano, w Hogwarcie jestem dopiero od tego roku.

— W takim razie wszystko musi być dla ciebie ekscytujące. Skąd do nas przyjechałaś? — zapytała z zaciekawieniem Minerwa.

W gruncie rzeczy Hermiona nie lubiła się zwierzać, ale z jakiegoś niewyjaśnionego powodu nie miała nic przeciwko pogawędzeniu sobie o przeszłości z przyszłą nauczycielką.

— Z Francji. Jak dotąd, miałam zapewnioną edukację w domu.

— Tym bardziej niesamowite, że Slughorn cię polubił. — McGonagall zakryła dłonią usta.

Zamrugała, szczerze zdezorientowana. Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczała, że opiekunka Gryffindoru będzie się tak wyrażała o koledze po fachu.

— To ślizgon z krwi i kości — kontynuowała wesoło Minerwa. — Uwierz, że potrafi z daleka wyczuć dobrą osobę do nawiązania bliższego kontaktu.

— Jak wszystkie węże — dodała z przekonaniem.

— Widzę, że już ich rozgryzłaś.

Hermiona westchnęła.

— Cóż, powiedziałabym, że to kwestia przetrwania. Mój chłopak został przydzielony do Slytherinu.

— Och, naprawdę? — Kobieta uniosła ze zdziwienia brwi. — Niecodzienne, doprawdy. Gryfonka będąca w związku ze ślizgonem. — Omiotła rozmówczynię wzrokiem. — Zdradzisz nazwisko? Może go znam.

— Ee, Tom Riddle — odparła, czując się trochę nieswojo. W duszy miała nadzieję, że nie nagina znów linii czasu dla własnych korzyści. Jakby nie patrzeć, właśnie rozmawia ze swoją nauczycielką…

Minerwa zrobiła duże oczy.

— Riddle? To ci dopiero niespodzianka. — Zaśmiała się pod nosem. — Naprawdę spotykasz się z księciem Slytherinu?

— Księciem Slytherinu? — Zmarszczyła brwi.

— Znam Riddle’a, bo jest młodszy ode mnie o zaledwie trzy lata. Był uczniem z niższego rocznika. Słyszałam o nim różne historie — powiedziała McGonagall, otarłszy łzy z kącików oczu. — Czyli przyciągnęłaś uwagę również Jego Wysokości, złego, bezdusznego Wszechwładcę Slytherinu — podsumowała, nadal rozbawiona.

Hermiona zamrugała. W sumie wszystko się zgadzało, aczkolwiek wyobraźnia podsunęła jej obraz Toma z olbrzymią błyszczącą koroną na głowie. Nie mogąc się dłużej powstrzymywać, wybuchnęła gromkim śmiechem.

Ich chwila wesołości została przerwana przez ostry, ale jakże znajomy głos, teraz przyprószony gniewem.

— Co tutaj robisz?

Odwróciła głowę i z przerażeniem stwierdziła, że obok zmaterializowała się Legifer. Wyglądała na bardzo niezadowoloną. Włosy spięła w nienaganny kok, a jej ubrania jak zwykle były nieskazitelnie czyste i wyprasowane. Hermiona zmarszczyła brwi. To, z kim rozmawiała, nie powinno wzbudzać jej zainteresowania, prawda? Właśnie otworzyła usta, żeby wyrazić swój sprzeciw, ale los miał dlań inne plany.

— Zostałam zaproszona, matko — powiedziała dość agresywnie Minerwa.

DeCerto spojrzała najpierw na McGonagall, a potem na Legifer. Zamrugawszy, zajrzała do swojego kieliszka. Czyżby jednak w pewnym momencie straciła umiar, przeholowała i zaczęła mieć zwidy? Umysł ewidentnie płatał jej figle.

— Profesor Slughorn wystosował do ciebie zaproszenie? — zapytała z niedowierzaniem Legifer.

— Owszem. Możesz być zaskoczona, ale niektórzy ludzie doceniają moją pracę.

— Jaką znowu pracę? Marnujesz tylko swój czas!

Minerwa sapnęła z oburzenia, podczas gdy Hermiona przyglądała się tej słownej potyczce. Wyglądało na to, że nie walczyły po raz pierwszy.

— To żadna strata czasu! — prawie krzyknęła.

— Mów ciszej. — Legifer zmroziła córkę wzrokiem. — Nie wszyscy muszą wiedzieć, że jesteś porywcza. Kiedy wreszcie zrozumiesz, że takie zachowanie nie przystoi kobiecie?

— Jestem dorosła i nie będę słuchać podobnych dyrdymałów.

— Musisz zejść z obłoków. — Nauczycielka zmarszczyła groźnie brwi. — Spójrz na przykład na pannę DeCerto. — Wskazała na podopieczną. — Jest równie uparta, ale poczyniła przynajmniej minimalny wysiłek, żeby znaleźć sobie mężczyznę.

Hermiona spojrzała na Legifer z najszczerszym oburzeniem. Nie podobało jej się, iż jest traktowana przedmiotowo i używana w formie przykładu dla innych. McGonagall najwyraźniej myślała tak samo, bowiem założyła ręce na biodra.

— To głupie — stwierdziła zgryźliwie. — Zanim zapytasz: nie, nie znalazłam jeszcze męża. I nie chcę, żebyś mnie swatała. To dla ciebie zapewne szokujące, ale znalezienie sobie mężczyzny nie jest moim priorytetem. — Wzięła głęboki, uspokajający oddech. — Myślę, że zakończymy teraz tę rozmowę — kontynuowała chłodnym, bardzo oficjalnym tonem. — Miło było cię poznać — dodała z ciepłym uśmiechem, spojrzawszy na gryfonkę, a następnie spiorunowała matkę wzrokiem i odmaszerowała.

Legifer była oburzona lekceważącą postawą córki i przez chwilę odprowadzała ją wzrokiem. Hermiona wciąż stała w miejscu, czując się niezręcznie. Aby zamaskować niepokój, na powrót zainteresowała się swoim kieliszkiem.

— Nie mogę w to uwierzyć — podsumowała nauczycielka z irytacją. — Ta dziewczyna zaprowadzi mnie wprost do grobu. Nie wystarczyło jej, że odrzuciła nazwisko ojca? Co za hańba! — dodała, po czym spojrzała na stojącą obok uczennicę, jakby była winna tych grzechów.

Mimowolnie zesztywniała.

— Eee, ładna szata… — wymamrotała, nie wiedząc, co odpowiedzieć. — Czarna i elegancka… — kontynuowała bez większego ładu i składu. — Muszę iść — rzuciła pospiesznie, gdy pani profesor zmrużyła oczy, a następnie się oddaliła.

Niedaleko zobaczyła Toma, więc postanowiła doń podejść i schować się za jego plecami. Legifer z pewnością nie będzie szukała na niej odwetu, gdy będzie w towarzystwie chłopaka, którego ceni.

— Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha — zauważył z rozbawieniem.

— Cóż, trochę tak było — powiedziała, wciąż roztrzęsiona. — Widzisz tamtą dziewczynę? — zapytała, kiedy uniósł brew i gestem wskazała mu Minerwę McGonagall. — To moja… — urwała, bowiem ślizgon prychnął.

— Sekretna kochanka?

Zacisnęła usta w cienką linię i potrząsnęła z dezaprobatą głową. Żeby zrobić mu na złość, nie dokończyła zdania.


Zdecydowanie potrzebowała trochę czasu, aby otrząsnąć się z początkowego szoku. Jakim cudem Legifer i McGonagall były ze sobą spokrewnione? Zamrugała, chcąc wrócić do rzeczywistości i odchyliła się na krześle. Mimo że przyjęcie trwało w najlepsze, siedziała w odosobnieniu przy stoliku.

— Hermiono? — Obok zmaterializował się Longbottom z dwoma kieliszkami w rękach. W ramach grzeczności zaproponował jej jeden. — Możemy porozmawiać?

— Jasne. — Uśmiechnęła się z wahaniem, a chłopak usiadł obok i zaczął nerwowo bawić się szkliwem. Mimo wszystko nie wydawał się skory do rozpoczęcia tematu, który pragnął poruszyć. — Co chciałeś przedyskutować? — zapytała z największą ostrożnością.

— Chciałem… przeprosić — odparł, ewidentnie zakłopotany.

Zmarszczyła brwi.

— Za co?

— Za niedojrzałość — powiedział, uprzednio się doń pochyliwszy. — Cóż, ciężko zaprzeczyć, że zachowywałem się niczym zazdrosny dupek, prawda? — Lekko się zarumienił, przez co się uśmiechnęła. — Naprawdę mi przykro — kontynuował, ewidentnie zawstydzony. — Wciąż uważam, że Riddle nie jest dla ciebie wystarczająco dobry, ale obiecuję, że postaram się zaakceptować wasz związek.

Natychmiast się rozpromieniła, a potem położyła mu dłoń na ramieniu.

— To wiele dla mnie znaczy, dziękuję. Wiem, że bardzo nienawidzisz Toma — powiedziała, odetchnąwszy z ulgą. — Jestem pewna, że doceni twoją propozycję zawieszenia broni i pogłębienia więzi — dodała ze złośliwym grymasem.

— Stanowczo odmawiam zawierania z nim przyjaźni. — Mark się oburzył. — Nie powtarzaj temu palantowi nic, co powiedziałem.

Zachichotała.

— Spokojnie, będę milczeć, bo wiem, że próbowałby wykorzystać sytuację na swoją korzyść.

Longbottom rzucił jej mroczne spojrzenie.

— To oczywiste, dlaczego został przydzielony do Slytherinu — burknął.

— Yhym, owszem.

— Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego, na Merlina, tak bardzo chcesz się z nim spotykać? — zapytał niepewnie. — Facet jest wcieleniem zła.

Wybuchnęła śmiechem.

— Zdaję sobie sprawę, że daleko mu do świętego — powiedziała. — I z pewnością wiem, do czego tak naprawdę jest zdolny.

— W takim razie dlaczego z nim jesteś? — zapytał z niedowierzaniem.

Hermiona odchyliła się na krześle i zamyśliła.

— Wiem, że skrywa w sobie dużo mroku i że potrafi być bardzo okrutny — kontynuowała, teraz na poważnie. — Wszystko w porządku — dodała, widząc zaniepokojenie wypisane na twarzy przyjaciela. — Jeżeli czegoś w stosunku do mnie spróbuje, przeklnę jego żałosny tyłek.

— Właśnie o to chodzi — podsumował, nijak uspokojony. — Czemu z nim jesteś, skoro wiesz, że to kawał drania? Nie macie ze sobą praktycznie nic wspólnego.

— Nie sądzę, żebyśmy jakoś szczególnie się różnili. — Uśmiechnęła się smutno.

Longbottomowi opadła szczęka. Przez chwilę po prostu nań patrzył, a potem potrząsnął gorączkowo głową.

— Cholernie się różnicie. Jesteś miła i masz dobre serce. W niczym nie przypominasz Riddle’a.

Westchnęła, wróciwszy wspomnieniami do tych wszystkich okropności, których dopuściła się podczas wojny. Używała nawet czarnej magii i to całkiem swobodnie. W czym była lepsza od Voldemorta? Cisnęła klątwą zabijającą w najlepszego przyjaciela, ale Mark nie mógł tego wiedzieć. Nie widział weń morderczyni, a zwykłą, sympatyczną koleżankę.

— Co się stało, Hermiono? — zapytał, szczerze zmartwiony.

— Zanim tu przybyłam, zrobiłam kilka naprawdę paskudnych rzeczy — wyznała ściszonym głosem i odwróciła głowę, nie mogąc znieść spojrzenia, którym została uraczona. Była przekonana, że będzie próbował wyciągnąć z niej więcej informacji, dlatego też zamrugała, gdy zapytał o coś zgoła innego.

— Dlaczego?

— Cóż, nie miałam innego wyjścia… — wydukała.

— Właśnie to was diametralnie różni — powiedział, po czym położył jej dłoń na ramieniu. — Nawet gdybyś posuwała się do ostateczności, jak Riddle, to wątpię, abyś czerpała z tego przyjemność. W życiu kierujesz się zupełnie inną motywacją.

Zamrugała i przez chwilę milczała.

— Tom naprawdę nie jest bezdusznym draniem, chociaż sądzisz inaczej — odparła z lekkim uśmiechem na twarzy i zachichotała, kiedy uniósł w niedowierzaniu brwi. — Jeżeli chce, potrafi być cudowny. Inaczej bym się z nim nie spotykała — dodała, zobaczywszy sceptycyzm na twarzy przyjaciela.

Longbottom otworzył usta, najprawdopodobniej, aby wyrazić swój gorący sprzeciw, a potem jakby zmienił zdanie i podniósł ręce w geście poddania.

— W porządku, zrozumiałem. Nie bardzo pojmuję, do czego zmierzasz, ale wierzę ci na słowo.

— Dzięki. — Uśmiechnęła się wesoło i sięgnęła po swój kieliszek.

— Ee, ale jeżeli jeszcze raz cię skrzywdzi, to go porządnie przeklnę — obiecał, patrząc nań wyczekująco.

— Spokojnie, tym razem będzie inaczej.

— Trzeba rozważyć wszystkie możliwości, prawda? — Wzruszył ramionami.

— W najgorszym wypadku sama się obronię — odpowiedziała z rozbawieniem. — Niemniej jednak masz moje pozwolenie na skopanie leżącego — dodała, gdyż zmiękła przez spojrzenie proszącego szczeniaczka, którym została uraczona.

Mark wyszczerzył się niczym głupi, uniósł swój kieliszek w geście toastu, a następnie na raz go przechylił. Ani się nie spostrzegli, a temat ich dyskusji przywędrował do stolika, który we dwójkę okupowali. Tom usiadł obok Hermiony, wziął zaborczo dziewczynę za rękę i rzucił nieprzychylne spojrzenie Longbottomowi. Ten w odpowiedzi zmarszczył w niesmaku nos.

Westchnęła.

— Czemu nagle czmychnęłaś? — zapytał z wyrzutem ślizgon.

— Miałam coś do zrobienia — odpowiedziała, niewzruszona jego pochmurnym nastrojem.

W jasnoszarych oczach zabłyszczał gniew.

— Och, doprawdy? — spytał z pozornym opanowaniem. — Z tym tutaj? — dodał, patrząc sugestywnie na Longbottoma.

— Zazdrosny, Riddle? — zagaił niewinnie Mark.

— O ciebie? — Uniósł pogardliwie brew. — Czemu miałbym się poniżać?

— Naprawdę nie pomagasz swojej sprawie, Tom! — DeCerto wkroczyła do akcji.

— Mojej? — Spojrzał nań zdezorientowany.

— Owszem. Właśnie rozmawialiśmy o tym, czy wszyscy ślizgoni są złoczyńcami. — Poklepała go po ramieniu i kontynuowała z fałszywą litością: — Niestety, swoim zachowaniem i dogryzaniem dobitnie udowadniasz, że Mark ma całkowitą rację.

Chłopak się zagapił, zaś Hermiona wybuchnęła śmiechem.


Następnego dnia, w sobotę, szła pogrążonym w półmroku korytarzem. Siedziała w bibliotece i zupełnie straciła poczucie czasu. Sprawdziła zegarek i zamrugała. Jakim cudem była już za kwadrans dziesiąta? Miała zaledwie piętnaście minut, żeby wrócić do dormitorium, zanim nastanie cisza nocna. Mimowolnie się zastanowiła, co by się stało, gdyby została przyłapana przez Toma na szwendaniu się po szkolnym korytarzu. Najprawdopodobniej znów wymierzyłby jej „karę”. Nie mogąc się powstrzymać, zachichotała pod nosem.

Zamek był już opustoszały, bo inni uczniowie zawczasu pochowali się w pokojach wspólnych. Wtem zorientowała się, gdzie dokładnie zawędrowała. Gdyby następnym razem skręciła w lewo, doszłaby pod portret rycerza z głową świni, za którym znajdowało się ukryte przejście, mogące zaoszczędzić jej aż pięć minut drogi.

Aż dziwne, że wcześniej unikała tajemnych skrótów.

W dobrym nastroju ruszyła naprzód. Prawie doszła do końca korytarza, gdy poczuła, że nie może się ruszyć. Jej nogi wrosły w kamienną podłogę, zupełnie jakby żyły własnym życiem. Niczym natchniona, spojrzała na najbliższe rozwidlenie i mimowolnie zaczęła szybciej oddychać. W niewytłumaczalny sposób poddała się panice. Chociaż patrzyła w niewyróżniający się róg, przed oczami migały jej obrazy z przeszłości, zaś serce waliło niczym młotem.

Już wiedziała, dlaczego unikała sekretnych przejść. Pamiętała, kiedy była tutaj ostatnim razem. Wtedy również była tak przerażona, że ledwo mogła oddychać. Z desperacją zacisnęła dłoń na srebrzystym przedmiocie, gdyż od niego zależało jej życie.

Powoli zbliżała się do rogu, zaś to, co trzymała w dłoni, było jej jedyną ochroną, w dodatku słabą. Dotarłszy na miejsce, uniosła rękę i spojrzała w lustro. Zadrżała, chcąc ocenić stan następnego korytarza. Wciągnęła gwałtownie powietrze, gdy dostrzegła coś w tafli. Zanim się zorientowała, ciemna masa ruszyła się w jej kierunku, a niedługo potem zobaczyła parę niesamowicie żółtych oczu. Sekundę później wszystko pogrążyło się w ciemności…

Zamrugała kilkukrotnie, próbując odciąć się od nieprzyjemnego wspomnienia. Uniosła drżącą dłoń i przetarła oczy. Zachowywała się jak jakaś histeryczka. Mimo to nie mogła oderwać wzroku od tego przeklętego kąta, gdzie została spetryfikowana. Zacisnęła mocno powieki i spróbowała stłumić to dziwaczne, obecnie absurdalne, poczucie zagrożenia, bo przecież była bezpieczna i o wiele dojrzalsza. Czemu miała wrażenie, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi i pogalopuje korytarzem?

Otworzyła oczy i niemal zobaczyła leżące za winklem, skamieniałe i blade ciało. Z trudem przełknęła ślinę. Do dziś nie może rozgryźć powodu, dla którego nie została tamtego dnia pożarta, a zostawiona na pastwę losu.

Wtedy po raz pierwszy stanęła twarzą w twarz z mrokiem. Wraz z każdym kolejnym mijającym rokiem tylko pogarszała swoją sytuację i wchodziła w coraz to ciemniejsze odmęty.

Znów pogrążyła się we wspomnieniach, chociaż wolała skupić się na rzeczywistości. Zobaczyła szczęśliwych i cieszących się życiem rodziców, a potem uśmiechniętych przyjaciół. Miała naprawdę cudowne dzieciństwo. Niestety, im dalej w las, tym gorzej. Wydawało się, że wszystko spowiła nieprzenikniona czerń. Nie widziała żadnych szczegółów, ale słyszała wokół siebie krzyki, uderzenia klątw, błagania, płacz i charczenia, które wydają z siebie umierający ludzie…

Spróbowała wziąć głęboki, uspokajający oddech, ale nie mogła zaczerpnąć tchu. W momencie poczuła pieczenie w piersi i, zatoczywszy się, podeszła do ściany, aby mieć jakiekolwiek oparcie. Miała wrażenie, że zaraz rozsadzi jej głowę. Skuliła się i zacisnęła dłoń na szacie. Nijak mogła to powstrzymać. W obliczu własnej bezradności skoncentrowała się na gniewne. To wręcz absurdalne, że zdradzało ją własne ciało, chociaż w gruncie rzeczy nic strasznego się nie działo. Sapnęła, kiedy czoło zrosił jej pot, a krtań jeszcze bardziej się zacisnęła.

Wtem prawie krzyknęła z zaskoczenia, gdy poczuła dłoń na ramieniu.

— Hermiono…? — Usłyszała i wreszcie zaczerpnęła oddechu, z miejsca rozpoznawszy ten głos.

Wyprostowała się i oparła plecami o ścianę. Gdy uniosła powieki, zobaczyła stojącego obok Toma, ewidentnie zatroskanego.

— Co się stało?

— Nic — odpowiedziała lekko zachrypniętym głosem.

— Odniosłem inne wrażenie — odparł ostrzejszym tonem, aczkolwiek wiedziała, że po prostu się martwił.

— Wszystko w porządku — argumentowała i uśmiechnęła się nieprzekonująco. — To nic wielkiego — powiedziała, ale właśnie wtedy poczuła oplatające ją opiekuńczo ramiona. Chwilę później została przyciągnięta do uścisku, ciepłego i tak przyjemnie znajomego. Wzięła głęboki, uspokajający oddech, próbując zwalczyć niewytłumaczalny strach. — Czy możemy iść inną drogą? — wyszeptała z trudem.

Tom o nic nie zapytał, tylko się odwrócił i poprowadził ją korytarzem, z którego przyszła. Gdy tamten zakręt zniknął z pola jej wiedzenia, poczuła, że panika zanika. Zacisnęła z dezaprobatą usta, myśląc, jakie to było żałosne. Czemu przestraszyła się głupiego, ciemnego zaułka?

Wciąż próbowała zapanować nad przyspieszonym oddechem, więc nie zorientowała się, że została zaciągnięta do niewielkiego pokoiku. W środku było przytulnie i jakby domowo. Z cichym westchnieniem usiadła na miękkiej kanapie, podczas gdy chłopak machnął różdżką i przywołał z kuchni butelkę piwa kremowego. Z wdzięcznością przyjęła szklankę i upiła łyka.

Kiedy on również zajął miejsce, natychmiast się doń przytuliła. Od razu poczuła się lepiej, chociaż siedzieli w całkowitym milczeniu. Atmosfera pokoju pozwalała na zwykłe cieszenie się bliskością i koiła rozdygotane nerwy. Nie minęło dużo czasu, gdy się wyciszyła i zrelaksowała.

— Nigdy nie powiedziałaś, czy naprawdę nazywasz się Hermiona DeCerto — zagaił.

— Nie. — Uśmiechnęła się, szczerze zadowolona, że nie kwestionował jej dziwacznego zachowania i postanowił skoncentrować się na czymś zupełnie innym.

Spojrzał nań z góry.

— Jak się w rzeczywistości nazywasz?

Zaśmiała się pod nosem i usiadła wygodniej. Uniosła rękę i położyła mu palec na czubku nosa.

— Nie zdradzam takich szczegółów.

Tom przewrócił oczami.

— Czy w ogóle pochodzisz z Francji?

— Ee, nieszczególnie — odpowiedziała zgodnie z prawdą, trochę zdenerwowana jego podejrzliwym podejściem.

— Więc gdzie się urodziłaś? — zapytał, kiedy nie rozwinęła myśli.

— W Anglii — wyszeptała.

— Co takiego? — prawie krzyknął. — Jesteś Brytyjką? — dodał z niedowierzaniem. — Czekaj. Skoro wychowałaś się w Anglii, to gdzie chodziłaś wcześniej do szkoły? — kontynuował, gdy skinęła mu głową. — Nie mów, że uczęszczałaś do Hogwartu.

— Widzisz, trafiłeś w sedno.

— Naprawdę? — Uniósł brew. — To tłumaczy, dlaczego od początku radziłaś sobie fenomenalnie. — Uśmiechnął się złośliwie. — Miałaś rozeznanie.

Hermiona skrzyżowała ręce na piersi.

— Dla twojej informacji, zawsze byłam najlepsza na roku.

— Yhym, teraz tak mówisz.

— To prawda — syknęła, widząc, że był bardzo rozbawiony. — Na piątym i szóstym roku byłam też prefektem.

— Och? Zaraz mi powiesz, że na siódmym mianowano cię naczelną — zadrwił.

Znieruchomiała, gdy wspomniał o ostatnim roku nauki. Panika, która wcześniej nią zawładnęła, powróciła. Spróbowała to zatuszować odwróceniem wzroku, ale i tak zauważył zmianę.

— Hermiono? — zapytał, ewidentnie zatroskany.

Niebywałe, że nie posiadła umiejętności idealnego tuszowania niepokojów. Zdecydowanie wolała milczeń na temat swojego siódmego roku, zwłaszcza że nie wróciła do szkoły, a polowała z przyjaciółmi na horkruksy. Na moment przymknęła powieki, a z zamyślenia wyrwała ją dłoń na lewym przedramieniu. Gdy uniosła wzrok, zobaczyła, ze Tom patrzy nań ze zmartwieniem.

— Wszystko w porządku?

— Skończyłam dopiero szósty rok w Hogwarcie — odparła ze smutkiem.

— Czemu? — Zmarszczył w niezrozumieniu brwi. — Co się właściwie stało?

Chociaż starała się tego nie pokazywać, w środku cała drżała. Cóż, nie wiedziała, czy powinna zdradzać się z wiedzą na temat przyszłości. Mimowolnie zaczęła szybko oddychać, a jedzenie podeszło jej do gardła, zwłaszcza że Tom patrzył nadal nań wyczekująco. Przygryzła dolną wargę, odmówiwszy odpowiedzi. I tak już byli wystarczająco blisko prawdy. Potrząsnęła głową, zanurzywszy się w morzu poczucia winy. Czy jeżeli chciała zostać z Riddle’em, powinna postawić na minimalizację rozpowszechnianych kłamstw? Czy zniszczy w ten sposób linię czasu?

— Co się stało po szóstym roku, Hermiono…?

Odwróciła wzrok i spojrzała na złożone w koszyczek dłonie, spoczywające na jej kolanach. Zginął wówczas Albus Dumbledore, co zapoczątkowało najprawdziwszy chaos. Świat na dobre pogrążył się w wojnie. Wzięła w niej udział, chcąc zaprowadzić pokój…

— Cóż, musieliśmy… — urwała, czując napływające do oczu łzy. Przymknęła powieki, próbując stłumić wybuch płaczu, ale wciąż widziała migające w głowie obrazy.

Trzymała Neville’a w ramionach, podczas gdy ciepła krew moczyła jej dłonie i skapywała na podłogę. Umierał, a ona była bezradna.

Luna krzyczała i krzyczała, więc przytuliła ją do piersi.

Zadrżała i poddała się emocjom. Nie mogła powstrzymać łkania.

Ron się uśmiechał, a jego rude włosy świeciły w blasku słońca. W brązowych oczach widziała wyłącznie miłość, niemniej jednak zanim się zorientowała, stały się matowe i pozbawione życia.

Zielone zaklęcie uderzyło w klatkę piersiową Harry’ego. W niemocy patrzyła, jak upada bezwładnie na podłogę.

Czuła się zrozpaczona, więc z łatwością poddała się silnym ramionom, które zaoferowały jej ukojenie. Otworzyła oczy i spojrzała wprost w jasnoszare, patrzące nań z troską. Poddawszy się emocjom, mocno się do niego przytuliła.

Tom wzmocnił uścisk. Hermiona znów się mierzyła z bólem, smutkiem i desperacją. Co się stało, że ponownie się załamała? Przylgnęła doń z bezsilnością, o jaką jej nie podejrzewał i wypłakiwała mu się w pierś; drżała, nie mogąc się opanować. Ta kruchość sprawiała, że pragnął zapewnić jej bezpieczeństwo i odegrać się na wszystkich, przez których kiedykolwiek cierpiała. Jego moc szarpnęła się do przodu, głodna zemsty.

Nie wiedziała, ile czasu minęło, ale kiedy wreszcie podniosła głowę, Tom się uśmiechał, wciąż zatroskany. Chociaż okazywał zmartwienie, wyczuwała wirującą w powietrzu czarną magię.

Właśnie w tym tkwi największy problem.

Czuła się winna, gdyż była kłamczuchą. Ukrywała prawdę przed najbliższą sobie osobą, ale po prostu nie miała stu procentowej pewności, czy był tak godzien zaufania, na jakiego pozował. Prawdę powiedziawszy, była przerażona możliwością wyspowiadania się człowiekowi, który, można rzec, zmienił losy świata.

Aby się uspokoić, musiała podjąć decyzję.

Odsunęła się od chłopaka i pociągnęła nosem.

— Wkroczyłam do czarodziejskiego świata, mając jedenaście lat. Wszystko wydawało się takie wspaniałe, niczym w najprawdziwszej bajce — zaczęła. — Szybko zauważyłam, że coś jest nie w porządku — przypominało ciemną chmurę wiszącą nad tym perfekcyjnym światem. To było niczym tajemnica poliszynela, wszyscy wiedzieli, ale milczeli. Byłam wówczas zbyt młoda, żeby zrozumieć, na czym polega problem, ale widziałam strach w niejednych oczach. Ludzie się bali do tego stopnia, że świadomie ignorowali zagrożenie. Żyli z nadzieją, że nie będą zmuszeni pewnego dnia stawić czoła własnym koszmarom — powiedziała i zauważyła, że Tom uważnie jej się przygląda. — Dorastałam w czasach pokoju, ot zdradzieckich, splamionych okropnym przerażeniem, które przenikało wszystko wokół — urwała na moment. — Z wiekiem powoli zaczęłam rozumieć więcej, ale wciąż wisząca w powietrzu groźba wydawała mi się czymś abstrakcyjnym — czymś, co mogło wywoływać dreszcze wzdłuż kręgosłupa, ale nijak wpływało na codzienne życie. Ludzie mieli świadomość niebezpieczeństwa, ale nie próbowali go powstrzymać, zbyt wdzięczni za życie, które wiedli. Gdy byłam na czwartym roku w Hogwarcie, zagrożenie wyszło z cienia i praktycznie z dnia na dzień, ot niespodziewanie, zyskało twarz czarnoksiężnika. — Odetchnęła głęboko. — Był bardzo potężny i miał olbrzymią wiedzę na temat czarnej magii. Tak mocno zagłębił się w mrocznych sztukach, że niedługo potem stracił swe człowieczeństwo. Był okrutnym czarodziejem, który nie znał litości, stworzeniem napędzanym wyłącznie przez nienawiść i wszechogarniający gniew. — Zacisnęła usta, bowiem przed oczami znów zaczęły jej migać wspomnienia z przeszłości. Najgorsze były płonące, karmazynowe oczy. — Zanim skończyłam szósty rok, zagrożenie rozrosło się na skalę światową. Czarnoksiężnik zebrał wokół siebie armię składającą się zarówno z ludzi, jak i mrocznych magicznych stworzeń, gotowych wykonać każdy, nawet najbardziej szalony pomysł. Kraj bardzo szybko pogrążył się w bezwzględnej wojnie.

— Wzięłaś udział w tym konflikcie? — zapytał łagodnym głosem.

Hermiona wciągnęła gwałtownie powietrze, gdyż z trudem przełknęła gulę w gardle. Spojrzała na chłopaka wilgotnymi oczami i tylko skinęła głową. Tom nie miał żadnych wątpliwości, że mówiła prawdę, a więc rzeczywiście walczyła na wojnie, która straszliwie ją skrzywdziła.

Zacisnął dłonie w pięści, gdy wyobraził sobie, iż biegała gdzieś po lesie i odpierała jeden atak za drugim. Niemal widział, jak próbowała unikać lecących nań klątw, lecz czasem brakowało jej szczęścia. Wtem uświadomił sobie, że powiedziała mu kiedyś, że niejednokrotnie zaciskała zęby pod Cruciatusem, a to zaś oznaczało, iż była nawet torturowana.

Ciężko mu było znieść to, że znów płakała. Nosiła w sobie zbyt wiele i czasem pękała, zwłaszcza kiedy koncentrowała się na przeżytej traumie. W brązowych oczach tliły się przede wszystkim smutek, żal i rozpacz, aż wreszcie strach. To oczywiste, że również się obawiała, nawet po przeżytym w spokoju roku w latach czterdziestych.

— Kim był ten czarnoksiężnik? — zapytał z naciskiem. Musiał za wszelką cenę poznać tożsamość mężczyzny odpowiedzialnego za krzywdy Hermiony.

W momencie podniosła głowę i spojrzała nań szeroko otwartymi oczami. Sprawiała wrażenie przestraszonej, ale i uważnej, zupełnie jakby zastanawiała się, czy wyjawić mu prawdę. Wyglądało to prawie tak, jakby obawiała się jego reakcji.

— Jak nazywał się ten czarodziej? — spytał ponownie.

Zmarszczył brwi, kiedy zaczęła lekko drzeć. Aby przynieść jej przynajmniej odrobinę ukojenia, wyciągnął doń rękę. Ostatecznie nie przyciągnął dziewczyny do uścisku, ponieważ jeszcze bardziej się spięła. Sprawiała wrażenie szczerze spanikowanej, chociaż właściwie nie miała ku temu żadnych powodów.

— Przez naprawdę długi czas bałam się wypowiadać jego imienia — wyszeptała, wciąż zastraszona, przez co pragnął ją objąć i zapewnić, że wszystko będzie w porządku. Nie ruszył się z miejsca tylko i wyłącznie dlatego, że wydawała się prześwietlać mu duszę. — Czarnoksiężnik nazywał siebie Lordem Voldemortem.

Tom w momencie przestał oddychać, patrząc na Hermionę okrągłymi niczym spodki oczami. Kiedy mrugnął, zakręciło mu się w głowie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz